Audrey Cafe

5 najbardziej wpływowych kobiet w Polsce – subiektywny ranking

Oto jest! Nastał ten dzień, w którym ideologia ściera się z marketingiem, a ciężki glan z delikatnym trzewikiem na obcasie. Oto marzenie specjalistów od sprzedaży i koszmar polityków u władzy – Dzień Kobiet. Część z nas dołączy dziś do Międzynarodowego Strajku Kobiet, część poprzestanie na westchnieniu irytacji, gdy usłyszy kolejny raz te same życzenia lub slogan reklamowy, a jeszcze inna część uśmiechnie się na widok zmęczonego tulipana w celofanie. A ja? Zapraszam na pierwszy ranking Audrey Cafe…

Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, żeby przełamać konwencję. Rankingi są bardzo męskie, a gdy ktoś zapyta o pięciu najbardziej wpływowych Polaków, propozycje sypią się jak z rękawa. Co do kobiet, jest gorzej. Niby są, ale właściwie to ich nie ma. Poza polityką ciężko znaleźć postacie kobiece o wpływie – powiedzmy – prawdziwym, a nie marketingowym. Kiedy zaczęłam na ten temat dyskusję na moim profilu na FB, okazało się, że jest kłopot z tym, co jest promocją, a co prawdziwym wpływem. Jaką więc opcję przyjęłam?

O subiektywności rankingu

Otóż założyłam, że wpływ oznacza realne działania na rzecz zmiany zastanej sytuacji. Dotyczy to wszystkich sfer życia – polityki, kultury, społeczeństwa, prawa. Nie chodzi o umiejętność robienia wokół siebie szumu i napędzania sprzedaży danym markom, ale o potrzebę zaangażowania i tak wyświechtanego już zmieniania świata na lepsze. Ranking więc jest jak najbardziej subiektywny i odnosi się do Polski teraźniejszej, zaplątanej w dziwaczną rzeczywistość i próbującej poradzić sobie ze zmianami na świecie.

Zaczynamy odliczanie?

 5. Monika OlejnikDziennikarka. Propozycja uwzględnienia jej w rankingu najpierw mnie zaskoczyła, a potem zastanowiła. W mediach tak zwanych bulwarowych pojawia się głównie z powodu swojego uwielbienia do drogich butów i ekscentrycznych czasem ubrań, ale w mediach tak zwanych opiniotwórczych nie ma drugiej takiej. Jest silna, wyrazista, odważna, choć jednocześnie nie boi się okazywać emocji. Głośno mówi, co myśli, domaga się szacunku i wspiera walkę kobiet o należne prawa. Kobieta-rakieta, niebanalna i wciąż mówiąca silnym głosem o tym, co w polityce i politykach trzeba zmienić.

4. Beata Szydło

Kobieta-zagadka, kobieta-cień władcy, kobieta-marionetka, kobieta-premier. Wszystkie te określenia są odpowiednie i żadne nie jest zgodne z prawdą. Kobieta-paradoks jednym słowem. Premier jednego z największych krajów Unii Europejskiej, zdająca się działać niesamodzielnie, choć czasem odważnie. Wykazała się talentem w obszarze marketingu politycznego podczas kampanii prezydenckiej, a w “nagrodę” wysforowano ją na premiera. Nazywana “Kaczyńskim w spódnicy” odnajduje się na swoim stanowisku, choć niektórzy wróżą, że już niedługo. “Wprost” wybrało ją właśnie najbardziej wpływową Polką, a co ona mówi o byciu kobietą?

To, iż stoję na czele rządu, a w samym rządzie pracuje wiele kobiet, jest dowodem na to, że kobiety w naszym kraju mogą odgrywać istotną rolę, nawet w takiej dziedzinie, jaką jest polityka – wydawałoby się – zdominowana przez mężczyzn.

I z okazji dzisiejszego święta politycznie nie będę brnąć dalej 🙂

3. Krystyna Janda

źródło: culture.pl

Aktorka, dyrektorka prywatnego teatru, przedsiębiorczyni, działaczka, feministka. Kobieta-legenda, sławna, wyrazista, po przejściach. Kiedy w październiku zeszłego roku rzuciła pomysł ogólnopolskiego strajku kobiet, wzorowanego na strajku Islandek z roku 1975 (wtedy 90% kobiet przez jeden dzień powstrzymało się od pracy zawodowej i domowej), poszły za nią tysiące Polek. Tak zwany czarny protest okazał się wielkim sukcesem i przedsięwzięciem, które zaistniało we wszystkich mediach i dzięki temu udało się powstrzymać wprowadzenie bardzo restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej. Taką samą inicjatywę Krystyna Janda podjęła teraz, namawiając Polki do udziału w Międzynarodowym Strajku Kobiet, który odbędzie się dziś. Jaki będzie odzew? Zobaczymy. Już tyle wystarczy, żeby uznać jej wpływ na sytuację w Polsce.

2. Małgorzata Gersdorf

Profesor nauk prawnych, pierwszy prezes Sądu Najwyższego (forma tak męska, że aż boli), sędzia. Od jakiegoś czasu pod politycznym ostrzałem, gdyż zapowiedziała obronę prawa przed zakusami polityków. Kobieta silna, niezależna, niepodatna na wpływy. Specjalistka w swojej dziedzinie, odważnie wypowiadająca się na temat obecnej sytuacji w Polsce, autorytet. Pewnie mało znana tak zwanemu ogółowi, ale jako najwyższy rangą sędzia w Polsce ma ogromny wpływ na to, co się dzieje – i będzie się działo – w naszym pięknym kraju.

1. Ty

No wiem, może nieco tani chwyt, ale to prawda. Zbyt często Polki rezygnują z wpływania na świat wokół siebie, zamykając się tylko w swoich światach. Tymczasem od naszych decyzji zależy bardzo wiele. Począwszy od tego, jak traktujemy same siebie (czy zważamy na swoje potrzeby, słuchamy intuicji, czy też “poświęcamy się” dla innych), przez odnoszenie się do innych kobiet (szacunek, wsparcie, pomoc, krytykanctwo, lekceważenie itp.), sposób wychowywania dzieci, wybór drogi życiowej, po tak banalne czynności jak zakupy spożywcze (wybór ma znaczenie) czy sposób odżywiania i spędzania wolnego czasu. Wszystko ma znaczenie. Czasem musimy też zdobywać się na odwagę i nauczyć się mówienia głośno o swoich potrzebach. Nie każda z nas musi być feministką, ale warto, żeby każda dbała o siebie jako kobietę. Kobiecość ma wiele różnych obliczy, a każde z nich może mieć wpływ na otaczający świat.

Wszystkiego najlepszego wszystkim Kobietom!

Jak przestać kupować książki

Mówi się, że statystyczny Polak książek nie kupuje, nie czyta i nie zajmuje się nimi. Mówi się też, że każdy ma jakąś słabość, która niekontrolowana może go zrujnować. Wychodzi na to, że statystyczną Polką nie jestem, bo taką moją słabością jest kupowanie książek. