Słów kilka o frustracji i niespodziewanym źródle inspiracji

Frustracja – “stan rozdrażnienia i rozgoryczenia występujący u kogoś na skutek niemożności zaspokojenia jakiejś potrzeby lub osiągnięcia celu, często połączony z poczuciem bezsilności”. Tak ją definiuje Słownik Języka Polskiego i ja się z tą definicją zgadzam. Nachodzi chyba każdego, czasem częściej, czasem rzadziej. Mnie ostatnio nierzadko spotyka, więc postanowiłam się nią chwilę zająć.

Frustracja od zawsze wpisywała się w życie mojej rodziny. Wywodzę się bowiem z domu, w którym zawsze czegoś brakowało, przy czym zazwyczaj chodziło o rzeczy materialne, przysłaniające dobra niematerialne i nie pozwalające się nimi cieszyć. Nie oszukujmy się, chodziło po prostu o pieniądze. Można to zrzucić na karb stwierdzenia, że “takie były czasy”, jednak w naszym kraju nie chodzi o czasy, a o mentalność. Mentalność braku, zazwyczaj związanego z tym, że ktoś ma, a ja nie, czyli jestem poszkodowany i należy mi się coś od losu. Nieco bardziej oświecone osobniki już wiedzą, że to, że ktoś coś ma, nie znaczy, że ja też nie mogę mieć. Trochę zamieszałam, ale chodzi mi o to, że dopiero jak wyszłam z domu, okazało się, że świat to obfitość, a nie brak.

Stare przekonania i nawyki umysłowe czasem jeszcze się ujawniają. O wiele rzadziej, ale za to wtedy, kiedy są najbardziej nieproszone. Przychodzą w czasie kryzysów, które zdarzają mi się co kilka miesięcy. Praca freelancera bowiem nie jest łatwa, choć “z zewnątrz” może się wydawać bajkowa – brak uzależnienia od stacjonarnego biura, dowolność wyboru zleceń, czasu i miejsca ich realizacji. Niby fajnie, ale z różnych przyczyn po dziewięciu latach takiego życia moja historia zatoczyła koło i znów pracuję “z domu”. Jest to opcja najtańsza, bo praktycznie nie generuje kosztów i na razie musi mi wystarczyć, ale to nie znaczy, że jest łatwa. Próbowaliście kiedyś jednocześnie zdążyć z terminem, gotować obiad, wstawiać pranie, przytulać stęsknione dziecko i napisać sensownego maila? No właśnie.

Z tych i innych powodów naszła mnie więc frustracja. Wzmógł ją jeszcze całkiem niechcący SHARE WEEK, czyli coroczna akcja polecania sobie blogów przez innych blogerów. Dopiero raczkuję w tej branży, ale oczywiście podglądam kto, co i dlaczego. Popatrzyłam więc na wiele pięknych blogów z ciekawymi treściami, polecanych sobie przez wielu internautów i…utknęłam. Straciłam chwilowo wiarę w to, że w ogóle moje prowadzenie bloga ma jakiś sens, skoro jest już tyle wartościowych i wizualnie ładnie opakowanych treści. Usiadłam w niewielkiej kuchni, pełniącej również funkcję mojego biura i się sfrustrowałam.


Inspiracja przyszła z niespodziewanej strony. Zamawiałam kilka książek z mojej ulubionej księgarni internetowej, gdy silnik wyszukiwarki polecił mi Rachel Brathen i jej “Yoga Girl”. Zazwyczaj ignoruję takie podpowiedzi, ale coś mnie tknęło i ją zamówiłam. Nazwisko autorki nie mówiło mi zupełnie nic, tym razem jednak ocena książki po okładce dobrze się skończyła. Nie mogłam się od niej oderwać, przeczytałam i obejrzałam (bo zdjęcia są piękne) migiem. Okazało się, że Rachel Brathen to instruktorka jogi mieszkająca na Arubie (stąd piękno zdjęć), gwiazda Instagrama i bardzo mądra osoba. Zazwyczaj nie spodziewam się wiele po książkach osób znanych z Internetu. Bez urazy, ale często są to wydmuszki, pięknie wyglądające, ale niemające zbyt wiele do przekazania. Z Rachel jest inaczej, bo wydaje się spójna – żyje tak, jak pisze, że żyje, ludzie ją uwielbiają, a ona prosto, ale mądrze wskazuje ścieżkę, którą poszła, jakby mówiąc “frustracja jest mi znana. ale nie daj się jej ograniczyć. Nie narzekaj, tylko działaj.”. Ten przekaz i kilka innych z książki dobrze mi zrobiły.

Od kilku tygodni wróciłam do praktyki jogi. Jedyna pora, kiedy jestem w stanie to robić, to zanim mój maluch się obudzi, więc  5.30. Czasem boli, ale suma sumarum wychodzi mi na dobre. Cudownie jest zaczynać dzień od prezentu dla samej siebie, czuć, jak ciało się rozciąga i oddech daje mi siłę. Cudownie jest czytać takie teksty jak u Rachel: “W życiu dostajesz to, co jest ci potrzebne. Nie to, czego chcesz. (…) Kochaj to, co jest.”. Proste? Proste! A zadziałało i pozwoliło mi pokonać frustrację i ponownie ruszyć do przodu.


Oczywiście, to nie jest tak, że wystarczy przeczytać jakąś książkę, żeby wyjść ze wszystkich swoich problemów i żyć w nirvanie żywiąc się powietrzem. Po latach rozwiązywania różnych trudności zrozumiałam wreszcie, że klucz do każdej z nich tkwi w głowie i trzeba go po prostu odnaleźć, korzystając z własnych zasobów. Jednak z uwagi na cały szum dookoła nas, chaos i pośpiech, łatwo takie rozwiązania przeoczyć, a wtedy z pomocą przychodzi ta czy inna książka, film, rozmowa, piosenka…

Frustracja, choć cholernie nieprzyjemna, a nawet, hmm, frustrująca, jest potrzebna, a w pracy freelancera nieodzowna. Bez niej nie szukalibyśmy inspiracji, okazji, możliwości. Łatwo jest pozostać długo w jednym miejscu, powtarzając sobie, że to miejsce jest dobre. Ale żeby z niego ruszyć i spróbować innych, nowych rzeczy, trzeba czasem kopniaka w cztery litery. A że czasem trzeba go zamówić w księgarni internetowej? Cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *