Audrey Cafe

Uwaga! Kontrola!

Odkąd tylko pamiętam moje życie naznaczone było właśnie tym. Już jako mała dziewczynka wiedziałam, że od tego zależy moje samopoczucie, bezpieczeństwo, „dobrostan”, możliwość realizacji planów. Miałam świadomość, że bez tego zginę, zniknę, a przynajmniej będę bardzo cierpieć. Zresztą nie byłam w tym przekonaniu osamotniona. Większość osób, a już na pewno kobiet/dziewczyn na to cierpi i często jest to przyczyną problemów w związkach, rodzinie czy relacjach towarzyskich. O czym mowa?
 
Kontrola – oto magiczne słowo. Ciągle słyszane „panuj nad sobą!” z biegiem czasu przekształca się w szeptane do siebie „tylko spokojnie, panuj nad sobą” wyrażające bardziej prośbę niż nakaz. Zaczyna się bardzo wcześnie, bo najczęściej od tak zwanego treningu czystości, czyli…nocnika. Dziecko biegające w pieluszce nie ma świadomości, że to, co się w niej znajduje może być przedmiotem jakichkolwiek emocji. Dopiero w trakcie nauki siadania na nocniku powoli zaczyna pojmować, że tak właśnie jest. Jak zrobisz siusiu do nocniczka – jesteś cacy. Jak zrobisz kupkę w majtki – jesteś be i fuj i do tego śmierdzisz. Nie wszyscy rodzice oczywiście są tak surowi, ale nader często to, czy dziecko umie się już załatwić do nocnika/toalety staje się przedmiotem oceny i krytyki. Potem jest już tylko gorzej.
 
Dziewczynki ogólnie mają przechlapane. Sprawy cielesne dla nich nie kończą się na kwestiach okołonocnikowych – potem jest jeszcze straszne słowo na „o”, czyli okres. Nie wiedzieć czemu, ma mocno rzucającą się w oczy barwę krwistej czerwieni, której widok wielu doprowadza do omdleń i mdłości. Cóż, natura tak chciała, że raz w miesiącu dziewczyny/kobiety się czerwienią, ale społeczeństwu nadal ciężko to zaakceptować. Nawet w tym tygodniu wyczytałam informację, że w Nepalu zmarła piętnastolatka w tzw. chacie odosobnienia – ciasnej klitce z gliny, w której (choć to nielegalne) dziewczyny mające okres i kobiety po porodzie muszą siedzieć, dopóki nie przestaną być „nieczyste”. Często zdarza się niestety, że taki okres – o zgrozo! – przecieknie, a wtedy wstyd, obraza uczuć religijnych i pełne odrzucenie społeczne. Dla nastolatki – koniec życia towarzyskiego, chyba że się postawi i nie przejmie.
 
Kobieca cielesność to czasem wyboista droga przez mękę. Seks (kobiecy wytrysk – fakt czy mit?), niekontrolowane reakcje ciała na bodźce, ciąża, poród, karmienie piersią – nasze ciała podlegają kontroli, ocenie, restrykcjom i standardom. Ba, nawet prawo stara się je kontrolować. A co, jeżeli sprawy wymkną się spod kontroli?
Nadmierna potrzeba kontroli to zjawisko, które może zrobić w życiu wiele złego. Wiedzą o tym DDA, wiedzą pracoholicy, perfekcjoniści czy tzw. nadopiekuńcze matki. Przekonanie o tym, że na wszystko można mieć wpływ, jak tylko człowiek się odpowiednio postara, wypacza patrzenie na świat i ludzi wokół nas, dając nam wyimaginowane berło i koronę, tylko niestety z mocno wyczerpanego papieru. Człowiek się zapętla, próbując pomóc innym w skierowaniu ich na odpowiednie tory wykoleja samego siebie. Chce kontrolować wszystko i wszystkich – fizjologię, pogodę, rozwój wypadków na świecie, partnera, dziecko, a nawet psa (choć to akurat jest PODOBNO możliwe). Jaki lek zaleca się na to dziwaczne schorzenie?
 
Jak pisze na swojej stronie niejaki jaras, jest to tylko i aż uznanie własnej bezsilności. To jak z alkoholizmem – żeby z niego wyjść, trzeba najpierw przyznać, że ma się problem. Tak to właśnie działa. Trzeba wykonać ogromną pracę, aby móc powiedzieć „ok, świat jest nieprzewidywalny, nie wiem, co się wydarzy, co spotka mnie i moich bliskich i nie mam nad tym kontroli. Jedyne, co mogę zrobić, to dbać o siebie i innych w swojej sferze wpływów i cieszyć się chwilą obecną, aby jej nie przeoczyć”. To jest straaaasznie trudne i cały czas uczę się tego, szczególnie mając pod opieką małe dziecko. Zaakceptowanie tego, że inni ludzie są…inni i chcą innych rzeczy niż ja to mały przewrót kopernikański na miarę moich możliwości. Uciekanie od siebie, aby pomóc innym – to pogrążanie się w nadmiernej potrzebie kontroli i droga donikąd. Jak pisze jaras, „posiadamy moc, by stać się tak małymi, jak nasza najbardziej ograniczona potrzeba lub tak wielkimi, jak nasze najbardziej wyzwalające marzenie. Prosty, ale bynajmniej niełatwy wybór, a dokonując go, kreujesz siebie.”
 
Im bardziej chaotyczny i przerażający staje się nasz świat, tym intensywniej rzucamy się w poszukiwaniu narzędzi kontroli. Rodzicielstwo bliskości jako lek na przemoc dookoła, hygge jako antidotum na nieczułe, zamknięte społeczeństwo, zdrowe odżywianie jako obietnica wolności od chorób i cierpienia. W naszym świecie dzieje się teraz wiele dziwnych rzeczy. Niepokoje polityczne, strajki, wojny, konflikty. Smutna prawda jest taka, że one niestety zawsze były, są teraz i będą w przyszłości. Banalna prawda z kolei jest taka, że niewiele na to można poradzić, ale niewiele to nadal więcej niż nic. Jak wiecie z mojego bloga, ja również staram się nie pozostawać obojętna na wiele zdarzeń/cierpień/możliwości zmiany na lepsze, ale ważne jest to, co potem i co w tak zwanym międzyczasie. Uczę się więc spać spokojnie, nie myśląc o tym, że od tego, czy coś zrobię czy nie zależą losy świata czy choćby mojego dziecka. Uczę się cieszyć chwilą obecną, bez lęku, że każdy następny moment może przynieść coś złego. Co mogę, to robię, a resztę uczę się odpuszczać. Trudne, ale wykonalne.

 

Da się?

Gdzie jest Aleppo?

Grudzień w Polsce. Tradycyjny czas dźwięku dzwoneczków w radiu, oparów grzańca unoszących się znad licznych jarmarków bożonarodzeniowych i szału zakupów. 13 grudnia w Polsce – tradycyjny czas wspominania, jak to było, jak nagle zabrakło “Teleranka”, a władza wysłała na ulice czołgi przeciwko własnym obywatelom. 13 grudnia w Syrii – trwa finałowa rozgrywka w Aleppo, mieście przegranym, zburzonym, pokonanym. W końcu późnym wieczorem przychodzi wiadomość o zawieszeniu broni, które jest raczej poddaniem się sił rebelianckich, a wraz z nią zapowiedź otworzenia korytarzy humanitarnych do ewakuacji cywilów. 13 grudnia w polskich mediach – nic o Aleppo, Syrii, ONZ czy czymkolwiek z tym związanym. Nie ma tematu, jest celebracja własnej traumy (czyjej?), rozpamiętywanie i marsze przeciw obecnej władzy.
O wojnie w Syrii już pisałam tu, a jedyne, co się od tego czasu zmieniło, to pogorszenie sytuacji cywilów w tym mieście i nasilenie działań wojennych. Pojawił się też oryginalny pomysł pokojowego marszu z Berlina do Aleppo, który ma pomóc w okazaniu solidarności z Syryjczykami, choć dla mnie nadal jego realny wpływ jest dość mglisty i niewspółmierny do hałasu robionego przez idących w marszu wokół siebie. Tak czy inaczej marsz wyrusza 26 grudnia, więc pewnie po owocach ich poznacie…
 
Czemu ja znów o tej Syrii? Cóż, siedziałam wczoraj późnym wieczorem, skacząc po wszystkich kanałach informacyjnych, jakie mamy. W polskich nie znalazłam NIC na temat Aleppo, z którego cywile przez cały dzień wysyłali w świat, głównie poprzez media społecznościowe, porażające wiadomości o zabójstwach kobiet i dzieci oraz swoje pożegnania ze światem. Nawet jeżeli część z nich to tak zwana propaganda, sytuacja i tak jest dojmująco tragiczna. Mamy XXI wiek, dostęp do wszystkich mediów świata, w tym do potężnych źródeł internetowych, mamy organizacje, ONZ, demokratyczne rządy i dobrobyt. Co robimy, żeby pomóc ludziom, którzy wołają o wolność i godność? Nic! Aż kusiło, żeby zapytać, gdzie jest Aleppo? W kosmosie, że go z Polski nie widać?
 
Każda wojna ma swoje legendy, bohaterów, tragizm i argumenty. Każda wojna do tej pory miała też swoją intymność, a ta syryjska z tego wzorca się wyrwała, bo dzięki Internetowi wiemy niemal wszystko. Polacy lubią celebrować swoje traumy. Zresztą pewnie nie tylko my tak mamy, co nie zmienia faktu, że my tymi naszymi nieszczęściami obdzielamy innych. Mówimy: zobaczcie, jesteśmy takim biednym narodem, poszkodowanym podczas II wojny światowej, obrażani posądzaniem nas o współprowadzenie tzw. obozów śmierci dla rodaków i mniejszości narodowych w tym czasie, a na koniec tragicznie pozbawionym śmietanki politycznej podczas pewnego lotu pewnego kwietnia kilka lat temu. Patrzcie i nam pomagajcie, puszczajcie nam wszystko płazem, bo nam się należy. Tymczasem kilka tysięcy kilometrów dalej jest naród, który mówi: chcieliśmy wolności i na fali tzw. arabskiej wiosny wyszliśmy na ulice, żeby o nią powalczyć. W zamian jednak od pięciu lat kryjemy się w gruzach naszego dawnego życia, walcząc o przetrwanie i resztki godności. Świat odwrócił głowę, bo to nasza wojna “domowa”, ale my wiemy, że wy wiecie, więc czy Wam nie wstyd?
 
Można się zastanawiać, gdzie jest Aleppo? Czy to tylko miasto w Syrii, czy już metafora obojętności i wygodnictwa naszego zachodniego świata, który wygodnie się umościł i nie chce mu się wstawać, żeby komuś pomóc. Sama też jestem częścią tego świata i wiem, że niektórzy z nas nawet nie wiedzą, gdzie fizycznie leży Aleppo, a co więcej, wcale ich to nie interesuje. Chcą mieć spokój, bo trapią ich własne problemy, aspiracje do zamożności itp. Pewnie znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że nas to nie dotyczy, a poza tym lepiej się nie wtrącać, bo można wzorem USA rozwalić państwo i narobić zamieszania w całym regionie. No tak, tylko mi nie chodzi o zaangażowanie militarne, bo na to nie ma co liczyć na pewno. W grę wchodzi za to zaangażowanie dyplomatyczne i humanitarne, a nasza postawa wobec uchodźców (której emanacją jest postawa naszych polityków) jest nadal tragicznie obojętna.
 
Audrey Hepburn mawiała: kiedy dorośniesz odkryjesz, że masz dwie ręce. Jedną, aby pomóc sobie, a drugą, aby pomagać innym. Co ja mogę zrobić? Mogę w nieskończoność namawiać do datków na UNICEF, PAH czy organizację The Syria Campaign, dzięki której w Syrii funkcjonują tzw. Białe Hełmy. Niestety nasza sytuacja polityczna jest taka, że brak nam liderów, którzy byliby w stanie wypowiadać się rzeczowo na temat konfliktu w Syrii, nie mówiąc o pomocy humanitarnej, czy – o zgrozo! – przyjęciu uchodźców. Pewnie szybko się to nie zmieni, więc wiele zależy od nas, tak zwanych zwykłych ludzi. Moje zawołanie, żebyśmy nie byli obojętni też pewnie niczego nie zmieni. Co mogę? Wybierać kanały informacyjne, które nie pomijają tematu, głosować na polityków, którym prawa człowieka i szacunek do “innych” nie stoją ością w gardle, pisać na ten temat i rozmawiać ze znajomymi, wpłacać co jakiś czas datki i liczyć na to, że nic nie trwa wiecznie, nawet najkrwawsze konflikty zbrojne. Mogę też się cieszyć, że nie wszyscy politycy pozostają obojętni – prezydent mojego miasta, Wrocławia, zapowiedział wczoraj przekazanie 100 tys. zł na pomoc humanitarną dla Syrii. Kropla w morzu? Głos wołającego na puszczy? Iskierka nadziei!
 
A teraz wstań i zrób coś dobrego. Choćby posłuchaj tej kolędy na miarę naszych czasów: Kolęda dla tęczowego boga by Magda Umer i Grzegorz Turnau. Coś jeszcze?

MGTOW, czyli mężczyźni, którzy podążają własną ścieżką

Wyobraźcie sobie niewielki pokój, a w nim przyćmione światło, szmer jazzu sączącego się z dyskretnie ustawionych głośników i wszechobecny dym. Aromat whisky przeplata się ze specyficznym zapachem palonych cygar, skórzane fotele dyskretnym trzaskiem sygnalizują ruch siedzącego, ale nic poza tym nie słychać. Oto typowy cigar room – oaza współczesnego mężczyzny, który koniecznie chce się jakoś odróżnić. Siedzący tu entuzjaści palenia cygar nie rozmawiają ze sobą, po prostu siedzą, palą i słuchają muzyki. Razem. Za grube pieniądze. Takich miejsc jest coraz więcej, moda na nie przyszła oczywiście z zachodu, tak jak i zjawisko MGTOW, które bardzo do nich pasuje.

źródło: mgtow.com
O co chodzi? Ruch MGTOW (Men Going Their Own Way – Mężczyźni, którzy podążają własną ścieżką) jest stosunkowo stary, choć sformalizował się (jeżeli tak można mówić o potężnym portalu internetowym i wielu blogach/stronach/wydawnictwach/forach-satelitach) całkiem niedawno. To nic innego jak społeczność mężczyzn, dla których najważniejsza jest niezależność, a właściwie niepodległość. Jak sami o sobie piszą, “[MGTOW] to manifestacja jednego słowa: nie.” Nie dla społecznych oczekiwań wobec mężczyzn, nie dla poświęcania się dla dobra innych, nie dla zginania karku przed tymi, którzy tego oczekują (w domyśle przed kobietami). Mówiąc krótko, jest to całkiem spora grupa facetów, którzy robią to, co chcą, a nie to, czego się od nich oczekuje.

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o zjawisku MGTOW, pomyślałam, że to banda mizoginów, którzy po prostu szukają usprawiedliwienia dla swoich zwichrowanych poglądów wynikających ze złych doświadczeń w związkach (bo to zła kobieta była i te sprawy). Po przejrzeniu tematów i wątków na forum MGTOW.com doszłam do wniosku, że moje przeczucia w 70% były słuszne. Odzywają się tam mężczyźni, którzy poddają się wazektomii, aby żadna kobieta nie mogła ich złapać “na dziecko”. Są też tacy, którzy opowiadają o swojej wściekłości na świat, parszywą pracę, chamskie dziewczyny i ciepłe piwo (no prawie). Z drugiej strony, jest tu też wątek dla ojców walczących o prawo kontaktu z dziećmi po rozwodzie czy wypowiedzi facetów pobitych przez swoje partnerki. Nie ma za to tematów, które u nas w mediach pojawiają się coraz śmielej, jak bycie dobrym ojcem czy partnerem, 

Patrząc na przedstawicieli MGTOW, poczułam lekką zazdrość. Czego można im zazdrościć? Tego, do czego dążą – niezależności/niepodległości/wolności. Mają odwagę (czelność?) powiedzieć swoim partnerkom, że nie zrezygnują ze swoich planów na rzecz opieki nad dzieckiem czy przeciwstawić się rodzinie, nagabującej ich o przedłużenie gatunku lub znalezienie “porządnej” pracy. Dodatkowo, wypowiedzi facetów na tym forum spotykają się ze wsparciem innych jego członków, nikt nie hejtuje, nie sprowadza do parteru, tylko razem, niczym towarzysze broni, przeciwstawiają się światu, złu feminizmu i ostracyzmowi społeczeństwa.


Zwolennicy ruchu MGTOW uważają, że przyczyną złej sytuacji mężczyzn na świecie jest rozpanoszenie się feminizmu i idei równouprawnienia, które pozbawiły ich niepodważalnie wysokiej sytuacji społecznej. Ich zdaniem mężczyzna, aby osiągnąć prawdziwy sukces w życiu, musi postawić na siebie i nie patrzeć na innych. Chciałabym, żeby kobiety też tak umiały. My jednak często mamy tak, że nawet tezy feministyczne stawiamy ściszonym głosem, patrząc dookoła, czy nikogo nie uraziłyśmy. Domagamy się niepodległości, samostanowienia o sobie, ale często poświęcamy swoje życie zawodowe, pasje czy zainteresowania na rzecz choćby opieki nad dziećmi i czasu spędzanego z nimi. 

W swojej książce “Arlington Park” Rachel Cusk pokazuje nam świat przedmieść, pełnych dobrze sytuowanych, często pracujących kobiet-matek-pań domu, których mężowie co rano wyruszają w świat, żeby zarabiać pieniądze na ich tak zwane utrzymanie. One zaś wszystkie mają stany depresyjne, ale spotykając się na kawie nie mówią o tym, bo każda boi się wypaść z roli dobrej matki i gospodyni. Mężczyzn to nie interesuje, bo oni są zmęczeni. Znam wiele takich par, a Polska pełna jest takich przedmieść, zamieszkanych przez kobiety rozdarte między domem a pracą, między sobą a dziećmi, na dobrej drodze do frustracji i smutku.

Czy jest jakieś wyjście? Wydaje się, że szczerość ze sobą, odpowiedź na pytanie “czego chcę?” i stosowne działanie. A na co dzień coraz częstsze podążanie własną ścieżką – skoro mężczyźni potrafią, to czemu my nie?

Wyobraźcie sobie niewielki pokój, a w nim przyćmione światło, szmer jazzu sączącego się z dyskretnie ustawionych głośników i wszechobecny dym. Aromat whisky przeplata się ze specyficznym zapachem palonych cygar, skórzane fotele dyskretnym trzaskiem sygnalizują ruch siedzącego, ale nic poza tym nie słychać. Zaraz obok jest drugi pokój – na miękkich, aksamitnych kanapach siedzą w swobodnych pozycjach kobiety, ubrane tak, jak chcą. Z wysokich, smukłych kieliszków sączą wino, w tle słychać dobry jazz i ciche rozmowy. Pełen relaks, wspólnota i niezależność. Science fiction?

Prezentownik z sercem, czyli jak mądrze wydać świąteczne pieniądze

Za oknem szaro, buro i paskudnie. Wieje, leje, a kubek gorącej herbaty sam pcha się w ręce i powoduje, że post o hygge bije rekordy popularności (za co dziękuję). Wczoraj przez chwilę cieszyliśmy się śniegiem tu we Wrocławiu, co oznacza, że ni mniej, ni więcej, tylko zbliżają się święta. Wraz z nimi nadchodzi czas wyskakiwania z kasy, tak uwielbiany i hołubiony przez wszystkich marketingowców świata. Zanim jednak wpadniemy w szał zakupowy, może warto się zatrzymać na chwilę i tym razem spojrzeć na prezenty inaczej – jak na szansę na zrobienie czegoś dobrego dla innych, zamiast sprawienia przyjemności tylko jednej osobie?

Prawda jest taka, że choć często wolimy o tym nie słyszeć, na świecie nie dzieje się dobrze. Cały czas trwa wyniszczająca wojna w Syrii, na której wciąż umierają niewinni ludzie, w tym dzieci. We wschodniej i południowej Afryce, po cyklu następujących po sobie susz i powodzi będących skutkiem zjawisk znanych jako El Nino i La Nina, zapanował głód, który najdotkliwiej odczuwają małe dzieci. A bliżej nas? Na Ukrainie wciąż trwają walki, a na ich terenach nadal mieszkają ludzie, którzy po prostu starają się przetrwać. Jeszcze bliżej? Tu w Polsce choćby beznadziejnie traktujemy zwierzęta – chcemy “wycisnąć” z nich jak najwięcej, zarobić, wykorzystać i wyrzucić. Uff, ciężko przy tym wszystkim o dobry nastrój, prawda?

Nie chcę Was dołować, a tylko pokazać, że nie trzeba się temu bezczynnie przyglądać, wzruszając ramionami, że przecież nic nie da się z tym zrobić. Otóż da się – są organizacje, które to robią na co dzień i całkiem nieźle im to wychodzi. Z okazji świąt przygotowały różne oferty, skorzystanie z których pozwoli nam uczynić ten świat choć odrobinę lepszym.  Są tu tylko sprawdzone i rzetelne propozycje, bez ściemy. Zapraszam!

Tutaj znajdziecie wiele różnych propozycji, głównie mniejszych i większych drobiazgów, kartek świątecznych, gadżetów, ale i przytulanek. Są np. kubki, po których można pisać kredą jak po tablicy: 
Prezent U7089PL
notesy, parasole itp. itd. Oryginalnie cała oferta adresowana jest do firm, ale osoby prywatne również jak najbardziej mogą z niej korzystać. Minus? Dość wysokie koszty przesyłki jak na taką akcję. Plus? Dochód ze sprzedanych artykułów zostaje przekazany na działalność statutową UNICEF, czyli m.in. pomoc dzieciom w Syrii i walka z niedożywieniem maluchów w Afryce.
A jak ktoś akurat na święta nie potrzebuje, to na tej samej stronie można kupić zaproszenia ślubne. Z kolei dla minimalistów niezainteresowanych gadżetami są Prezenty bez Pudła, o których pisałam tutaj. Polecam!

Tu znajdziecie kilka różnych propozycji związanych z różnymi działaniami PAHu. Wszystkie są pożyteczne i dają pewność, że pomoc trafi do tych, którzy naprawdę jej potrzebują.

W ramach akcji pomocy ofiarom konfliktu zbrojnego na Ukrainie są do kupienia grafiki Ewy Kuryluk. Co prawda jest to koszt rzędu 1000 zł za jedną grafikę, ale może znajdą się tacy, których będzie stać. Dla tych, co skłonni są wydać jednak trochę mniej, dostępny jest cały sklepik PAH. Znajdziecie w nim opisywaną już kiedyś przeze mnie biżuterię, koszulki, książki, ale też wyjątkowo świąteczne kartki pocztowe czy woreczki prezentowe.

A jeżeli ktoś z Was ma wolną najbliższą sobotę (3 grudnia), może wziąć udział w akcji PAHu pn. Świąteczny Stół Pajacyka. W jej ramach lokale gastronomiczne, które się zgłosiły, 10% obrotu z tego dnia przeznaczą na program dożywiania dzieci Pajacyk. Tych miejsc jest sporo, tu znajdziecie dokładną mapę, więc smacznego!

3. MANY MORNINGS, czyli kup skarpetki, a drugą parę podaruj
W ramach akcji Share a Pair ta polska firma za każdą parę kupionych u niej skarpetek podaruje drugą parę organizacji/ośrodkowi, które ich potrzebuje, np. schroniskom dla bezdomnych. Skarpetki są polskie z projektu, materiału i wykonania, mają świetne kolorowe wzory, np. takie: 
Many Mornings Bonjour France
i jeszcze do tego sprawią przyjemność jeszcze komuś, więc warto 🙂

4. ZWIERZAKI
Jakoś tak się dziwnie dzieje, że przed świętami wszyscy chcą pomagać zwierzakom. Byłoby super, gdyby przekładało się to na cały rok, ale na razie jeszcze mamy wiele do zrobienia w tym temacie. Tu do wyboru więc jest sporo propozycji, a oto kilka wybranych:

– dla miłośników golden retrieverów ambasadorka tego posta, czyli moja psica Samba, poleca Fundację Pomocy Goldenom AUREA i jej sklepik. Tradycją tej organizacji jest też coroczna edycja kalendarza ściennego i książkowego, ale na razie nie ma ich jeszcze w sprzedaży. Za to oferowane przez nich gadżety mają świetne wzornictwo i dobrą jakość, więc polecam!

– dla miłośników psów innych, a do tego kotów jest choćby kalendarz charytatywny, o którym przeczytacie tu. Plusem tej akcji jest to, że samemu można wybrać schronisko dla zwierząt, dla którego zostanie przekazany zysk z zakupu kalendarza. Polecam 🙂

– dla miłośników zwierząt wszelakich jest sklep Fundacji VIVA, a na nim różne różności – ciuchy, koszulki, torby, książki, a nawet poduszki. Wszystko atrakcyjne wizualnie, dobrze zrobione i na ratunek zwierzakom w potrzebie, więc warto 🙂  

Mam nadzieję, że spośród moich propozycji uda Wam się wybrać coś dla siebie. Myślę, że nawet gdyby to miał być najdrobniejszy gadżet, to warto, bo zmienia nastawienie i poprawia nastrój. Pewnie w miarę zbliżania się świątecznej godziny zero propozycji charytatywnych będzie coraz więcej. Zawsze warto się upewnić, komu i co się daje, bo z datkami bywa różnie, a prezent wydaje się pewniejszy. Jeżeli ktoś chce pomóc ot tak, po prostu, bez kupowania czegokolwiek, może wejść na siepomaga.pl lub znaleźć inne sensowne miejsce w sieci. Może coś polecicie?

