#METOO to akcja, która obiegła sporą część świata i przeorała również polskie media społecznościowe, pokazując skalę problemu przemocy seksualnej wobec kobiet. Nieważne, czy chodziło o tzw. niemoralne propozycje, “macanie”, przyciskanie do ściany czy gwałt – ważne, że mój FB zaroił się od tematycznych wpisów koleżanek, znajomych i znajomych znajomych, często silnych, przebojowych. Zakładam, że wszystkie historie, które się ukrywają pod tymi wpisami są prawdziwe, co zdaje się mocno niepokojące. Oznacza, że żyjemy w świecie, w którym ogromna liczba kobiet doznała jakiejś formy molestowania seksualnego. Hollywoodzka afera z Harveyem Weinsteinem w roli głównej pokazuje, że to się dzieje niezależnie od stopnia zamożności czy pozycji kobiet. Dziwi mnie natomiast czas, jaki był im potrzebny do opowiedzenia tej historii – w wielu przypadkach minęło sporo lat. To doprowadziło mnie do wniosku, że z nami, kobietami, też coś jest nie tak…

Wiktymizacja ofiary? Nie!

Psychologia zna pojęcie wiktymizacji ofiary, a nasze polskie społeczeństwo uprawia ten proceder w praktyce. O co chodzi? O te wszystkie komentarze typu “po co ubierała się w mini”, “trzeba było nie łazić po nocy samej”, “jak by suka nie dała, to by pies nie wziął” itp. Jednym słowem – ofiara przestępstwa/przemocy, najczęściej o charakterze seksualnym, jest obwiniana o to, że prowokowała, nie zachowała ostrożności itd. Jest to rzecz według mnie obrzydliwa, bo wychodzę z założenia, że każda kobieta ma prawo ubierać się i chodzić jak i gdzie chce bez obawy, że ktoś zechce to niecnie wykorzystać. Niestety, realia są takie, że gdy dojdzie do przestępstwa, a kobieta ma zeznawać w sprawie, zawsze wyciąga się temat tego, jak wyglądała, czy nie dawała dwuznacznych sygnałów itp.

Absolutnie nie o wiktymizację ofiar chodzi mi w tym wpisie, a o coś zupełnie innego, czyli o…

Trzy grzechy główne kobiet

Definicji grzechu jest wiele. Choć nie chodzi tu o kontekst religijny, najbardziej odpowiednią znalazłam na stronie…spowiedz.pl (tak, istnieje i wygląda na to, że ma się świetnie). Otóż tam określa się go jako “wykroczenie przeciwko rozumowi, prawdzie, (…) sumieniu” i o to mi chodzi w tym wpisie – o to jak my, kobiety, potrafimy same popsuć swoją pozycję, sytuację, wizerunek, relacje, przez sprzeniewierzanie się sobie, swojej płci i przekonaniom. No to spróbujmy.

Grzech nr 1

Brak solidarności

Tak, wiem, że nie każda kobieta musi być feministką, ale co mnie ogromnie zadziwia, to to, że tak rzadko kobiety się wspierają, popierają, po prostu solidaryzują się ze sobą. Przykłady? Ot choćby wracałam niedawno z pracy, a że mam już widoczny brzuch (7. mc), a w tramwaju tłok, ja obładowana torbą i plecakiem, to się rozglądam, czy ktoś mi ustąpi miejsca. Gros siedzących tym razem to młode dziewczyny wracające z liceum oraz kobiety ok. 50-tki. Jedna z nich tak się starała mnie nie zauważyć, że aż zaczęła udawać, że śpi! No cóż… Inna sytuacja – koleżanka zaczyna pracę w nowej firmie, stara się, jest punktualna itp. Co robią nowe koleżanki? Otóż zbierają się w pokoju socjalnym na “ploty”, a gdy tylko ona wchodzi do pomieszczenia, milkną i patrzą znacząco. Banał? Pewnie, ale tylko dlatego, że dobrze znany co najmniej od czasów liceum.

