uważność

Dlaczego nie mogę odnaleźć siebie?

Wyobraźcie sobie, że zaplanowaliście świetną wycieczkę. Ktoś opowiedział wam o fantastycznym miejscu, w którym nigdy nie byliście i chcecie je znaleźć. Pakujecie ekwipunek i wyżerkę do samochodu, wsiadacie i wpisujecie do nawigacji jedyną informację, jaką macie – współrzędne. Droga trochę wam się dłuży, bo już byście chcieli być na miejscu. Nie zauważacie kwitnących łąk, pól uprawnych układających się w malownicze pasy zieleni i żółci, błękitu nieba. Po prostu jedziecie. Gdy dojeżdżacie, wasza droga się kończy, ale nawigacja pokazuje, że jeszcze nie dotarliście do celu. Wysiadacie więc z auta lekko wkurzeni i zaczynacie szukać. Wszędzie jednak natykacie się na krzaki i inne chaszcze. W końcu po godzinie rezygnujecie i wracacie do domu z poczuciem ogromnego niedosytu. Nie wzięliście zwykłej mapy, nie mogliście się dodzwonić do osoby, która wam o tym miejscu powiedziała. Jesteście sfrustrowani. Co dalej?

(więcej…)

Spokojnie, to tylko panika!

Internet pełen jest różnych wyzwań, doznań, przeżyć, dźwięków i wpływów. Wszyscy jednak mamy głód autentyczności, w którą za wszelką cenę chcemy wierzyć. Szukacie szczerości? Oto ona.

SPOKOJNIE, to tylko panika!

Jestem panikarą. Zawsze mnie tak określano. Dodawano jeszcze “histeryczka”, “neurotyczka” i “introwertyczka”. Uff, sporo etykietek jak na jedną nastolatkę. Musicie jednak wiedzieć, że niemal całe moje dzieciństwo i okres dojrzewania przeżyłam przy bardzo wysokim poziomie stresu. Zupełnie nie potrafiłam sobie z nim radzić, a pomoc znikąd nie nadeszła. Przez to wszystko dorobiłam się stanu przedwrzodowego, przy okazji którego miałam jeden jedyny kontakt z psycholożką. Było to w szpitalu, gdzie trafiłam w celach diagnostycznych. Miałam 12 lat, a wiecie, co ona napisała mi w zaleceniach? “Osobowość neurotyczna, nadwrażliwa, znerwicowana. Zalecenia: zapewnić spokój”.

Cóż, o rodzicielstwie bliskości nikt wtedy nie słyszał, więc i spokoju nikt mi nie zapewniał, dopiero jako osoba dorosła nauczyłam się sobie z tym jako tako radzić, ale łatka panikary wlokła się za mną przez cały czas. Tyle, że w moim wnętrzu, bo na zewnątrz byłam silna. Starałam się nie okazywać negatywnych (czytaj: niewygodnych) emocji, bo jak chyba każda nastolatka pragnęłam akceptacji i normalności, cokolwiek miała by ona znaczyć. Nikt mi nie pomógł zrozumieć, co to właściwie znaczy ta nerwica i neurotyczność (nie, Internetu nie było, ale dinozaurów już też nie ;)), ani jak sobie z nimi radzić. Przyjęłam więc strategię “udaję, że jestem normalna, może nikt się nie zorientuje”, która – o dziwo – działała, choć tylko do pewnego momentu.

Spokojnie, to tylko PANIKA!

Dobrze pamiętam pierwszy atak paniki. Byłam wtedy w liceum, a do szkoły dojeżdżałam codziennie 30 minut zatłoczonym tramwajem. Któregoś ranka, po mocno stresującym domowym wieczorze, wsiadłam normalnie do tramwaju, gdy nagle poczułam, że robi mi się bardzo słabo, jestem cała mokra od potu, jest mi niedobrze i zaraz zemdleję. Szybko wysiadłam na najbliższym przystanku i zamiast pojechać do szkoły wróciłam zapłakana piechotą do domu. Myślałam, że umieram, że dzieje się coś strasznego. I działo się, ale tylko w mojej głowie. Tak zaczął się mój prywatny koszmar. Niemal nie byłam w stanie jeździć komunikacją miejską. Samo stanie na przystanku wywoływało szybsze bicie serce i spłycenie oddechu. Teraz już wiem, że to hiperwentylacja i można jej łatwo zaradzić. Wtedy wszystkie te przeżycia powodowały tylko wstyd i lęk…przed lękiem. Miałam regularne ataki paniki, za które obwiniałam siebie, przez które cierpiał mój żołądek, relacje z ludźmi, ale za to zyskała figura – nigdy w życiu tyle nie chodziłam na piechotę…

Taki stan trwał kilka lat. Nie rozumiał mnie nikt, komu odważyłam się o tym opowiedzieć, a nie było to szerokie grono. W końcu jak można się bać jazdy tramwajem? Poradzenie sobie z atakami paniki wymagało z mojej strony ogromnej pracy nad sobą, przeczytania wielu książek, analiz źródeł paniki, przezwyciężenia uczucia osamotnienia i zmuszenia się do wyjścia “do ludzi”. Idąc tą drogą, odkryłam jogę, która wzmocniła moje ciało i pozwoliła w brzuchu szukać poczucia równowagi i pewności, a nie chaosu i lęku. Tak też odkryłam uważność – dzięki Jonowi Kabatowi Zinnowi. Jego program leczenia depresji i neuroz za pomocą ćwiczeń z uważności bardzo mi pomógł i pozwolił nauczyć się patrzeć na świat inaczej – nie jak na zagrożenie, a na szansę. Pokochałam rower, a bardzo malutkimi kroczkami nauczyłam się z powrotem jeździć tramwajami i autobusami. Ba, nawet leciałam samolotem 🙂

Spokojnie, to TYLKO panika!

Czemu o tym piszę? Pisanie o mówienie o problemach psychicznych to nadal pewne tabu. Depresja, stany lękowe, nerwica? To przecież dotyczy tylko słabych. Błąd! Takie podejście potęguje tylko dolegliwości, bo człowiek nie tylko cierpi, ale też wstydzi się, że cierpi, przez co cierpi jeszcze bardziej… Uff, dużo tego cierpienia, ale wiecie co? Takie jest życie. Oprócz tego, że jest jedno, piękne i niepowtarzalne, bywa też okrutne, niesprawiedliwe i smutne. Po co ukrywać, że jest inaczej?

Przez całe dzieciństwo mówiono o mnie, że jestem przewrażliwiona. Teraz to się nazywa “wysoka wrażliwość” i przy odpowiednim podejściu rodziców może być ogromną zaletą. Skąd o tym wiem? Cóż, historia zatoczyła koło i teraz ja wychowuję małego wrażliwca. Dostrzegam u niego cechy, które w moim przypadku były obiektem drwin, krytyki i niezrozumienia. Wiem, że czeka mnie mnóstwo pracy, bo przecież chcę wychować szczęśliwego człowieka.

Nadal zdarzają mi się ataki paniki, ale tylko wtedy, gdy jestem obciążona innymi sprawami, bardzo zmęczona, pozbawiona “wentyla bezpieczeństwa”, a moje ciało nie ma jak się odprężyć. Teraz jednak rozumiem to i wiem, jak sobie z tym radzić. Trzeba panikę zrozumieć i zaakceptować, a wtedy można iść dalej. Nieśpiesznie i uważnie, ale bez nadmiernego chuchania i dmuchania.

