minimalizm

6 najchętniej czytanych wpisów na Audrey Cafe w roku 2018

Dawno, dawno temu, czyli w zeszłym roku, moje życie przewróciło się do góry nogami, a teraz niczym żuk gnojowy macha cienkimi odnóżami, żeby wrócić do jako takiej równowagi. O przyczynie tego stanu wspominałam na moim fan page’u na FB – mój drugi synek najpierw się urodził, a potem poważnie zachorował, wskutek czego musiałam wiele rzeczy poprzestawiać, żeby rzucić mu się na pomoc. Zabieram się powoli do napisania długaśnego wpisu na ten temat, ale zanim to uczynię, przedstawiam Wam 6 najchętniej czytanych i komentowanych wpisów na blogu w zeszłym roku. A nuż coś Wam umknęło i tak wartościowa zawartość pozostała niezauważona? 🙂 (więcej…)

Czy minimalizm to przywilej?

Białe trampki z najlepszej skóry, zegarek ze złotą tarczą i świetnej jakości portfel na białym tle. Albo spódnica z fantastycznej wełny, zamszowe kozaki, które przetrwają lata i filcowy kapelusz oraz markowe okulary słoneczne. Ewentualnie filiżanka z najdelikatniejszej porcelany wypełniona kawą z markowego ekspresu i ręcznie robionym ciastem bez niczego – bez glutenu, mleka, jajek, cukru, no i bez smaku. Oto minimalizm w wydaniu instagramowo-marketingowym, który zwłaszcza teraz – w okresie świątecznej bieżączki atakuje jako przeciwwaga dla plastikowego “chłamu”, wciąż jednak namawiając do wydawania pieniędzy. Patrząc na ceny tych produktów z tzw. wyższej półki muszę spytać – czy minimalizm to przywilej?

Minimalizm w świecie maksymalizmu

Podoba mi się idea minimalizmu, o czym pewnie już wiecie z treści bloga. Szczególnie teraz, gdy zewsząd atakują świąteczne promocje, a pod przykrywką rodzinnej atmosfery namawia się nas do wydawania pieniędzy na mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Minimalizm daje od tego wytchnienie, jest jak chłodny prysznic w gorący dzień, zdający się mówić “spokojnie, nie musisz mieć wszystkiego, wybierz sobie kilka rzeczy i zadbaj, żeby były jak najlepszej jakości”. To ma sens i na co dzień i od święta, gdyż każe analizować, dokonywać świadomego, uważnego wyboru na przekór owczemu pędowi, któremu łatwo się poddać w pierwszej lepszej galerii handlowej. Coraz częściej natykam się jednak na pułapki, które minimalizm zdaje się zastawiać na mnie w codziennym życiu.

Są wśród nas blogerzy i blogerki, którzy na haśle “minimalizm” zjedli zęby i doczekali się internetowej sławy jako eksperci w jego sprawie. Zdarza mi się ich czytać i wtedy przychodzi mały “zonk”. Otóż w imię tejże idei często zamieszczają oni – a jeszcze częściej one – poradniki zakupowe w duchu – a jakże – minimalistycznym. Jakież bywa moje zdziwienie, gdy widzę tam swetry kaszmirowe za 300 zł czy wełniane płaszcze za 800 zł. Pewnie, że są od polskich producentów lub świetnych zagranicznych marek, w trakcie ich produkcji nie zginęło żadne zwierzę, a one same odpowiednio pielęgnowane przetrwają nawet nasze wnuki. Wciąż jest to 800 zł za płaszcz, podczas gdy tak zwany normalny człowiek w życiu takich pieniędzy na okrycie wierzchnie nie wyda. Ja również. Patrząc na te poradniki zakupowe zaczęłam się więc zastanawiać, czy minimalizm to przywilej?

Minimalizm, czyli nuda za średnią krajową?

Z czym kojarzy się minimalizm? Z bielą, przestrzenią, doskonałą jakością i uważnością. Dla zwykłego śmiertelnika trochę trąci nudą i niewyróżnianiem się. Większość z nas żyje inaczej – kupujemy to, na co nas stać, myśląc raczej o bieżącej perspektywie finansowej, a nie inwestycjach i o tym, co jest dostępne, a nie wydumane, snobistyczne, a nawet etyczne. Robiąc zakupy kierujemy się wygodą i bieżącym stanem portfela, czasem planując wydatki, czasem nie. Przepadamy też za posiadaniem rzeczy, które widzieliśmy w reklamie, a nawet – szczególnie ostatnio – za przytulnością, ciepłem (świece, tkaniny, koce, kubki – marzenie marketingowca), czyli hygge. Nic z tych rzeczy nie odpowiada duchowi minimalizmu, co każe sobie zadać pytanie – dla kogo jest ta idea?