Trzy książkowe sposoby na poprawę nastroju

Chwilka ciszy na blogu i już lekki niepokój się pojawia. Ostatni wpis o tym, jak przestać się martwić okazał się być bardzo popularny, co mówi mi, że niestety wszyscy zbyt dużo się martwimy. Co dzień pracuję nad tym, żeby tego nie robić, ale gdzieś z tyłu głowy cały czas mam obraz dzieci w oblężonym Aleppo czy brutalność polskiego języka polityki, gdzie ten, co z nami jest dobry, a co przeciw nam – najgorszy. Jak tylko mogę, staram się z mojego miejsca na ziemi jakoś pomagać, działać, ale czasem nadchodzi taki moment, że trzeba usiąść i odpocząć. Jak sobie wtedy poprawić nastrój? Ja znalazłam trzy sposoby, a wszystkie książkowe, więc chwilę Was nimi ponudzę (a przy okazji może podpowiem drobny prezencik?) 🙂

Pierwsze jest “Hygge. Klucz do szczęścia”, bo przeczytane właściwie chwilę temu. Nie da się ukryć, że jesień, chłód i ciemność oraz zbliżające się Święta sprzyjają zjawisku hygge i napędzają mu niesamowity wręcz marketing. W Polsce zresztą to jeszcze nic, bo w takiej na przykład Wielkiej Brytanii powstaje na ten temat mnóstwo publikacji, gadżetów i innych kolorowanek dla dorosłych. Sądząc po popularności mojego wpisu na ten temat w Polsce hygge również trafiło na podatny grunt. Książka zaś, o której tu piszę, to rodzaj takiego małego podręcznika po sztuce szczęścia w stylu duńskim, gdyż jej autorem jest Meik Wiking, czyli dyrektor Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze.

Co można znaleźć w “Hygge. Klucz do szczęścia” i czy warto tam tego szukać? To jak zwykle kwestia gustu. Książka jest przepięknie wydana, bogato ilustrowana i napisana prostym językiem, więc łatwo i szybko się przyswaja. Nie wywróci ona na pewno niczyjego poglądu na świat, ale uprzyjemni kilka chwil. Oprócz krótkiej historii i opisu hygge można tu znaleźć wiele praktycznych sposobów na przywołanie tego uczucia? zjawiska? na co dzień, jak np. kolacja z przyjaciółmi w świetle świec, jazda na sankach czy piknik na plaży. Prosto? Pewnie, że tak, ale to, co mogłoby być słabością tej książki, staje się jej siłą. Wszyscy bowiem jesteśmy niezwykle zapracowani i zabiegani, więc na co dzień i tak nic więcej, niż drobne przyjemności nam się pewnie nie uda (realizm, nie pesymizm). W myśl zasady “mniej znaczy więcej” autor zaprasza nas do odnowienia kontaktu ze znajomymi, radości z czasu z rodziną i uprzyjemniania każdego aspektu życia – od podróży do pracy po świąteczne porządki. To akurat do mnie trafia, a my, Polacy, chyba za rzadko dbamy o jakość i przyjemność życia codziennego, starając się nadrobić to w weekendy. Może warto więc na chwilę zwolnić i pomyśleć o niebieskich migdałach? Meik Wiking tak robi i chyba dobrze na tym wychodzi 🙂


Każdy lubi dostawać prezenty, nie wyłączając mnie. Ten jednak naprawdę mnie zaskoczył i sprawił, że poczułam się trochę doceniona. Mowa o drugiej książce, którą dziś polecam na poprawę nastroju. Podpowiem – było o niej na moim FB, dotyczy Audrey Hepburn i jest wizualnie przepiękna. Tak, to “100 powodów, by pokochać Audrey Hepburn” autorstwa Joanny Benecke, Wydawnictwo Dolnośląskie. Dla wszystkich Audrey-filek to gratka głównie z uwagi na mnogość przepięknych zdjęć – oprócz tych najsłynniejszych są też fotki z domowego archiwum AH i te po prostu mniej znane. Jak sam tytuł mówi, w książce znajduje się równo sto powodów, dla których warto pokochać Audrey. A czy warto pokochać ją samą?

Życiorys AH znam już dość dobrze, mnogość kreacji filmowych również, czym więc zaskoczyła mnie ta książka? Po pierwsze, świetnym doborem zdjęć – wizualnie to prawdziwe cacko. Po drugie, ciekawostkami dotyczącymi jej strojów, ról czy kontaktów z ludźmi. Po trzecie, tym, że doskonale odbiorą ją zapewne wszyscy “pinterestowcy”, bo z tym portalem bardzo mi się kojarzy ze względu na zestawienie zdjęć i treści. Słowem – godne polecenia wszystkim Audrey-holiczkom i tym, którzy lubią estetyczne albumy o ciekawej treści.


Miłość matczyna. Temat rzeka, przez każdą kobietę odkrywany na nowo. O tym też jest moja trzecia książka, najkrótsza i przyprawiająca o największe wzruszenie. Całkiem niedawno wpis o niej znalazł się na blogu nebule.pl i tak jak jego autorka, ja również po jej przeczytaniu ryczałam jak bóbr. Aż trudno uwierzyć, że taką treść udało się autorce, Astrid Desbordes, zmieścić na 20 kartkach. Co więcej, to świetna propozycja nie tylko dla mamy, ale i dziecka, bo są tu przepiękne, ale proste ilustracje, dodające jej wiele uroku. O co chodzi?

Chodzi o książkę “Miłość”, doskonały prezent dla każdej mamy i dla każdego dziecka. W skrócie – mama usypia synka, a ten przed snem pyta, czy będzie go kochała przez całe życie. Cała książka jest odpowiedzią na to pytanie, prostą, życiową i trafiającą w sedno. Bez chusteczki się nie obędzie, ale rzewnie polecam.


Czasy się zmieniają, lata mijają, a moim najlepszym sposobem na relaks pozostaje czytanie. Mam nadzieję, że ta forma aktywności w społeczeństwie nie zginie, a jeżeli Wy macie jakieś swoje książkowe propozycje na poprawę nastroju, chętnie o nich przeczytam 🙂

Jak przestać się martwić

Współczesna kobieta (człowiek?) ma wiele ulubionych dyscyplin sportowych. Siatkówkę – gdy nadszedł czas na zakupy, koszykówkę – gdy trzeba wyrzucić śmieci, wielobój – gdy zajmuje się dzieckiem, no i oczywiście maraton – każdy dzień to długa trasa, na końcu której czeka zasłużony odpoczynek. Choć zanim ten odpoczynek nadejdzie, kobieta musi oddać się jeszcze jednemu ukochanemu sportowi, który przyprawia ją o okropne zakwasy i zmęczenie – martwienie się.

Oczywiście mężczyźni też się martwią, ale mam wrażenie, że o wiele rzadziej, choć może też nieczęsto o tym mówią. Niemniej jednak kobiety martwią się wszem i wobec na potęgę – o dzieci, pracę, swoją figurę, że mają za mało czasu, że mają czas, a go marnują, że nie dość osiągnęły, że są zbyt zmęczone, żeby rozwijać swój potencjał, że nie starczy im do pierwszego, że raty kredytu rosną i zostało ich jeszcze tak dużo, albo że sytuacja polityczna w ich kraju robi się nie do wytrzymania (tak, są kobiety, które się o to martwią!). Zdarza mi się czasem też popaść w kołowrotek zmartwień, kiedy to nachodzą mnie strasznie pesymistyczne wizje, odbierając radość życia i przyprawiając o zadyszkę. Od zawsze szukałam sposobu na poradzenie sobie z tym i pozbycie się zmartwień. Jednym z kroków w tę stronę była “Książeczka o zadowoleniu” Leo Babauty, która sporo mi dała, ale może była zbyt krótka, żeby rozwiać wszystkie wątpliwości. W poszukiwaniu dalszych odpowiedzi wpadłam na książkę starą, sprzed epoki łykania pseudoporadników niczym suplementów diety, a jednak ratującą mnie przed utratą równowagi psychicznej.
źródło: http://www.abebooks.co.uk/servlet/BookDetailsPL?bi=16356012574

“Jak przestać się martwić i zacząć żyć” Dale’a Carnegiego – bo o tę książkę chodzi – to pozycja przede wszystkim stara, bo pierwsze wydanie ukazało się w USA w 1948 roku! Wtedy ludzie mieli wiele tak zwanych prawdziwych zmartwień – powojenna rzeczywistość nie napawała optymizmem, bieda była na porządku dziennym, a sytuacja polityczna nie grzeszyła stabilnością. Sam Carnegie mówił, że napisał ją, bo był sfrustrowany i nieszczęśliwy, ciągle się martwił i szukał wyjścia z tej sytuacji. Zaczął więc szukać odpowiedzi, rozmawiać z ludźmi, czytać książki i znalazł rozwiązanie. Poparł je mnóstwem przykładów, co znacznie ułatwiło przekonanie mnie do swoich tez. Jak więc przestać się martwić? Otóż:

1. Pierwsza i najważniejsza zasada to żyj odgrodzony od przeszłości i przyszłości. Czyli ni mniej ni więcej niż bardzo popularna teraz uważność – mindfulness – istnieje tylko tu i teraz, więc nie ma co się zamartwiać ani tym, co było (i tak nie mamy na to wpływu, a możemy się tylko wrzodów żołądka nabawić), ani tym, co będzie (jeżeli możemy coś zrobić, żeby przyszłość sobie uprzyjemnić, to zróbmy to, ale nie martwmy się na zapas, bo wrzody nie śpią :)). Autor podkreśla też, żeby nie odkładać życia na później, bo to zwyczajnie głupie – życie jest krótkie, najprawdopodobniej tylko jedno, więc drugiej szansy na działanie może nie być.

