Siedzę w zimnym biurze, patrzę przez okno, za którym pada deszcz i myślę o wszystkich sprawach, które mam do załatwienia. Życie potrafi przytłoczyć, to pewne, a w zależności od nastroju zawsze można znaleźć coś, co nam humor poprawi lub popsuje. Szukam więc w sobie jakiegoś sposobu na tę życiową zawieruchę, ale chyba w tym przypadku lepiej będzie, jak spojrzę na Wschód…

Mówi się, że Polak mądry po szkodzie – co jednak robić, gdy szkoda dzieje się i dzieje i trzeba przez nią przejść, najlepiej nie tracąc radości życia i sił witalnych? Cóż, Polska tu zbytnio nie pomoże, za to pomocną dłoń wyciągają dwie mądrości Wschodu, ale spokojnie – obędzie się bez ajurwedy i innych magicznych proszków 😉 Oto przedstawiam dwa hasła, które od jakiegoś czasu znacznie ułatwiają mi życie i radzenie sobie z przykrymi niespodziankami, jakie czasem niesie.

SANTOSA

A cóż to? Pozycja w jodze czy nazwa czwartej czakry serca, którą pobudzę kichnięciem przez lewą dziurkę w nosie? Otóż nie, santosa to element praktyki jogina, który idealnie przydaje się na co dzień. Samo to słowo oznacza “zadowolenie” i właściwie na tym cały wic polega – na umiejętności odczuwania zadowolenia z tego, co mamy, bez smutku i zazdrości, że akurat nie mamy czegoś innego. Oczywiście wymaga to baaardzo dużo uważności i świadomości, bo nic tak łatwo człowiekowi nie przychodzi jak zazdrość i poczucie niedosytu.

Tak naprawdę wiele z nas ma tendencję do użalania się nad sobą i jęczenia tylko po to, by ktoś pogłaskał nas po główce i grzecznie zaprzeczył. Łatwo tak żyć, gdy kłopoty są niewielkie i błahe, ale kiedy pojawiają się “prawdziwe” problemy – poważna choroba, kryzys małżeński czy długi – słuchaczy jakby nieco mniej, a my zaczynamy marzyć o tym, żeby znów móc się poużalać na choćby krzywe spojrzenie kolegi z pracy czy przemoknięte buty. Santosa uczy, aby niezależnie od tego, co się dzieje, co tracimy, cieszyć się tym, co akurat mamy. W najgorszym razie – tym, że żyjemy. No hej, niekażdy ma to szczęście 😉

U mnie santosa sprawdza się ostatnio bardzo, choć wymaga samodyscypliny, nie powiem. Weźmy choćby ostatni powrót z weekendu – odwiedzamy co jakiś czas teściową, co wymaga pokonania niemal całej przeklętej autostrady A4. Przeklętej, bo tam zawsze, niezależnie od pory dnia czy roku, coś się dzieje. Wracaliśmy w niedzielę wieczorem nieco później niż zawsze i gdzieś w okolicach Krakowa usłyszeliśmy informację o wypadku i tworzącym się korku. Aby go ominąć, musieliśmy stać w długiej kolejce do zjazdu, a że byliśmy już zmęczeni, o “psioczenie” nie było trudno. Po chwili jednak okazało się, że tamten wypadek był śmiertelny, zginęło dwóch chłopaków niemal w naszym wieku z Podkarpacia. Jechali do pracy? Wieźli osławione słoiki tak jak my? Byli zmęczeni? Mieli dzieci? Nie wiadomo, ale gdybyśmy wyjechali wcześniej, czyli tak jak zazwyczaj, czy mógłby nas spotkać ich los? Nie wiemy, ale wiemy, że mimo zmęczenia poczuliśmy właśnie to, co daje santosa – zadowolenie, że żyjemy, z tyłu w foteliku śpi dziecko i pójdziemy dziś spać w swoim łóżku. Żywi.

WABI SABI

Wabi sabi to niesamowita koncepcja rodem z Japonii, która od razu przypadła mi do gustu, gdy tylko się o niej dowiedziałam. Jest to sztuka znajdowania piękna w braku perfekcji, głębi w naturze, akceptowania naturalnego cyklu rozwoju i upadku, życia i śmierci. Zrozumienie natury świata i delikatny uśmiech, gdy zdamy sobie z niej sprawę. Chodzi tu o autentyczność, celebrowanie życia takim, jakie jest, bez retuszu, udawania i nadmiaru plastiku. Dobrze tę koncepcję obrazuje choćby stara poklejona waza – Polak wyrzuci lub ukryje sklejoną z tyłu szafy, Japończyk sklei, żeby było widać dokładnie pęknięcie i ustawi na widoku. Taka waza to symbol życia – bywa piękne, ale też miewa mnóstwo rys, a jednak trzyma się razem i daje radość.

Nikt nie jest idealny. Często zdajemy się o tym zapominać, gdy tylko coś pójdzie nie tak lub zaczynamy się porównywać z innymi. Cóż, też mi się to zdarza, a szczególnie gdy dopadnie mnie rutyna, znudzenie i frustracja. Jak jesteś pracującą mamą, ze sporym bagażem obowiązków, to tak się dzieje. Gdy po raz piąty w tygodniu układasz puzzle ze Strażakiem Samem albo robisz baby w piaskownicy przychodzi taka chwila, gdy masz ochotę zacząć biec i nie oglądać się za siebie. To jest właśnie moje wabi sabi – zatrzymuję się wtedy na moment i robię krótką kalkulację, oczywiście gadając sama do siebie (spokojnie, jeszcze nikt “życzliwy” mnie na tym nie przyłapał ;p). Marzyłam o dziecku? Tak! Byłam najszczęśliwszą osobą na świecie, gdy wiedziałam już, że się pojawi? Tak! Dostaję cholery na widok zjeżdżalni i samochodzików? Tak! I nic się tu ze sobą nie gryzie! To jest wabi sabi – perfekcyjna antyperfekcja i ja się w tym odnajduję.

Po co patrzeć na Wschód

Hej, życie bywa ciężkie i w moim wieku (huhu!) już właściwie wszyscy o tym wiedzą. Choroby, kłopoty, nieporozumienia, polityka, finanse, kredyty, odpowiedzialność – znamy to i przerabiamy na różne sposoby w wielu wersjach. To jedna rzecz, której się nie zmieni, ale można zrobić coś innego – nauczyć się patrzeć na te sprawy inaczej, czerpiąc z nich siłę. Santosa – zadowolenie – i wabi sabi – znajdowanie piękna w brzydocie – to dwie koncepcje, które  mnie tego uczą. Czasem trzeba się mocno natrudzić, żeby znaleźć coś dobrego, dającego siłę, ale póki żyjemy – da się.

Polacy uwielbiają narzekać, ale czy nie jest tak, że tę prawdę objawioną powtarzamy w formie usprawiedliwienia, zaklęcia? Narodowość nie musi nas determinować w aż takim stopniu. Warto czerpać z innych kultur to, co w nich uniwersalne i mądre. Dla mnie mądra jest uważność, samoświadomość, zadowolenie i sklejanie pękniętej wazy. Tym razem 1:0 dla Wschodu 🙂

Please follow and like us:
Audrey Cafe