Koncepcja minimalizmu wywodzi się z Azji, gdzie powszechne jest nie-posiadanie, które jednak stanowi pewną oznakę posiadania. To tak, jakby mówić “mam niewiele, ale gdybym tylko chciał, miałbym wszystko. W ten sposób okazuję swoją wyższość nad szarakami przywiązanymi do rzeczy doczesnych”. Idea ta rozpowszechnia się w krajach tzw. Zachodu, gdzie ludzie mają coraz więcej i chcąc się wyróżnić, starają się mieć coraz mniej. Paradoks ten równoważy głoszone wszem i wobec inwestowanie w doświadczenia i przeżycia. Prawdziwy minimalista wyjedzie raczej na Bali niż kupi nową kanapę, albo raczej kupi dizajnerską kanapę niż taką z meblowej sieciówki. Wybierze przy tym najlepszą jakość, na którą wszędzie kładzie się nacisk. Nie ma w tym oczywiście niczego złego, ale zastanówmy się, kto tak naprawdę może sobie na to pozwolić. Z moich zapewne mało miarodajnych badań wynika, że najczęściej minimalizm w naszym kraju “głoszą” kobiety odnoszące sukcesy zawodowe, zazwyczaj pozbawione załączników w postaci dzieci i znajdujące się w związku nieformalnym. Wakacje spędzają za granicą, fotografując minimalistyczne połączenia bieli i błękitu na pięknych greckich wyspach, a jeżeli w Polsce, to w wyjątkowych miejscach, które już za chwilę staną się bardzo modne, gdyż umożliwiają pełne doświadczenie minimalistyczne za prawdziwie maksymalistyczną kwotę. Cała reszta Polaków będzie wtedy upychać parawan na plaży we Władysławowie.

Minimalizm – tak, ale…

Oczywiście jest to przerysowanie i uproszczenie, ale im więcej szukam informacji czy inspiracji w duchu minimalistycznym, tym częściej się irytuję. Powiększając rodzinę i jednocześnie kredytując się po uszy nie mam ochoty wpadać w sidła żadnych specjalistów od marketingu, łącznie z tymi od minimalizmu. Oni jednak czyhają na każdym rogu, czasem wkładając maski spoko-blogerek, co to wolą doświadczenia od rzeczy. Moja przeklęta i utrudniająca życie skłonność do myślenia krytycznego każe mi więc zapytać, komu minimalizm się opłaca? Firmom, które “robią” w wełnie i kaszmirze, portalom zakupowym, showroomom kuszącym wyjatkowością, producentom szokująco drogich mebli i dodatków do wyposażenia wnętrz oraz białych farb, wreszcie wszystkim, którzy potrafią to sprzedać. Osoby w pewien sposób uprzywilejowane opierają swoje profile instagramowe na minimalistycznych hasłach, przyciągając wielu podglądaczy siedzących w wynajmowanych, byle jak urządzonych mieszkaniach i marzących o tym, że pewnego dnia też będzie ich stać na paprotkę stojącą w ręcznie wyplatanym koszu w stylu skandynawskim na tle białej ściany w niemal pustym salonie.

Nie daję się w to wciągnąć i mówię “nie” poradnikom zakupowym oraz każdemu, kto chce mnie przyciągnąć do swoich produktów wmawiając, że są minimalistyczne. Nie stać mnie na to i wcale się tego nie wstydzę. Żadna idea nie namówi mnie do kupna białej koszulki za 200 zł, jeżeli podobną mogę dostać w tzw. second-handzie za 12 zł. Nikt mi nie powie, że idąc po ulicy w płaszczu za 800 zł robię więcej dla świata niż idąc po tej samej ulicy w kurtce z polskiej sieciówki za 120 zł.

