przemoc

Mobbing – co to jest? (wywiad)

Praca – przedmiot naszych ambicji, pasji, stresów i planów. Praca – nieodłączny element życia większości z nas. Co jednak, gdy praca staje się naszym przekleństwem?

Było raz piękne lato, które spędziłam w dzikiej, nieco mrocznej Szkocji. Właśnie otworzyły się dla nas granice Unii Europejskiej i można było wszystko. Jako studentka na dorobku postanowiłam dorobić trochę na „życie” i poznać od podszewki kulturę tego niesamowitego kraju. Nie wiedziałam jednak, że poznam też…nową formę przemocy psychicznej, jaką jest mobbing.

Mój szef był innej narodowości – ani Szkot, ani Polak – i okazał się niezłym rasistą, szowinistą i antyagistą. Żeby tego było mało, drażniło go też mówienie „mhm”, za co raz za razem zbierałam bury. W pracy było nerwowo, dynamicznie i bardzo emocjonalnie, ale to były tylko cztery miesiące. A co przeżywają osoby mające z mobbingiem do czynienia na co dzień?

Sprawa Stowarzyszenia „Wiosna” i jego szefa-księdza, organizatora wielkiej już teraz akcji „Szlachetna Paczka”, wybuchła niedawno – okazało się, że pod przykrywką szlachetnych pobudek dochodzi tam do mobbingu. Jednak gdy rozejrzymy się po swoich znajomych, okaże się, że ta forma przemocy psychicznej jest bardziej rozpowszechniona niż nam się wydaje. Jak to zjawisko wygląda od podszewki? Rozmawiam dziś z moją koleżanką Marysią, która zgodziła się opowiedzieć o swojej historii z mobbingiem w tle, rozgrywającej się w pewnej firmie informatycznej w Polsce.

Audrey Cafe: Na początku, Marysia, chciałam Ci bardzo podziękować za to, że zgodziłaś się na tę rozmowę. Wiem, że to niełatwe i doceniam Twoją odwagę. Opowiedz, proszę, od czego wszystko się zaczęło.

Marysia: Zaczęło się od docinków i przytyków ze strony szefa, które traktowałam jako zwykły przejaw dobrej atmosfery, luzu, braku dystansu, ale tak naprawdę, to dopiero post factum zauważyłam, z pomocą przyjaciółek, że od pewnego czasu jest mi w pracy źle i kompletnie „sflaczałam życiowo”.

AC: Jaki był mechanizm działania mobbingu w Twojej firmie?

M: Mechanizm był taki, że nie dostawałam konkretnych zadań do pracy, tylko ogólnie sformułowane cele, z których potem byłam rozliczana, wyszydzano publicznie moją pracę, obrażano mnie („tłumaczę Ci jak, krowie na rowie”, „Niemożliwe, że tylko tyle zrobiłaś w tydzień”). Dostawałyśmy także (takie traktowanie dotyczyło wszystkich w tym zespole) zadania idiotyczne albo spoza naszych kompetencji, np. polecenie poprawy  rocznego sprawozdania finansowego. Żadna z nas nie była księgową, nie do tego byłyśmy zatrudnione. Gdy koleżanka powiedziała, że tego nie zrobi, bo nie potrafi, to szef prychnął jej w twarz, że ma Google i każdy normalny pracownik cieszyłby się, że może zdobyć nowe doświadczenie w pracy.. Ja dostałam zadanie przetestowania kilku scenariuszy działania aplikacji, jednego z nich nie mogłam w ogóle ustawić, nie wychodziło mi za cholerę, miałam mdłości (chyba nawet poszłam zwymiotować w toalecie w firmie) na myśl, że miałabym się przed nim przyznać do porażki i znów słuchać obelg, w końcu nie miałam wyjścia. Usłyszałam: „O, myślałem, że wcześniej się zorientujesz, że dałem Ci specjalnie wadliwy scenariusz, który nie ma prawa zadziałać.” To takie konkretne przykłady, ale tam w ogóle kultura pracy była okropna. Szefem mojego szefa był właściciel, Hiszpan, który dostał firmę od rodziców i hołdował zasadzie, że nie po to przeniósł firmę do Polski, żeby kultywować zachodnią kulturę pracy… Byliśmy rozliczani ze spóźnień co do minuty, krzywo patrzono na korzystanie z kuchni, kawa/herbata, na jakieś rozmowy luźne. I to w zasadzie tylko w moim zespole, bo siedzący z nami w pokoju koledzy  innych zespołów legalnie czytali książki i rozmawiali, gdy akurat nie było nic pilnego do zrobienia.