Nasze społeczeństwo potrzebuje wrażliwych liderów. Potrzeba nam empatii, uważności i serdeczności. Czy moje na coś się przydadzą? Zobaczymy, a na razie zostawiam Was z cytatem:

Nie doczekasz świtu, nie odbywszy drogi przez noc.

Guillaume Musso“Ponieważ Cię kocham”

Trzy rzeczy, które zrozumiałam, gdy moje dziecko spadło z łóżka*

Na osłodę dramatycznego początku 🙂

*spokojnie, na poduszki 😉

Świat mediów społecznościowych lubi perfekcjonizm i idealne wizerunki idealnie pięknych kobiet. Cóż, będzie musiał sobie ze mną poradzić, bo ja taka nie jestem. Najlepiej o tym świadczy sytuacja, która przytrafiła mi się w tym tygodniu. Otóż musicie wiedzieć, że jestem wielką fanką współspania z dzieckiem – jednym, choć ostatnio w bonusie tupta do nas również drugie starsze. Ale do rzeczy. Otóż ostatnio moje maluchy męczy zapalenie gardła, co szczególnie młodsze przechodzi dość dokuczliwie. Charczy, kaszle, katar mu się leje – takie tam przyjemności. Śpi z nami, więc gdy już go uśpię, siłą rzeczy zostaje sam w ogromnym łóżku, obłożony poduszkami z brzegów i tak dalej (jak by to czytał ktoś z opieki społecznej – nie, nie zrzucam dzieci z wysokości i nie każę im co noc ryzykować życia, jesteśmy w miarę normalną rodziną ;p). Tego dnia byłam jednak mocno zmęczona i po uśpieniu malucha zapomniałam położyć jedną – jak się okazało kluczową – poduszkę. Efekt był taki, że po jakiejś godzinie z sypialni dobiegł nas straszny histeryczny płacz malucha, który zsunął się oczywiście w tym jednym jedynym niezabezpieczonym miejscu…

Nic się nikomu nie stało, choć ja też zalałam się łzami w pierwszym odruchu – mimo, że nic złego nie zrobiłam, poczułam się jak najgorszy śmieć. Co za rodzic pozwala, żeby jego czteromiesięczne dziecko spadło z łóżka? Uprzedzając krytykę – podjęliśmy już środki zapobiegawcze, aby więcej do takich sytuacji nie doszło, maluch jest cały i zdrowy (poza katarem), ale mnie to nauczyło trzech rzeczy. Choć wciąż przewijają się gdzieś tam w moim życiu, tym razem dotarły do mnie z całą mocą i już mnie nie opuszczą. Oto trzy rzeczy, które zrozumiałam, gdy moje dziecko spadło z łóżka.

1. Uważność buduje, nieuważność rujnuje

Wszyscy jesteśmy bardzo zajęci. Szczególnie tyczy się to matek, które co dzień żonglują obowiązkami, zadaniami, powinnościami i terminami. Pochłonięte codziennością, często nie zauważamy tego, co najważniejsze lub tego, co choć wydaje się drobnym szczegółem, okazuje się bardzo istotne. Jak ta jedna poduszka, która zaważyła na całej sytuacji. Zdarza nam się żyć z kimś pod jednym dachem, a w wirze codziennych obowiązków nie dostrzec, że jest smutny lub ma kłopoty, którymi nie chce nam zaprzątać głowy. Zdarza nam się rozmawiać z kimś codziennie, ale tak naprawdę nie wiedzieć, czym ta osoba żyje. Zdarza nam się patrzeć na dziecko i włączać w głowie zniechęcenie tym, że znowu czegoś chce, zamiast naprawdę je zobaczyć. Znów będzie pewnie banalnie, ale żyjemy i tego życia często nie dostrzegamy. Wciąż realizując cele, gubimy drogę, która jako jedyna ma tak naprawdę znaczenie.

Moja sytuacja ze spadającym maluchem w roli głównej postawiła mnie pod ścianą – nie mogłam zrzucić na nikogo winy, byłam nieuważna, zmęczona, zniechęcona, co nie znaczy, że tej właśnie chwili nie należała się uwaga. Pomyślałam sobie, jak często zdarza się, że bardziej skupiam się na swojej interpretacji sytuacji, niż na jej doświadczaniu w pełni i ile przez to tracę. Teraz jeszcze lepiej dostrzegam, jak istotna jest uważność na co dzień.

2. Nie można mieć wszystkiego

W książce “Jedna rzecz” jej autorzy piszą:

(…) sukces sprowadza się do prostej zasady: robienia tego, co właściwe, w odpowiedniej chwili. Jeśli będziesz mógł szczerze przyznać sam przed sobą: “Jestem tu, gdzie właśnie teraz powinienem być, i robię dokładnie to, co konieczne”, odkryjesz świat niezwykłych możliwości”.

I jeszcze:

Ponadprzeciętne rezultaty zależą głównie od tego, jak dobrze potrafisz ukierunkować swoje działania. Umiejętna selekcja stanowi najskuteczniejszy sposób na osiągnięcie najlepszych efektów w pracy i w życiu.”

Gdybym miała osiem rąk, wszystkimi bym się pod tym podpisała. Z jednej strony nauczyłam się już, że nie można mieć wszystkiego, więc życie to po prostu sztuka wyboru i akceptacji, rezygnacji z innych rzeczy w danym momencie. To kwestia decyzji, jakie są moje priorytety i poświęcenia im uwagi, aby naprawdę miały szansę na realizację. Nie wierzę już w tak zwany work-life balance, bo wiem, że nie można tych dwóch najważniejszych sfer życia zrównoważyć. Są chwile, w których jedna z nich jest ważniejsza i wtedy poświęcam jej więcej uwagi, a są takie, gdy mogę przełączyć się na tryb praca i czerpać z tego ogromną satysfakcję. Zrozumiałam, że kluczem do sukcesu i poczucia satysfakcji rzeczywiście jest poświęcenie uwagi jednej rzeczy na raz – stąd chociażby moje wyzwanie na FB, które wzięło się z dostrzeżenia, że uciekam w social media, żeby na chwilę pobyć w “bezmyślności”. Typowa ucieczka od rzeczywistości, która nic nie daje – teraz wybieram konfrontację z chwilą obecną, by potem na chwilę zanurzyć się – sensownie – w świat mediów chociażby. Nie robię dwóch rzeczy na raz, na czym korzystają moje relacje z dziećmi i mężem, a także pozbyłam się wreszcie tego strasznego uczucia rozedrgania pomiędzy przeczytaniem komentarza na FB a odpowiedzią dziecku na pytanie. To bardzo uwalniające doświadczenie.

Piękne kwiaty dla wszystkich czytelniczek 😉

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

3. Warto celebrować sztukę życia codziennego

Wiem, że to nudne, ale chyba jeszcze za mało to sobie powtarzam. Wszyscy mamy tendencję do przyzwyczajania się do statusu quo – rutyna, choć bywa irytująca, daje poczucie bezpieczeństwa i wygodę niemyślenia. Ot, wstajemy rano i z niemal stuprocentową pewnością wiemy, co się dalej wydarzy. Chyba, że właśnie wydarza się coś zupełnie niespodziewanego, co wymaga zmiany planów, podejścia, a nawet życia. To może być banał – czekają mnie dwa deadline’y do skończenia, aż tu nagle słyszę rano z dziecięcego pokoju dwa straszne kaszle (true story z tego tygodnia) i już wiem, że ten dzień będzie wyglądał całkiem inaczej. Albo mąż wraca z pracy na rowerze i po drodze wpada pod samochód. Czekam i się denerwuję, bo znów jest późno i nie odbiera telefonu, aż tu nagle dzwonią ze szpitala (no nie tak do końca true story, bo skończyło się na małym spóźnieniu i stłuczeniu stopy, ale mogło być o wiele gorzej…). Zawsze w takich sytuacjach myślę, czemu nie doceniałam tej codzienności, za którą przy zmianie tak bardzo tęsknię. Codzienność to w końcu najczęstsza forma życia, z jaką mamy do czynienia. Dlaczego tak jej nie wartościujemy?

Dominique Loreau w “Sztuce minimalizmu w codziennym życiu” pisze:

 Czy możesz wyobrazić sobie cały dzień bez myślenia choć jeden raz o sobie? Dzień, podczas którego nic by Cię nie uraziło, nic by Ci nie przeszkadzało, nic by Cię nie rozzłościło? Jeden dzień, podczas którego nie zastanawiałbyś się, dlaczego nie jesteś bogatszy, lepiej traktowany, doceniany? Jeden dzień, podczas którego nie porównywałbyś się do innych i niczego byś od nich nie oczekiwał? Jeden dzień, podczas którego czerpałbyś radość i satysfakcję z chwili obecnej?

Mogę powiedzieć więcej – przestaję sobie wyobrażać dni bez tego. Wymaga to ogromnej pracy, bo jednak nawyki myślowe i behawioralne ciągną w stronę egocentryzmu, lekkiego negatywizmu i frustracji, ale z kolei korzyści ze zmiany podejścia są o g r o m n e. Poczucie radości z życia, satysfakcji z doświadczania chwili, choćby najbardziej banalnej, poczucie szczęścia bez interpretowania przez zmanierowany umysł tego, co się właśnie dzieje – to wspaniała umiejętność, której wciąż się uczę, ale która powoli jawi mi się jedyną drogą życiową, jakiej chcę nauczyć swoje dzieci.  Tego też mnie nauczyło moje spadające dziecko – doceniaj, matko, tę chwilę, która właśnie jest, celebruj ją i traktuj jak dar, bo za chwilę może się coś zmienić i będziesz za nią tęsknić, wyrzucając sobie, czemu bardziej się nią nie cieszyłaś. Nie marudź, że znów musisz mnie usypiać, bo za kilka lat będziesz to wspominać z rozrzewnieniem. Obserwuj co dzień, jak rosnę i się zmieniam, uśmiechaj się do mnie, bo nie wiadomo, ile wspólnego czasu jest nam dane (to nie pesymizm, to realizm ;).

Jeżeli moje spadające dziecko mogło mnie czegoś nauczyć, to zrobiło to naprawdę genialnie. Na koniec życzenia dla wszystkich Mam, Mamuś, Mum-to-be-or-not-to-be – bądźcie szczęśliwe i nauczcie tego swoje dzieci. Nie ma ważniejszej rzeczy na tym świecie!

5 życiowych lekcji, jakie odebrałam tej zimy

Ach, co to była za zima. Wszędzie indziej podobno piękna, tu we Wrocławiu – cały jeden dzień śniegu, a do tego szaro, buro i ponuro. Prawie jednak udało mi się tego nie zauważyć, bo w moim życiu działo się zastraszająco wiele rzeczy jednocześnie. Co tu dużo mówić – prawdziwa rewolucja… Nie był to też łatwy czas, bo zmiany – nawet jeżeli na dobre/lepsze/najlepsze – zawsze są trudne. Odczułam to ja, ale i moja rodzina, ten blog, a nawet nasz pies.

O jakie zmiany chodzi? Już spieszę z małą prywatą. Otóż między grudniem a lutym:

  • uzyskaliśmy ogromny kredyt złożony z dwóch mniejszych kredytów (bycie przedsiębiorcą w tym kraju zawsze zostaje w jakiś sposób ukarane. Nas uznano za niezbyt wiarygodnych mimo spełnienia wszystkich warunków aż nadto, więc musieliśmy “dobierać” kredyt, wskutek czego odetchniemy swobodnie dopiero w okolicach emerytury – chyba, że wcześniej wygramy fortunę w Eurojackpot :))
  • straciłam bardzo ważną dla mnie i mojej rodziny osobę, która zmarła na raka,
  • urodziłam drugiego synka,
  • rozpoczęliśmy remont i urządzanie mieszkania,
  • zmieniliśmy samochód, bo poprzedni niemal się rozpadł,
  • zaliczyłam pierwszy w swoim – i malucha – życiu pobyt w szpitalu z dzieckiem z powodu żółtaczki, zapalenia płuc i kilku innych zapaleń. Jeżeli chcecie wiedzieć, jak to jest spędzić pół miesiąca z pięciotygodniowym dzieckiem w szpitalu z rygorystycznym zakazem odwiedzin, od razu Wam powiem – beznadziejnie…

Czyli trochę się działo, ale wyciągnęłam z tego kilka lekcji, którymi chcę się tu podzielić.

1. Ufaj swojej intuicji.

Myśląc w listopadzie o tym wszystkim, co nas czeka, spodziewałam się wszystkiego, ale nie tego, że będę musiała walczyć o uznanie słuszności mojej intuicji, i to bądź co bądź z autorytetami. A było tak – czekał mnie poród, a przez całą ciążę planowałam, że będzie on siłami natury. Pod sam koniec dziewiątego miesiąca maluch jednak przyspieszył i zaczął rosnąć w zastraszającym tempie, a ja zaczęłam się bać. Nie odpuszczało mnie przeczucie, że poród naturalny skończy się źle. Gdy pod koniec ciąży zaliczyłam kilka wizyt na izbie przyjąć na kontrolne KTG i ewentualne cięcie cesarskie na cito, zaczęłam się naprawdę bać. Choć nigdy tego nie chciałam, zaczęłam prosić o cięcie, czując, że to jedyne dobre rozwiązanie. Niestety w państwowym szpitalu nikt mnie nie chciał słuchać – przychodził lekarz za lekarzem (płci męskiej oczywiście) i machając ręką stwierdzał, że “spróbujemy, zaryzykujemy”. Hm, nie miałam ochoty ryzykować swoim czy dziecka zdrowiem, czemu chyba trudno się dziwić. Intuicja cały czas mi podpowiadała, żebym walczyła o cięcie. W końcu się udało, ale prywatnie i podczas operacji moje obawy się potwierdziły – miałam ogromnego żylaka macicy, który podczas porodu naturalnego by pękł, stwarzając zagrożenie dla mnie i synka. Intuicja mnie nie myliła…

Dużo się mówi o kobiecej intuicji, ale chyba my same mamy za mało pewności siebie, aby o nią walczyć. Ufajmy jej jednak, bo często potrafi nas uratować przed niejedną głupotą czy błędem. To nasz prawdziwy skarb.