Nie mam zamiaru zaśmiecać swojego mieszkania, a wręcz lubię je regularnie odgruzowywać z nadmiaru rzeczy. Staram się nie kupować dziecku plastiku na rzecz drewna i książek, wolę kupić kilo pysznych pomarańczy niż litr soku z koncentratu. Wybierając rzeczy w sklepie staram się zachować logikę i zdrowe, uważne podejście, co nie oznacza, że nie zdarza mi się kupić słodkiej buły lub jogurtu. Preferuję minimalizm w głowie, a nie na Instagramie, czyli na pokaz. Lubię, gdy wszystko się zgadza i pasuje do siebie stylem, charakterem i wyglądem, co nie oznacza, że będę zaciągać kolejny kredyt tylko po to, by urządzić się idealnie minimalistycznie. Jak we wszystkim i tu potrzebna jest równowaga oraz zdolność krytycznego myślenia, co szczególnie w okresie przedświątecznym może się przydać.

A zatem minimalizm tak, ale z głową i bez nadmiernego klikania w linki afiliacyjne 😉

Esencjalizm, czyli mniej, ale lepiej

Czy kiedykolwiek dopadło Cię wrażenie, że rozmieniasz się drobne? Że ciągle jesteś czymś zajęta, a mimo to brak spektakularnych efektów Twoich działań? A może wystarczy, że się w coś zaangażujesz, a już przychodzi kilka osób i chce od Ciebie czegoś innego teraz, zaraz, natychmiast? Spokojnie, to tylko nieesencjalizm! Częsta przypadłość nie tylko tzw. korpoludków, ale też wielu szefów, przedsiębiorców i osób, które po prostu mają sporo na głowie. I – uwaga – to się leczy, o czym pisze Greg McKeown w książce “Esencjalista”. Do mnie to przemawia i wydaje się, że ma sens, więc zapraszam na krótką podróż po esencjalizmie.

Na początku ciężko jest polubić autora, który wyznaje, że w dniu narodzin swojej córki udał się ze szpitala prosto na spotkanie służbowe, które w dodatku nic nie wniosło w życie firmy ani jego. Znam sporo takich osób – ludzi, którzy za wszelką cenę chcą pokazać, jacy są zajęci i ważni, z którymi umawianie się wymaga konsultacji z co najmniej dwoma kalendarzami, którzy na pierwszym miejscu stawiają pracę i swoją rolę zawodową. Pewnie, praca jest ważna, ale czy najważniejsza? Czy da się zrobić tak, żeby i wilk był syty, i owca cała? Czy trzeba specjalnego oświecenia, żeby nauczyć się po prostu odmawiać i dokonywać wyborów zgodnie ze swoimi, a nie firmowymi priorytetami? Na te pytania próbował sobie odpowiedzieć także nasz autor, który dopiero po jakimś czasie zdał sobie sprawę, jak krótkowzroczne było zostawienie żony samej z noworodkiem na rzecz potencjalnego klienta. Próbował, próbował, aż odkrył esencjalizm.

Czym jest esencjalizm?

W skrócie esencjalizm to filozofia życia, polegająca na ciągłym dokonywaniu wyboru tego, co jest najważniejsze w każdej sytuacji i eliminowaniu tego, co zbędne. To postępowanie zgodnie z zasadą “mniej, ale lepiej”. Jak pisałam już w poście o tym, jak zostać stoikiem najistotniejszą i niezbywalną rzeczą, jaką każdy człowiek ma, jest wybór. Na tym przekonaniu opiera się też McKeown, który przenosi tę filozofię nie tylko na grunt życia osobistego, ale przede wszystkim zawodowego. Sekretem sukcesu jego zdaniem jest odpowiedzenie sobie w każdej sytuacji na pytanie, co jest dla mnie teraz najważniejsze? Dzięki temu decydowanie o tym, jaką propozycję przyjąć, czy na które spotkanie się wybrać, jest o wiele łatwiejsze.

Jak wygląda ten proces w praktyce? Składa się z trzech działań:

  • WYBIERZ –  świadomie i spokojnie. Najważniejsze to zdać sobie sprawę z tego, że jeżeli my nie wybierzemy, ZAWSZE ktoś to zrobi za nas. Najpierw wielość sytuacji, w których wybór jest potrzebny może nieco przytłaczać, ale po chwili daje satysfakcję – na co dzień zapominamy, ile zależy od nas, a esencjalizm o tym przypomina. Wybierz więc, w co chcesz się zaangażować, na czym Ci zależy, czego teraz potrzebujesz, na co chcesz poświęcić czas.
  • ROZPOZNAJ – odróżniaj rzeczy trywialne od istotnych. Badaj wszystkie dostępne opcje, aby znaleźć te najwartościowsze.

