feminizm

Trzy lekcje od Thelmy i Louise

Photo by Nagy Arnold on Unsplash

Kiedy “Thelma i Louise” królowały w kinie, miałam dziewięć lat. Za mało, żeby móc zobaczyć ten film, za dużo, żeby nie zacząć rozumieć, że coś w tym świecie jest nie tak. Moje przypuszczenia wkrótce miały się potwierdzić – kilka lat i spychania z listy startowej w konkursach matematycznych na rzecz chłopców później wiedziałam, że żyjemy w “men’s world”. Kiedy więc kilka dni temu znów natknęłam się na “Thelmę i Louise”, tym razem postanowiłam nadrobić zaległości. I dobrze, bo dawno żaden film mnie tak nie zainspirował. Choć fabuła może się wydawać nieco naciągana, jest w tym obrazie kilka rzeczy, na które warto zwrócić uwagę.

(więcej…)

Festiwal pogardy, albo o aborcji raz jeszcze

W naszym kraju zaczęła się kolejna odsłona wojny światopoglądowej – oto walka postu z karnawałem, czy jak kto woli walka o “zakaz dyskryminacji ze względu na niepełnosprawność (…) w zakresie prawa do życia”, czyli kolejna próba ograniczenia, czy wręcz zlikwidowania, prawa do aborcji. Nie ma tu żadnych świętości (poza opacznie pojętym życiem), bo cel uświęca środki, za to pojawia się wiele pomieszań pojęć, demagogii i pogardy. Skąd się to wszystko bierze? O co chodzi? A przede wszystkim skąd ta pogarda względem osób chcących decydować o własnym życiu? Te pytania zadaję sobie i ja.

Prawo do życia

Problem prawa do aborcji jest osią konfliktu od bardzo dawna i chyba najstarsi górale już nie pamiętają, dlaczego budzi on takie kontrowersje. W czasach PRL-u aborcja w Polsce była legalna i wykonywana bardzo często, potem Kościół pomógł opozycji w pokonaniu komunistycznego aparatu władzy i w ramach wymiany “coś za coś” prawo do aborcji zostało bardzo mocno ograniczone, zyskując miano “kompromisu aborcyjnego”. Niestety kobiet nikt o zdanie nie pytał i choć brały udział w działaniach opozycyjnych na równi z mężczyznami, podczas podejmowania decyzji o tymże kompromisie ich głosu nikt słuchać nie chciał. Nagle prawo do życia znalazło się na ustach wszystkich…panów, którzy uwielbiają nim szafować, choć ostatecznie decyzja nie uderza w nich. Paradoks ten nie przestaje mnie dziwić, tak samo jak przekonanie o tym, że życie “bytu” nienarodzonego jest ważniejsze od tego, które już żyje. Pozostawiając kwestie bioetyczne (ogromnie ciekawe) na boku, można spytać, kto ma o tym decydować – grono mężczyzn w sukienkach i garniturach czy para (lub sama kobieta), której to dotyczy?

Oczywiście można powiedzieć, że dla społeczeństwa prawo do aborcji jest złe, bo działa przeciwko niemu. Ogranicza liczbę potencjalnych obywateli, pozwala członkom społeczeństwa na przedkładanie własnego dobra nad dobro ogółu. Może tak powiedzieć jednak tylko społeczeństwo, które gwarantuje pomoc w przypadku decyzji innej – czy jeżeli zdecyduję się urodzić dziecko chore lub niechciane i będzie ono potrzebować wsparcia, leczenia, zabezpieczenia na poziomie, jakiego bym sobie dla niego życzyła, państwo mi je zapewni? Być może w Szwecji, bo na pewno nie w Polsce i nie znam nikogo, kto z pełną odpowiedzialnością mógłby twierdzić inaczej.

Jesteś za aborcją?

Gdy chodzi o etykę, teoria sobie, a praktyka sobie. Można snuć koncepcje (bio)etyczne i robić eksperymenty myślowe, jednak gdy przyjdzie co do czego, człowiek pozostaje sam ze swoim wyborem i ponosi za niego pełną odpowiedzialność. Nie cierpię sformułowania “być za aborcją”, bo uważam je za krzywdzący skrót myślowy i oznakę braku racjonalnego myślenia. Aborcja sama w sobie jako zabieg medyczny nie podlega ocenie moralnej i nie można być za nią czy przeciw niej. To tak jakby uważać, że ludzie nie powinni dawać wyrywać sobie chorych zębów czy usuwać uszkodzonej śledziony. Aborcja to zabieg polegający na usunięciu płodu – tylko tyle i, jak się okazuje, aż tyle. Zdarza się, że ratuje życie kobiety, ale też zdarza się, że wynika z pobudek ocenianych przez opinię publiczną jako egoistyczne. Jak wielkie kontrowersje potrafi wzbudzić pokazuje słynna już sprawa Natalii Przybysz sprzed dwóch lat, gdy przyznała się w wywiadzie dla “Wysokich Obcasów” do poddania się zabiegowi aborcji, bo nie chciała trzeciego dziecka i mieszkanie miała za małe. Wylało się na nią wiadro pomyj, wszyscy wprost prześcigali się w ocenach moralnych jej decyzji. Dlaczego? Bo kobieta podejmująca samodzielnie taką decyzję jest postrzegana jako zagrożenie dla społeczeństwa, szczególnie w kraju nazywającym się katolickim. Jak mówi sama Przybysz:

To indywidualna sprawa i każda kobieta powinna móc zadecydować o tym sama – czy chce urodzić, czy nie. A to, jak do tego potem podchodzimy, czy to był problem, czy nie, to też nasza sprawa – jakie ceremonie będziemy chciały odprawiać, by sobie z tym poradzić. To nie sprawa mężczyzn w rządzie i w Kościele.

