Nikt nie lubi cierpieć. Nikt nie lubi, gdy ktoś przy nim cierpi, bo to wprawia w ogromny dyskomfort. Miejsca wypełnione cierpieniem otoczone są ciszą – hospicja, domy dziecka, ośrodki wychowawcze. Wszyscy wiedzą, że istnieją, ale nikt nie chce wejść do środka i przekonać się, jacy ludzie tam są. Teraz w naszym kraju wiele jest krzyku. Czasem słusznego, a czasem nie. Krzyk i złość wypełniają Internet, zmieniając się powoli w jeden czarny szum, którego po kilku postach na Facebooku ma dość nawet najbardziej zapalony działacz. Tymczasem ponad trzy tysiące kilometrów dalej też jest wiele krzyku, ale i coraz więcej ciszy, ale stąd jej nie słychać.
Wojna w Syrii nie jest “naszą” wojną. W zasadzie to wojna domowa, która pochłonęła już ponad 250 tysięcy ofiar. Jest wokół niej głośno również dlatego, że wiąże się ze zjawiskiem bardzo dla “naszego” zachodniego świata niewygodnym – tzw. kryzysem uchodźczym. Tym się przejmują nasi politycy, a nie tragedią, nieszczęściem, czy w końcu “zwykłym” ludzkim cierpieniem.
Wojna w Syrii trwa już niemal pięć lat. Niedawno w “Polityce” ukazał się bardzo ciekawy artykuł Łukasza Wójcika na ten temat, w którym stawia on tezę, że militarnie i politycznie należałoby pozostawić ten kraj samemu sobie, żeby wojna niejako się “wypaliła”. Chodzi o to, że w przypadku wojny domowej jej strony po jakimś czasie zaczynają odczuwać zmęczenie i tracą wiarę w zwycięstwo, w związku z czym są bardziej skłonne do zakończenia działań. Tu jednak, wiedziona podejrzanie dobrymi intencjami Turcja i Rosja zaangażowały się w konflikt, prowokując do tego również USA. Skoro więc są nowi gracze, jest nowa energia do walki i tylko cywile nie mogą liczyć (na razie?) na poprawę sytuacji.
Czemu o tym piszę? Temat kryzysu uchodźczego właściwie już tak głośno w mediach nie przebrzmiewa, a wojna się tli i co jakiś czas słychać tylko nowe informacje o bombardowaniach czy nieskutecznych zawieszeniach broni. Otóż dziś rano przeglądając Internet natknęłam się na takie oto zdjęcie:
Mówi się, że jedno zdjęcie znaczy więcej niż tysiąc słów. W tym przypadku tak właśnie jest i gdy tylko zobaczyłam je na FB, wiedziałam, że tym razem nie uda mi się przejść obojętnie. Zastanawiałam się, czy je tutaj zamieścić, bo jest jak dla mnie bardzo brutalne, choć dziwnie spokojne i niekrzykliwe. Nie mogę też nigdzie doszukać się jego autora. Znalazłam je na profilu FB Racjonalna Polska, więc może da się to ustalić. W takiej pozycji, jak to maleństwo na zdjęciu, najchętniej teraz śpi mój syn i ta symetryczność mocno na mnie oddziałuje. 
Kiedy dzieciom dzieje się krzywda, Polacy zazwyczaj krzyczą, płaczą i koniec końców starają się jakoś pomóc. Nie chodzi tu jednak tylko o emocje i psychologię. Chodzi o to, że są na świecie ludzie, którzy marzą o tym, żeby mieć nasze problemy – żeby spierać się z politykami w Internecie, a nie ginąć od ich bomb. Żeby wybierać swobodnie, czy pójdą do kościoła czy nie, nie bojąc się policji religijno-politycznej/ISIS czy innego dziadostwa. Chodzi o to, że – uwaga, banał! – w codziennym pędzie zapominamy, że są na świecie ludzie, dla których pęd jest tylko po to, żeby ratować życie i zdrowie.
Co można zrobić? Na szczęście jest kilka możliwości. Najprostszą jest wsparcie finansowe. Choć pojawiają się głosy, że nie wszystkie organizacje radzą sobie ze skuteczną pomocą, ja nadal polecam UNICEF. Opcji jest kilka – pomoc jednorazowa, stała, zostanie Regularnym Darczyńcą UNICEF czy choćby wspominane już przeze mnie Prezenty bez Pudła. Pomagać można również przez stronę UNHCR, czyli Agencji ONZ ds. Uchodźców, a jak ktoś lubi, to i poprzez Polski Czerwony Krzyż. Tradycyjnie można w tym zakresie liczyć również na Polską Akcję Humanitarną.
Zgodnie z tak zwaną arytmetyką współczucia, bardziej porusza nas śmierć jednego niż tysiąca, bo tego jednego widać wyraźniej i nie tak łatwo się pozbyć jego obrazu z pamięci. Stąd też zamieszczone przeze mnie zdjęcie – nie chcę epatować cierpieniem, a pokazać, że ludzie tacy jak my, jedynie pod inną szerokością geograficzną, potrzebują naszego krzyku, a nie ciszy. Nie chodzi o wysokość datków ani o to, czy tak naprawdę ktoś się o nie w ogóle pokusi. Chodzi o to, żeby zacząć myśleć i patrzeć dalej niż czubek własnego nosa. Świata nie zbawię, to jasne, ale jeżeli choć o jedno takie smutne zdjęcie będzie mniej, to już by było cudownie.
Czego sobie i Państwu życzę.
Please follow and like us:
Audrey Girl