  • ZAWRZYJ KOMPROMIS – autor przekonuje, że nie da się mieć wszystkiego, które to stwierdzenie w świecie nadmiaru i wszechzajętości jest odświeżające. Nasza rzeczywistość pełna jest opcji, ale żeby z nich wszystkich skorzystać, trzeba by mieć kilka żyć. Trzeba więc uważnie wybierać i być skłonnym do kompromisów, najpierw zawieranych ze sobą samym, a potem ze światem. Autor sugeruje, że w obliczu konieczności podjęcia decyzji i przyznania pierwszeństwa danej sferze (np. rodzinie, zdrowiu, pracy), trzeba zadać sobie dość przewrotne pytanie – który problem chcę mieć? Ponownie przekonuje też, że od rzeczywistości wyboru nie da się uciec, bo tak czy inaczej nas dopadnie, warto więc korzystać z niej na własnych warunkach.

Brzmi przekonująco? Dosyć. W przeciwieństwie do minimalizmu nie chodzi tu o to, by robić jak najmniej, ale o to, by robić jak najmądrzej i najkorzystniej dla nas. Tu powstaje kolejne pytanie…

JAK WYBRAĆ TO, CO NAJWAŻNIEJSZE?

Po pierwsze, trzeba nabrać dystansu. W praktyce oznacza to np. nieodpowiadanie na propozycje natychmiast, a choćby po kilku sekundach zastanowienia. Chodzi też o pamiętanie, że “nie” ma czasem większe znaczenie niż “tak”, dlatego musi być świadome i uważne, co z kolei wymaga chwili pomyślunku. Żeby coś stworzyć, trzeba dać sobie przestrzeń do kreatywności, której nie uzyska się, przyjmując każdą propozycję. Trzeba się po prostu skupić, a więc spędzić chwilę sam na sam ze sobą i szukać odpowiedzi w sobie, a nie w potrzebach innych osób.

Po drugie, trzeba uważnie patrzeć i szukać esencji, czyli istoty – komunikatu, sytuacji, rozmowy. A po trzecie, trzeba umieć chronić zasoby, czyli bawić się i…spać. Tak, według autora ludzie zapracowani bardzo często rezygnują ze snu na rzecz dodatkowego zlecenia czy kolejnej prezentacji, tym samym tracąc szansę na kreatywność i efektywność. Zabawa – rozumiana jako relaks, hobby, pasja, ale też znajdowanie zabawnych elementów w codziennej pracy i nadawanie jej osobistego wymiaru – jest niezmiernie ważna dla każdego, nie tylko dzieci. Poza tym, że zapewnia ucieczkę od “życiowej szarzyzny”, rozwija kreatywność, wzbogaca i  sprawia, że lepiej się czujemy. O zaletach ośmiu godzin snu pewnie nawet nie muszę wspominać. Sama mam na koncie sporą liczbę nocy zarwanych na rzecz nadrobienia zaległości w pracy i zawsze kończyło się to w jeden sposób – zmęczeniem i nienawiścią do komputera. Wierzę więc autorowi “Esencjalisty”, gdy przekonuje, że prawdziwi ludzie sukcesu unikają zarywania nocy, bo zbyt wysoko cenią sobie sen.

JAK SIĘ POZBYĆ RZECZY TRYWIALNYCH?

Na to pytanie autor też ma wiele odpowiedzi. Precyzuj – określaj konkretne cele, misję, strategie. Podejmuj decyzje, planuj, nie pozostawiaj nic przypadkowi. Przygotowuj się na najgorsze, ale oczekuj najlepszego. Odważ się mówić “nie”, gdy czujesz, że to właściwa odpowiedź. Nigdy nie zapominaj, że to Twoje życie i ma ograniczony czas trwania, więc nie marnuj go na to, czego nie chcesz. Zrezygnuj z zobowiązań, które Ci ciążą, zamiast wzbogacać.

“Nie” jest pełnym zdaniem.