AC: Jak reagowali Twoi współpracownicy na takie zachowania szefa?

M: Reakcji dawnych pracowników firmy, z dłuższym stażem, nie było. Raz, po tym, jak przed świętami zostałam zmieszana z błotem, publicznie, koleżanka pracująca kilka lat w firmie poradziła mi, żebym nie brała tego do siebie, że Mariusz (z którym ona nie miała zależności służbowej) już taki jest i to nic osobistego. Trzymałyśmy się razem we trzy w zespole Mariusza, po każdej przykrej akcji spotykałyśmy się na pokrzepiającej herbacie i pisałyśmy do siebie na Messengerze (co oczywiście było surowo tępione, więc tylko z komórki).

AC: Kiedy poczułaś, że nie masz już siły?

M: Pamiętam, że w połowie stycznia dzwoniłam w drodze z pracy do mojej przyjaciółki z życzeniami w dniu jej urodzin i nie byłam w stanie wydusić słowa, musiałam się zatrzymać i ryczałam jej w słuchawkę, zamiast rozmawiać. Krótko później, już gdy zaczęłam szukać pracy, zdecydowałam, że wystąpię o udzielenie dwóch półgodzinnych przerw na karmienie. Wciąż karmiłam synka, ale nie korzystałam z tego przywileju, bo radziliśmy sobie dobrze bez tego, a wydawało mi się uczciwe (hahaha), że skoro zatrudniłam się w firmie już jako matka (po macierzyńskim zmieniłam pracę i zaczęłam pracować w nowej firmie), to nie ma powodu, żeby nowy pracodawca mi udzielał takich przerw. Ale właśnie w lutym doszłam do ściany, wiedziałam, że nie chcę mieć z nimi więcej wspólnego (nasza sytuacja finansowa nie pozwalała po prostu na rzucenie pracy) i że skorzystam ze skrócenia dnia pracy. Przyszłam w poniedziałek z przygotowanym pismem tylko po to, żeby dowiedzieć się, że Mariusza nie ma w pracy i nie mam komu pisma przedłożyć. Tak mnie to zbiło z tropu, że nie mogłam jeść, piłam tego dnia tylko słodką kawę, żeby nie zemdleć. Nie mogłam opanować drżenia rąk, a o skupieniu na pracy nie było mowy. W drodze do domu zadzwoniłam do bliskiej koleżanki, psychoterapeutki. Zamieniła ze mną dwa zdania i wysłała SMS-em nr do swojej znajomej psychiatry i obiecała, że po trzech dniach do mnie zadzwoni zapytać, czy byłam na wizycie.

AC: Wtedy postanowiłaś działać?

M: Tak. Poszłam na wizytę i dopiero wtedy, opowiadając tę historię lekarzowi, nieznającemu realiów pracy biurowej, informatycznej, odbiłam się w lustrze jej opinii, że przebywam w złym, krzywdzącym środowisku i że szkoda moich sił na zmianę tego stanu rzeczy. Że decyzja o zmianie pracy i odcięciu kontaktu z tym człowiekiem natychmiast jest w istocie troską o swoje zdrowie psychiczne. Początkowo byłam na dwutygodniowym zwolnieniu, bo czekałam na wynik jednej rekrutacji. Liczyłam, że jeśli uda mi się dostać tę pracę, to złożę wymówienie i w okresie wypowiedzenia będę mogła wrócić do pracy z Mariuszem, nie przejmując się już relacjami z nim i jego opiniami na mój temat.