“Większość z nas popełnia ten sam błąd. Żałujemy, że czegoś nie zjedliśmy wczoraj, albo zamartwiamy się tym, co będziemy jeść jutro, zamiast po prostu zjeść kromkę chleba suto posmarowaną masłem dzisiaj, tu i teraz.”Dale Carnegie


2. Jak w praktyce pozbyć się danego zmartwienia? Najpierw trzeba zastosować formułę niejakiego Willisa H. Carriera:
1. Zadaj sobie pytanie, co najgorszego może ci się przydarzyć?
2. Przygotuj się na przyjęcie tego, jeśli będzie trzeba.
3. Potem spokojnie wychodząc od najgorszego, zacznij ratować, co tylko się da.

Proste? Pozornie tak, ale znów wymaga uważności – trzeba się na chwilę w swoim martwieniu się zatrzymać, przeanalizować sytuację na chłodno i pomyśleć, co dalej. Do tego służy kolejna metoda, tym razem Galena Litchfielda:
Zadaj sobie następujące pytania:
1. Czym właściwie się martwię?
2. Co mogę zrobić w tej sprawie?
3. Co zamierzam zrobić?
4. Kiedy zamierzam zacząć to robić? 
(odpowiedź: NATYCHMIAST)

3. Carnegie nazywa zamartwianie się nałogiem i myślę, że to trafna obserwacja. Kojarzy mi się głównie ze starszymi kobietami, które siedzą na gankach starych domów/wystają przez okna mieszkań i jojczą, a co je strzyknie w boku, to już są chore. Autor książki mówi, że martwi się ten, kto ma na to czas, czyli jeżeli nie chcemy nurzać się w odmętach zmartwień – weźmy się do roboty. Tak jak w filozofii kaizen tak i tutaj zmiana złych nawyków (również umysłowych) wymaga działania, czasem nawet jakiegokolwiek, byleby odwrócić myśli od tego, co nas przygnębia.

“Sekret bycia nieszczęśliwym polega na posiadaniu wolnego czasu, który możemy poświęcić na zastanawianie się, czy jesteśmy szczęśliwi, czy też nie.” Bernard Shaw


4. Pozostałe rady autora są proste i słyszymy je pewnie bardzo często, a przez to wciąż nam umykają. Każe nam dbać o siebie i odpoczywać, zanim się zmęczymy (czytaj: znajdować czas dla siebie, żeby ładować akumulatory zanim zupełnie się wyczerpią, czyli codziennie). Do tego nie być małostkowym – nie martwić się drobiazgami, tylko rozróżniać to, co ważne i na tym się skupiać. Nie płakać nad rozlanym mlekiem, tylko wyciągać wnioski z niepowodzeń i iść dalej. Dbać o słynną już la joie de vivre – radość życia.

Wszystko to brzmi znajomo, bo teraz w każdym (pseudo)poradniku psychologicznym można znaleźć takich i podobnych rad na pęczki. Carnegie, posługując się słowami praktyków, ale i filozofów starożytnych, przemawia do mnie jednak bardziej, bo jego książka wynikła z prawdziwej potrzeby pomocy, także samemu sobie. Na koniec przytoczę tekst Sibyl F. Partridge, który on również cytuje, a który moim zdaniem najlepiej oddaje filozofię niemartwienia się, uważności i radości życia. Szczerze mówiąc, gdyby rozprowadzać je w szkołach, sejmach i zakładach pracy, mogłoby nam się żyć o wiele lepiej… 

WŁAŚNIE DZIŚ
1. Właśnie dziś będę szczęśliwy. (…) Szczęście przychodzi z wewnątrz. Nie zależy od czynników zewnętrznych.
2. Właśnie dziś spróbuję dostosować się do tego, co jest, zamiast usiłować dostosować wszystko wokół do moich własnych życzeń. Przyjmę swoją rodzinę, pracę i los takimi, jakie są, i dopasuję się do nich.
3. Właśnie dziś zadbam o swoje ciało. Będę je gimnastykować, dbać o nie i pielęgnować, nie nadużyję go ani nie zaniedbam, aby stało się perfekcyjnym mechanizmem pracującym dla mnie.
4. Właśnie dziś zadbam o swój umysł. Nauczę się czegoś pożytecznego. Nie będę umysłowym leniem. Przeczytam coś, co wymaga wysiłku i koncentracji.
5. Właśnie dziś na trzy sposoby będę ćwiczyć mego ducha: Zrobię dla kogoś coś dobrego i nie pozwolę, aby odkrył, że to ja. Zrobię co najmniej dwie rzeczy, których nie chcę robić (…).
6. Właśnie dziś będę miły, Będę wyglądał najlepiej, jak potrafię, będę mówił powoli, działał uprzejmie, nie będę szczędził pochwał i nie będę niczego krytykował ani nikogo za nic winił: nie będę próbował ulepszać i uczyć innych.
7. Właśnie dziś spróbuję żyć tylko dzisiejszym dniem i nie będę usiłować rozwiązywać wszystkich życiowych problemów na raz.(…)
8. Właśnie dziś będę działał planowo. Napiszę, co chcę robić w ciągu każdej godziny. (…) Pozbędę się dwóch wad gorszych niż plagi: pośpiechu i niezdecydowania.
9. Właśnie dziś poświęcę pół godziny tylko na wypoczynek. (…)
10. Właśnie dziś nie będę się bał być szczęśliwy, cieszyć się tym, co piękne, kochać i wierzyć, że ci, których kocham, też mnie kochają.

Miłego dnia 🙂

O potworze Gender słów kilka

Oto nadszedł ten dzień. Ziemię skuł mróz, ptaki odleciały do ciepłych krajów, a w USA prezydentem został mizogin, satrapa i showman. W naszym kraju rozgościła się polityka podporządkowania sobie kobiet i ich wyborów życiowych, czyniąc rok 2016 czasem protestu, buntu i poczucia bezsilności. Co to będzie, co to będzie? Dopiero teraz pytanie “jak żyć?” rozbrzmiewa jako bardzo aktualne i wiercące dziurę w brzuchu.

Są ludzie, którzy nie przejmują się polityką, wydarzeniami na świecie, koncentrując się na swoim życiu, marzeniach i pasjach. Są też tacy, którzy w każdym zdarzeniu dopatrują się woli boskiej/oznak tragizmu/mesjanizmu/pecha itp. A coraz częściej można też usłyszeć/przeczytać ludzi, którzy wszędzie doszukują się tzw. ideologii lewicowej, co to całkiem niepostrzeżenie próbuje opanować świat i uczynić go krainą gejami i aborcjami płynącą. Tak też było z komentarzami na temat kandydatury Hillary Clinton, której zwycięstwo według niektórych groziłoby “rozprzestrzenieniem się genderyzmu na cały świat”. Oto jednak prawicowy Bóg wysłuchał próśb i modlitw wiernych wyznawców i nastała “klęska ideologii gender”. Czemu ten potwór Gender taki straszny? I przede wszystkim skąd się wziął?

Otóż dawno, dawno temu w naukach społecznych przeważał esencjalizm, czyli przekonanie, że dane grupy rasowe, kulturowe czy płcie mają przypisane stałe cechy psychiczne. Uważano więc, że to, kim się rodzisz, określa twój los i nie masz właściwie na to wpływu. Zazwyczaj musisz się słuchać białego mężczyzn, a on może ci pozwolić lub nie pozwolić na dokonywanie samodzielnych wyborów. W dużej mierze pogląd ten stanowił usprawiedliwienie gorszego traktowania kobiet (np. niedopuszczania ich do nauki na uniwersytetach czy wykonywania części zawodów), niewolnictwa Afroamerykanów itp. W końcu jednak grupy te zaczęły walczyć “o swoje”, a w końcu lat 60-tych XX w. w naukach społecznych zagościł potwór Gender.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) definiuje gender jako “stworzone przez społeczeństwo role, zachowania, aktywności i atrybuty, jakie dane społeczeństwo uznaje za odpowiednie dla mężczyzn i kobiet”. Nie jest to zatem ideologia, bo – zgodnie z definicją w Słowniku Języka Polskiego – ideologia to “system poglądów, idei, pojęć jednostki lub grupy ludzi”, czyli tutaj pojęcie to nie ma zastosowania. Dobrze, to już wiemy. Co jednak gender oznacza w praktyce? 


