kobieta

Influencerki polskie, czyli pięć kobiet, na które warto mieć oko

Choć Dzień Kobiet już za nami, biegnę z tym wpisem, żeby zmieścił się chociaż w marcu. Będę szczera – pomysłów na posty w tym miesiącu miałam mnóstwo, ale tak zwana bieżączka mnie nieco przytłoczyła. Więcej o tym w nadchodzącym podsumowaniu miesiąca, a już teraz przechodzę do tematu 🙂

Żyjemy w świecie zanurzonym w rzeczywistości wirtualnej. Te dwie sfery – real i wirtual – przeplatają się tak, że czasem ciężko odróżnić, co jest ważniejsze i co na co wpływa. Znane powszechnie zjawisko “influencerów”, czyli osób oddziałujących na inne, wpływających na podejmowane przez innych decyzje, jest witane z dużym aplauzem, a czasem z wielkim hejtem. Ja chciałabym to wypośrodkować i postawić tezę, że dobra influencerka nie jest zła 🙂 Nie da się uciec od faktu, że podejmując decyzję, rozważając wszystkie za i przeciw zastanawiamy się też, co zrobiłby ktoś inny na naszym miejscu. Ten “ktoś” to osoba pod jakimś względem do nas podobna i zazwyczaj jakoś przez nas podziwiana. Choć nie podążam ślepo za żadną z postaci znanych z polskiego Internetu, jest kilka kobiet – dokładnie pięć – które podziwiam szczególnie. Zapraszam więc do poznania influencerek polskich, czyli pięciu kobiet, na które warto mieć oko 🙂 (więcej…)

Dekalog nowoczesnej kobiety


Photo by freestocks.org on Unsplash

Ciężko jest być kobietą. Teraz, dzisiaj, ale wczoraj też tak było. Tyle wymagań, standardów, sprzecznych potrzeb i ogólnego chaosu. Dlatego dziś – w ten ponury lutowy poniedziałek – u mnie tłumaczenie krótkiego tekstu Natalie Patterson, dedykowane każdej kobiecie – bez wyjątku! Warto doceniać samą siebie i o siebie dbać, o czym pisałam tutaj, bo nikt inny o nas nie zadba, odgadując w sekundę nasze potrzeby. Możemy to zrobić tylko my same, czego uczę się wciąż na nowo. Jeżeli i Tobie zdarza się o sobie zapomnieć, weź ten krótki tekst i przypominaj go sobie zawsze, gdy do tego dojdzie. Dbaj o siebie! (więcej…)

Siła jest kobietą! Osiem silnych kobiet na ósmego marca

Oto nadszedł ten dzień, w którym słowo “kobieta” odmienia się przez wszystkie przypadki, czasy i liczby. Oto Dzień Kobiet, którego historię potrafią nawet podciągnąć pod starożytny Rzym, kiedy to na początku wiosny świętowano dzień ku czci macierzyństwa i płodności – czyli jakby nie było kobiet. U nas święto to wielu wiąże z tradycją peerelowską, a od kilku lat z manifami i roszczeniowymi feministkami – nie, żeby mi to przeszkadzało 😉 Ponieważ i mi ta wymowa Dnia Kobiet jest najbliższa, postanowiłam uczcić go na swój sposób, czyli pokazując Wam źródło mojej inspiracji, jeżeli chodzi o kobiecą siłę – oto osiem silnych kobiet, które podziwiam i szanuję (kolejność przypadkowa).

1. Wanda Rutkiewicz

Wanda Rutkiewicz w Sokolikach w 1968 r. (fot. źródło: Barbara Rusowicz “Wszystko o Wandzie Rutkiewicz”, 1992)

Być może postać nieoczywista, ale dla mnie bardzo ważna – raz, że w swoim życiu miała duży epizod wrocławski, a dwa, że była himalaistką, co do czasów jej osiągnięć było raczej męską domeną. Wanda Rutkiewicz odkryła w sobie żyłkę do wspinania jako niespełna dwudziestolatka, a pierwsze szlify zdobywała w bardzo mi bliskich Rudawach Janowickich. Potem były Tatry, Alpy, no i Himalaje. Każda encyklopedia nam powie, że Rutkiewicz, z zawodu elektronik, była pierwszym Polakiem (!) na Mount Evereście (rok 1978) oraz pierwszym Polakiem (znów !) i pierwszą kobietą na K2. Nie każda encyklopedia poinformuje, że była orędowniczką wypraw kobiecych i zachęcała kobiety do wspinania się, do walki o swoje oraz do realizowania się w dziedzinach, które je fascynują. Była silna, samodzielna i miała tupet. To ona pierwsza pokazała Polkom, że niemożliwe nie istnieje i według tej dewizy żyła. Zginęła w górach, choć jej mama do końca swego życia w to nie wierzyła, uważając, że Wanda po prostu zniknęła i zaczęła nowe życie w innym miejscu. Mówiła:

“Gdyby najkrócej określić to, co właściwie wciąż ciągnie mnie w góry, to jest to – przyjemność. Przyjemność pojawia się wtedy, gdy nie myśli się jedynie o wejściu na wierzchołek, ale gdy np. idąc po lodowcu, człowiek zaśpiewa, zaśmieje się, czy zrobi komuś jakiś kawał. Jest też w górach tyle piękna i w tylu postaciach, że trudno to wyrazić. Jest to urlop od spraw codziennych i oddalenie się od nich, choć nie oznacza to ucieczki, a tylko potrzebny względem nich dystans.

Cytat za tatromaniak.pl

2. Malala Yousafzai

Malala Day, What is Malala Day, Malala Yousafzai, Who is Malala, Who is Malala Yousafzai, Taliban, United Nations, World news, Indian Express
Fot. indianexpress.com

Na początku była odwaga. Malala, dziś pakistańska działaczka na rzecz praw kobiet, a wtedy zaledwie jedenastoletnia dziewczynka, zaczęła pisać bloga dla BBC Urdu o życiu pod okupacją talibów, którzy m.in. nakazali zamknięcie prywatnych szkół dla dziewcząt. Wraz z nasilaniem się agresji talibów jej blog zaczął zdobywać coraz więcej czytelników, a ona stała się rozpoznawalna. Pewnego dnia, wracała wraz z innymi dziewczynkami z egzaminu, a autobus, którym jechały został ostrzelany przez zamachowców. Malala, trafiona kulą w głowę i szyję, znalazła się w stanie krytycznym w szpitalu, ale przeżyła, a całe to wydarzenie wykorzystała jako motywację do wzmożonych działań na rzecz praw kobiet, w tym prawa dziewczynek do edukacji. W roku 2014 została najmłodszą laureatką Pokojowej Nagrody Nobla, a podczas przemówienia na forum ONZ mówiła:

…koncentruję się na prawach kobiet i edukacji dziewcząt, ponieważ one cierpią najbardziej. Był czas, kiedy działaczki prosiły mężczyzn, by walczyli o ich prawa. Tym razem zrobimy to same. Nie mówię mężczyznom, by przestali mówić o prawach kobiet, a skupiam się na kobietach, by były niezależne w walce o siebie.

3. Antonina Żabińska

Podobny obraz
Fot. za sprawiedliwi.org.pl

O Antoninie Żabińskiej pisałam już na blogu tutaj, ale warto tę postać przywołać raz jeszcze. Żabińska i jej mąż – Jan – opiekowali się warszawskim zoo, gdy zastała ich wojna. Choć ogród i zwierzęta mocno ucierpiały, oni wykorzystali swoją pozycję i zamiast uciec, zostali i stworzyli swego rodzaju azyl dla Żydów, którym pomagali w ucieczce z warszawskiego getta, a potem udzielali schronienia w budynkach zoo. Historię tę zaadaptowało Hollywood w filmie “Azyl”, a Polacy niezbyt nawet ją znają. Antonina opiekowała się ukrywanymi Żydami, ryzykując życie swoje i swoich dzieci, w dużej mierze samodzielnie dbając o ich wikt i opierunek. Była dzielna, niezłomna i charyzmatyczna. Kochała ludzi i zwierzęta, a jej postać nadal stanowi ogromną inspirację.

4. Sheryl Sandberg

Fot. Facebook

Sheryl Sandberg to amerykańska specjalistka od technologii i biznesu, bliżej znana jako COO Facebooka, ale też feministka, matka i…miliarderka. W swojej drodze na szczyt kariery odkryła, że otacza ją niewiele kobiet, które odpowiadałyby za coś więcej niż tylko parzenie kawy czy odbieranie telefonów. Idąc po nitce do kłębka, zaczęła interesować się problemem nierówności płci w świecie technologii i biznesu i działać na rzecz zmiany tej sytuacji. Za sprawą jej książki “Włącz się do gry” (ang. Lean In) wokół tematu zrobił się pozytywny szum i powstała organizacja pod tą samą nazwą, która prężnie działa na rzecz poprawy sytuacji kobiet w biznesie. Wspiera m.in. powstawanie małych kręgów kobiet, których celem jest wzajemna pomoc w karierze i mentoring. Takich kół jest już 35 tysięcy w 160 krajach na całym świecie! Sandberg pokazuje, że w biznesie jest dużo miejsca dla kobiet, tylko one same muszą w to uwierzyć i nie bać się sięgać po więcej. O równouprawnieniu kobiet mówi tak:

Musimy poprawić to, z jakimi uprzedzeniami muszą sobie radzić kobiety. Nie powinieneś czuć się zobowiązany do wspierania danej osoby tylko dlatego, że jest kobietą, ale powinieneś wspierać ją, bo wierzysz w jej pomysły i umiejętności.

5. Maria Skłodowska-Curie

„Porywaczka mężów”, ateistka i specjalistka od róż i konfitur. Maria Skłodowska-Curie jakiej nie znacie

Tak, wiem, że wszyscy o niej słyszeli i że jest ikoną polskiego ruchu na rzecz praw kobiet. Mimo to myślę, że warto pamiętać o niej na co dzień, bo osiągnęła to, co w jej czasach było niemożliwe. Nie tylko wsławiła się jako polska noblistka, ale do tego jest jedną z czterech osób, które zdobyły Nagrodę Nobla więcej niż raz, była pierwszą profesorką na Sorbonie w czasach, gdy na terenie Królestwa Polskiego kobiety nie mogły nawet marzyć o studiowaniu, dwukrotnie poroniła wskutek promieniotwórczego działania radu, który odkryła, ale potem dane jej było zostać matką, była prekursorką badań nad leczeniem raka za pomocą promieniotwórczości i…kochała naukę. Jest jedyną kobietą, która spoczywa we francuskim Panteonie, a w naszych uszach niech brzmią jej słowa:

Trzeba mieć wytrwałość i wiarę w siebie. Trzeba wierzyć, że człowiek jest do czegoś zdolny i osiągnąć to za wszelką cenę.