W rekrutacji jednak nie przeszłam. Moja psychiatra wystawiła mi kolejne zwolnienie i zasugerowała pobyt na dziennym oddziale psychiatrycznym, żebym mogła przejść kompleksową psychoterapię i zająć się sobą.

To było sześć wyjątkowych, rozwojowych i bardzo świadomie przeżytych tygodni, które postawiły mnie na nogi, dały duży wgląd w siebie i wyposażyły w umiejętności radzenia sobie z kłopotami. Na zakończenie pobytu dostałam pracę marzeń w innej firmie i literalnie każdego dnia jestem wdzięczna, że trafiłam na palanta Mariusza, który stał się zapalnikiem takich dobrych zmian.

AC: Jak z perspektywy oceniasz tę sytuację? Co Ci dała, a co zabrała?

M: Doceniam to, co mam  Patrząc wstecz zauważyłam, że przez niemal rok bycia w tamtej firmie osuwałam się w depresję, to było bardzo dyskretne i dlatego tym bardziej groźne. Na przykład straciłam umiejętność przeżywania zróżnicowanych emocji. Byłam zazwyczaj smutna, zmęczona albo entuzjastycznie radosna. Terapia w szpitalu przywróciła mi odczuwanie w skali odcieni szarości, wiesz, jaka to radość? Pamiętam, że się popłakałam, jak sobie z tego zdałam sprawę, że przecież ja tak kiedyś miałam, tylko się to zaprószyło.

Na pewno będę pamiętać, żeby się szanować, żeby podejmować działania i protestować wcześnie, gdy tylko mnie coś niepokoi. Albo zmieniać otoczenie, jeśli ono nie rokuje do zmiany.

Jeszcze z dobrych rzeczy – krótko po moim pójściu na zwolnienie, firmę opuściło także kilka innych osób. Jedna z nich także skorzystała z pomocy psychoterapeutycznej. Jeszcze takie długofalowe konsekwencje, to zdjęcie odium wariactwa z leczenia psychiatrycznego i psychoterapii, nawet na moim gruncie rodzinnym. Myślę, że to dobre i ważne, bo może ośmielić kiedyś kogoś, kto bałby się sięgnąć po pomoc, której potrzebuje, ze względu na to „co ludzie powiedzą”.

AC: Co radziłabyś kobietom, które obecnie doświadczają mobbingu w swoim miejscu pracy?

M: Przede wszystkim trzeba znaleźć kogoś, kto będzie wsparciem w tej sytuacji. Najlepiej kogoś, kto nie jest w zależności służbowej z prześladowcą i jednocześnie na tyle dobrze zna organizację, że będzie umiał zaproponować konkretne strategie poradzenia sobie. W dużych firmach funkcjonują anonimowe skrzynki, w których można zgłaszać przypadki nadużyć. Zazwyczaj wtedy udaje się zmienić otoczenie korporacyjne, przenieść się dyskretnie do równoległego zespołu, zostać objętym wsparciem rozwojowym podczas gdy firma wyciąga niezależnie konsekwencje wobec sprawcy przemocy psychicznej. Jeśli kultura organizacyjna firmy rokuje, że takie zmiany i zaadresowanie problemu jest możliwe, to warto się o to postarać. Ograniczamy w ten sposób koszty zmian dla siebie samych. Możemy uporać się z mobbingiem, oszczędzając sobie stresu związanego z samą zmianą pracy.

Jeśli, jak w opisywanym przeze mnie przypadku, nie ma na to szans, trzeba po prostu chronić siebie i zmienić otoczenie radykalnie. Warto też przyjrzeć się swojemu stylowi funkcjonowania w relacjach i organizacjach, czy jestem raczej wspierającym współpracownikiem lub szefem czy może blisko mi do biurowej despotii, która jest dla innych obciążająca.

AC: Dziękuję za rozmowę 🙂

A czy Ty doświadczyłaś kiedyś mobbingu? Może chcesz o tym opowiedzieć? Anonimowość gwarantowana! Daj znać!