Nie jestem więc “za aborcją”, ale za prawem wyboru. Aborcja powinna moim zdaniem być dozwolona jako zabieg medyczny mający też konsekwencje etyczne dla osoby, która się mu poddaje, ale poza oceną społeczeństwa. Musimy zacząć traktować jednostkę w społeczeństwie jako zdolną do podejmowania decyzji o sobie, bo inaczej obudzimy się w dystopii, pozbawieni praw, za to obarczeni setkami obowiązków. Obywatel nie służy wyłącznie do płacenia podatków i utrzymywania aparatu władzy, ale to tenże aparat powinien służyć obywatelowi, aby ten na jego terytorium mógł się realizować i być szczęśliwy. Wiem, że to naiwna i utopijna wizja, ale czy to znaczy, że mam z niej rezygnować?

Festiwal pogardy

A jednak, mężczyźni w rządzie i w Kościele uwielbiają decydować o innych, samemu stojąc niejako ponad prawem. Władza daje ludziom poczucie, że nie muszą się liczyć z nikim, kogo postrzegają jako podległego, przez co czyni ich aroganckimi i pozbawia odpowiedzialności za słowa. Oczywiście nie dotyczy to osób o mocnym kręgosłupie moralnym i poczuciu odpowiedzialności społecznej, ale wydaje się, że nie ma ich za wiele w naszym Sejmie i klerze. Nie dalej jak wczoraj odbyło się posiedzenie sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, na którym dyskutowano m.in. o decyzji zmierzającej do dalszego ograniczenia prawa do aborcji w Polsce. Brały w nim udział również kobiety – polityczki, działaczki Strajku Kobiet i organizacji pozarządowych. Jak donosi portal OKO.press, zostały potraktowane obcesowo, bez szacunku (należnego nie kobietom, a ludziom w ogóle) i poniżająco. Przykłady?

  • poseł Janusz Sanocki zwracający się do obecnych na posiedzeniu kobiet: “Lubię was dziewczynki”
  • poseł Robert Winnicki: “Aborcjonistki są sojuszniczkami nieuporządkowanego życia seksualnego mężczyzn”
  • poseł Marek Jurek : “Co by było, gdyby kobieta odmówiła powinności macierzyńskiej”

Teksty, jakie z powodzeniem mogłyby paść w poprzednim stuleciu, a nie po akcji #metoo i nie w Sejmie, choć jak widać ryba rzeczywiście psuje się od głowy. Pogarda wobec kobiet przebijająca przez te wypowiedzi to objaw przekonania o absolutnej podległości i “gorszości” połowy społeczeństwa, oznaka braku szacunku i odejście od praktyki chrześcijańskiej, która nakazuje, by kochać bliźniego jak siebie samego. Tym samym oznacza podwójne standardy moralne i niszczy wiarygodność tych mężczyzn jako katolików. Czy oni się tym przejmują? A gdzie tam. Są przekonani o swojej absolutnej racji i misji, jaką ma być uczynienie Polski na powrót krajem w pełni katolickim, gdzie szanuje się każde życie, szczególnie to nienarodzone. Gorzej jednak sprawa wygląda z życiem narodzonym i tu pojawia się rola społeczeństwa – zacznijmy myśleć krytycznie, słuchać, a nie tylko słyszeć i puszczać mimo uszu i nie dopuszczajmy arogancji do władzy, bo w ten sposób wystawiamy sobie samym świadectwo. Czy kraj rządzony przez idiotów bez szacunku do drugiej osoby może coś znaczyć w cywilizowanym świecie?

Protesty, protesty

Kobiety nigdy nie poddają się bez walki i choć pojawia się już zmęczenie strajkami, protestami i demonstracjami, wydaje się, że nie można ich zaprzestać. Do czasu urodzenia drugiego malucha również brałam w nich udział, teraz jest nieco gorzej, ale zamierzam walczyć inaczej. Zamierzam szerzyć miłość do krytycznego myślenia i kwestionowania argumentów, z którymi już nikomu nie chce się dyskutować. Zamierzam wspierać inne kobiety w ich wyborach w imię solidarności, aby dać odpór męskiej chęci dominacji. Zamierzam pisać i namawiać za tymi działaniami, bo tylko w tym, w swoistej pracy u podstaw, otwieraniu umysłów postrzegam możliwość wyjścia z impasu, w jakim znalazła się kobieca część społeczeństwa. Bowiem jak można przeczytać w książce Lucy Ribchester “Sufrażystki”:

Problemu nigdy nie stanowią dewianci (…). Nie zapominaj o tym. Prawdziwie niebezpieczni są ludzie o zamkniętych umysłach.

 

Cztery pułapki kobiecej siły

Dawno, dawno temu była sobie piękna księżniczka. Siedziała  w równie pięknym księstwie i z upodobaniem czesała swoje piękne włosy, z rozmarzeniem spoglądając w stronę wjazdu do zamku, wyczekując na pięknego księcia. Gdy ten w końcu się pojawił, okazał się piękny, ale i…słaby, tak jak i ona, gdyż nikt nigdy w księstwie nie oczekiwał od nich niczego innego niż piękna, elegancji i dobrych manier.

W nieodległej wiosce mieszkała nieco mniej urodziwa dziewczyna, za to zupełnie niemająca czasu na czesanie włosów. Od małego była wdrażana we wszystkie prace domowe, w tym opiekę nad rodzeństwem, dbanie o gospodarstwo itp. Nie siedziała na ganku wypatrując księcia z bajki, ale  w końcu z domu odeszła, aby odkrywać nowe drogi. Mama zawsze jej mówiła: życie jest okrutne, a ty musisz być silna. I była. Silna i samotna…

To oczywiście mocno krzywdzący stereotyp, że kobieta może być albo piękna i słaba, albo silna i brzydka. Niejednokrotnie zderza się z nim większość z nas deklarujących się jako feministki – oto nasza siła wypływająca z wewnętrznego przekonania o swojej wartości i możliwościach staje się wadą, słabością, która wrzuca nas w jądro samotności i społecznego odrzucenia. “Radź sobie sama” – to najsłabsze ze stwierdzeń, jakie można usłyszeć, wsłuchując się w siebie. Dlaczego kobieca siła staje się jednocześnie słabością?