6. Isadora Duncan

Postać nieoczywista, ale ważna dla sztuki i historii kobiet. Isadora Duncan to choreografka, tancerka, artystka, twórczyni tzw. tańca współczesnego, biseksualistka, ateistka i rewolucjonistka pierwszej połowy XX wieku. Jako młoda dziewczyna zrezygnowała z nauki w szkole jako “zbyt ograniczającej” i zaczęła zarabiać na życie, ucząc dzieci tańca. Pasji tańca była wierna do końca życia, ucząc innych i występując na wielu scenach całego świata. Przeciwstawiła się tradycyjnemu baletowi jako formie zbyt rygorystycznej, która nie służyła pięknu, a dyscyplinie, i zakładała swoje szkoły tańca współczesnego – tańca, którego podstawą jest wolność, naturalność i komunikowanie emocji. Zaadoptowała sześć dziewczynek, ratując je od skrajnej biedy, szkoliła kolejne instruktorki swojej metody i tworzyła, tańczyła i…korzystała z życia. Ułożyła nawet choreografię do polskiej pieśni patriotycznej “Warszawianka” (jej współczesne wykonanie można zobaczyć tutaj). Isadora łamała konwenanse, przeciwstawiała się stereotypom i ograniczającej formie. Była wolna, dzika i twórcza. Mawiała:

Najpiękniejszym dziedzictwem, jakie można dać dziecku, jest zezwolić mu, by szło własną drogą, wyłącznie o własnych siłach.

7. Joy Lofthouse i 163 inne dziewczyny

Znalezione obrazy dla zapytania joy lofthouse Fot. za http://www.independent.co.uk[/caption%5D

Ok, założę się, że o nich nie słyszeliście. Joy była jedną ze 164 pilotek ATA (Air Transport Auxiliary), czyli służby pomocniczej dla brytyjskiego RAF-u podczas II wojny światowej (wśród tzw. “ATA girls” były też Polki!). Gdy Joy dostała się do tej organizacji, nie potrafiła nawet prowadzić samochodu, ale już wkrótce pilotowała myśliwce Spitfire i bombowce. Do tego wtedy nie posiadały one tak bogatego wyposażenia do komunikacji radiowej i wymagały nie lada odwagi oraz umiejętności. Dość powiedzieć, że co szósta z “ATA girls” zginęła w akcji, zazwyczaj z powodu usterek technicznych samolotu, a nie swojego braku umiejętności. Niesamowite jest to, że w wieku 92 lat Joy ponownie wsiadła do Spitfire’a i była jego drugim pilotem! Relację z lotu można zobaczyć tutaj, a historię jej i całej organizacji przybliżyć każdemu, kto uważa, że kobiety to słaba płeć.

8. Audrey Hepburn

No wiem, że dobrze znacie jej postać i właściwie to się robi trochę nudne, ale w tym dniu nie mogło jej zabraknąć. Audrey była silna jako dziecko i jako dorosła kobieta. Przetrwała głód i trudne warunki hitlerowskiej okupacji podczas II wojny światowej, przetrwała konieczność rezygnacji ze swojej pasji, jaką był balet, a także dwa rozwody, mężowskie zdrady, poronienia i walkę o swoje równouprawnienie podczas realizacji filmów. Działała charytatywnie, wspierając UNICEF i jeżdżąc do Afryki, co nie było wtedy popularnym zajęciem wśród tzw. celebrytów. Kochała swoich synów, kochała ludzi w ogóle i dbała o innych często bardziej niż o siebie. Skutkiem tego było zignorowanie swoich problemów zdrowotnych, przez co pokonał ją rak, ale za to w świecie kultury pozostała nieśmiertelna. Jej wizerunek powielany jest na mnóstwo sposobów, ale o jej sile i charyzmie już tak często się nie mówi. Pozostała jedną z najbardziej uwielbianych aktorek na świecie, a dla mnie jest nadal źródłem inspiracji i siły do działania. Mówiła:

Piękno kobiety nie przejawia się w ubraniach, które nosi, w jej figurze lub sposobie w jaki układa włosy. Piękno kobiety musi być widoczne w oczach, ponieważ są one drzwiami do jej serca – miejsca, gdzie mieszka miłość.

Oto koniec mojej listy ośmiu silnych kobiet na ósmego marca. Każda z nas może tam kogoś dopisać, a najlepiej siebie. Nasza siła i intuicja to elementy, dzięki którym możemy osiągnąć wszystko, co zechcemy. Nawet równouprawnienie w praktyce, czego sobie i Wam życzę 🙂

PS. Podoba Ci się ten wpis? Uważasz, że jest wartościowy? Podziel się nim, a będzie mi bardzo miło. Siła jest kobietą!

Cztery pułapki kobiecej siły

Dawno, dawno temu była sobie piękna księżniczka. Siedziała  w równie pięknym księstwie i z upodobaniem czesała swoje piękne włosy, z rozmarzeniem spoglądając w stronę wjazdu do zamku, wyczekując na pięknego księcia. Gdy ten w końcu się pojawił, okazał się piękny, ale i…słaby, tak jak i ona, gdyż nikt nigdy w księstwie nie oczekiwał od nich niczego innego niż piękna, elegancji i dobrych manier.

W nieodległej wiosce mieszkała nieco mniej urodziwa dziewczyna, za to zupełnie niemająca czasu na czesanie włosów. Od małego była wdrażana we wszystkie prace domowe, w tym opiekę nad rodzeństwem, dbanie o gospodarstwo itp. Nie siedziała na ganku wypatrując księcia z bajki, ale  w końcu z domu odeszła, aby odkrywać nowe drogi. Mama zawsze jej mówiła: życie jest okrutne, a ty musisz być silna. I była. Silna i samotna…

To oczywiście mocno krzywdzący stereotyp, że kobieta może być albo piękna i słaba, albo silna i brzydka. Niejednokrotnie zderza się z nim większość z nas deklarujących się jako feministki – oto nasza siła wypływająca z wewnętrznego przekonania o swojej wartości i możliwościach staje się wadą, słabością, która wrzuca nas w jądro samotności i społecznego odrzucenia. “Radź sobie sama” – to najsłabsze ze stwierdzeń, jakie można usłyszeć, wsłuchując się w siebie. Dlaczego kobieca siła staje się jednocześnie słabością?

Idziemy przez świat, stykając się z różnymi ludźmi, sytuacjami, wymaganiami. Najpierw uczy się nas samodzielności – jako dzieci mamy się same umieć bawić, zasypiać, przejść pozytywnie trening czystości i, broń Boże, nie wpadać w histerię, gdy coś się nie uda. Siła i samodzielność – tego się od nas oczekuje. Potem idziemy do szkoły, gdzie wrzuca się nas w wir oczekiwań ze strony nauczycieli, ale i rówieśników. Dziewczynka ma być miła, zadbana, skromna, pilna, ale i wygadana, wysportowana, szczupła i potulna. W końcu wychodzimy ze szkolnego świata i wpadamy w rzeczywistość uniwersytetów/relacji damsko-męskich (zazwyczaj)/pracy, gdzie oczekiwania mieszają się ze sobą, owocując niezłym społecznym zawrotem głowy. Mamy więc być w związku, ale i umieć sobie radzić same, robić karierę, ale nie za bardzo, odnosić sukcesy na uczelni, ale nie domagać się stypendiów czy innych przywilejów, gdyż wcześniej i później i tak z nich zrezygnujemy na rzecz wychowywania dzieci (to samo w pracy). Nasza siła jest mile widziana, gdy ułatwia życie innym, a staje się obiektem drwin i niechęci, gdy zostajemy same.

Cztery pułapki kobiecej siły

Jestem silna. Zawsze tak było, choć jednocześnie doświadcza(ła)m efektów ubocznych tego faktu. Jako rasowa introwertyczka dusiłam to jednak w sobie. Moi rodzice, znajomi, przyjaciele wiedzieli, że umiem wiele znieść, więc niezbyt się ze mną cackali. Problem pojawiał się wtedy, gdy potrzebowałam pomocy – nagle wokół mnie robiło się pusto i moja siła stawała się samospełniającą się przepowiednią. Byłam – jestem – w większości sytuacji zdana na samą siebie, co daje mi pewność i poczucie kontroli. Nie zapominam jednak, że kobieca siła niesie ze sobą kilka pułapek…

1. Jestem silna, więc nie potrzebuję pomocy

Otóż nie – czasem każdy potrzebuje pomocy, niezależnie od płci, wieku, przekonań i stanu majątkowego. Sztuką jest mieć wokół siebie na tyle otwartych i czujnych ludzi, aby to dostrzegli nawet wtedy, gdy my tego nie widzimy. Potrzeba pomocy może się przejawiać w wielu postaciach – czasem chodzi o zwykły SMS pytający, jak się czujemy, czasem o przytulenie czy wyręczenie w drobnej rzeczy, a czasem o wspólne pomilczenie. Najczęściej w taką pułapkę wpadają partnerzy silnych kobiet – wiedząc, że mają silne partnerki, żyją sami sobie, niezbyt poświęcając im czas i uwagę, bo “ona sobie poradzi”. Tymczasem chyba każda z nas ma czasem chwile słabości, gdy chce się ryczeć i rzucić wszystko w diabły. Prawdziwie silny, mądry i czuły partner jest wtedy nie do przecenienia.

2. Jestem silna, więc uratuję cały świat, nie zważając na siebie

W tę pułapkę zdarzyło mi się wpaść wiele razy. To częsta przypadłość “prawdziwych” wolontariuszek, działaczek i kobiet czynu. Ignorowanie własnych potrzeb, marzeń, choćby tych w zakresie drobnych przyjemności, bo ktoś mnie potrzebuje, muszę działać, trzeba biec do przodu. Tymczasem często okazuje się, że ciągle robiąc coś dla innych w końcu wyczerpuje się zasoby, dzięki którym ma się do tego siłę. Pojawia się wypalenie, frustracja i słynne “i co ja z tego mam?”, które wybitnie kłóci się z ideą dobroczynności. Jeżeli czegoś się nauczyłam, angażując się społecznie na różne sposoby, to tego, że nie można być zawsze dla innych, nie będąc najpierw dla siebie. Prawdziwą siłą tutaj jest wsłuchanie się w siebie na każdym kroku i działanie w zgodzie ze sobą. Czasem trzeba na chwilę przystopować, coś przemyśleć, czy po prostu zrobić sobie długą kąpiel w pachnącej pianie, aby nazajutrz móc dalej zbawiać świat.

3. Jestem silna, więc jakoś przełknę tę zimną kawę

To z kolei bardzo częsta przypadłość kobiet pracujących, co to żadnej pracy się nie boją, oraz…mam. Ileż to memów, komiksów i opowieści ma tę słynną zimną kawę w tle – jakby kobieta nie mogła po prostu usiąść i napić się ciepłej tak jak lubi, tylko najpierw musiała obsłużyć cały świat. Kobiety-męczenniczki, służące, szczycące się tym, jak mało mają chwil dla siebie i jaką wielką odpowiedzialność biorą, a potem z przymrużeniem oka narzekające na niemożność odpoczynku, brak czasu, padanie na “zbity pysk” i zbytnie obciążenie pracą. Oto pułapka, której też niestety nie udało mi się uniknąć, ale się uczę. Nowym przejawem siły w tym kontekście jest umiejętność odmawiania, brania na siebie tylko tyle, ile rzeczywiście się chce, z pełną odpowiedzialnością za konsekwencje. W przypadku macierzyństwa, gdzie naprawdę ciężko jest o negocjacje z szefem, warto od początku uczyć tego siebie, dzieci i otoczenie – jestem dorosłą kobietą, jeżeli twój świat nie wali ci się na głowę, a zawartość pieluszki nie wylewa się na dywan, możesz chwilę poczekać ze swoimi potrzebami, aż zaspokoję moje. Inaczej pojawia się frustracja, złość i słynne już gderanie, a to silnej kobiecie nie przystoi 😉

