Jem mięso. Jem nabiał. Jem ryby. Jestem wszystkożerna. Czuję jednak, że to się zaraz zmieni, a wszystko za sprawą książki, która wpadła w moje ręce i przeczytana z zapartym tchem postanowiła sforsować przeszkody zbudowane z mojej hipokryzji i chęci czucia się lepiej ze sobą, a następnie zrewolucjonizować moją lodówkę. Chodzi oczywiście o tytułowe „Zjadanie zwierząt” i wnioski płynące z tej lektury, których nie da się już „odwyciągnąć”. A to było to tak…

Moja „mięsna” historia

W czasach, w których dorastałam mięso było luksusem, rzadkością, wyjątkiem od reguły. Trudno je było dostać, było drogie i często nie grzeszyło świeżością. Potem przyszła normalność, a wraz z nią mięso na talerzu często, w różnych odmianach i bez okazji. O pięknym zapachu, apetycznym wyglądzie, sycące – trudno było go nie lubić. W końcu przyszły lata nastoletnie, a wraz z nimi pewna, nieco zwichrowana forma buntu, która zawierała w sobie między innymi zdanie sobie sprawy z tego, skąd bierze się mięso. Wcześniej odpowiedź była oczywista – z mięsnego, ale skąd tam? Zaczęłam drążyć, czytać, oglądać i…sparaliżowało mnie. Zwierzęta cierpią, żeby nam było dobrze, a niewiele z tego mają. Niemal z dnia na dzień stałam się wegetarianką, ale bez pomyślunku – po prostu odstawiłam mięso, niczym wartościowym go nie zastępując, więc po kilku miesiącach przyszło ogromne osłabienie i diagnoza – ostra anemia. Chcąc nie chcąc wróciłam do mięsa, starając się jakoś równoważyć to datkami na organizacje broniące praw zwierząt itp. Był to pewien kompromis zawarty z samą sobą.

Na filozofii niewiele mówi się o zwierzętach, ale w ramach pisania pracy magisterskiej zajęłam się m.in. ich tematem. Czytałam sporo Singera i choć nadal z większymi lub mniejszymi przerwami jadłam mięso, sercem byłam wege. Co z tego? Cóż, mówi się, że gdyby rzeźnie i ubojnie miały szklane ściany, wszyscy zostalibyśmy wegetarianami, ale co z oczu, to z serca, więc zgniły kompromis trwał nadal. Po kilku materiałach wideo i badaniu tematu „rzuciłam” wieprzowinę i wołowinę, o czym pisałam tutaj. Tak było aż do teraz, bo teraz nadchodzi rewolucja…

„Zjadanie zwierząt”

W książce Foera najbardziej podoba mi się to, że autor do niczego nie namawia. Traktuje czytelnika inteligentnie – po prostu przedstawia mu fakty, duuuużo faktów i namawia do dokonywania wyborów. Liczba mnoga jest tu adekwatna, gdyż nie wystarczy podjąć jakiejś decyzji raz – trzeba umieć ponieść jej konsekwencje i tak naprawdę podejmować ją ciągle od nowa. A jakie są fakty?

Człowiek jest istotą wszystkożerną. Jednocześnie jako jedyne zwierzę nie musi jeść mięsa, aby przeżyć. Jedynie 8% Polaków to wegetarianie i weganie.

Od lat 50-tych XX wieku na świecie zapanował przemysł mięsny, to znaczy dokonało się przejście od małych zagród i niewielkiej produkcji do chowu przemysłowego i nastawienia na zysk.

Polska jest największym producentem mięsa drobiowego w Europie, a statystyczny Polak zjada rocznie ok. 40 kg wieprzowiny i 27 kg drobiu.

Chów przemysłowy – jak sama nazwa wskazuje – jest odhumanizowany. Tylko 1% produkcji mięsa na świecie odbywa się w małych gospodarstwach, gdzie zwierzęta wiedzą, jak wygląda niebo, słońce i stado i mogą żyć w miarę normalnie. Pozostałe zakłady to brutalność, ścisk, choroby, smród i brak higieny. Aby mieć tego lekki przedsmak, wystarczy spojrzeć na ofertę jednej z polskich firm produkujących maszyny i urządzenia dla przemysłu mięsnego. Znajdziemy w niej np. przepędy, boksy głuszenia, oparzelniki, szczeciniarki, a są jeszcze głuszacze, noże ubojowe, oparzalniki drobiu, skubarki belkowe i kontrrotacyjne, obrywacze głów, myjki tuszek, wyczepiacze łap, kotły obrotowe do uboju rytualnego itp. Mało? Są jeszcze np. maszyny do mielenia zbyt małych kurcząt, które traktuje się jak odpad. Liczy się zysk, szybkość i efektywność.