Idziemy przez świat, stykając się z różnymi ludźmi, sytuacjami, wymaganiami. Najpierw uczy się nas samodzielności – jako dzieci mamy się same umieć bawić, zasypiać, przejść pozytywnie trening czystości i, broń Boże, nie wpadać w histerię, gdy coś się nie uda. Siła i samodzielność – tego się od nas oczekuje. Potem idziemy do szkoły, gdzie wrzuca się nas w wir oczekiwań ze strony nauczycieli, ale i rówieśników. Dziewczynka ma być miła, zadbana, skromna, pilna, ale i wygadana, wysportowana, szczupła i potulna. W końcu wychodzimy ze szkolnego świata i wpadamy w rzeczywistość uniwersytetów/relacji damsko-męskich (zazwyczaj)/pracy, gdzie oczekiwania mieszają się ze sobą, owocując niezłym społecznym zawrotem głowy. Mamy więc być w związku, ale i umieć sobie radzić same, robić karierę, ale nie za bardzo, odnosić sukcesy na uczelni, ale nie domagać się stypendiów czy innych przywilejów, gdyż wcześniej i później i tak z nich zrezygnujemy na rzecz wychowywania dzieci (to samo w pracy). Nasza siła jest mile widziana, gdy ułatwia życie innym, a staje się obiektem drwin i niechęci, gdy zostajemy same.

Cztery pułapki kobiecej siły

Jestem silna. Zawsze tak było, choć jednocześnie doświadcza(ła)m efektów ubocznych tego faktu. Jako rasowa introwertyczka dusiłam to jednak w sobie. Moi rodzice, znajomi, przyjaciele wiedzieli, że umiem wiele znieść, więc niezbyt się ze mną cackali. Problem pojawiał się wtedy, gdy potrzebowałam pomocy – nagle wokół mnie robiło się pusto i moja siła stawała się samospełniającą się przepowiednią. Byłam – jestem – w większości sytuacji zdana na samą siebie, co daje mi pewność i poczucie kontroli. Nie zapominam jednak, że kobieca siła niesie ze sobą kilka pułapek…

1. Jestem silna, więc nie potrzebuję pomocy

Otóż nie – czasem każdy potrzebuje pomocy, niezależnie od płci, wieku, przekonań i stanu majątkowego. Sztuką jest mieć wokół siebie na tyle otwartych i czujnych ludzi, aby to dostrzegli nawet wtedy, gdy my tego nie widzimy. Potrzeba pomocy może się przejawiać w wielu postaciach – czasem chodzi o zwykły SMS pytający, jak się czujemy, czasem o przytulenie czy wyręczenie w drobnej rzeczy, a czasem o wspólne pomilczenie. Najczęściej w taką pułapkę wpadają partnerzy silnych kobiet – wiedząc, że mają silne partnerki, żyją sami sobie, niezbyt poświęcając im czas i uwagę, bo “ona sobie poradzi”. Tymczasem chyba każda z nas ma czasem chwile słabości, gdy chce się ryczeć i rzucić wszystko w diabły. Prawdziwie silny, mądry i czuły partner jest wtedy nie do przecenienia.

2. Jestem silna, więc uratuję cały świat, nie zważając na siebie

W tę pułapkę zdarzyło mi się wpaść wiele razy. To częsta przypadłość “prawdziwych” wolontariuszek, działaczek i kobiet czynu. Ignorowanie własnych potrzeb, marzeń, choćby tych w zakresie drobnych przyjemności, bo ktoś mnie potrzebuje, muszę działać, trzeba biec do przodu. Tymczasem często okazuje się, że ciągle robiąc coś dla innych w końcu wyczerpuje się zasoby, dzięki którym ma się do tego siłę. Pojawia się wypalenie, frustracja i słynne “i co ja z tego mam?”, które wybitnie kłóci się z ideą dobroczynności. Jeżeli czegoś się nauczyłam, angażując się społecznie na różne sposoby, to tego, że nie można być zawsze dla innych, nie będąc najpierw dla siebie. Prawdziwą siłą tutaj jest wsłuchanie się w siebie na każdym kroku i działanie w zgodzie ze sobą. Czasem trzeba na chwilę przystopować, coś przemyśleć, czy po prostu zrobić sobie długą kąpiel w pachnącej pianie, aby nazajutrz móc dalej zbawiać świat.

3. Jestem silna, więc jakoś przełknę tę zimną kawę

To z kolei bardzo częsta przypadłość kobiet pracujących, co to żadnej pracy się nie boją, oraz…mam. Ileż to memów, komiksów i opowieści ma tę słynną zimną kawę w tle – jakby kobieta nie mogła po prostu usiąść i napić się ciepłej tak jak lubi, tylko najpierw musiała obsłużyć cały świat. Kobiety-męczenniczki, służące, szczycące się tym, jak mało mają chwil dla siebie i jaką wielką odpowiedzialność biorą, a potem z przymrużeniem oka narzekające na niemożność odpoczynku, brak czasu, padanie na “zbity pysk” i zbytnie obciążenie pracą. Oto pułapka, której też niestety nie udało mi się uniknąć, ale się uczę. Nowym przejawem siły w tym kontekście jest umiejętność odmawiania, brania na siebie tylko tyle, ile rzeczywiście się chce, z pełną odpowiedzialnością za konsekwencje. W przypadku macierzyństwa, gdzie naprawdę ciężko jest o negocjacje z szefem, warto od początku uczyć tego siebie, dzieci i otoczenie – jestem dorosłą kobietą, jeżeli twój świat nie wali ci się na głowę, a zawartość pieluszki nie wylewa się na dywan, możesz chwilę poczekać ze swoimi potrzebami, aż zaspokoję moje. Inaczej pojawia się frustracja, złość i słynne już gderanie, a to silnej kobiecie nie przystoi 😉