4. Jestem silna, więc moje samopoczucie zależy tylko ode mnie

To pułapka najnowsza, w którą również zdarzało mi się wpadać. Pułapka będąca owocem mody na coaching i zawołanie “jesteś tym, kim myślisz, że jesteś”, “możesz wszystko” itp. Jasne, że siła oznacza wiarę w swoje możliwości i przekonanie o tym, że należy nam się wszystko, co najlepsze. Czasem jednak świat robi nam psikusa i zdaje się działać zupełnie przeciwnie. Nagle okazuje się, że idziemy złą drogą, ludzie, którzy nam towarzyszyli teraz zawiedli, a partner patrzy na nas z nadzieją, że same znajdziemy wyjście z sytuacji. Wtedy dochodzą do głosu negatywne emocje, które nigdy nie pojawiają się ot tak po prostu, ale zawsze mają jakieś głębsze podłoże. Upychane gdzieś na dnie małe frustracje, zawody, rozżalenia, westchnienia zmęczenia w końcu znajdują ujście i zazwyczaj ma ono formę wybuchu. Jesteśmy silne, więc oczekuje się od nas, że zawsze takie będziemy, często na tym budując. Nie zawsze można być pozytywnym, nie trzeba się ciągle uśmiechać, aby świat mógł odetchnąć z ulgą, że nie osłabłyśmy. Czasem życie przytłacza, robi przykre niespodzianki i daje prztyczka w nos. Trzeba to wziąć na klatę, ale nie zawsze da się to zrobić od razu. Może trzeba chwilę popłakać? Wyżyć się? Pochodzić kilka dni z nosem na kwintę, żeby potem odzyskać swoje poczucie siły. Cokolwiek to jest, warto to zrobić, aby raz za razem odnajdywać swoją siłę, ale nie dlatego, żeby inni czuli się lepiej, pewniej, ale abyśmy to my się tak poczuły.

Bycie silną to przywilej i coś, czego można się nauczyć. Na pewno warto, gdyż czasy, w których żyjemy są zazwyczaj dość ciężkie i aby nie dać im się przygnieść, trzeba umieć walczyć o siebie, swoje prawa i dobro, a czasem też i o innych. Bycie silną sprawia, że inni zwracają się do nas ze swoimi słabościami, dzięki czemu siłę można mnożyć. Bycie silną oznacza też świadomość czterech pułapek kobiecej siły i uczenie się niewpadania w nie. To jak, damy radę? 🙂

Trzy grzechy główne kobiet

#METOO to akcja, która obiegła sporą część świata i przeorała również polskie media społecznościowe, pokazując skalę problemu przemocy seksualnej wobec kobiet. Nieważne, czy chodziło o tzw. niemoralne propozycje, “macanie”, przyciskanie do ściany czy gwałt – ważne, że mój FB zaroił się od tematycznych wpisów koleżanek, znajomych i znajomych znajomych, często silnych, przebojowych. Zakładam, że wszystkie historie, które się ukrywają pod tymi wpisami są prawdziwe, co zdaje się mocno niepokojące. Oznacza, że żyjemy w świecie, w którym ogromna liczba kobiet doznała jakiejś formy molestowania seksualnego. Hollywoodzka afera z Harveyem Weinsteinem w roli głównej pokazuje, że to się dzieje niezależnie od stopnia zamożności czy pozycji kobiet. Dziwi mnie natomiast czas, jaki był im potrzebny do opowiedzenia tej historii – w wielu przypadkach minęło sporo lat. To doprowadziło mnie do wniosku, że z nami, kobietami, też coś jest nie tak…

Wiktymizacja ofiary? Nie!

Psychologia zna pojęcie wiktymizacji ofiary, a nasze polskie społeczeństwo uprawia ten proceder w praktyce. O co chodzi? O te wszystkie komentarze typu “po co ubierała się w mini”, “trzeba było nie łazić po nocy samej”, “jak by suka nie dała, to by pies nie wziął” itp. Jednym słowem – ofiara przestępstwa/przemocy, najczęściej o charakterze seksualnym, jest obwiniana o to, że prowokowała, nie zachowała ostrożności itd. Jest to rzecz według mnie obrzydliwa, bo wychodzę z założenia, że każda kobieta ma prawo ubierać się i chodzić jak i gdzie chce bez obawy, że ktoś zechce to niecnie wykorzystać. Niestety, realia są takie, że gdy dojdzie do przestępstwa, a kobieta ma zeznawać w sprawie, zawsze wyciąga się temat tego, jak wyglądała, czy nie dawała dwuznacznych sygnałów itp.

Absolutnie nie o wiktymizację ofiar chodzi mi w tym wpisie, a o coś zupełnie innego, czyli o…

Trzy grzechy główne kobiet

Definicji grzechu jest wiele. Choć nie chodzi tu o kontekst religijny, najbardziej odpowiednią znalazłam na stronie…spowiedz.pl (tak, istnieje i wygląda na to, że ma się świetnie). Otóż tam określa się go jako “wykroczenie przeciwko rozumowi, prawdzie, (…) sumieniu” i o to mi chodzi w tym wpisie – o to jak my, kobiety, potrafimy same popsuć swoją pozycję, sytuację, wizerunek, relacje, przez sprzeniewierzanie się sobie, swojej płci i przekonaniom. No to spróbujmy.

