Odkąd tylko pamiętam moje życie naznaczone było właśnie tym. Już jako mała dziewczynka wiedziałam, że od tego zależy moje samopoczucie, bezpieczeństwo, „dobrostan”, możliwość realizacji planów. Miałam świadomość, że bez tego zginę, zniknę, a przynajmniej będę bardzo cierpieć. Zresztą nie byłam w tym przekonaniu osamotniona. Większość osób, a już na pewno kobiet/dziewczyn na to cierpi i często jest to przyczyną problemów w związkach, rodzinie czy relacjach towarzyskich. O czym mowa?
 
Kontrola – oto magiczne słowo. Ciągle słyszane „panuj nad sobą!” z biegiem czasu przekształca się w szeptane do siebie „tylko spokojnie, panuj nad sobą” wyrażające bardziej prośbę niż nakaz. Zaczyna się bardzo wcześnie, bo najczęściej od tak zwanego treningu czystości, czyli…nocnika. Dziecko biegające w pieluszce nie ma świadomości, że to, co się w niej znajduje może być przedmiotem jakichkolwiek emocji. Dopiero w trakcie nauki siadania na nocniku powoli zaczyna pojmować, że tak właśnie jest. Jak zrobisz siusiu do nocniczka – jesteś cacy. Jak zrobisz kupkę w majtki – jesteś be i fuj i do tego śmierdzisz. Nie wszyscy rodzice oczywiście są tak surowi, ale nader często to, czy dziecko umie się już załatwić do nocnika/toalety staje się przedmiotem oceny i krytyki. Potem jest już tylko gorzej.
 
Dziewczynki ogólnie mają przechlapane. Sprawy cielesne dla nich nie kończą się na kwestiach okołonocnikowych – potem jest jeszcze straszne słowo na „o”, czyli okres. Nie wiedzieć czemu, ma mocno rzucającą się w oczy barwę krwistej czerwieni, której widok wielu doprowadza do omdleń i mdłości. Cóż, natura tak chciała, że raz w miesiącu dziewczyny/kobiety się czerwienią, ale społeczeństwu nadal ciężko to zaakceptować. Nawet w tym tygodniu wyczytałam informację, że w Nepalu zmarła piętnastolatka w tzw. chacie odosobnienia – ciasnej klitce z gliny, w której (choć to nielegalne) dziewczyny mające okres i kobiety po porodzie muszą siedzieć, dopóki nie przestaną być „nieczyste”. Często zdarza się niestety, że taki okres – o zgrozo! – przecieknie, a wtedy wstyd, obraza uczuć religijnych i pełne odrzucenie społeczne. Dla nastolatki – koniec życia towarzyskiego, chyba że się postawi i nie przejmie.
 
Kobieca cielesność to czasem wyboista droga przez mękę. Seks (kobiecy wytrysk – fakt czy mit?), niekontrolowane reakcje ciała na bodźce, ciąża, poród, karmienie piersią – nasze ciała podlegają kontroli, ocenie, restrykcjom i standardom. Ba, nawet prawo stara się je kontrolować. A co, jeżeli sprawy wymkną się spod kontroli?
Nadmierna potrzeba kontroli to zjawisko, które może zrobić w życiu wiele złego. Wiedzą o tym DDA, wiedzą pracoholicy, perfekcjoniści czy tzw. nadopiekuńcze matki. Przekonanie o tym, że na wszystko można mieć wpływ, jak tylko człowiek się odpowiednio postara, wypacza patrzenie na świat i ludzi wokół nas, dając nam wyimaginowane berło i koronę, tylko niestety z mocno wyczerpanego papieru. Człowiek się zapętla, próbując pomóc innym w skierowaniu ich na odpowiednie tory wykoleja samego siebie. Chce kontrolować wszystko i wszystkich – fizjologię, pogodę, rozwój wypadków na świecie, partnera, dziecko, a nawet psa (choć to akurat jest PODOBNO możliwe). Jaki lek zaleca się na to dziwaczne schorzenie?
 
Jak pisze na swojej stronie niejaki jaras, jest to tylko i aż uznanie własnej bezsilności. To jak z alkoholizmem – żeby z niego wyjść, trzeba najpierw przyznać, że ma się problem. Tak to właśnie działa. Trzeba wykonać ogromną pracę, aby móc powiedzieć „ok, świat jest nieprzewidywalny, nie wiem, co się wydarzy, co spotka mnie i moich bliskich i nie mam nad tym kontroli. Jedyne, co mogę zrobić, to dbać o siebie i innych w swojej sferze wpływów i cieszyć się chwilą obecną, aby jej nie przeoczyć”. To jest straaaasznie trudne i cały czas uczę się tego, szczególnie mając pod opieką małe dziecko. Zaakceptowanie tego, że inni ludzie są…inni i chcą innych rzeczy niż ja to mały przewrót kopernikański na miarę moich możliwości. Uciekanie od siebie, aby pomóc innym – to pogrążanie się w nadmiernej potrzebie kontroli i droga donikąd. Jak pisze jaras, „posiadamy moc, by stać się tak małymi, jak nasza najbardziej ograniczona potrzeba lub tak wielkimi, jak nasze najbardziej wyzwalające marzenie. Prosty, ale bynajmniej niełatwy wybór, a dokonując go, kreujesz siebie.”
 
Im bardziej chaotyczny i przerażający staje się nasz świat, tym intensywniej rzucamy się w poszukiwaniu narzędzi kontroli. Rodzicielstwo bliskości jako lek na przemoc dookoła, hygge jako antidotum na nieczułe, zamknięte społeczeństwo, zdrowe odżywianie jako obietnica wolności od chorób i cierpienia. W naszym świecie dzieje się teraz wiele dziwnych rzeczy. Niepokoje polityczne, strajki, wojny, konflikty. Smutna prawda jest taka, że one niestety zawsze były, są teraz i będą w przyszłości. Banalna prawda z kolei jest taka, że niewiele na to można poradzić, ale niewiele to nadal więcej niż nic. Jak wiecie z mojego bloga, ja również staram się nie pozostawać obojętna na wiele zdarzeń/cierpień/możliwości zmiany na lepsze, ale ważne jest to, co potem i co w tak zwanym międzyczasie. Uczę się więc spać spokojnie, nie myśląc o tym, że od tego, czy coś zrobię czy nie zależą losy świata czy choćby mojego dziecka. Uczę się cieszyć chwilą obecną, bez lęku, że każdy następny moment może przynieść coś złego. Co mogę, to robię, a resztę uczę się odpuszczać. Trudne, ale wykonalne.

 

Da się?
Please follow and like us:
Audrey Girl