Anne Lamott

Wyznaczaj swoje granice i nie pozwól ich przekraczać, jeżeli tego nie chcesz. To przesłanie chyba głównie do kobiet – z nieznanych przyczyn mamy irytującą tendencję do rezygnowania ze swoich potrzeb na rzecz innych – bliskich, ale i dalszych osób, firmy, organizacji… Do tego jeszcze pielęgnuj uważność i…bądź!

CZY WARTO IŚĆ DROGĄ ESENCJALIZMU?

Moim zdaniem warto. Szczególnie, jeżeli często ma się poczucie rozmieniania się na drobne czy marnowania czasu. W bieżączce życia codziennego często zapominamy, że tak czy inaczej życie jest jedno. Nie da się być w kilku miejscach na raz, osiągać najlepszych wyników we wszystkich dziedzinach czy zadowolić wszystkich dookoła. W życiu trzeba umieć wybierać i brać za to odpowiedzialność, jak pisze McKeown “bez okradania innych ludzi z ich problemów”. Warto pamiętać, co jest najważniejsze i świadomie to wybierać, akceptując to, że nie każdemu wybór ten będzie się podobał. Ale to już zupełnie inna bajka…

Jak przestać kupować książki

Mówi się, że statystyczny Polak książek nie kupuje, nie czyta i nie zajmuje się nimi. Mówi się też, że każdy ma jakąś słabość, która niekontrolowana może go zrujnować. Wychodzi na to, że statystyczną Polką nie jestem, bo taką moją słabością jest kupowanie książek. Kocham to! Uwielbiam wyszukiwać ciekawe tytuły, zamawiać je taniej niż w zwykłej księgarni (zazwyczaj), a potem z wypiekami na twarzy czekać na paczkę pachnącą jeszcze farbą drukarską. Niestety, wszystko ma swój kres i wychodzi na to, że i moja słabość zaczyna mnie rujnować. Nasze mieszkanie jest naprawdę małe, mieści się w nim jeden regał, w którym non stop obluzowują się półki z powodu przeładowania. Dodatkowo konto zaczyna świecić pustkami i zapala się czerwone światełko – może czas powiedzieć dość?

Dlaczego kupowanie książek jest takie przyjemne?

Wyobraź sobie małą księgarnię w bocznej uliczce centrum miasta. Wchodzisz, a zamykając za sobą drzwi zanurzasz się w świecie pełnym możliwości. Spójrz w lewo – oto czeka na ciebie regał z literaturą piękną. Słyszałaś o nowej powieści tej świetnej autorki? Oto jest, czeka na ciebie, pociągająco błyszcząc kolorową okładką. Nawet jest 10% tańsza niż ostatnio, a zatem okazja! Idziesz dalej i natykasz się na rejon poradników. O, tu posiedzisz dłużej. Te książki mogą obiecać ci wszystko – schudniesz, zrealizujesz cele, będziesz tygrysem wśród owiec i znajdziesz miłość swojego życia, a dzieci będą cię słuchać bezkrytycznie. Jakoś się opanowujesz i docierasz do najbardziej kolorowych półek – książek kucharskich i podróżniczych. Tu cię mają – bez książki nie wyjdziesz.

Kupowanie książek jest baaardzo miłe, bo łączy w sobie idealne cechy drobnej przyjemności – dajesz sobie coś fajnego, a do tego pożytecznego, bo przecież poszerzysz dzięki temu horyzonty, cena jest do ogarnięcia, a przynajmniej będzie czym się zająć w tramwaju. Docierasz w końcu do domu i odkładasz książkę na półkę z mocnym postanowieniem zabrania się za nią dziś wieczorem. Z niedowierzaniem patrzysz na regał, odkrywając, że już nic się na nim nie zmieści, bo tyle różnych pozycji czeka na twoje zainteresowanie. Znasz to?

Kupowanie książek to podróż do nowego świata, przepustka do kilku chwil wytchnienia i codzienna przyjemność. Problem pojawia się wtedy, gdy książek jest za dużo, czasu na ich czytanie za mało, a pieniędzy coraz mniej.

Dlaczego warto przestać kupować książki (na jakiś czas)?