Grzech nr 1

Brak solidarności

Tak, wiem, że nie każda kobieta musi być feministką, ale co mnie ogromnie zadziwia, to to, że tak rzadko kobiety się wspierają, popierają, po prostu solidaryzują się ze sobą. Przykłady? Ot choćby wracałam niedawno z pracy, a że mam już widoczny brzuch (7. mc), a w tramwaju tłok, ja obładowana torbą i plecakiem, to się rozglądam, czy ktoś mi ustąpi miejsca. Gros siedzących tym razem to młode dziewczyny wracające z liceum oraz kobiety ok. 50-tki. Jedna z nich tak się starała mnie nie zauważyć, że aż zaczęła udawać, że śpi! No cóż… Inna sytuacja – koleżanka zaczyna pracę w nowej firmie, stara się, jest punktualna itp. Co robią nowe koleżanki? Otóż zbierają się w pokoju socjalnym na “ploty”, a gdy tylko ona wchodzi do pomieszczenia, milkną i patrzą znacząco. Banał? Pewnie, ale tylko dlatego, że dobrze znany co najmniej od czasów liceum.

My, kobiety, często nie lubimy się wspierać, walczyć o siebie nawzajem, bo wciąż postrzegamy się jako rywalki, choć nie wiadomo, do czego. W sytuacjach skrajnie negatywnych nie potrafimy wesprzeć swoich matek/córek/sióstr/przyjaciółek w walce z przemocą, której doznają, przez co liczba użytych hasztagów #metoo niebezpiecznie rośnie…

Grzech nr 2

Niedocenianie siebie

Drugie ciekawe zjawisko znane jest w psychologii jako “syndrom oszusta”. Chodzi tu o poczucie posiadania zbyt niskich kompetencji, aby coś osiągnąć, a w związku z tym przekonanie, że skoro ktoś nas docenia, to nie dostrzega prawdy, czyli tego, że tak naprawdę się nie nadajemy, nie jesteśmy kompetentne itp. Najczęściej dotyczy to kobiet, gdyż my na pewnym etapie rozwoju przestajemy w siebie wierzyć lub nie chcemy się do tej wiary w siebie przyznać, uważając, że w jakiś sposób uczyni nas to nieatrakcyjnymi lub, co gorsza, przyniesie nam kłopoty.

Mówi się, że mężczyźni boją się silnych kobiet, z tego więc powodu duża część z nas…udaje, że jest słabsza niż w rzeczywistości. To samo dotyczy pensji, awansów, planów zawodowych, a nawet ambitnych marzeń. Często boimy się przyznać nawet przed sobą, że jesteśmy w czymś dobre i nam się należy, gdyż społeczeństwo może nas od razu wyrzucić na margines.

Od 10 lat pracuję jako tłumaczka-freelancerka i dobrze wiem, jak trudno jest czasem walczyć o swoje, szczególnie kobiecie. Paradoks jest taki, że większość osób pracujących w działach HR czy współpracy z dostawcami to kobiety, czyli powinny być przychylniejsze dla współpracowniczek. Niestety, to wcale tak nie działa. Nawet przy pracy zdalnej płeć miewa znaczenie i to negatywne. Kilka dobrych lat trwało, abym nabrała przekonania, że jestem dość dobra w moim zawodzie, aby poprosić o podwyższenie stawki. Poprosiłam oczywiście kobietę i mój wniosek został przyjęty do rozpatrzenia, po czym postraszono mnie, że jeżeli zwiększą mi stawkę, to zabiorą większość zleceń (co by mi za dobrze nie było), a następnie wzięto na przeczekanie. Nie poddałam się, a efekt jest taki, że stawkę mam wyższą, a zlecenia większe i bardziej prestiżowe. Potrzeba było jedynie odwagi i poczucia, że jest się dobrą w tym, co się robi.

Niestety mało kobiet decyduje się na walkę o siebie w sferze zawodowej, narzekając na szklany sufit, brak możliwości i elastyczności. A gdyby więcej kobiet z tej samej firmy zaczęło się wspierać? A gdyby się odważyły ominąć nieprzychylnego szefa i pójść dalej? A gdyby po prostu odważyły się walczyć o swoje? Chowanie głowy w piasek nie może przecież wiecznie trwać, a co gorsza, nie spowoduje ŻADNYCH zmian na lepsze…

Grzech nr 3

Brak odwagi (cywilnej)

W życiu kobiety przychodzi wiele trudnych sytuacji, o których mężczyźni nie mają pojęcia. Od początku jesteśmy na z góry straconej pozycji, bo zawsze stajemy przed kwestią dzieci/brak dzieci, praca/dom, kariera/rodzina itp. Nie oszukujmy się, mężczyznom jest łatwiej, bo obciążenia, które w związku z tymi wyborami ponoszą, są zupełnie inne. Wychodząc od najprostszej różnicy biologicznej – faktu możliwości rodzenia dzieci – a na stereotypach społecznych kończąc, kobiety mają przerąbane. Jednak nie musiałoby tak być, gdybyśmy same sobie tego nie robiły. Jakże często się zdarza, że gdy pojawia się informacja o takiej czy innej matce oddającej dziecko czy używającej przemocy czy w inny sposób wyraźnie odbiegającej od stereotypu Matki Polki, najwięcej negatywnych rzeczy do powiedzenia mają na jej temat…kobiety. To my jesteśmy naszymi największymi krytykami, a co gorsza, często robimy to anonimowo, za plecami, szeptem, żeby uniknąć konfrontacji.