Po pierwsze, gender w praktyce oznacza, że mamy wybór, a zaczyna się on już w dzieciństwie. Dawniej chłopcy i dziewczynki rodzili się i już w szpitalu byli ubierani w niebieskie lub różowe ubranka, bombardowani klockami i lalkami (odpowiednio) i wyboru już nie mieli. Gender mówi, że tak nie musi być. To, jak ubieramy dzieci i bawimy się z nimi podlega decyzjom rodziców i determinuje w dużym stopniu dalsze ich upodobania. To, czego tak strasznie boją się przeciwnicy gender, to to, że chłopcy będą biegać w różowych sukienkach na balet, a dziewczynki w niebieskich jeansach zdominują szkółki piłkarskie i cały nasz świat zatrzęsie się w posadach. Co gorsza, potem pójdą do szkół, gdzie dziewczyny na potęgę zostaną fankami matematyki, a chłopcy zostaną zepchnięci do nauki robienia kanapek na zajęciach praktyczno-technicznych. Cóż, płonne nadzieje, bo gdyby tak miało być, już dawno by było, a jakoś nie słychać o gangach chłopięcych baletów.

Po drugie, gender w praktyce oznacza, że każdy związek między kobietą i mężczyzną (lub, o jeszcze większa zgrozo, związek jednopłciowy) sam definiuje wiążący dla siebie podział ról, bo tak zwany tradycyjny podział obowiązków wynikał z patriarchatu (wg Słownika Języka Polskiego “rodowa organizacja społeczna z dominującą rolą mężczyzny stojącego na jej czele”) i wraz z nadejściem gender przestał obowiązywać. To oczywiście jest przedmiotem krytyki konserwatystów, którzy zmian nie dopuszczają nawet do myśli. Nie podoba im się również pomysł dalej idących wyborów – tego, jak obie płcie chcą żyć, czym się zajmować, czy i jak się rozmnażać itp.

Niezależnie od tego, jak bardzo nie podoba się to konserwatystom, głównie o zabarwieniu katolickim, potwór Gender wyszedł z szafy i buszuje również po naszym pięknym kraju. Raz zdobytego prawa wyboru nie da się zabrać, bo całkiem zwyczajnie lud się zbuntuje i wyjdzie na ulice, a tego żaden polityk nie lubi. Na całym świecie są jednak tacy, którym się to nie podoba i, co gorsza, coraz częściej dochodzą do władzy. Co może taka szara feministka jak ja? Może się tego nie bać i nadal mówić głośno i wyraźnie, co myśli, bo takich jak ja jest więcej, a jak to mówią, w kupie siła. Co jakiś czas dobrze jest powiedzieć “sprawdzam” i rozmawiając z przeciwnikami gender dociekać, czy rozumieją, o czym mówią. Warto też nie rezygnować z krytycznego, trzeźwego myślenia i patrzeć z nadzieją w przyszłość, pracując nad tym, żeby dzisiaj było coraz lepsze, a nie chować głowę w piasek. Coś jeszcze?



Jak być fit i nie zwariować

Szłam sobie wczoraj po pobliskim centrum handlowym w poszukiwaniu czegoś tak wyrafinowanego, jak dobry chleb. Pchałam przed sobą wózek, a że ubrana na cebulkę byłam, zapewne nie wyglądałam jak jeden z aniołków z Victoria’s Secret. Niemniej jednak tragedii nie było. Idę więc sobie, dziecko zainteresowane otoczeniem gada do siebie, aż tu nagle nadchodzi cios ze strony pryszczatego chłopaczka objuczonego torbą typu fitness. “Dzień dobry, mam dla Pani specjalną promocję karnetu na siłownię. Mogę Pani zająć chwilę?”. Hmm, jedno pytanie, a tyle ukrytych treści. Że co, ja nie wyglądam jakbym karnetu na siłownię używała rano i wieczorem? Że niby potrzebuję go podstępnie w promocji dostać? Jednym słowem, przydałaby mi się siłownia? Wrr. W miarę uprzejmie poinformowałam chłopaczka, że gardzę poceniem się na siłowni (nie umniejszając fanom tejże rozrywki), co bardzo go zdziwiło. Na koniec rzucił, że teraz przecież trzeba być fit, więc jakbym się rozmyśliła, to on tu będzie jeszcze stał. Zdania oczywiście nie zmieniłam, ale cała sytuacja dała mi sporo do myślenia.
Kiedy w najpopularniejszą wyszukiwarkę wpisze się hasło “jak być fit”, wyskakuje ponad 400 tysięcy odpowiedzi. Prowadzenie zdrowego stylu życia, bycie fit, czyli szczupłym i wysportowanym, to tematy, które wielu spędzają sen z powiek, oczywiście głównie kobietom. Czemu oczywiście? Błagam, wszyscy przecież wiedzą, że dobra kobieta to kobieta szczupła, młoda i wysportowana. Tylko taka gwarantuje (podobno) sukces rozrodczy, czytaj: jest odpowiednią partnerką dla naszych (podobno) samców alfa. Pozostawmy jednak te seksistowskie rozważania i spójrzmy na to naukowo.
Całkiem niedawno trafiłam w sieci na pracę naukową Agnieszki Borowiec i Izabelli Lignowskiej pt. “Czy ideologia healthismu jest cechą dystynktywną klasy średniej w Polsce?”. Wiem, brzmi strasznie, ale jak się bliżej przyjrzeć, to badanie wykonane przez panie okazuje się bardzo ciekawe. Najpierw wyjaśnijmy, co to healthism. Otóż, jak już wspominał pryszczaty chłopaczek, “teraz trzeba być fit” i o tym właśnie mówi ta ideologia – cytując autorki, jest to “szczególny rodzaj koncentracji na zdrowiu, które stanowi podstawę definiowania i osiągania dobrostanu, a jednostka może je sobie zapewnić przez zmianę stylu życia”. Ważne jest tu podkreślenie odpowiedzialności osobistej, czyli jeżeli jesteś chory, to twoja wina, a jak zdrowy – zasługa. W toku badań panie potwierdziły tezę, że polska wciąż tworząca się klasa średnia (prywatni przedsiębiorcy, pracownicy umysłowi, wolne zawody, tzw. profesjonaliści) kieruje się w swoich działaniach ideologią healthismu, czyli uzależnia poczucie szczęścia i spełnienia od bycia zdrowym. Z jednej strony, to zrozumiałe, bo przecież nikt nie chce chorować, ale z drugiej – potrafi przybrać formy wynaturzone, a do tego otwiera ogromny rynek usług i akcesoriów dla aspirujących do bycia fit. Choćby siłownia, do której namawiał mnie nieszczęsny chłopaczek – działa 24 godziny na dobę! Pomijając skrajne przypadki osób pracujących w dziwnych godzinach, kto inny mógłby wpaść na pomysł, żeby iść ćwiczyć np. o 3 w nocy?! Dla mnie to zupełne ignorowanie własnego zegara biologicznego, który wyznacza najlepsze godziny do snu, pracy umysłowej, wysiłku fizycznego czy regeneracji. Albo interaktywny widelec, który włącza alarm, gdy zbyt szybko jemy (serio). Albo niezliczone poradniki o zdrowiu, byciu fit, dietetycznym gotowaniu itp. itd. Rynek jest ogromny i nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Dobrze jest być zdrowym. To fakt. Dobrze jest też jednak zachować równowagę i nie dać się ideologii – nie wszystko i nie wszyscy muszą być fit, żeby być szczęśliwymi i dobrymi ludźmi. W tym zakresie bardzo przemawia do mnie sposób Francuzek, które zazwyczaj gardzą siłowniami i klubami fitness na rzecz aktywności fizycznych, które po prostu lubią. Starają się więc jak najczęściej przemieszczać po mieście pieszo lub rowerem, chodzą na zakupy, a nie zamawiają produktów do domu, czy cieszą się ruchem, który daje im poczucie szczęścia (taniec, pływanie, spacery). Bez szaleństwa, przymusu i potrzeby wykazania się przed kimś. A gdy jednego dnia zdarzy im się zjeść zbyt dużo słodkiego czy tłustego, następnego dnia jedzą mniej i bilans się wyrównuje.
W naszej kulturze, czyli jak na razie kulturze zachodniej, ciało staje się celem samym w sobie. Poświęcamy mu wiele uwagi, chcąc, by było jak najpiękniejsze, najszczuplejsze i najgiętsze. Dla mnie ciało jednak to przede wszystkim narzędzie do funkcjonowania, życia i czerpania ze świata tego, co najlepsze. Staram się dbać o to, by było zdrowe, ale nie z przymusu, a chęci zapewnienia sobie optymalnego funkcjonowania. Warto o tym pamiętać i nie dać się zwariować – bycie fit nie oznacza bycia szczęśliwym, szczupli nie zawsze są zdrowi, a marketing i promocja stawiają na “fitness”, bo za tym idą ogromne pieniądze. Jak być fit i nie zwariować? Cóż, jak dla mnie, to żyć tak jak się chce, starając się zachować równowagę między tym, co zdrowe i niezdrowe, ale przyjemne. W końcu żyje się raz 🙂 A nieprzekonanym polecam ten filmik – kto powiedział, że grubi nie potrafią tańczyć? 🙂