2. Dbaj o kontakty z ludźmi, na których możesz liczyć

Pewnie kolejny truizm, ale tej zimy znów przekonałam się o jego prawdziwości. Są tacy ludzie, którzy rozmawiają z nami tylko, gdy my się do nich odezwiemy, uwielbiają rozpływać się o tym, co u nich słychać i rzadko pytają, co u nas. Jednak z jakichś powodów utrzymujemy z nimi kontakty, bo głupio tak nagle przestać. Tej zimy stwierdziłam jednak, że mam tego dość i przestałam się odzywać do kilku osób, które najwyraźniej miały mnie gdzieś. Nagle zrobiło się więcej przestrzeni i jakby lżej. Za to gdy byłam w potrzebie, wiedziałam, na kogo mogę liczyć i te osoby “się sprawdziły”. Sama też jestem w stanie wiele z siebie dać, ale do tej pory nie zwracałam aż takiej uwagi na wzajemność. Trudne chwile, jakie przeszłam pokazały mi jednak, że szkoda czasu i energii dla tych, którzy o to nie dbają, za to ci, którzy są tego warci, zawsze odpłacą dobrem. Truizm, a jednak odkrycie.

3. Zmiany doświadczaj świadomie

W trudnych, przełomowych chwilach łatwo jest uciekać czy odwracać swoją uwagę od nich, aby choć przez moment było łatwiej. Typowe zamulacze – media społecznościowe przeglądane po raz setny tego samego dnia, gry na komórce, kolorowe magazyny – pozwalają na chwilę odetchnąć, ale zabierają cenne doświadczenie. Nauczyłam się tej zimy, że nie warto uciekać, a całkowicie zanurzyć się w zmianie, w wydarzeniach, smakując je w każdej chwili. To trudne i wymagające od nas uważności i ogromnej świadomości, ale warto to zrobić, by wyciągnąć wszystkie możliwe lekcje i wyjść z tego silniejszym.

Stara znana prawda, że wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono, pozostaje aktualna. Podczas pobytu z maluchem w szpitalu niejednokrotnie myślałam, że zwariuję od siedzenia w zamknięciu i patrzenia na wolno spływający płyn w kroplówce, ale nie uciekałam od tego i dzięki temu czuję się teraz silniejsza, a nawet przyszło mi kilka nowych pomysłów do głowy. Wiem już, że potrafię sobie dać radę w takiej sytuacji i stawić czoło problemom, co daje mi siłę na codzień.

4. Doceniaj siebie

Sporo osób może powiedzieć, że życie ich nie oszczędza. Też zawsze do nich należałam, ale nauczyłam się doceniać wszystko, co w moim życiu dobre i nie robić z siebie ofiary. Do tej zimy kiepsko mi jednak szło coś innego – docenianie siebie. Tymczasem musiałam dać z siebie tak wiele pod względem fizycznym i psychicznym, przetrwać, doświadczyć, że w pewnym momencie straciłam właśnie siebie z oczu. Potem jednak, leżąc pewnej nocy w szpitalnym łóżku, pomyślałam sobie, że kurczę, dałam radę i stanowię oparcie dla innych. Kilka dni potem na znak tego, że w końcu siebie doceniam, kupiłam sobie…bransoletkę. Choć mała i tania, za każdym razem, gdy na nią spojrzę, przypomina mi o mojej sile i o tym, że daję radę, cokolwiek się dzieje.

5. Wszystko mija – nawet najdłuższa żmija

Wiem, że nie ja to wymyśliłam, ale ja się tego nauczyłam. Praktyka mindfulness pokazuje, że każda chwila jest tym, czym jest, czyli chwilą i to my nadajemy jej znaczenie w zależności od naszego nastawienia. Ona sama nie jest ani dobra, ani zła. W mojej zimie chwil złych było mniej więcej tyle, co dobrych, ale każda z nich się skończyła, pozostawiając za sobą różne konsekwencje. Każda mnie czegoś nauczyła, każda zostawiła jakiś ślad, ale żadnej z nich już nie ma i nie będzie. Rozpamiętywanie, wspominanie, taplanie się w swoim bólu czy nostalgii nie ma sensu, bo już biegną kolejne chwile, a każda z nich domaga się uwagi. Dzięki uważności nic nie tracimy, a wiele zyskujemy. Dlatego nauczyłam się dostrzegać, że nawet gdy jest ciężko, warto to poczuć, bo już za chwilę będzie inaczej lub nie będzie w ogóle…

Nadchodzi wiosna, a z nią kolejne zmiany. Czeka nas przeprowadzka do nowego mieszkania, starszak idzie do przedszkola, a ja mam nowe pomysły i nie zawaham się ich użyć. Uwielbiam czuć, że się rozwijam i zamierzam to w sobie wzmacniać. Każda z lekcji, jaką odebrałam w zimie, teraz obowiązuje ze zdwojoną mocą. Już nie mogę się doczekać, co będzie dalej 🙂

 

Santosa i wabi sabi, czyli po co patrzeć na Wschód

Siedzę w zimnym biurze, patrzę przez okno, za którym pada deszcz i myślę o wszystkich sprawach, które mam do załatwienia. Życie potrafi przytłoczyć, to pewne, a w zależności od nastroju zawsze można znaleźć coś, co nam humor poprawi lub popsuje. Szukam więc w sobie jakiegoś sposobu na tę życiową zawieruchę, ale chyba w tym przypadku lepiej będzie, jak spojrzę na Wschód…

Mówi się, że Polak mądry po szkodzie – co jednak robić, gdy szkoda dzieje się i dzieje i trzeba przez nią przejść, najlepiej nie tracąc radości życia i sił witalnych? Cóż, Polska tu zbytnio nie pomoże, za to pomocną dłoń wyciągają dwie mądrości Wschodu, ale spokojnie – obędzie się bez ajurwedy i innych magicznych proszków 😉 Oto przedstawiam dwa hasła, które od jakiegoś czasu znacznie ułatwiają mi życie i radzenie sobie z przykrymi niespodziankami, jakie czasem niesie.

SANTOSA

A cóż to? Pozycja w jodze czy nazwa czwartej czakry serca, którą pobudzę kichnięciem przez lewą dziurkę w nosie? Otóż nie, santosa to element praktyki jogina, który idealnie przydaje się na co dzień. Samo to słowo oznacza “zadowolenie” i właściwie na tym cały wic polega – na umiejętności odczuwania zadowolenia z tego, co mamy, bez smutku i zazdrości, że akurat nie mamy czegoś innego. Oczywiście wymaga to baaardzo dużo uważności i świadomości, bo nic tak łatwo człowiekowi nie przychodzi jak zazdrość i poczucie niedosytu.