Odwaga cywilna jest szczególnym rodzajem odwagi. Jest to postawa, która polega na występowaniu w obronie swoich racji, nawet jeżeli wiąże się to z wysokimi sankcjami i kosztami społecznymi. Jej podstawowym elementem jest występowanie pod swoim imieniem i nazwiskiem, czyli podpisywanie się pod swoimi własnymi wypowiedziami. Odwaga jest również przyznaniem się do błędu, postępowaniem zgodnie ze swoim sumieniem i głoszeniem swoich poglądów.

Wikipedia.pl

Często w życiu zawodowym i społecznym spotykam się z sytuacjami, w których kobiety boją się odezwać w swojej obronie, w obronie koleżanek czy kogoś innego, żeby nie narazić się na ostracyzm społeczny lub po prostu opinię walniętej feministki (wychodzi w sumie na to samo). Tak bardzo zależy im na opinii innych, że wolą sprzeniewierzyć swoje poglądy, przekonania, na rzecz akceptacji. Niby tego uczy nas społeczeństwo od małego – konformizmu, wygody, oportunizmu, ale po cóż nam dorastanie, jak nie po to, żeby nauczyć się czegoś odwrotnego? Fenomenem pod tym względem okazał się choćby Czarny Protest, który jednak był o tyle łatwiejszy, że dawał pewną anonimowość. Osoby, które na nim się pojawiły rzadko kiedy wykazują się odwagą cywilną w “towarzystwie”, broniąc swoich nie do końca popularnych racji. Tu dostrzegam problem, bo nasze społeczeństwo kształtujemy swoją postawą codziennie, a nie tylko na wielkich zrywach. O ile łatwiej jest zacisnąć zęby i ponarzekać w zaciszu domowym, niż zabrać głos publicznie, iść na wybory czy wykonać inny gest? O wiele, ale skoro my, kobiety, tak wiele potrafimy znieść, to może nadszedł w końcu czas, żebyśmy przestały “musieć coś znosić”, a zaczęły walczyć o siebie, swoje córki i koleżanki, żeby to społeczeństwo uwzględniło naszą połowę?

A gdzie Twoja solidarność?

Tak można zapytać. I słusznie. Patrzę na feminizm, na siebie, na społeczeństwo dość krytycznie, dzięki czemu mogę czasem wytknąć i sobie kilka rzeczy. Nie uważam, żeby ślepe popieranie kogoś “bo jest kobietą” było w porządku, ale nie widzę też powodu, dla którego w końcu nie miałybyśmy się wziąć za zmienianie społeczeństwa, skoro tak wiele nam w nim nie pasuje. W tym tygodniu w Nowej Zelandii wybrano nowego premiera, a właściwie premierkę – to 37-letnia bezdzietna panna, w dodatku atrakcyjna, mądra i…feministka. Na jednym z feministycznych profili na FB pod wpisem na ten temat pojawiły się komentarze typu “ale im dobrze”, “u nas to niemożliwe” itp. Zgadzam się, ale tylko dlatego, że same kopiemy pod sobą dołki. Może w końcu nadszedł czas, żeby się wyspowiadać samym sobie i wziąć się do roboty, żebyśmy i my mogły być dumne z naszego kraju pod tym względem?

Albo cnotka, albo dziwka

Dawno, dawno temu była sobie kobieta i był sobie mężczyzna. Jako dzieci nie interesowali się sobą nawzajem, ale w końcu nadszedł “ten” moment i zaczęli patrzeć na siebie inaczej. On widział w niej kandydatkę na potencjalną matkę swoich potencjalnych dzieci, a ona – potencjalnego myśliwego, który dla niej i jej potencjalnych dzieci będzie zdobywał odpowiednio kaloryczne pożywienie. On był jej pierwszym i ostatnim, ona jego może nawet i pierwszą, ale na pewno nie ostatnią. Tak sobie żyli przez wieki, aż przyszło społeczeństwo i powiedziało: musimy mieć gwarancję, że wasze dzieci są wasze, więc weźcie ślub. Tak zrobili. Potem z kolei przyszła rewolucja seksualna i powiedziała: hej, już nie musicie być niewolnikami społeczeństwa. Idźcie, cieszcie się seksem, rozmnażajcie się i jakoś to będzie. I nic już nie było takie jak dawniej.
Rewolucja seksualna i towarzyszące jej zmiany społeczne (choćby wejście kobiet na rynek pracy począwszy od czasów II wojny światowej) sprawiły, że dawne zasady i normy, którymi społeczeństwo zwykło się kierować przestały obowiązywać. Kobiety mogły – przynajmniej w teorii – mieć wszystko. Pracować, wyjść za mąż, mieć dzieci, ale też cieszyć się seksem BEZ zobowiązań dzięki dostępności antykoncepcji i aborcji. Tak, w teorii rzeczywiście wyglądało to nieźle, ale niestety jedno się nie zmieniło – mentalność. Niezależnie od dokonanego przez siebie wyboru kobieta zawsze była oceniana – przez rodzinę, znajomych, pracodawców, a w końcu społeczeństwo. Pojawiające się na rynku jak grzyby po deszczu poradniki typu “Życie seksualne kobiet” radziły płci pięknej, aby odkrywała swoje ciało i cieszyła się seksem. Kościół i rodzina mówiły: szanuj się, czekaj do ślubu, nie chodź z każdym, bo wyjdziesz na dziwkę. W końcu jeżeli nikt już nie mógł dopilnować życia seksualnego kobiety, skąd mężczyzna miał wiedzieć, że jego dziecko jest jego? Ta ściśle biologicznie uwarunkowana męska potrzeba przyjęła nieprzyjemny kształt “strażników moralności”.
Do momentu rewolucji seksualnej seks był przedmiotem wymiany – weź ze mną ślub, w zamian masz gwarancję dostępu do mojego ciała, a daj mi za to bezpieczeństwo ekonomiczne i dach nad głową. Teraz, gdy seks może mieć każda z każdym, w przeróżnych konfiguracjach i stylach, ten wymiennik zniknął, a razem z nim zniknął wspólny grunt i związki “musiały” zacząć opierać się na miłości i przywiązaniu. A co, jeżeli kogoś interesuje inna droga?