 

Terroryzm nasz codzienny

Zamach bombowy w petersburskim metrze, atak chemiczny w Syrii, klęska głodu w Sudanie Południowym spowodowana m.in. przedłużającą się wojną domową – a to tylko niecały tydzień. Patrząc na te wydarzenia można odnieść wrażenie, że nasz świat pełen jest agresji, nienawiści i nie zmierza do niczego dobrego. Ktoś może stwierdzić, że przecież zawsze tak było – nie ma w ludzkiej historii roku bez tragedii, dramatu, bezsensownej przemocy i strachu. Dlaczego tak się dzieje?

Źródło: theatlantic.com, autor: Jonathan Bachman / Reuters

Po co pisać o terroryzmie?

Nieszczęścia tego świata nie są wdzięcznym tematem dla blogerki. Łatwo można popaść w patos albo banał, a w najgorszym razie po prostu zostać absolutnie zignorowanym. Nasze życie jest szybkie, brutalne i ważne, więc często nie mamy już czasu ani energii zajmować się tymi, którym jest pod jakimś względem gorzej. Ignorujemy informacje, przymykamy oko na smutne obrazki i idziemy dalej gotować obiad z użyciem wszystkich superfoods tego świata. Cóż, nie ma się co obrażać na rzeczywistość, ale może warto sobie przypomnieć, że mamy na nią wpływ?

“Żony Hollywood” a sprawa polska

Nie wiem, czy kiedyś widzieliście ten pożal się Boże reality show. Przyznam, że czasem w ramach tzw. guilty pleasure włączam go późnym wieczorem i zanurzam się w paradoksalnie zupełnie nierealnym świecie. Tak było również w ostatni poniedziałek, kiedy to jednak za sprawą tego programu doznałam olśnienia.

Było o świętowaniu Dnia Niepodległości w USA. Wiadomo – fajerwerki, parady i pikniki. Było też coś jeszcze, coś wyjątkowego, czego jak teraz myślę w Polsce baaardzo brak. Otóż jeden z bohaterów pracuje dla NASA i w ramach swoich zadań pracował nad sondą Juno, która 4 lipca miała wejść na orbitę Jowisza. Świętowanie tego faktu wpleciono w świętowanie Dnia Niepodległości, co zrobiło spore wrażenie. Wszystko odbywało się na stadionie, ludzie się strasznie ekscytowali i cieszyli, podkreślając, że są bardzo dumni ze swojego kraju i jego obywateli. To był niesamowity moment – tysiące Amerykanów z radością odliczających sekundy do wejścia jednej małej sondy w orbitę jednej dużej planety.

No wiem, banał, montaż i hurra optymizm właściwy tej części świata. Pomyślałam jednak przy tej okazji o naszym pięknym kraju i doszłam do smutnego wniosku, że poza WOŚP-em i sporadycznymi sukcesami polskich sportowców nie potrafimy wspólnie świętować i cieszyć się. To, że jednoczymy się w obliczu nieszczęść i tragedii, to wiadomo, ale dlaczego zwykła codzienność jest dla nas tak trudna?

Ryba psuje się od głowy

Będzie politycznie – ryba psuje się od głowy, a społeczeństwo od władzy. Można oczywiście bardzo długo się spierać, co z czego wynika, ale prawda jest taka, że rządzący nami Polacy wciąż kierują się zasadą “dziel i rządź”, która do niczego dobrego nie prowadzi. Rodzi się cała masa podziałów, sięgających niemal każdej sfery życia – z kim się całujesz, czy i jak chcesz mieć dziecko, kim chcesz być w przyszłości, jak spędzasz czas. Brak jest jakiegokolwiek pozytywnego przesłania, bo nawet tak obiektywnie dobra rzecz, jak Polak na czele jednej z najważniejszych instytucji UE czy wspieranie rozwoju gospodarczego i przedsiębiorczości stają się polityczne i jako takie podlegają ostrej krytyce z jednej lub drugiej strony. Co gorsza, gdy komuś świetnie się wiedzie, jest z gruntu podejrzany i trzeba go na wszystkie strony prześwietlić, czy aby nie kradnie.