Tak naprawdę wiele z nas ma tendencję do użalania się nad sobą i jęczenia tylko po to, by ktoś pogłaskał nas po główce i grzecznie zaprzeczył. Łatwo tak żyć, gdy kłopoty są niewielkie i błahe, ale kiedy pojawiają się “prawdziwe” problemy – poważna choroba, kryzys małżeński czy długi – słuchaczy jakby nieco mniej, a my zaczynamy marzyć o tym, żeby znów móc się poużalać na choćby krzywe spojrzenie kolegi z pracy czy przemoknięte buty. Santosa uczy, aby niezależnie od tego, co się dzieje, co tracimy, cieszyć się tym, co akurat mamy. W najgorszym razie – tym, że żyjemy. No hej, niekażdy ma to szczęście 😉

U mnie santosa sprawdza się ostatnio bardzo, choć wymaga samodyscypliny, nie powiem. Weźmy choćby ostatni powrót z weekendu – odwiedzamy co jakiś czas teściową, co wymaga pokonania niemal całej przeklętej autostrady A4. Przeklętej, bo tam zawsze, niezależnie od pory dnia czy roku, coś się dzieje. Wracaliśmy w niedzielę wieczorem nieco później niż zawsze i gdzieś w okolicach Krakowa usłyszeliśmy informację o wypadku i tworzącym się korku. Aby go ominąć, musieliśmy stać w długiej kolejce do zjazdu, a że byliśmy już zmęczeni, o “psioczenie” nie było trudno. Po chwili jednak okazało się, że tamten wypadek był śmiertelny, zginęło dwóch chłopaków niemal w naszym wieku z Podkarpacia. Jechali do pracy? Wieźli osławione słoiki tak jak my? Byli zmęczeni? Mieli dzieci? Nie wiadomo, ale gdybyśmy wyjechali wcześniej, czyli tak jak zazwyczaj, czy mógłby nas spotkać ich los? Nie wiemy, ale wiemy, że mimo zmęczenia poczuliśmy właśnie to, co daje santosa – zadowolenie, że żyjemy, z tyłu w foteliku śpi dziecko i pójdziemy dziś spać w swoim łóżku. Żywi.

WABI SABI

Wabi sabi to niesamowita koncepcja rodem z Japonii, która od razu przypadła mi do gustu, gdy tylko się o niej dowiedziałam. Jest to sztuka znajdowania piękna w braku perfekcji, głębi w naturze, akceptowania naturalnego cyklu rozwoju i upadku, życia i śmierci. Zrozumienie natury świata i delikatny uśmiech, gdy zdamy sobie z niej sprawę. Chodzi tu o autentyczność, celebrowanie życia takim, jakie jest, bez retuszu, udawania i nadmiaru plastiku. Dobrze tę koncepcję obrazuje choćby stara poklejona waza – Polak wyrzuci lub ukryje sklejoną z tyłu szafy, Japończyk sklei, żeby było widać dokładnie pęknięcie i ustawi na widoku. Taka waza to symbol życia – bywa piękne, ale też miewa mnóstwo rys, a jednak trzyma się razem i daje radość.

Nikt nie jest idealny. Często zdajemy się o tym zapominać, gdy tylko coś pójdzie nie tak lub zaczynamy się porównywać z innymi. Cóż, też mi się to zdarza, a szczególnie gdy dopadnie mnie rutyna, znudzenie i frustracja. Jak jesteś pracującą mamą, ze sporym bagażem obowiązków, to tak się dzieje. Gdy po raz piąty w tygodniu układasz puzzle ze Strażakiem Samem albo robisz baby w piaskownicy przychodzi taka chwila, gdy masz ochotę zacząć biec i nie oglądać się za siebie. To jest właśnie moje wabi sabi – zatrzymuję się wtedy na moment i robię krótką kalkulację, oczywiście gadając sama do siebie (spokojnie, jeszcze nikt “życzliwy” mnie na tym nie przyłapał ;p). Marzyłam o dziecku? Tak! Byłam najszczęśliwszą osobą na świecie, gdy wiedziałam już, że się pojawi? Tak! Dostaję cholery na widok zjeżdżalni i samochodzików? Tak! I nic się tu ze sobą nie gryzie! To jest wabi sabi – perfekcyjna antyperfekcja i ja się w tym odnajduję.

Po co patrzeć na Wschód

Hej, życie bywa ciężkie i w moim wieku (huhu!) już właściwie wszyscy o tym wiedzą. Choroby, kłopoty, nieporozumienia, polityka, finanse, kredyty, odpowiedzialność – znamy to i przerabiamy na różne sposoby w wielu wersjach. To jedna rzecz, której się nie zmieni, ale można zrobić coś innego – nauczyć się patrzeć na te sprawy inaczej, czerpiąc z nich siłę. Santosa – zadowolenie – i wabi sabi – znajdowanie piękna w brzydocie – to dwie koncepcje, które  mnie tego uczą. Czasem trzeba się mocno natrudzić, żeby znaleźć coś dobrego, dającego siłę, ale póki żyjemy – da się.

Polacy uwielbiają narzekać, ale czy nie jest tak, że tę prawdę objawioną powtarzamy w formie usprawiedliwienia, zaklęcia? Narodowość nie musi nas determinować w aż takim stopniu. Warto czerpać z innych kultur to, co w nich uniwersalne i mądre. Dla mnie mądra jest uważność, samoświadomość, zadowolenie i sklejanie pękniętej wazy. Tym razem 1:0 dla Wschodu 🙂

Esencjalizm, czyli mniej, ale lepiej

Czy kiedykolwiek dopadło Cię wrażenie, że rozmieniasz się drobne? Że ciągle jesteś czymś zajęta, a mimo to brak spektakularnych efektów Twoich działań? A może wystarczy, że się w coś zaangażujesz, a już przychodzi kilka osób i chce od Ciebie czegoś innego teraz, zaraz, natychmiast? Spokojnie, to tylko nieesencjalizm! Częsta przypadłość nie tylko tzw. korpoludków, ale też wielu szefów, przedsiębiorców i osób, które po prostu mają sporo na głowie. I – uwaga – to się leczy, o czym pisze Greg McKeown w książce “Esencjalista”. Do mnie to przemawia i wydaje się, że ma sens, więc zapraszam na krótką podróż po esencjalizmie.

Na początku ciężko jest polubić autora, który wyznaje, że w dniu narodzin swojej córki udał się ze szpitala prosto na spotkanie służbowe, które w dodatku nic nie wniosło w życie firmy ani jego. Znam sporo takich osób – ludzi, którzy za wszelką cenę chcą pokazać, jacy są zajęci i ważni, z którymi umawianie się wymaga konsultacji z co najmniej dwoma kalendarzami, którzy na pierwszym miejscu stawiają pracę i swoją rolę zawodową. Pewnie, praca jest ważna, ale czy najważniejsza? Czy da się zrobić tak, żeby i wilk był syty, i owca cała? Czy trzeba specjalnego oświecenia, żeby nauczyć się po prostu odmawiać i dokonywać wyborów zgodnie ze swoimi, a nie firmowymi priorytetami? Na te pytania próbował sobie odpowiedzieć także nasz autor, który dopiero po jakimś czasie zdał sobie sprawę, jak krótkowzroczne było zostawienie żony samej z noworodkiem na rzecz potencjalnego klienta. Próbował, próbował, aż odkrył esencjalizm.

Czym jest esencjalizm?

W skrócie esencjalizm to filozofia życia, polegająca na ciągłym dokonywaniu wyboru tego, co jest najważniejsze w każdej sytuacji i eliminowaniu tego, co zbędne. To postępowanie zgodnie z zasadą “mniej, ale lepiej”. Jak pisałam już w poście o tym, jak zostać stoikiem najistotniejszą i niezbywalną rzeczą, jaką każdy człowiek ma, jest wybór. Na tym przekonaniu opiera się też McKeown, który przenosi tę filozofię nie tylko na grunt życia osobistego, ale przede wszystkim zawodowego. Sekretem sukcesu jego zdaniem jest odpowiedzenie sobie w każdej sytuacji na pytanie, co jest dla mnie teraz najważniejsze? Dzięki temu decydowanie o tym, jaką propozycję przyjąć, czy na które spotkanie się wybrać, jest o wiele łatwiejsze.