źródło: profil FB Kobieta po 40-stce

Truizmem jest stwierdzenie, że mężczyzna, który lubi seks, to mężczyzna prawdziwy, normalny i pewny swojej wartości. A co z kobietą, która, o zgrozo, też go lubi? No cóż, w najłagodniejszej formie będzie to kobieta wyzwolona, w najbrutalniejszej – dziwka, która nie zna swojej wartości i nie potrafi się kontrolować. Fikcja? Niedawno oglądałam film dokumentalny o Jyoti Singh. Pamiętacie tę sprawę? W 2012 roku w Delhi, w godzinach wieczornych (wcale nie nocnych) dziewczyna i chłopak wracali z kina. Wsiedli do autobusu, w którym znajdowało się sześciu podpitych, znudzonych facetów. Wszyscy oni ochoczo przystąpili do zbiorowego gwałtu na dziewczynie, którą była Jyoti Singh właśnie, oraz do pobicia jej i jej kolegi. Jyoti zmarła wskutek odniesionych obrażeń, ale jej “sprawa” odbiła się szerokim echem i wywołała falę protestów przeciwko tzw. kulturze gwałtu. Sprawcy zostali skazani na karę śmierci (poza jednym nieletnim, który dostał trzy lata, więc już jest pewnie na wolności), planowano wprowadzenie zmian do prawa karnego zaostrzając kary wobec przestępców seksualnych (zmiany się ślimaczą, nie wiem, czy w końcu rzeczywiście je wprowadzono). Na mnie ogromne wrażenie zrobiły jednak wypowiedzi obrońców gwałcicieli, mówiące o tym, że “kobieta to delikatny kwiat, więc jak znajdzie się w rynsztoku (w domyśle zrezygnuje z tradycyjnej moralności), to nie może się spodziewać niczego dobrego”, albo że “kultura indyjska jest wielka, ale nie powinna zawierać kobiet (!)”. Skrajny myzoginizm, upatrywanie winy w kobiecie i insynuowanie, że “sama chciała”.

Indie to kultura poniekąd egzotyczna. Czy u nas jest lepiej? Chciałoby się zakrzyknąć, że tak, ale lepiej cicho szepnąć, że nie. Przykłady? Choćby niedawna wypowiedź posła Kukiza: “Trzeba było zdawać sobie sprawę, komu się dawało to ciało i kiedy się dawało, i jak się dawało, to ciało”. Oburzające? Proszę dalej. Równie niedawno przez polskie internety przebiegły kłusem, oburzając wszystkich po drodze, najbardziej żenujące teksty ginekologów, jakie kobiety słyszały podczas wizyt. Gdyby nie były prawdziwe, byłyby po prostu obleśne, a są przerażające. Choćby “Na panią wystarczy popatrzeć, żeby stwierdzić, że jest pani wysokoestrogenna”, “No tak, seks to umie uprawiać, ale piersi badać już nie” czy “Widać, że chłopak jest, taka pani zadbana tutaj”. Więcej można znaleźć np. tutaj. Do tego dochodzi niezdrowa ciekawość “opinii społecznej” i przywiązanie do stereotypu kobiety cnotliwej, skupionej na domu i obowiązkach, a nie gorącej, rozbudzonej, świadomej swoich potrzeb. Nie jest łatwo. Co z tym można zrobić?

Choćby nie wiem, jak bardzo niektórzy chcieli, czasu ani zmian społecznych nie da się cofnąć. Nie da się podporządkować kobiet władzy o charakterze patriarchalnym, nie da się ich wszystkich zagonić do rodzenia dzieci i zmywania garów. Tym bardziej nikt nie zakaże kobietom uprawiania seksu, niezależnie od jego motywów. Chciałoby się powiedzieć “poradźcie sobie z tym, obrzydliwi mizogini” i to właściwie wszystko, co można zrobić. Oprócz tego dobierać sobie znajomych tak, żeby mieć wokół siebie ludzi mądrych, otwartych i wolnych, bez zapędów do ograniczania wolności innych. Dobrze jest też pamiętać o swojej motywacji, żeby przypadkiem nie wylać dziecka z kąpielą. Jeżeli ktoś nie chce, nie musi się wykazywać podbojami łóżkowymi, żeby coś udowodnić. Jeżeli chce poczekać na kogoś, do kogo poczuje coś istotnego – to dobrze. Jeżeli świadomie będzie szła z kimś na jedną noc – też dobrze, byle bezpiecznie i odpowiedzialnie.
 
Cnotka czy dziwka – ten podział sam powoli się anuluje, jeżeli kobiety będą po prostu sobą i będą podejmować świadomie wybory we wszystkich sferach swojego życia. Nikt, poza nami samymi, nie ma prawa do oceniania nas, a jeżeli już to robi – to jego broszka. Kobietom też zdarza się często obgadywać koleżanki i rzucać wtedy epitetami typu “puszczalska”, “napalona” itp., więc wina zdaje się być po obu stronach. Zatem do roboty – korzystajmy z wolności i dajmy ją innym, bo inaczej ktoś przyjdzie i zechce nam ją zabrać…