Jak zmienić świat – przewodnik dla leniucha

Uff, znów chwilę mnie nie było – życie młodej mamy z chorowitym maluchem to jednak nie jest bułka z masłem 🙂 Na szczęście idzie ku dobremu, więc mogę wyjść z domowych pieleszy i zająć się rzeczami równie ważnymi, jak np. ratowaniem świata od zagłady 🙂
 
Tym razem słowa, które tu zamieszczę będą tłumaczeniem, bo ktoś inny napisał mądrze, więc nie będę po nim poprawiać – jak wiadomo lepsze jest wrogiem dobrego. Otóż niedawno na stronie ONZ ukazał się świetny i przystępny dla czytelnika przewodnik dla leniucha, który chce zmienić świat wokół siebie. Pozwoliłam się sobie nim zafascynować, przetłumaczyć i puścić dalej w eter. W końcu czy dzień bez odrobiny wysiłku w kierunku ulepszenia świata nie jest dniem straconym?
Skończyć z ekstremalną biedą. Zwalczyć nierówność i niesprawiedliwość. Spowolnić zmiany klimatyczne. Wow. Globalne Cele Rozwoju są ważne, mają zmieniać świat i będą wymagać współpracy pomiędzy rządami, organizacjami międzynarodowymi i ważnymi decydentami. Wydaje się, że zwykły człowiek nie ma na to wszystko żadnego wpływu. Czy w takim razie trzeba się poddać?
 
Nie! Zmiana zaczyna się od Ciebie. Poważnie. Każdy człowiek na Ziemi – nawet ten najbardziej obojętny i leniwy – jest odpowiedzią na problemy. Na szczęście są pewne bardzo łatwe rzeczy, które każdy może robić bez wysiłku. Poniżej znajdziesz kilka z nich – tak na dobry początek 🙂
Poziom 1 – na tapczanie siedzi…gwiazda

Co można zrobić z wysokości kanapy?
– Oszczędzaj prąd, podłączając wszystkie urządzenia do listwy zasilającej i wyłączaj je całkowicie, gdy z nich nie korzystasz. Komputer też!
– Zrezygnuj z otrzymywania papierowych wyciągów bankowych, płać rachunki przez Internet lub telefon. Bez papieru = bez niszczenia lasu!
– Udostępniaj, a nie tylko klikaj lajki. Jeżeli widzisz ciekawy post w mediach społecznościowych o prawach kobiet czy zmianach klimatu, udostępnij go, aby Twoi znajomi też mieli szansę go zobaczyć. (ps. udostępnianie moich postów też się liczy :))
– Nie drukuj. Znalazłeś online materiał, który chcesz zapamiętać? Zanotuj sobie jego adres w notesie albo na komputerze i ogranicz w ten sposób zużycie papieru.
– Wyłącz światła. Telewizor czy komputer też emituje delikatne światło, więc jeżeli nie potrzebujesz innych jego źródeł – po prostu je wyłącz.
– Pobuszuj trochę po Internecie i kupuj tylko od firm, które postępują zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju i nie niszczą środowiska.
– Zgłaszaj internetowych trolli. Jeżeli na tablicy na portalu społecznościowym czy w pokoju tematycznym na czacie zobaczysz szkodliwą wiadomość – zgłoś tę osobę.
– Szukaj informacji. Bądź na bieżąco z wiadomościami lokalnymi i z Globalnymi Celami Rozwoju online lub w mediach społecznościowych.
– Informuj o swoich działaniach na rzecz Globalnych Celów Rozwoju, używając hashtaga #globalgoals w mediach społecznościowych.
– Zmniejsz zużycie dwutlenku węgla! Oblicz swój ślad węglowy (np. tutaj) i działaj, jeżeli jest za duży.
Poziom 2 – czyli zostań bohaterem we własnym domu 🙂
 
Co można zrobić w domu?
– Susz na powietrzu. Pozwól swoim włosom i ubraniom schnąć naturalnie, bez użycia suszarek. Jeżeli robisz pranie, dbaj o to, żeby cała była wypełniona ubraniami.
– Bierz krótkie prysznice. Kąpiele w wannie oznaczają o wiele większe zużycie wody niż 5-10 minut prysznica.
– Jedz mniej mięsa, drobiu i ryb. Do ich produkcji potrzebnych jest więcej zasobów niż w przypadku roślin.
– Zamrażaj świeże produkty i resztki, jeżeli nie zdążysz ich zjeść. To samo możesz zrobić z jedzeniem na wynos, jeżeli wiesz, że następnego dnia go nie spałaszujesz. Zaoszczędzisz żywność i pieniądze.
– Papier, plastik, szkło i aluminium pochodzące z recyklingu pozwalają ograniczać ilość odpadów.
– Kupuj produkty możliwie najmniej zapakowane.
– Unikaj wstępnego nagrzewania piekarnika. Jeżeli to możliwe, rozpocznij pieczenie w momencie włączenia piekarnika.
– Uszczelnij okna i drzwi.
– Wyreguluj termostat.
– Wymień stare urządzenia na modele energooszczędne.
– Jeżeli jest taka możliwość, zamontuj panele słoneczne w domu. Dzięki nim rachunek za prąd będzie niższy!
– Połóż dywan na podłodze. Dywany i wykładziny zatrzymują ciepło w domu i ograniczają konieczność jego ogrzewania.
– Nie płucz. Jeżeli używasz zmywarki do naczyń, nie płucz ich przed włączeniem urządzenia.
– Wybierz lepszą opcję pieluchową dla dziecka. Otulaj swojego malucha pieluchami wielorazowymi lub jednorazowymi, ale ekologicznymi.
– Odśnieżaj ręcznie. Unikaj mechanicznych odśnieżarek i trochę się poruszaj.
– Używaj zapałek zamiast plastikowych, wypełnionych gazem zapalniczek.

Poziom 3 – Dobry sąsiad

Co można zrobić poza domem?
– Kupuj lokalnie. Wsparcie firm z sąsiedztwa daje ludziom zatrudnienie i pozwala ograniczyć transport na duże dystanse.
– Kupuj sprytnie – planuj posiłki, używaj list zakupów i unikaj kupowania pod wpływem impulsu. Nie daj się sztuczkom marketingowym, przez które kupisz więcej, niż potrzebujesz. Jak wyrzucisz, to i tak nie zaoszczędzisz.
– Idąc do restauracji i składając zamówienie na owoce morza, zapytaj, czy pochodzą ze zrównoważonego źródła. Tylko takie kupuj też w sklepie.
– Używaj roweru, chodź lub korzystaj z transportu publicznego. Samochodu używaj, gdy przemieszczasz się razem z pasażerami.
– Używaj wielorazowych butelek na wodę. W ten sposób zmniejszysz ilość produkowanych odpadów.
– Idąc na zakupy weź własną torbę. Zrezygnuj z reklamówek na rzecz toreb bawełnianych.
– Bierz mniej serwetek – czyli weź tylko tyle, ile naprawdę zużyjesz.
– Kupuj rzeczy z drugiej ręki. Produkty fabrycznie nowe nie zawsze są najlepsze.
– Oddaj to, czego już nie używasz. Lokalne organizacje charytatywne z radością przyjmą lekko zużyte ubrania, książki i meble.
– Szczep siebie i dzieci. Ochrona Twojej rodziny przed chorobami oznacza też lepsze zdrowie publiczne.
– Dbaj o samochód. Auto w dobrym stanie to lepsze parametry dla środowiska.
– Korzystaj z prawa głosu podczas wyborów władz lokalnych i państwowych.
 