Jak wygląda ten proces w praktyce? Składa się z trzech działań:

  • WYBIERZ –  świadomie i spokojnie. Najważniejsze to zdać sobie sprawę z tego, że jeżeli my nie wybierzemy, ZAWSZE ktoś to zrobi za nas. Najpierw wielość sytuacji, w których wybór jest potrzebny może nieco przytłaczać, ale po chwili daje satysfakcję – na co dzień zapominamy, ile zależy od nas, a esencjalizm o tym przypomina. Wybierz więc, w co chcesz się zaangażować, na czym Ci zależy, czego teraz potrzebujesz, na co chcesz poświęcić czas.
  • ROZPOZNAJ – odróżniaj rzeczy trywialne od istotnych. Badaj wszystkie dostępne opcje, aby znaleźć te najwartościowsze.

  • ZAWRZYJ KOMPROMIS – autor przekonuje, że nie da się mieć wszystkiego, które to stwierdzenie w świecie nadmiaru i wszechzajętości jest odświeżające. Nasza rzeczywistość pełna jest opcji, ale żeby z nich wszystkich skorzystać, trzeba by mieć kilka żyć. Trzeba więc uważnie wybierać i być skłonnym do kompromisów, najpierw zawieranych ze sobą samym, a potem ze światem. Autor sugeruje, że w obliczu konieczności podjęcia decyzji i przyznania pierwszeństwa danej sferze (np. rodzinie, zdrowiu, pracy), trzeba zadać sobie dość przewrotne pytanie – który problem chcę mieć? Ponownie przekonuje też, że od rzeczywistości wyboru nie da się uciec, bo tak czy inaczej nas dopadnie, warto więc korzystać z niej na własnych warunkach.

Brzmi przekonująco? Dosyć. W przeciwieństwie do minimalizmu nie chodzi tu o to, by robić jak najmniej, ale o to, by robić jak najmądrzej i najkorzystniej dla nas. Tu powstaje kolejne pytanie…

JAK WYBRAĆ TO, CO NAJWAŻNIEJSZE?

Po pierwsze, trzeba nabrać dystansu. W praktyce oznacza to np. nieodpowiadanie na propozycje natychmiast, a choćby po kilku sekundach zastanowienia. Chodzi też o pamiętanie, że “nie” ma czasem większe znaczenie niż “tak”, dlatego musi być świadome i uważne, co z kolei wymaga chwili pomyślunku. Żeby coś stworzyć, trzeba dać sobie przestrzeń do kreatywności, której nie uzyska się, przyjmując każdą propozycję. Trzeba się po prostu skupić, a więc spędzić chwilę sam na sam ze sobą i szukać odpowiedzi w sobie, a nie w potrzebach innych osób.

Po drugie, trzeba uważnie patrzeć i szukać esencji, czyli istoty – komunikatu, sytuacji, rozmowy. A po trzecie, trzeba umieć chronić zasoby, czyli bawić się i…spać. Tak, według autora ludzie zapracowani bardzo często rezygnują ze snu na rzecz dodatkowego zlecenia czy kolejnej prezentacji, tym samym tracąc szansę na kreatywność i efektywność. Zabawa – rozumiana jako relaks, hobby, pasja, ale też znajdowanie zabawnych elementów w codziennej pracy i nadawanie jej osobistego wymiaru – jest niezmiernie ważna dla każdego, nie tylko dzieci. Poza tym, że zapewnia ucieczkę od “życiowej szarzyzny”, rozwija kreatywność, wzbogaca i  sprawia, że lepiej się czujemy. O zaletach ośmiu godzin snu pewnie nawet nie muszę wspominać. Sama mam na koncie sporą liczbę nocy zarwanych na rzecz nadrobienia zaległości w pracy i zawsze kończyło się to w jeden sposób – zmęczeniem i nienawiścią do komputera. Wierzę więc autorowi “Esencjalisty”, gdy przekonuje, że prawdziwi ludzie sukcesu unikają zarywania nocy, bo zbyt wysoko cenią sobie sen.

JAK SIĘ POZBYĆ RZECZY TRYWIALNYCH?

Na to pytanie autor też ma wiele odpowiedzi. Precyzuj – określaj konkretne cele, misję, strategie. Podejmuj decyzje, planuj, nie pozostawiaj nic przypadkowi. Przygotowuj się na najgorsze, ale oczekuj najlepszego. Odważ się mówić “nie”, gdy czujesz, że to właściwa odpowiedź. Nigdy nie zapominaj, że to Twoje życie i ma ograniczony czas trwania, więc nie marnuj go na to, czego nie chcesz. Zrezygnuj z zobowiązań, które Ci ciążą, zamiast wzbogacać.

“Nie” jest pełnym zdaniem.

Anne Lamott

Wyznaczaj swoje granice i nie pozwól ich przekraczać, jeżeli tego nie chcesz. To przesłanie chyba głównie do kobiet – z nieznanych przyczyn mamy irytującą tendencję do rezygnowania ze swoich potrzeb na rzecz innych – bliskich, ale i dalszych osób, firmy, organizacji… Do tego jeszcze pielęgnuj uważność i…bądź!

CZY WARTO IŚĆ DROGĄ ESENCJALIZMU?

Moim zdaniem warto. Szczególnie, jeżeli często ma się poczucie rozmieniania się na drobne czy marnowania czasu. W bieżączce życia codziennego często zapominamy, że tak czy inaczej życie jest jedno. Nie da się być w kilku miejscach na raz, osiągać najlepszych wyników we wszystkich dziedzinach czy zadowolić wszystkich dookoła. W życiu trzeba umieć wybierać i brać za to odpowiedzialność, jak pisze McKeown “bez okradania innych ludzi z ich problemów”. Warto pamiętać, co jest najważniejsze i świadomie to wybierać, akceptując to, że nie każdemu wybór ten będzie się podobał. Ale to już zupełnie inna bajka…

Terroryzm nasz codzienny

Zamach bombowy w petersburskim metrze, atak chemiczny w Syrii, klęska głodu w Sudanie Południowym spowodowana m.in. przedłużającą się wojną domową – a to tylko niecały tydzień. Patrząc na te wydarzenia można odnieść wrażenie, że nasz świat pełen jest agresji, nienawiści i nie zmierza do niczego dobrego. Ktoś może stwierdzić, że przecież zawsze tak było – nie ma w ludzkiej historii roku bez tragedii, dramatu, bezsensownej przemocy i strachu. Dlaczego tak się dzieje?

Źródło: theatlantic.com, autor: Jonathan Bachman / Reuters

Po co pisać o terroryzmie?

Nieszczęścia tego świata nie są wdzięcznym tematem dla blogerki. Łatwo można popaść w patos albo banał, a w najgorszym razie po prostu zostać absolutnie zignorowanym. Nasze życie jest szybkie, brutalne i ważne, więc często nie mamy już czasu ani energii zajmować się tymi, którym jest pod jakimś względem gorzej. Ignorujemy informacje, przymykamy oko na smutne obrazki i idziemy dalej gotować obiad z użyciem wszystkich superfoods tego świata. Cóż, nie ma się co obrażać na rzeczywistość, ale może warto sobie przypomnieć, że mamy na nią wpływ?