My, kobiety, często nie lubimy się wspierać, walczyć o siebie nawzajem, bo wciąż postrzegamy się jako rywalki, choć nie wiadomo, do czego. W sytuacjach skrajnie negatywnych nie potrafimy wesprzeć swoich matek/córek/sióstr/przyjaciółek w walce z przemocą, której doznają, przez co liczba użytych hasztagów #metoo niebezpiecznie rośnie…

Grzech nr 2

Niedocenianie siebie

Drugie ciekawe zjawisko znane jest w psychologii jako “syndrom oszusta”. Chodzi tu o poczucie posiadania zbyt niskich kompetencji, aby coś osiągnąć, a w związku z tym przekonanie, że skoro ktoś nas docenia, to nie dostrzega prawdy, czyli tego, że tak naprawdę się nie nadajemy, nie jesteśmy kompetentne itp. Najczęściej dotyczy to kobiet, gdyż my na pewnym etapie rozwoju przestajemy w siebie wierzyć lub nie chcemy się do tej wiary w siebie przyznać, uważając, że w jakiś sposób uczyni nas to nieatrakcyjnymi lub, co gorsza, przyniesie nam kłopoty.

Mówi się, że mężczyźni boją się silnych kobiet, z tego więc powodu duża część z nas…udaje, że jest słabsza niż w rzeczywistości. To samo dotyczy pensji, awansów, planów zawodowych, a nawet ambitnych marzeń. Często boimy się przyznać nawet przed sobą, że jesteśmy w czymś dobre i nam się należy, gdyż społeczeństwo może nas od razu wyrzucić na margines.

Od 10 lat pracuję jako tłumaczka-freelancerka i dobrze wiem, jak trudno jest czasem walczyć o swoje, szczególnie kobiecie. Paradoks jest taki, że większość osób pracujących w działach HR czy współpracy z dostawcami to kobiety, czyli powinny być przychylniejsze dla współpracowniczek. Niestety, to wcale tak nie działa. Nawet przy pracy zdalnej płeć miewa znaczenie i to negatywne. Kilka dobrych lat trwało, abym nabrała przekonania, że jestem dość dobra w moim zawodzie, aby poprosić o podwyższenie stawki. Poprosiłam oczywiście kobietę i mój wniosek został przyjęty do rozpatrzenia, po czym postraszono mnie, że jeżeli zwiększą mi stawkę, to zabiorą większość zleceń (co by mi za dobrze nie było), a następnie wzięto na przeczekanie. Nie poddałam się, a efekt jest taki, że stawkę mam wyższą, a zlecenia większe i bardziej prestiżowe. Potrzeba było jedynie odwagi i poczucia, że jest się dobrą w tym, co się robi.

Niestety mało kobiet decyduje się na walkę o siebie w sferze zawodowej, narzekając na szklany sufit, brak możliwości i elastyczności. A gdyby więcej kobiet z tej samej firmy zaczęło się wspierać? A gdyby się odważyły ominąć nieprzychylnego szefa i pójść dalej? A gdyby po prostu odważyły się walczyć o swoje? Chowanie głowy w piasek nie może przecież wiecznie trwać, a co gorsza, nie spowoduje ŻADNYCH zmian na lepsze…

Grzech nr 3

Brak odwagi (cywilnej)