4. Jestem silna, więc moje samopoczucie zależy tylko ode mnie

To pułapka najnowsza, w którą również zdarzało mi się wpadać. Pułapka będąca owocem mody na coaching i zawołanie “jesteś tym, kim myślisz, że jesteś”, “możesz wszystko” itp. Jasne, że siła oznacza wiarę w swoje możliwości i przekonanie o tym, że należy nam się wszystko, co najlepsze. Czasem jednak świat robi nam psikusa i zdaje się działać zupełnie przeciwnie. Nagle okazuje się, że idziemy złą drogą, ludzie, którzy nam towarzyszyli teraz zawiedli, a partner patrzy na nas z nadzieją, że same znajdziemy wyjście z sytuacji. Wtedy dochodzą do głosu negatywne emocje, które nigdy nie pojawiają się ot tak po prostu, ale zawsze mają jakieś głębsze podłoże. Upychane gdzieś na dnie małe frustracje, zawody, rozżalenia, westchnienia zmęczenia w końcu znajdują ujście i zazwyczaj ma ono formę wybuchu. Jesteśmy silne, więc oczekuje się od nas, że zawsze takie będziemy, często na tym budując. Nie zawsze można być pozytywnym, nie trzeba się ciągle uśmiechać, aby świat mógł odetchnąć z ulgą, że nie osłabłyśmy. Czasem życie przytłacza, robi przykre niespodzianki i daje prztyczka w nos. Trzeba to wziąć na klatę, ale nie zawsze da się to zrobić od razu. Może trzeba chwilę popłakać? Wyżyć się? Pochodzić kilka dni z nosem na kwintę, żeby potem odzyskać swoje poczucie siły. Cokolwiek to jest, warto to zrobić, aby raz za razem odnajdywać swoją siłę, ale nie dlatego, żeby inni czuli się lepiej, pewniej, ale abyśmy to my się tak poczuły.

Bycie silną to przywilej i coś, czego można się nauczyć. Na pewno warto, gdyż czasy, w których żyjemy są zazwyczaj dość ciężkie i aby nie dać im się przygnieść, trzeba umieć walczyć o siebie, swoje prawa i dobro, a czasem też i o innych. Bycie silną sprawia, że inni zwracają się do nas ze swoimi słabościami, dzięki czemu siłę można mnożyć. Bycie silną oznacza też świadomość czterech pułapek kobiecej siły i uczenie się niewpadania w nie. To jak, damy radę? 🙂

Jak wygląda feministka?

Znów to samo. Idę do kiosku, patrzę na nadreprezentację pism kobiecych i myślę sobie “nie dam im zarobić”, aż mój wzrok pada na wyrazistą okładkę jednego z miesięczników, obiecującego, że cały numer został przygotowany przez kobiety o kobietach dla kobiet. Że niby #poweredbywoman, co dla mnie jednoznacznie kojarzy się z wymiarem feministycznym, czyli miód na moje serce. No dobra, to dam im szansę. I co? Ano znów to samo, tylko tym razem z pytaniem, które mnie dobija:

 

Umówmy się – jest popkultura i kultura wysoka, jest filozofia i popfilozofia, a więc jest feminizm i popfeminizm, o którym pisałam choćby tutaj. Wiem już, że wiele się nie można po nim spodziewać, ale tym razem było nieco inaczej – jeżeli wpływowy międzynarodowy magazyn dla kobiet przekonuje mnie na okładce, że nie jesteśmy słabszą płcią, a ciuchy mają manifestować osobowość, no to oczekiwania rosną, prawda? Niestety, otrzeźwienie przychodzi już w tzw. wstępniaku, w którym PANI redaktor naczelna “Glamour” – bo o to pismo chodzi – opowiada najpierw, jak to była na gali, na której wszyscy ją komplementowali za piękny wygląd, z czego się cieszyła, ale potem do niej dotarło, że gdyby była facetem, to nikt by się raczej do jej wyglądu nie odnosił. Zastanawia się, dlaczego komplementy mają płeć, co jak dla mnie jest w 100% pytaniem, które zadaje feministka. Tymczasem jakież było moje zdziwienie, gdy przeczytałam dalej:

Wielokrotnie słyszę od młodych dziewczyn (…),  że kobiecość to atrakcyjny wygląd i myślę, że czas zastanowić się, na czym polega nasze piękno? Czy na pewno na perfekcyjnie wyretuszowanych brwiach? Czy raczej na wewnętrznej sile, empatii, odwadze i konsekwencji (…)? Nie czuję się feministką. Jestem kobietą i jestem z tego dumna. Nie chcę walczyć z facetami ich narzędziami.

Cóż, nie wiem, czy pani naczelna rozumie, co pisze, ale dla informacji jej i wszystkich, którzy mają wątpliwości:

  1. Feminizm nie polega na walce z mężczyznami.
  2. Feminizm to przekonanie, że kobieta i mężczyzna są sobie równi, mają równe prawa i zasługują na szacunek oraz godne – równe – traktowanie.
  3. Feminizm to również bycie dumną z tego, że jest się kobietą.
  4. Stwierdzenie, że ktoś nie czuje się feministką, ale jest dumny z bycia kobietą to w świetle tych punktów wewnętrzna sprzeczność.

Nie wiem, skąd ta potrzeba/skłonność do demonizowania feminizmu, ale to się powoli robi nudne. Mimo to za każdym razem czuję nieodpartą potrzebę polemiki z takim jego postrzeganiem, więc i tu nie mogłam się powstrzymać 🙂 Zresztą po wstępniaku jest już nieco lepiej – jest i Martyna Wojciechowska ze swoją siłą, wolnością i determinacją, jest i historia wolontariuszki opiekującej się (a jakże) dziećmi w Indiach, są i przekazy od mamy do córki. Co więcej – jest nawet o podziale obowiązków w związku i raport o kobietach, a w nim o seksizmie, ciałopozytywności i kobiecych idolkach. Apetyt wzrósł już do granic możliwości. Wystarczy, by na koniec przedstawić piękne zdjęcia pod hasłem “Jak wygląda feministka?”. No właśnie… Kiedyś było wiadomo, że powinna wyglądać tak:

Czyli po męsku. Tak powstał stereotyp, z którym teraz i legion Wonder Woman nie byłby w stanie wygrać. A zatem kochane “Glamour” informuje, że w tym sezonie projektanci ubrali feministki w “męski look”. A jakże. Brawa, aplauz, teza o babochłopach i niegoleniu pach sama się potwierdza, kurtyna. Ręce opadają. Droga feministko, masz się zatem ubierać w obszerne i idiotycznie drogie rzeczy, przypominające raczej kilka przypadkowo zszytych szmatek niż w cokolwiek, co lubisz, żeby wpasować się w schemat. Do tego nie zapomnij o dziwnych, rozczochranych lub nadmiernie przylizanych włosach i agresywnym makijażu lub jego całkowitym braku – przecież nie chcesz, żeby ktoś pomyślał, że dbanie o siebie i wyglądanie “stylowo” jest dla ciebie jakkolwiek istotne.

Artykuł ilustrowany jest zdjęciami atrakcyjnych kobiet deklarujących się jako feministki – nie modelek, ale artystek, projektantek itp. Wszystkie one dały się ubrać w naprawdę dziwaczne ciuchy, aby w pięciu linijkach opowiadać, czym jest dla nich kobiecość – nie feminizm wprost. Przekaz? Być może feminizm nie jest taki zły, ale wiadomo, że najważniejsza jest duma z bycia kobietą, bez agresji i radykalizmu, fajne (czytaj drogie) ciuchy i ogólne poczucie “glamour”.

W tym samym numerze Martyna Wojciechowska mówi:

Nie utożsamiam się z agresywnym feminizmem. Nie jestem za tym, żebyśmy domagały się swoich praw, używając języka mężczyzn: aroganckiego i pełnego siły. Nie jest nam potrzebny, bo mamy wiele wspaniałych cech, z których powinniśmy korzystać: empatię, miękkość, umiejętność prowadzenia dialogów (…)

Znów przekaz jest jednoznaczny: nie krzycz, nie domagaj się, nie oburzaj się, tylko miękko zaoponuj, gdy ktoś łamie Twoje prawa czy Cię obraża, wykaż się empatią, a nie złością. Ech…

Jak wygląda feministka?

Tak jak ja, Ty, nasze koleżanki. Czasem wyróżnia się z tłumu, a czasem w nim znika. Lubi róż albo go nienawidzi, ukrywa się w czerni albo w niej odsłania, maluje się lub nie, chodzi do fryzjera lub tego nie cierpi. Jest człowiekiem, kobietą, może matką, a może nie, ma chłopaka/dziewczynę/męża/partnera, kredyt/pracę/marzenia/pasję/plany/cele. Czasem choruje, a czasem ubiera leginsy i idzie poćwiczyć. Ma konto na FB, gdzie wkurza się na dyskryminację kobiet lub gardzi mediami społecznościowymi i działa gdzieś indziej. Jednym słowem – jest normalna, a jednak wszyscy chcą jej przypisać różne cechy aktualnie pasujące do wizerunku, który zostaje jej narzucony. Nie dajmy się propagandzie – nie dajmy sobie wmówić, że feministka to “coś” obrzydliwego, wstydliwego, podrzędnego. Bądźmy z siebie dumne, bo wyróżnia nas jedno – mamy odwagę sprzeciwiać się nierównemu traktowaniu i zabierać głos tam, gdzie inne dziewczyny typu glamour milkną i wbijają wzrok w podłogę. Zdobywajmy się częściej na odwagę i walczmy o siebie!

Trzy grzechy główne kobiet

#METOO to akcja, która obiegła sporą część świata i przeorała również polskie media społecznościowe, pokazując skalę problemu przemocy seksualnej wobec kobiet. Nieważne, czy chodziło o tzw. niemoralne propozycje, “macanie”, przyciskanie do ściany czy gwałt – ważne, że mój FB zaroił się od tematycznych wpisów koleżanek, znajomych i znajomych znajomych, często silnych, przebojowych. Zakładam, że wszystkie historie, które się ukrywają pod tymi wpisami są prawdziwe, co zdaje się mocno niepokojące. Oznacza, że żyjemy w świecie, w którym ogromna liczba kobiet doznała jakiejś formy molestowania seksualnego. Hollywoodzka afera z Harveyem Weinsteinem w roli głównej pokazuje, że to się dzieje niezależnie od stopnia zamożności czy pozycji kobiet. Dziwi mnie natomiast czas, jaki był im potrzebny do opowiedzenia tej historii – w wielu przypadkach minęło sporo lat. To doprowadziło mnie do wniosku, że z nami, kobietami, też coś jest nie tak…

Wiktymizacja ofiary? Nie!