Najpierw muszę coś ogłosić – mam na imię Agata i jestem książkoholiczką, a coraz mi z tym gorzej. Samo czytanie książek jest cudowne, ale mam problem z ich nadmiarem fizycznym. Tak, część była mi naprawdę bardzo potrzebna, a część zrobiła mi ogromną przyjemność. Część sprawiła radość mojemu dziecku, ale reszta okazała się nietrafionym zakupem, książkowym fast foodem, który po przeczytaniu trafia na półkę i irytuje za każdym razem, gdy tam spojrzę. Mam za dużo książek, za mało miejsca i zbyt wiele możliwości, żeby je zmarnować.

Warto przestać kupować książki, żeby dostrzec ich prawdziwą wartość. Mając mniej, bardziej docenia się to, że można coś kupić i analizuje się, czy naprawdę warto. Warto przestać kupować książki, żeby w końcu nadgonić z przeczytaniem tych, które są i nie robić sobie sieczki z mózgu. Warto przestać kupować książki, żeby zregenerować portfel, odświeżyć i przewietrzyć regał, a w końcu wrócić do tej czynności z uważnością i minimalizmem z tyłu głowy.

Jak przestać kupować książki?

To może być szok, ale…natychmiast! Żadne przygotowanie, wymówki i wytłumaczenia nie mogą nas zawrócić z raz obranej drogi. Jest jakaś okazja i trzeba by kupić książkę na prezent? Wybierz kupon podarunkowy zamiast tego. Kusi cię klimatyczna wystawa w oknie księgarni? Idzie wiosna i przydałaby się książka o detoksie/ćwiczeniach/diecie? Daj spokój, poradzisz sobie. Idź dalej, znajdziemy jakieś rozwiązanie. Po prostu przestań o tym myśleć, a jeżeli najdzie cię ochota na nowy zakup, podejdź do regału pełnego literatury w domu i przypomnij sobie, o co ci chodziło. Weź do ręki którąś z nieprzeczytanych do tej pory pozycji i zacznij czytać. Zrób przegląd wszystkich książek w domu. Część już przeczytana i tylko zajmuje miejsce? Zbierz je i przekaż jakiejś instytucji/organizacji, która potrzebuje książek dla podopiecznych. Więzienia, szpitale, przychodnie – tam na pewno się przydadzą. Możesz też rozdać znajomym/rodzinie, a w najgorszym razie zostawić spakowane w torbie przy śmietniku. Gwarantuję ci, że szybko znikną.

Co zamiast kupowania?

Rezygnacja z kupowania nie oznacza rezygnacji z czytania! Żaden książkoholik by tego nie przetrwał, nie oszukujmy się. Skąd więc brać książki, jeżeli nie ze sklepu?

Biblioteka – pamiętasz jeszcze, co to było? W czasach liceum i studiów pewnie często można cię było tam zobaczyć, a teraz już nie masz czasu. Ale ale – biblioteki otwarte są w różnych godzinach, jest ich sporo, zazwyczaj mają już katalogi komputerowe i możesz zamawiać książki przez internet do odbioru. Dzięki różnym programom dotacyjnym w bibliotekach można znaleźć najświeższe nowości, a do tego trafić na coś nieoczekiwanego, zaskakującego. Sam zysk!

♠ Wolnelektury.pl – projekt Fundacji Nowoczesna Polska, którego celem jest udostępnienie za darmo jak największej liczby tytułów. Można tu znaleźć lektury szkolne, ale i klasykę literatury czy audiobooki. Wszystko w wersji elektronicznej, również na urządzenia mobilne.

♠ ReadAnyBook – portal z samymi bezpłatnymi książkami w przeróżnych formatach, również do zwykłego pobrania na komputer. Pozycje głównie po angielsku, ale też niemiecku czy francusku. Kopalnia możliwości dla zainteresowanych szlifowaniem języka w miłych okolicznościach przyrody.

Jest jeszcze trochę sklepów z e-bookami, które mają darmowe pozycje, czy stron do ściągania plików, ale rzadko kiedy można znaleźć tam coś naprawdę wartościowego i legalnego zarazem 🙂 Może są jeszcze jakieś fajne miejsca książkowe w sieci, których nie znam?

 Co teraz?

Jeżeli choć trochę cię przekonałam i jesteś już w gotowości do zaprzestania wycieczek do księgarni – witaj w klubie! Nie będzie łatwo, ale damy radę. Lubisz mieć wsparcie? Zapraszam do nowo utworzonego wydarzenia na FB MARCOWY DETOKS KSIĄŻKOWY.

A w kwietniu ruszymy do księgarń 🙂