“Żony Hollywood” a sprawa polska

Nie wiem, czy kiedyś widzieliście ten pożal się Boże reality show. Przyznam, że czasem w ramach tzw. guilty pleasure włączam go późnym wieczorem i zanurzam się w paradoksalnie zupełnie nierealnym świecie. Tak było również w ostatni poniedziałek, kiedy to jednak za sprawą tego programu doznałam olśnienia.

Było o świętowaniu Dnia Niepodległości w USA. Wiadomo – fajerwerki, parady i pikniki. Było też coś jeszcze, coś wyjątkowego, czego jak teraz myślę w Polsce baaardzo brak. Otóż jeden z bohaterów pracuje dla NASA i w ramach swoich zadań pracował nad sondą Juno, która 4 lipca miała wejść na orbitę Jowisza. Świętowanie tego faktu wpleciono w świętowanie Dnia Niepodległości, co zrobiło spore wrażenie. Wszystko odbywało się na stadionie, ludzie się strasznie ekscytowali i cieszyli, podkreślając, że są bardzo dumni ze swojego kraju i jego obywateli. To był niesamowity moment – tysiące Amerykanów z radością odliczających sekundy do wejścia jednej małej sondy w orbitę jednej dużej planety.

No wiem, banał, montaż i hurra optymizm właściwy tej części świata. Pomyślałam jednak przy tej okazji o naszym pięknym kraju i doszłam do smutnego wniosku, że poza WOŚP-em i sporadycznymi sukcesami polskich sportowców nie potrafimy wspólnie świętować i cieszyć się. To, że jednoczymy się w obliczu nieszczęść i tragedii, to wiadomo, ale dlaczego zwykła codzienność jest dla nas tak trudna?

Ryba psuje się od głowy

Będzie politycznie – ryba psuje się od głowy, a społeczeństwo od władzy. Można oczywiście bardzo długo się spierać, co z czego wynika, ale prawda jest taka, że rządzący nami Polacy wciąż kierują się zasadą “dziel i rządź”, która do niczego dobrego nie prowadzi. Rodzi się cała masa podziałów, sięgających niemal każdej sfery życia – z kim się całujesz, czy i jak chcesz mieć dziecko, kim chcesz być w przyszłości, jak spędzasz czas. Brak jest jakiegokolwiek pozytywnego przesłania, bo nawet tak obiektywnie dobra rzecz, jak Polak na czele jednej z najważniejszych instytucji UE czy wspieranie rozwoju gospodarczego i przedsiębiorczości stają się polityczne i jako takie podlegają ostrej krytyce z jednej lub drugiej strony. Co gorsza, gdy komuś świetnie się wiedzie, jest z gruntu podejrzany i trzeba go na wszystkie strony prześwietlić, czy aby nie kradnie.

Czy inaczej jest choćby w szkole lub na studiach? Czy potrafimy wspierać rozwój innych ludzi? A może sukces jednego musi oznaczać porażkę drugiego? Daleko mi do amerykańskiego “don’t worry be happy” czy “keep smiling”, ale potrafię pochwalić i podziwiać, nie czując się przez to gorzej. Czy to tylko kwestia poczucia wartości, czy też chodzi o administracyjny ustrój ogólnego dołowania?

Terroryzm nasz codzienny

Otóż prawda jest taka, że każdy z nas potrafi być terrorystą. Każdy z nas chciałby czasem tupnąć nogą, żeby inni go posłuchali i zrobili tak, jak chce. Kiedy małemu dziecku czegoś się odmówi, wystarczy tylko obserwować przedstawienie, jakie odbędzie się z tej okazji. Płacz, krzyk, bunt, złość – to tylko część “środków wyrazu”. W takiej sytuacji często patrzę na moje dziecko z miłością i współczuciem, bo wiem, że moja mądra reakcja może ułatwić mu potem dorosłe życie. To trudne – nie dać się złości. Jak wszystko, wymaga ćwiczeń.

Załóżmy jednak, że to małe dziecko nie zostało w ogóle wysłuchane. Po złości została więc frustracja. Dziecko rośnie, idzie w końcu do szkoły, gdzie uczy się, że złość i agresja są niemile widziane, nawet jeżeli w ręku nauczyciela stanowią skuteczne narzędzie. Ponieważ jednak nie da się zupełnie wyrugować negatywnych emocji, a trzeba umieć sobie z nimi radzić, dziecko idzie w świat bez tej umiejętności i co jakiś czas po prostu wybucha. Gdy staje się nastolatkiem, wdaje się w bójki, bluzga, jest na “nie” i nie umie współpracować. Potem wchodzi w świat dorosły i tam ma ogrom możliwości. Może parać się hejtem w internecie, wyznawać skrajnie rasistowskie lub homofobiczne poglądy (wiadomo, im słabszy wróg, tym lepiej), obgadywać kolegów z pracy czy po prostu obrażać kogoś co jakiś czas. Skrajna droga? Pewnie, ale takich ludzi jest mnóstwo i mam wrażenie, że w dzisiejszej Polsce bycie miłym, uprzejmym czy pozytywnie nastawionym jest tak samo odbierane, jak bycie transwestytą (bez urazy!) czy wyznawcą Latającego Potwora Spaghetti.

Co robić?

Duży terroryzm bierze się z małego terroryzmu. Agresja zbrojna bierze się z lat zaniedbań, żalów i frustracji. Przemoc jest wszędzie – w domu, przedszkolu, szkole, sklepie, pracy, sejmie… Co z tego wynika? Ano jedna pozytywna rzecz – jeżeli jest wszędzie, to i na każdym kroku można się jej przeciwstawić. Teraz będzie jak na rekolekcjach 🙂 Otóż wystarczy samemu powstrzymać się od przemocy i reagować, gdy się ją widzi. Proste i trudne zarazem, bo ryzykowne. Cóż, każdy ma własne sumienie. Jeżeli jednak przerażają nas wielkie czyny, możemy zacząć od drobnych. Uśmiech do ekspedientki w sklepie, przytrzymanie drzwi starszej pani czy wysłuchanie po raz setny ulubionej piosenki dziecka zamiast wyłączania płyty. Do tego świadomy wybór przyswajanych treści i komunikatów, jakie wydajemy swoim zachowaniem. Odrobina inteligencji emocjonalnej przy minimalnym stopniu uważności pomoże wyrugować z naszego życia przemoc. A co ze społeczeństwem?

Społeczeństwo to w końcu zbiór jednostek, istnieje więc nadzieja, że gdy więcej ludzi zmieni swoje podejście do innych i sposób ich traktowania, będzie lepiej. Można się angażować w działania sensownych organizacji, można chodzić na pokojowe demonstracje czy podpisywać petycje. Można w końcu głosować na ludzi, którzy zamiast krzyczeć mówią, i to z sensem.

W utopię nie wierzę, ale lepszy świat? Może jest na wyciągnięcie ręki?