Psychologia zna pojęcie wiktymizacji ofiary, a nasze polskie społeczeństwo uprawia ten proceder w praktyce. O co chodzi? O te wszystkie komentarze typu “po co ubierała się w mini”, “trzeba było nie łazić po nocy samej”, “jak by suka nie dała, to by pies nie wziął” itp. Jednym słowem – ofiara przestępstwa/przemocy, najczęściej o charakterze seksualnym, jest obwiniana o to, że prowokowała, nie zachowała ostrożności itd. Jest to rzecz według mnie obrzydliwa, bo wychodzę z założenia, że każda kobieta ma prawo ubierać się i chodzić jak i gdzie chce bez obawy, że ktoś zechce to niecnie wykorzystać. Niestety, realia są takie, że gdy dojdzie do przestępstwa, a kobieta ma zeznawać w sprawie, zawsze wyciąga się temat tego, jak wyglądała, czy nie dawała dwuznacznych sygnałów itp.

Absolutnie nie o wiktymizację ofiar chodzi mi w tym wpisie, a o coś zupełnie innego, czyli o…

Trzy grzechy główne kobiet

Definicji grzechu jest wiele. Choć nie chodzi tu o kontekst religijny, najbardziej odpowiednią znalazłam na stronie…spowiedz.pl (tak, istnieje i wygląda na to, że ma się świetnie). Otóż tam określa się go jako “wykroczenie przeciwko rozumowi, prawdzie, (…) sumieniu” i o to mi chodzi w tym wpisie – o to jak my, kobiety, potrafimy same popsuć swoją pozycję, sytuację, wizerunek, relacje, przez sprzeniewierzanie się sobie, swojej płci i przekonaniom. No to spróbujmy.

Grzech nr 1

Brak solidarności

Tak, wiem, że nie każda kobieta musi być feministką, ale co mnie ogromnie zadziwia, to to, że tak rzadko kobiety się wspierają, popierają, po prostu solidaryzują się ze sobą. Przykłady? Ot choćby wracałam niedawno z pracy, a że mam już widoczny brzuch (7. mc), a w tramwaju tłok, ja obładowana torbą i plecakiem, to się rozglądam, czy ktoś mi ustąpi miejsca. Gros siedzących tym razem to młode dziewczyny wracające z liceum oraz kobiety ok. 50-tki. Jedna z nich tak się starała mnie nie zauważyć, że aż zaczęła udawać, że śpi! No cóż… Inna sytuacja – koleżanka zaczyna pracę w nowej firmie, stara się, jest punktualna itp. Co robią nowe koleżanki? Otóż zbierają się w pokoju socjalnym na “ploty”, a gdy tylko ona wchodzi do pomieszczenia, milkną i patrzą znacząco. Banał? Pewnie, ale tylko dlatego, że dobrze znany co najmniej od czasów liceum.

My, kobiety, często nie lubimy się wspierać, walczyć o siebie nawzajem, bo wciąż postrzegamy się jako rywalki, choć nie wiadomo, do czego. W sytuacjach skrajnie negatywnych nie potrafimy wesprzeć swoich matek/córek/sióstr/przyjaciółek w walce z przemocą, której doznają, przez co liczba użytych hasztagów #metoo niebezpiecznie rośnie…

Grzech nr 2

Niedocenianie siebie

Drugie ciekawe zjawisko znane jest w psychologii jako “syndrom oszusta”. Chodzi tu o poczucie posiadania zbyt niskich kompetencji, aby coś osiągnąć, a w związku z tym przekonanie, że skoro ktoś nas docenia, to nie dostrzega prawdy, czyli tego, że tak naprawdę się nie nadajemy, nie jesteśmy kompetentne itp. Najczęściej dotyczy to kobiet, gdyż my na pewnym etapie rozwoju przestajemy w siebie wierzyć lub nie chcemy się do tej wiary w siebie przyznać, uważając, że w jakiś sposób uczyni nas to nieatrakcyjnymi lub, co gorsza, przyniesie nam kłopoty.

Mówi się, że mężczyźni boją się silnych kobiet, z tego więc powodu duża część z nas…udaje, że jest słabsza niż w rzeczywistości. To samo dotyczy pensji, awansów, planów zawodowych, a nawet ambitnych marzeń. Często boimy się przyznać nawet przed sobą, że jesteśmy w czymś dobre i nam się należy, gdyż społeczeństwo może nas od razu wyrzucić na margines.

Od 10 lat pracuję jako tłumaczka-freelancerka i dobrze wiem, jak trudno jest czasem walczyć o swoje, szczególnie kobiecie. Paradoks jest taki, że większość osób pracujących w działach HR czy współpracy z dostawcami to kobiety, czyli powinny być przychylniejsze dla współpracowniczek. Niestety, to wcale tak nie działa. Nawet przy pracy zdalnej płeć miewa znaczenie i to negatywne. Kilka dobrych lat trwało, abym nabrała przekonania, że jestem dość dobra w moim zawodzie, aby poprosić o podwyższenie stawki. Poprosiłam oczywiście kobietę i mój wniosek został przyjęty do rozpatrzenia, po czym postraszono mnie, że jeżeli zwiększą mi stawkę, to zabiorą większość zleceń (co by mi za dobrze nie było), a następnie wzięto na przeczekanie. Nie poddałam się, a efekt jest taki, że stawkę mam wyższą, a zlecenia większe i bardziej prestiżowe. Potrzeba było jedynie odwagi i poczucia, że jest się dobrą w tym, co się robi.