Zasadniczo polskie prawo mówi, że zwierzę nie jest rzeczą i nie powinno mu się zadawać cierpienia. Z drugiej jednak strony to samo prawo, jako jedyne w Unii Europejskiej, nie zabrania obcinania młodym prosiakom zębów i ogonów oraz ich kastrowania bez znieczulenia.

Chów przemysłowy oznacza również ogromne zanieczyszczenie środowiska. Szkody związane z tzw. przyłowem (gdy łowi się krewetki, zarzuca się wielką sieć i wyławia wszystko, co do niej wpadnie. Poza krewetkami resztę – już martwą z powodu braku wody i tlenu – wrzuca się z powrotem. Najczęściej stanowi ona cenne organizmy morskie.), problem z utylizacją odchodów i martwych zwierząt nienadających się do uboju, ogromne zużycie nawozów, zajmowanie gleby pod uprawy paszowe, zamiast „ludzkie”, emisja metanu i dwutlenku węgla do atmosfery… Można wymieniać i wymieniać.

 Co dalej?

Zjadanie zwierząt jest powszechne, uważane za normalne i zdrowe. Posiadanie zwierząt domowych i ich niezjadanie również jest uważane za w miarę normalne, a nawet zdrowe. Dzieci uwielbiają zwierzęta i nie podejrzewają, jaką nieprzyjemną niespodziankę szykują im rodzice – te same śliczne świnki z ilustracji w bajce zjadają w formie kotleta, a kaczki karmione w parku potrafią przybrać formę pieczoną z jabłkiem. Ten dysonans bardzo mi przeszkadza, bo wiem, że za chwilę i moje dziecko zacznie powoli rozumieć, o co chodzi i jeżeli niczego nie zmienię, nie wiem, jak mu się wtedy wytłumaczę.

Przemysł mięsny jest faktem. Jak mówi Foer, „ludzi określają ich wyrzeczenia”. On sam przeszedł na wegetarianizm, gdy urodził mu się syn. Jemu ten dysonans również przeszkadzał. Uważa bowiem, że jedzenie mięsa jest uzasadnione obecnie jedynie w krajach rozwijających się. Kraje rozwinięte, dotknięte epidemią otyłości i nowotworów, wyszłyby zdrowo i dobrze na przejściu na wegetarianizm.

Tak naprawdę większość z nas wie lub podejrzewa, jaką drogę zwierzę musi przejść od hodowli do talerza, ale tylko najwytrwalsi dążą do prawdy. Jakie decyzje mamy do wyboru?

  • Jeść nadal mięso, ignorując rzeczywistość jego produkcji i ciesząc się pysznym smakiem
  • Jeść mięso tylko od małych hodowców, którzy przestrzegają zasad etyki i higieny (baaardzo trudne, bo w Polsce króluje chów przemysłowy, ale przy sporym wysiłku wykonalne. No i drogie)
  • Ograniczyć mięso, starając się przestrzegać zrównoważonej diety i równoważąc ewentualne wyrzuty sumienia działaniem na rzecz zwierząt
  • Zrezygnować z mięsa i w poczuciu moralnej wyższości uczyć innych, że są inne sposoby odżywiania
  • Zrezygnować z mięsa i zostać wegetariańskim bojownikiem

Każdy ma swoje sumienie i co dzień podejmuje wybory związane z dietą. Jeść nie możemy przestać, ale znając fakty i wkładając nieco wysiłku w planowanie i gotowanie możemy zmienić sposób odżywiania, życia, a może nawet zmienić świat?

Smacznego!

Author

2 komentarze

  1. Ja również zrezygnowałam z jedzenia mięsa po lekturze kilku książek (polecam zwłaszcza „Farmageddon”). Nie zgodzę się tylko co do jednego, że po zmianie diety na wege możemy albo zostać bojownikami, albo rościć sobie prawo do pouczania innych. Możemy po prostu robić swoje, bez jakiegoś poczucia misji i potrzeby „nawracania” innych 😉

    • admin Reply

      Po przemyśleniu też uważam, że najlepsze jest „uprawianie własnego ogródka” i świecenie przykładem, choć czuję, że moja droga pod tym względem dopiero się zaczyna 🙂 Pozdrawiam!

Write A Comment