Czy inaczej jest choćby w szkole lub na studiach? Czy potrafimy wspierać rozwój innych ludzi? A może sukces jednego musi oznaczać porażkę drugiego? Daleko mi do amerykańskiego “don’t worry be happy” czy “keep smiling”, ale potrafię pochwalić i podziwiać, nie czując się przez to gorzej. Czy to tylko kwestia poczucia wartości, czy też chodzi o administracyjny ustrój ogólnego dołowania?

Terroryzm nasz codzienny

Otóż prawda jest taka, że każdy z nas potrafi być terrorystą. Każdy z nas chciałby czasem tupnąć nogą, żeby inni go posłuchali i zrobili tak, jak chce. Kiedy małemu dziecku czegoś się odmówi, wystarczy tylko obserwować przedstawienie, jakie odbędzie się z tej okazji. Płacz, krzyk, bunt, złość – to tylko część “środków wyrazu”. W takiej sytuacji często patrzę na moje dziecko z miłością i współczuciem, bo wiem, że moja mądra reakcja może ułatwić mu potem dorosłe życie. To trudne – nie dać się złości. Jak wszystko, wymaga ćwiczeń.

Załóżmy jednak, że to małe dziecko nie zostało w ogóle wysłuchane. Po złości została więc frustracja. Dziecko rośnie, idzie w końcu do szkoły, gdzie uczy się, że złość i agresja są niemile widziane, nawet jeżeli w ręku nauczyciela stanowią skuteczne narzędzie. Ponieważ jednak nie da się zupełnie wyrugować negatywnych emocji, a trzeba umieć sobie z nimi radzić, dziecko idzie w świat bez tej umiejętności i co jakiś czas po prostu wybucha. Gdy staje się nastolatkiem, wdaje się w bójki, bluzga, jest na “nie” i nie umie współpracować. Potem wchodzi w świat dorosły i tam ma ogrom możliwości. Może parać się hejtem w internecie, wyznawać skrajnie rasistowskie lub homofobiczne poglądy (wiadomo, im słabszy wróg, tym lepiej), obgadywać kolegów z pracy czy po prostu obrażać kogoś co jakiś czas. Skrajna droga? Pewnie, ale takich ludzi jest mnóstwo i mam wrażenie, że w dzisiejszej Polsce bycie miłym, uprzejmym czy pozytywnie nastawionym jest tak samo odbierane, jak bycie transwestytą (bez urazy!) czy wyznawcą Latającego Potwora Spaghetti.

Co robić?

Duży terroryzm bierze się z małego terroryzmu. Agresja zbrojna bierze się z lat zaniedbań, żalów i frustracji. Przemoc jest wszędzie – w domu, przedszkolu, szkole, sklepie, pracy, sejmie… Co z tego wynika? Ano jedna pozytywna rzecz – jeżeli jest wszędzie, to i na każdym kroku można się jej przeciwstawić. Teraz będzie jak na rekolekcjach 🙂 Otóż wystarczy samemu powstrzymać się od przemocy i reagować, gdy się ją widzi. Proste i trudne zarazem, bo ryzykowne. Cóż, każdy ma własne sumienie. Jeżeli jednak przerażają nas wielkie czyny, możemy zacząć od drobnych. Uśmiech do ekspedientki w sklepie, przytrzymanie drzwi starszej pani czy wysłuchanie po raz setny ulubionej piosenki dziecka zamiast wyłączania płyty. Do tego świadomy wybór przyswajanych treści i komunikatów, jakie wydajemy swoim zachowaniem. Odrobina inteligencji emocjonalnej przy minimalnym stopniu uważności pomoże wyrugować z naszego życia przemoc. A co ze społeczeństwem?

Społeczeństwo to w końcu zbiór jednostek, istnieje więc nadzieja, że gdy więcej ludzi zmieni swoje podejście do innych i sposób ich traktowania, będzie lepiej. Można się angażować w działania sensownych organizacji, można chodzić na pokojowe demonstracje czy podpisywać petycje. Można w końcu głosować na ludzi, którzy zamiast krzyczeć mówią, i to z sensem.

W utopię nie wierzę, ale lepszy świat? Może jest na wyciągnięcie ręki?