Niestety mało kobiet decyduje się na walkę o siebie w sferze zawodowej, narzekając na szklany sufit, brak możliwości i elastyczności. A gdyby więcej kobiet z tej samej firmy zaczęło się wspierać? A gdyby się odważyły ominąć nieprzychylnego szefa i pójść dalej? A gdyby po prostu odważyły się walczyć o swoje? Chowanie głowy w piasek nie może przecież wiecznie trwać, a co gorsza, nie spowoduje ŻADNYCH zmian na lepsze…

Grzech nr 3

Brak odwagi (cywilnej)

W życiu kobiety przychodzi wiele trudnych sytuacji, o których mężczyźni nie mają pojęcia. Od początku jesteśmy na z góry straconej pozycji, bo zawsze stajemy przed kwestią dzieci/brak dzieci, praca/dom, kariera/rodzina itp. Nie oszukujmy się, mężczyznom jest łatwiej, bo obciążenia, które w związku z tymi wyborami ponoszą, są zupełnie inne. Wychodząc od najprostszej różnicy biologicznej – faktu możliwości rodzenia dzieci – a na stereotypach społecznych kończąc, kobiety mają przerąbane. Jednak nie musiałoby tak być, gdybyśmy same sobie tego nie robiły. Jakże często się zdarza, że gdy pojawia się informacja o takiej czy innej matce oddającej dziecko czy używającej przemocy czy w inny sposób wyraźnie odbiegającej od stereotypu Matki Polki, najwięcej negatywnych rzeczy do powiedzenia mają na jej temat…kobiety. To my jesteśmy naszymi największymi krytykami, a co gorsza, często robimy to anonimowo, za plecami, szeptem, żeby uniknąć konfrontacji.

Odwaga cywilna jest szczególnym rodzajem odwagi. Jest to postawa, która polega na występowaniu w obronie swoich racji, nawet jeżeli wiąże się to z wysokimi sankcjami i kosztami społecznymi. Jej podstawowym elementem jest występowanie pod swoim imieniem i nazwiskiem, czyli podpisywanie się pod swoimi własnymi wypowiedziami. Odwaga jest również przyznaniem się do błędu, postępowaniem zgodnie ze swoim sumieniem i głoszeniem swoich poglądów.

Wikipedia.pl

Często w życiu zawodowym i społecznym spotykam się z sytuacjami, w których kobiety boją się odezwać w swojej obronie, w obronie koleżanek czy kogoś innego, żeby nie narazić się na ostracyzm społeczny lub po prostu opinię walniętej feministki (wychodzi w sumie na to samo). Tak bardzo zależy im na opinii innych, że wolą sprzeniewierzyć swoje poglądy, przekonania, na rzecz akceptacji. Niby tego uczy nas społeczeństwo od małego – konformizmu, wygody, oportunizmu, ale po cóż nam dorastanie, jak nie po to, żeby nauczyć się czegoś odwrotnego? Fenomenem pod tym względem okazał się choćby Czarny Protest, który jednak był o tyle łatwiejszy, że dawał pewną anonimowość. Osoby, które na nim się pojawiły rzadko kiedy wykazują się odwagą cywilną w “towarzystwie”, broniąc swoich nie do końca popularnych racji. Tu dostrzegam problem, bo nasze społeczeństwo kształtujemy swoją postawą codziennie, a nie tylko na wielkich zrywach. O ile łatwiej jest zacisnąć zęby i ponarzekać w zaciszu domowym, niż zabrać głos publicznie, iść na wybory czy wykonać inny gest? O wiele, ale skoro my, kobiety, tak wiele potrafimy znieść, to może nadszedł w końcu czas, żebyśmy przestały “musieć coś znosić”, a zaczęły walczyć o siebie, swoje córki i koleżanki, żeby to społeczeństwo uwzględniło naszą połowę?

A gdzie Twoja solidarność?

Tak można zapytać. I słusznie. Patrzę na feminizm, na siebie, na społeczeństwo dość krytycznie, dzięki czemu mogę czasem wytknąć i sobie kilka rzeczy. Nie uważam, żeby ślepe popieranie kogoś “bo jest kobietą” było w porządku, ale nie widzę też powodu, dla którego w końcu nie miałybyśmy się wziąć za zmienianie społeczeństwa, skoro tak wiele nam w nim nie pasuje. W tym tygodniu w Nowej Zelandii wybrano nowego premiera, a właściwie premierkę – to 37-letnia bezdzietna panna, w dodatku atrakcyjna, mądra i…feministka. Na jednym z feministycznych profili na FB pod wpisem na ten temat pojawiły się komentarze typu “ale im dobrze”, “u nas to niemożliwe” itp. Zgadzam się, ale tylko dlatego, że same kopiemy pod sobą dołki. Może w końcu nadszedł czas, żeby się wyspowiadać samym sobie i wziąć się do roboty, żebyśmy i my mogły być dumne z naszego kraju pod tym względem?

Jak nauczyłam się kochać swoje ciało

Statystyczna kobieta. Istota ludzka niezmiennie nastawiona na odbiór rzeczywistości, przefiltrowanie jej przez własne przekonania i kompleksy i wyplucie dalej. Osoba, która musi czuć się pewnie, żeby wydawać się pewną, poddająca się stale w wątpliwość i sprawdzająca, czy wszystko z nią w porządku. Nierzadko cierpiąca na syndrom “ona ma lepsze nogi i więcej zarabia”, rzadko z siebie zadowolona. Czasem chce walczyć o swoje prawa, a czasem nie ma na to siły. Interesuje się tym, co się dookoła niej dzieje, ale nie uważa, by mogła wiele z tym zrobić. Kupuje wciąż nowe poradniki, zamiast szukać mądrości i wartości w sobie.

Ciało statystycznej kobiety. Nigdy idealne, zawsze coś można w nim ulepszyć, wygładzić, poprawić. Czasem wysportowane, czasem noszące ślady intensywnej eksploatacji, rzadko w odczuciu kobiety po prostu piękne. Włosy nie takie – a to za mysi kolor/zbyt się falują/proste jak druty/za mało/za dużo/za krótkie/za długie, skóra nie taka – zbyt napięta/za obwisła/za jasna/za ciemna/zbyt nierówna/za mało błyszcząca/ciągle się świeci, oczy nie odpowiadają – za małe/za duże/za głęboko osadzone/nieodpowiedni kolor… Uff, bycie takim ciałem to ciężka praca. Ciągle trzeba coś ze sobą robić, nie można po prostu być i cieszyć się życiem, bo zawsze jest coś do poprawki.