W życiu kobiety przychodzi wiele trudnych sytuacji, o których mężczyźni nie mają pojęcia. Od początku jesteśmy na z góry straconej pozycji, bo zawsze stajemy przed kwestią dzieci/brak dzieci, praca/dom, kariera/rodzina itp. Nie oszukujmy się, mężczyznom jest łatwiej, bo obciążenia, które w związku z tymi wyborami ponoszą, są zupełnie inne. Wychodząc od najprostszej różnicy biologicznej – faktu możliwości rodzenia dzieci – a na stereotypach społecznych kończąc, kobiety mają przerąbane. Jednak nie musiałoby tak być, gdybyśmy same sobie tego nie robiły. Jakże często się zdarza, że gdy pojawia się informacja o takiej czy innej matce oddającej dziecko czy używającej przemocy czy w inny sposób wyraźnie odbiegającej od stereotypu Matki Polki, najwięcej negatywnych rzeczy do powiedzenia mają na jej temat…kobiety. To my jesteśmy naszymi największymi krytykami, a co gorsza, często robimy to anonimowo, za plecami, szeptem, żeby uniknąć konfrontacji.

Odwaga cywilna jest szczególnym rodzajem odwagi. Jest to postawa, która polega na występowaniu w obronie swoich racji, nawet jeżeli wiąże się to z wysokimi sankcjami i kosztami społecznymi. Jej podstawowym elementem jest występowanie pod swoim imieniem i nazwiskiem, czyli podpisywanie się pod swoimi własnymi wypowiedziami. Odwaga jest również przyznaniem się do błędu, postępowaniem zgodnie ze swoim sumieniem i głoszeniem swoich poglądów.

Wikipedia.pl

Często w życiu zawodowym i społecznym spotykam się z sytuacjami, w których kobiety boją się odezwać w swojej obronie, w obronie koleżanek czy kogoś innego, żeby nie narazić się na ostracyzm społeczny lub po prostu opinię walniętej feministki (wychodzi w sumie na to samo). Tak bardzo zależy im na opinii innych, że wolą sprzeniewierzyć swoje poglądy, przekonania, na rzecz akceptacji. Niby tego uczy nas społeczeństwo od małego – konformizmu, wygody, oportunizmu, ale po cóż nam dorastanie, jak nie po to, żeby nauczyć się czegoś odwrotnego? Fenomenem pod tym względem okazał się choćby Czarny Protest, który jednak był o tyle łatwiejszy, że dawał pewną anonimowość. Osoby, które na nim się pojawiły rzadko kiedy wykazują się odwagą cywilną w “towarzystwie”, broniąc swoich nie do końca popularnych racji. Tu dostrzegam problem, bo nasze społeczeństwo kształtujemy swoją postawą codziennie, a nie tylko na wielkich zrywach. O ile łatwiej jest zacisnąć zęby i ponarzekać w zaciszu domowym, niż zabrać głos publicznie, iść na wybory czy wykonać inny gest? O wiele, ale skoro my, kobiety, tak wiele potrafimy znieść, to może nadszedł w końcu czas, żebyśmy przestały “musieć coś znosić”, a zaczęły walczyć o siebie, swoje córki i koleżanki, żeby to społeczeństwo uwzględniło naszą połowę?

A gdzie Twoja solidarność?

Tak można zapytać. I słusznie. Patrzę na feminizm, na siebie, na społeczeństwo dość krytycznie, dzięki czemu mogę czasem wytknąć i sobie kilka rzeczy. Nie uważam, żeby ślepe popieranie kogoś “bo jest kobietą” było w porządku, ale nie widzę też powodu, dla którego w końcu nie miałybyśmy się wziąć za zmienianie społeczeństwa, skoro tak wiele nam w nim nie pasuje. W tym tygodniu w Nowej Zelandii wybrano nowego premiera, a właściwie premierkę – to 37-letnia bezdzietna panna, w dodatku atrakcyjna, mądra i…feministka. Na jednym z feministycznych profili na FB pod wpisem na ten temat pojawiły się komentarze typu “ale im dobrze”, “u nas to niemożliwe” itp. Zgadzam się, ale tylko dlatego, że same kopiemy pod sobą dołki. Może w końcu nadszedł czas, żeby się wyspowiadać samym sobie i wziąć się do roboty, żebyśmy i my mogły być dumne z naszego kraju pod tym względem?

Please follow and like us:
Audrey Cafe