Jak przestać kupować książki

Mówi się, że statystyczny Polak książek nie kupuje, nie czyta i nie zajmuje się nimi. Mówi się też, że każdy ma jakąś słabość, która niekontrolowana może go zrujnować. Wychodzi na to, że statystyczną Polką nie jestem, bo taką moją słabością jest kupowanie książek. Kocham to! Uwielbiam wyszukiwać ciekawe tytuły, zamawiać je taniej niż w zwykłej księgarni (zazwyczaj), a potem z wypiekami na twarzy czekać na paczkę pachnącą jeszcze farbą drukarską. Niestety, wszystko ma swój kres i wychodzi na to, że i moja słabość zaczyna mnie rujnować. Nasze mieszkanie jest naprawdę małe, mieści się w nim jeden regał, w którym non stop obluzowują się półki z powodu przeładowania. Dodatkowo konto zaczyna świecić pustkami i zapala się czerwone światełko – może czas powiedzieć dość?

Dlaczego kupowanie książek jest takie przyjemne?

Wyobraź sobie małą księgarnię w bocznej uliczce centrum miasta. Wchodzisz, a zamykając za sobą drzwi zanurzasz się w świecie pełnym możliwości. Spójrz w lewo – oto czeka na ciebie regał z literaturą piękną. Słyszałaś o nowej powieści tej świetnej autorki? Oto jest, czeka na ciebie, pociągająco błyszcząc kolorową okładką. Nawet jest 10% tańsza niż ostatnio, a zatem okazja! Idziesz dalej i natykasz się na rejon poradników. O, tu posiedzisz dłużej. Te książki mogą obiecać ci wszystko – schudniesz, zrealizujesz cele, będziesz tygrysem wśród owiec i znajdziesz miłość swojego życia, a dzieci będą cię słuchać bezkrytycznie. Jakoś się opanowujesz i docierasz do najbardziej kolorowych półek – książek kucharskich i podróżniczych. Tu cię mają – bez książki nie wyjdziesz.

Kupowanie książek jest baaardzo miłe, bo łączy w sobie idealne cechy drobnej przyjemności – dajesz sobie coś fajnego, a do tego pożytecznego, bo przecież poszerzysz dzięki temu horyzonty, cena jest do ogarnięcia, a przynajmniej będzie czym się zająć w tramwaju. Docierasz w końcu do domu i odkładasz książkę na półkę z mocnym postanowieniem zabrania się za nią dziś wieczorem. Z niedowierzaniem patrzysz na regał, odkrywając, że już nic się na nim nie zmieści, bo tyle różnych pozycji czeka na twoje zainteresowanie. Znasz to?

Kupowanie książek to podróż do nowego świata, przepustka do kilku chwil wytchnienia i codzienna przyjemność. Problem pojawia się wtedy, gdy książek jest za dużo, czasu na ich czytanie za mało, a pieniędzy coraz mniej.

Dlaczego warto przestać kupować książki (na jakiś czas)?

Najpierw muszę coś ogłosić – mam na imię Agata i jestem książkoholiczką, a coraz mi z tym gorzej. Samo czytanie książek jest cudowne, ale mam problem z ich nadmiarem fizycznym. Tak, część była mi naprawdę bardzo potrzebna, a część zrobiła mi ogromną przyjemność. Część sprawiła radość mojemu dziecku, ale reszta okazała się nietrafionym zakupem, książkowym fast foodem, który po przeczytaniu trafia na półkę i irytuje za każdym razem, gdy tam spojrzę. Mam za dużo książek, za mało miejsca i zbyt wiele możliwości, żeby je zmarnować.

Warto przestać kupować książki, żeby dostrzec ich prawdziwą wartość. Mając mniej, bardziej docenia się to, że można coś kupić i analizuje się, czy naprawdę warto. Warto przestać kupować książki, żeby w końcu nadgonić z przeczytaniem tych, które są i nie robić sobie sieczki z mózgu. Warto przestać kupować książki, żeby zregenerować portfel, odświeżyć i przewietrzyć regał, a w końcu wrócić do tej czynności z uważnością i minimalizmem z tyłu głowy.

Jak przestać kupować książki?

To może być szok, ale…natychmiast! Żadne przygotowanie, wymówki i wytłumaczenia nie mogą nas zawrócić z raz obranej drogi. Jest jakaś okazja i trzeba by kupić książkę na prezent? Wybierz kupon podarunkowy zamiast tego. Kusi cię klimatyczna wystawa w oknie księgarni? Idzie wiosna i przydałaby się książka o detoksie/ćwiczeniach/diecie? Daj spokój, poradzisz sobie. Idź dalej, znajdziemy jakieś rozwiązanie. Po prostu przestań o tym myśleć, a jeżeli najdzie cię ochota na nowy zakup, podejdź do regału pełnego literatury w domu i przypomnij sobie, o co ci chodziło. Weź do ręki którąś z nieprzeczytanych do tej pory pozycji i zacznij czytać. Zrób przegląd wszystkich książek w domu. Część już przeczytana i tylko zajmuje miejsce? Zbierz je i przekaż jakiejś instytucji/organizacji, która potrzebuje książek dla podopiecznych. Więzienia, szpitale, przychodnie – tam na pewno się przydadzą. Możesz też rozdać znajomym/rodzinie, a w najgorszym razie zostawić spakowane w torbie przy śmietniku. Gwarantuję ci, że szybko znikną.

Co zamiast kupowania?

Rezygnacja z kupowania nie oznacza rezygnacji z czytania! Żaden książkoholik by tego nie przetrwał, nie oszukujmy się. Skąd więc brać książki, jeżeli nie ze sklepu?

Biblioteka – pamiętasz jeszcze, co to było? W czasach liceum i studiów pewnie często można cię było tam zobaczyć, a teraz już nie masz czasu. Ale ale – biblioteki otwarte są w różnych godzinach, jest ich sporo, zazwyczaj mają już katalogi komputerowe i możesz zamawiać książki przez internet do odbioru. Dzięki różnym programom dotacyjnym w bibliotekach można znaleźć najświeższe nowości, a do tego trafić na coś nieoczekiwanego, zaskakującego. Sam zysk!

♠ Wolnelektury.pl – projekt Fundacji Nowoczesna Polska, którego celem jest udostępnienie za darmo jak największej liczby tytułów. Można tu znaleźć lektury szkolne, ale i klasykę literatury czy audiobooki. Wszystko w wersji elektronicznej, również na urządzenia mobilne.

♠ ReadAnyBook – portal z samymi bezpłatnymi książkami w przeróżnych formatach, również do zwykłego pobrania na komputer. Pozycje głównie po angielsku, ale też niemiecku czy francusku. Kopalnia możliwości dla zainteresowanych szlifowaniem języka w miłych okolicznościach przyrody.

Jest jeszcze trochę sklepów z e-bookami, które mają darmowe pozycje, czy stron do ściągania plików, ale rzadko kiedy można znaleźć tam coś naprawdę wartościowego i legalnego zarazem 🙂 Może są jeszcze jakieś fajne miejsca książkowe w sieci, których nie znam?

 Co teraz?

Jeżeli choć trochę cię przekonałam i jesteś już w gotowości do zaprzestania wycieczek do księgarni – witaj w klubie! Nie będzie łatwo, ale damy radę. Lubisz mieć wsparcie? Zapraszam do nowo utworzonego wydarzenia na FB MARCOWY DETOKS KSIĄŻKOWY.

A w kwietniu ruszymy do księgarń 🙂