Mój dwuletni syn kilka dni temu – założyłam mu koszulkę i powiedziałam, że świetnie wygląda. Podszedł do lustra, popatrzył na siebie i się uśmiechnął…
Nieustannie zaskakuje mnie fakt, że tak wiele kobiet, wykształconych, spełniających się w pracy i innych sferach, mądrych, myślących itp. tak rzadko akceptuje swoje ciało, nie mówiąc o kochaniu go. Wciąż się cenzurują (to uwydatni moje wielkie ramiona, a w tym widać tylko moje zbyt szerokie biodra) i marnują czas na umartwianiu się dla piękna, urody, podziwu, zamiast po prostu korzystać z ciała i się nim cieszyć. Czemu mówię “one”? Ha, bo też taka byłam, ale szczęśliwie już sobie z tym poradziłam, a że teraz “ciałopozytywność” w cenie, postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze w tym temacie.

Droga do ciała

Wyjaśnijmy sobie jedno – nie jestem idealna, tak jak i moje ciało. Mogłabym wyliczać jego niedoskonałości, ale po co? Zasada numer 1 akceptowania siebie – ideał nie istnieje! Po prostu. Można mieć różne wizje piękna, aspirować do niedoścignionych wzorców, ale to tylko strata czasu. Największa wartość, a jednocześnie najtrudniejsza do przyjęcia? Bycie sobą.

Historia mojego ciała nie jest łatwa ani przyjemna. Było wiele momentów, kiedy go nienawidziłam, takich, w których jako bardzo młoda dziewczyna leczyłam je w szpitalach i aptekach, ale też takich, w których tzw. koleżanki informowały mnie, dlaczego nie pasuje do zdjęć z “Bravo”. Robiły to zresztą dość brutalnie – tłumacząc, że nie powinnam na przykład odsłaniać uszu, bo mam je jak Dumbo, czy nosić getrów, bo jestem za chuda. Okres dojrzewania oczywiście niczego nie ułatwiał, ale to przechodził akurat każdy. Było też tak, że moje ciało musiało się bronić przed światem zewnętrznym i myślało, że musi bronić też mojej duszy. Spinało się, chroniło przed ciosami, a ja miałam mu za złe, że robi to za słabo.

Potem zaczęła się “prawdziwa” kobiecość, czyli wejście w świat relacji damsko-męskich, który bywa jeszcze okrutniejszy niż liceum w najgorszej dzielnicy miasta. To świat, w którym nie bierze się jeńców, a każda uwaga czy krzywe spojrzenie może w jednej chwili zabić pewność siebie. To świat, w którym trzeba być najlepszym strategiem – wiedzieć, co ubrać, a czego broń Boże nie zakładać, żeby nikt nie pomyślał, że jesteś “łatwa”. To świat, w którym odsłonięcie ramion lub pomalowanie ust potrafi zdecydować o dalszych losach i ciągle trzeba się mieć na baczności. Przynajmniej kiedyś tak myślałam. Byłam chuda, ładna, niepewna siebie. Wtedy przyszedł on – ten, który chciał to siłą wykorzystać, ale któremu uciekłam. Moje ciało po tym wydarzeniu zamknęło się w sobie, ale potem przyszedł moment olśnienia – to nie moja wina! Dlaczego mam udawać, że nie mam ciała, skoro ono jest dla mnie, dla mojego czerpania z życia!

Wtedy przyszedł bunt wobec tej rzeczywistości, a wraz z nim “prawdziwy” życiowy feminizm. Metodą prób i błędów zaczęłam uczyć się swojego ciała, tego, co mi daje, a czego nigdy mi nie da. Jak wiele innych ciał musiało poddać się wielu zabiegom medycznym, ale doceniam je za to, że im podołało. Potem zrobiło coś niesamowitego – dało mi macierzyństwo i za to pokochałam je już na 100%. Teraz zapowiada się powtórka z rozrywki i choć jest nam – mi i ciału – nieco trudniej, każdy dzień to nowa okazja do pogłębiania tej relacji. Nie jest bowiem tak, że ciało zawsze łatwo kochać, o nie. Czasem słabnie, gdy ja chcę biec dalej, albo każe się położyć, gdy mam jeszcze tysiąc planów. Zazwyczaj ma rację, czym mnie wkurza, ale jakoś sobie wspólnie radzimy.

Jak nauczyłam się kochać swoje ciało?

Całkiem zwyczajnie – popatrzyłam na nie uważnie w lustrze i gdy już miałam zacząć wyliczać jego wady, uśmiechnęłam się do siebie i pogłaskałam. Zrezygnowałam z samobiczowania, a zamiast tego zaczęłam o siebie dbać tak, jak mi to odpowiada, a nie jak mówi mainstream. Chcę być zdrowa i silna, ale po to, by czerpać z życia garściami, a nie dobrze prezentować się na selfie. Tak, wiem, że to brzmi tkliwie i niepoważnie, ale sama sprawa jest poważna. Pokochanie swojego ciała wiele ułatwia – oszczędza się na przeróżnych smarowidłach do najmniejszych nawet niedoskonałości, oszczędza się czas i przestrzeń na myślenie o prawdziwych wyzwaniach, no i żyje się po prostu lżej. Patrząc na okładki pism kobiecych nie czuję już żalu i smutku, ale radość – ja jestem prawdziwa, one są pokiereszowane fotoszopem i innymi odsysaczami tłuszczu.

Uważam, że zbyt wiele energii poświęcamy my – kobiety statystyczne – na kompleksy, porównywanie się z innymi i kreowanie swojego wizerunku, jak się to teraz modnie nazywa. Styl mieć warto, to jasne, ale spędzać godziny przed lustrem i wciskać się w majtki wyszczuplające? Dziękuję, wolę prawdziwe życie i prawdziwych ludzi. A prawda nie zawsze jest łatwa 😉