AUDREY CAFE

Chcę czy potrzebuję?

Zaczęło się od półki z herbatami. Kilka rodzajów zielonej, pozaczynane ziołowe w różnych odmianach, trochę czarnej, białej i czerwonej. Jest też kawa – tym razem jedna. Do tego dziwaczne mieszanki dla dzieci, na trawienie, ból gardła, zmęczenie, rozstrój nerwowy… Na półce nie ma już nawet kawałka wolnego miejsca, więc wszystko umieszcza się tam „na wrzut”. Wrzucanie pudełka z herbatą tak, żeby nie wypadło stało się moim nowym hobby. Niespecjalnie rozwijające, trzeba przyznać.

Patrząc na ten godny pożałowania obrazek i przeżuwając fakt, że tak naprawdę i tak piję codziennie jeden rodzaj herbaty, zaczęłam się zastanawiać, co mnie tu przywiodło – mnie zafascynowaną esencjalizmem i coraz bardziej minimalizmem. Co sprawiło, że praktycznie przy każdej wizycie w supermarkecie do mojego koszyka zakupowego trafiała nowa odmiana herbaty, której nawet nie zdążyłam jeszcze otworzyć? Co ustawiło mnie w jednej linii z typowymi łowcami okazji, kupującymi tylko dlatego, że akurat jest promocja? Moje własne chciejstwo. Chęć podstymulowana odrobiną marketingu, chwilowe zaślepienie nakazujące zamknąć oczy na moje potrzeby, bo przecież na pewno ta właśnie herbata zapewni mi wieczorny relaks…

Chcę czy potrzebuję?

Według Słownika Języka Polskiego „chcieć” oznacza „mieć chęć”, natomiast „potrzebować” – „odczuwać potrzebę czegoś; też: nie móc się obejść bez kogoś, czegoś”. Różnica między „chcieć” a „potrzebować” to podstawowy element dokonywania wyborów, jak widać nawet tych najbanalniejszych. Każdy rodzic chyba wie, jak trudno jest wytłumaczyć ją dzieciom, które chcą wszystko, co tylko zobaczą. „Kup mi to i to, bo chcę” – to typowy przekaz, jaki można usłyszeć w każdym supermarkecie czy innym sklepie z zabawkami. Niestety pod tym względem niezbyt różnimy się od dzieci. Może tylko tym, że nasze chciejstwo wymaga zazwyczaj większych nakładów finansowych niż to dziecięce. Podniecani przekazami marketingowymi i niezrozumieniem własnych prawdziwych potrzeb pędzimy przez supermarket, wołając niczym pirat z bajki oglądanej przez moje dzieci: „ja chcę, chcę, chcę to mieć!”. Jedna sprawa, że tego potrzebują (!) od nas marketingowcy, politycy i tzw. rynek – bez naszego kupowania napędzanego realizacją chciejstwa nie mają racji bytu. Inna sprawa, że konsumpcja, transakcje i nabywanie różnych artefaktów napędza nasze ego, tym samym uciszając nasze autentyczne Ja. Gdybyśmy kierowali się rzeczywistymi potrzebami, zapewne częściej myślelibyśmy o przeżyciach, a nie rzeczach, jednak droga na skróty jest łatwiejsza.

Jakże często jest tak, że nasze “chcę” oddala nas od tego, co nam potrzebne. Nasze serce podpowiada, ale my staramy się nie słuchać. O wiele łatwiej jest kupić nową sukienkę czy buty niż polubić siebie naprawdę, bez tych wszystkich super ciuchów. O ile trudniej jest spędzić z dzieckiem godzinę na uważnej, świadomej zabawie niż podarować nową zabawkę. Idziemy na łatwiznę, udając, że to właśnie nasza droga, podczas gdy prawdziwa ścieżka prowadzi przez wzgórza i doliny, a nie przez alejki supermarketów.

Czego chcesz? Czego potrzebujesz?