Uff, to tylko niektóre z rzeczy, które każdy z nas może robić. Dla zainteresowanych polecam stronę ONZ, z której tekst pochodzi, a gdzie znajdziecie wiele innych informacji. Mamy przed sobą nieco dłuższy weekend, który sprzyjać może “dobrym zmianom”. No, to do roboty 🙂
 

 

Supermenki, czyli problem z wielozadaniowością

Popatrzcie uważnie na te zdjęcia. Widzicie pewne elementy wspólne? Tak, kobieta-matka jako bohaterka, specjalistka od wielozadaniowości, idealnie radząca sobie z napotkanymi wyzwaniami. Zaczęło się od zdjęcia numer 1 – pani prowadzi swój zakład fotograficzny, a jej mąż trenuje jakąś tam drużynę sportową. Pani nie chciała marnować czasu, więc wzięła oboje dzieci na siebie – dosłownie – i ruszyła z ogromnym aparatem i butelką z mlekiem na mecz, aby porobić zdjęcia. Chłopak na plecach jak widać jest już duży i z powodzeniem trzymałby się mamy na stojąco, ale wiadomo, że ilu ludzi, tyle opinii. 
Zdjęcie numer 2 – pani lekarka z trzyletnią dziewczynką na plecach i kolejnym dzieckiem w brzuchu opatruje młodego futbolistę, czyli jest w pracy. Znów – trzy latka to z pewnością umiejętność chodzenia i stania samodzielnie, a noszenie ciężarów w stanie błogosławionym – jak wiadomo od lekarzy (!) – niezalecane.
Zdjęcie numer 3 – pani zgłosiła się do maratonu, ale w międzyczasie zaszła w ciążę i urodziła dziecko. Nie chciała jednak tracić wpisowego i pobiegła w zawodach, jednocześnie ściągając mleko laktatorem. Ktokolwiek, kto kiedykolwiek miał do czynienia ze ściąganiem mleka tym ustrojstwem wie, że ni to przyjemne, ni wygodne, ale cóż, pani przynajmniej zabłysnęła w mediach.
Wszystkie te zdjęcia ukazały się na stronach portali poniekąd branżowych – Wysokie Obcasy i eDziecko, co oznacza, że ich odbiorczyniami były głównie kobiety, w tym wiele młodych matek. Komentarze pod fotkami jak wiadomo rządzą się swoimi prawami, a w tym przypadku oscylowały pomiędzy “Jak ja jej zazdroszczę, mam jednego bobasa, a i tak się nie mogę ogarnąć” a “Przecież dzieci mogły zostać z nianią w domu, pewnie chciała zrobić wrażenie”. Co jest z tymi zdjęciami nie tak? Cóż, dorzucę jeszcze jedno.
źródło: fitpregnancy.com
Znów to samo. Zdjęcie opublikowała pani sprzeciwiająca się nagonce na publiczne karmienie piersią. Czemu musiała aż tak zaakcentować fakt, że potrafi karmić nawet w najdziwniejszych pozycjach? Czy w ten sposób dobrze przysłużyła się słusznemu wspieraniu kobiet karmiących piersią, czy też zniechęciła publikę poprzez “udziwnienie” tej czynności i pokazanie innym kobietom, jaka jest super, bo karmi do góry nogami? Tego nie wiem, ale wiem na pewno, że widząc takie zdjęcie czuję wewnętrzny sprzeciw przeciw promocji takiego wizerunku. Dlaczego?
Dawno, dawno temu społeczeństwo zachodnie było wybitnie patriarchalne i hołdowało tradycyjnemu podziałowi ról – mężczyźni do pracy, kobiety do garów i pieluch. Potem, jak już wiadomo, nastąpiła II wojna światowa, a wraz z nią nowy podział – mężczyźni do broni, kobiety do fabryk i na traktory. Następnie ktoś musiał odbudowywać zachodni ład, a że kobietom praca się spodobała, powrót do tradycyjnego podziału nie był już tak oczywisty. W końcu zdarzyła się rewolucja feministyczna, dzięki której kobiety upewniły się w tym, że mogą mieć wszystko – mogą pracować i rodzić dzieci, a pracodawca musi im to zapewnić. Mogą nie pracować i rodzić, mogą pracować i nie rodzić, a dodatkowo jeszcze mogą nie pracować, nie rodzić, tylko leżeć i pachnieć. Uff, całkiem sporo zrobiło się tych opcji. Sprzeciw mężczyzn wobec takiej sytuacji był, jest i będzie, bo wiele stracili, a przede wszystkim spokój. Do tej pory wszystko było wiadome, kto co robi i za co odpowiada, a teraz? Właściwie każdy związek sam definiuje sobie swoje prawa i obowiązki.
Feminizm powiedział kobietom, że MOGĄ mieć wszystko, ale wydaje mi się, że wiele z nas usłyszało, że MUSZĄ mieć wszystko. Od jakiegoś czasu w mediach, na blogach, w gazetach tzw. kobiecych promuje się obraz kobiety wielozadaniowej, aktywnej, ambitnej i przebojowej. Najlepiej jeszcze, żeby była młodą matką, która miesiąc po porodzie wróciła do rozmiaru z czasu studniówki, świętując bezalkoholowym (no przecież karmi piersią) szampanem dopięcie “dealu” z nowo zdobytym klientem. Wymagania wobec nas wzrosły. W Polsce od czasów powojennych kobieta musiała być wielozadaniowa, bo czasy tego wymagały, a do tego musiała być sprytna i przedsiębiorcza, żeby pomóc utrzymać rodzinę. Ta wielozadaniowość ograniczała się jednak do sfery domu i pracy, bo pasji czy idealnie szczupłej sylwetki raczej nikt już nie wymagał. Teraz trzeba ogarniać wszystko – dom, pracę, a najlepiej karierę, związek, pasję, bycie fit, pracę społeczną i jeszcze najnowsze trendy w modzie itp. itd. Czy to się da? Pewnie tak, ale jakim wysiłkiem? Czy naprawdę warto tak się zarzynać, żeby udowodnić kilku redaktorom/redaktorkom pisemek kobiecych, że dajemy radę żyć tak, jak nam zagrają?
Oczekiwania są ogromne. Choć w pierwotnym wcieleniu feminizm nie miał nic wspólnego z dążeniem do doskonałości, teraz nasze realia to przywoływana przez Deborę L. Spar w książce “Supermenki” Barbie Astronautka – silna, odważna, ale jednocześnie z talią osy, wiecznie przyklejonym uśmiechem i długimi blond włosami. Ciało kobiety zostało uprzedmiotowione, a jego atrakcyjność i zgodność z aktualnymi standardami kulturowymi to jedyne interesujące media aspekty. Biologii nie oszukamy – to my będziemy rodzić dzieci i ponosić tego długotrwałe skutki, ale to nie oznacza, że do tego tylko ma się sprowadzać nasza rola społeczna. Chcemy więcej – praw, dzieci, znaczenia, uwagi, miłości, seksu, pieniędzy, miejsc pracy (niepotrzebne skreślić). Dlatego też nierealistyczne oczekiwania wobec kobiet rosną i rosną, przyprawiając je o ciągły stres. Bo to się po prostu nie da. Jak pisze Spar:
Nie jest fizycznie możliwe, aby kobieta spędzała sześćdziesiąt godzin tygodniowo w wymagającej i stresującej pracy, jednocześnie będąc tak samo dobrą matką, jaką byłaby bez tej pracy i stresu. Nie da się zbawić świata i wiecznie wyglądać jak siedemnastoletnia modelka. Nie można brać się za pieczenie pysznego sernika wieczorem przed ważną prezentacją. Żaden mężczyzna nie byłby w stanie tego zrobić. To przekracza ludzkie możliwości. Mimo to kobiety często mają do siebie pretensje, jeśli nie udaje im się pogodzić tego wszystkiego.
I dodaje:
Nie oznacza to, że kobiety powinny obniżyć standardy. Całkowita równość z mężczyznami to nasze minimum. Musimy jednak rozumieć, że ścieżki do sukcesu, jakimi podążają kobiety, mogą być inne i bardziej kręte niż drogi mężczyzn. Lepiej jest uświadomić sobie tę komplikację, niż udawać, że jej nie ma.
Znalezione obrazy dla zapytania barbie astronautka
źródło: filing.pl
Zmiany, choć ciężko to przyznać, są głównie w rękach kobiet i ich solidarności. Jak pisze Spar, trzeba nauczyć się świadomego patrzenia na swoje potrzeby i oceniać, które z nich spełniać w pierwszej kolejności. Trzeba się wspierać nawzajem i domagać się od państwa dobrze funkcjonującego systemu opieki nad małymi dziećmi. Trzeba myśleć realistycznie, planować i negocjować. Ciągle wybierać, na jakich rzeczach z listy do zrobienia zależy nam najbardziej, a z jakich możemy zrezygnować bez żalu. Odpuścić perfekcjonizm i wytyczać swoje ścieżki. Łatwo powiedzieć? Jak zawsze, ale stawka jest bardzo wysoka, więc warto przynajmniej spróbować. W końcu czym byłoby życie bez wyzwań?