Najnowsze hasło naczelnych minimalistów Netflixa (znajdziesz ich tutaj) brzmi: „kochaj ludzi, używaj rzeczy” – nie odwrotnie. Wielu z nas zdaje się bowiem traktować rzeczy wyżej niż ludzi, trofea wyżej niż drogę do ich osiągnięcia, drogie samochody wyżej niż trasę, którą można nimi pokonać. „Chcenie” w życiu codziennym prowadzi nas na manowce, każąc wydawać więcej niż mamy i poświęcając na to o wiele więcej czasu niż ma to sens. „Potrzebowanie” stawia nas oko w oko z nami, z tym, co jest nam niezbędne, konieczne dla naszego komfortu i poczucia prostej obfitości. Myślenie o swoich potrzebach to umiejętność, której często trzeba się nauczyć, gdyż szczególnie kobiety wytrenowane są do ich pomijania, uciszania. Wystarczy otworzyć pierwszy lepszy magazyn kobiecy, aby zobaczyć, czego powinnyśmy chcieć – najnowszych kosmetyków, stylizacji, dodatków do wnętrz i innych pierścionków (oczywiście nazywanych „minimalistycznymi”). Jest też kilka artykułów o tym, że w ramach self-care powinnyśmy myśleć o własnych potrzebach i czuć się dobrze w swoim ciele – ale jak, skoro stronę dalej znajdziemy informację, że już czas na ostateczną walkę z cellulitem? Popkultura pełna jest sprzeczności, takie jej prawo, ale umiejętność słyszenia własnego głosu wydaje się w tym całym bełkocie nie do przecenienia.

Zrozumienie daje wolność

Zupełnie inaczej sprawa ma się w odniesieniu do relacji z ludźmi. Tutaj bycie z kimś tylko dlatego, że się go potrzebuje to złe rozwiązanie – prawdziwie udane związki dotyczą osób, które chcą ze sobą być. Tutaj element chęci jest niezbędny – potrzebowanie kogoś od razu ustawia nas w relacji zależności, otwierając przestrzeń na manipulację, melodramaty i poczucie krzywdy. Wszystkie łzawe piosenki o tym, że „I need you, baby” to tak naprawdę smutna opowieść o uzależnieniu i braku własnej tożsamości. Prawdziwie udane relacje to te, które nas uzupełniają, a nie wypełniają całkowicie. Jeżeli kogoś chcę, zostawiam mu też przestrzeń na jego potrzeby, daję mu wolność, bo nie potrzebuję go do szczęścia. Jestem całością, a druga osoba może tę całość wzbogacić, dodać coś od siebie, ale nie może odpowiadać za jej treść.

Zrozumienie różnicy pomiędzy „chcę” a „potrzebuję” otwiera drogę do wolności wyboru. Uwalniając nas od konieczności realizacji czyichś oczekiwań, daje pole do realizacji siebie i życia w zgodzie ze sobą. Nawet na takim najprostszym poziomie – gdy idę do sklepu i wiem, czego potrzebuję nie dam sobie wmówić, że chcę pięciu innych rzeczy. Dzięki temu oszczędzam czas, pieniądze i środowisko. Z kolei gdy zdam sobie sprawę z tego, że utrzymuję z kimś kontakt, bo do czegoś jest mi potrzebny – do utrzymania statusu społecznego, możliwości skorzystania z tej znajomości – mogę naprawić lub zakończyć tę relację i nie krzywdzić już siebie ani tej osoby. Dojście do tego, czego naprawdę potrzebujemy może nam zabrać trochę czasu, bo przykryte jest często warstwą wymagań kulturowych, społecznych schematów i rodzinno-marketingowych powinności. Jednak przynosi utęsknioną wierność sobie i wolność. Nikt nie może nam już niczego wmówić, bo nasz głos jest o wiele bardziej słyszalny.

Każdy z nas rodzi się z potrzebą autonomii – chcemy sami o sobie decydować, wytyczać własne ścieżki i nimi podążać. Podejmując zatem nawet najdrobniejsze decyzje pamiętajmy o sobie – o tym, czego potrzebujemy i czego chcemy, aby te dwie sfery szły ze sobą w parze. Największą motywację daje realizacja wytyczonych sobie celów, a ich zgodność z naszymi potrzebami i chęć ich osiągnięcia to klucz do sukcesu. Nie dajmy się zagłuszyć innym ludziom, choćby najbliższym czy tym, którzy specjalizują się w marketingu i promocji. Myślmy krytycznie. Idąc własną drogą, będziemy niezależni i wierni sobie – a czy nie tego chcemy?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *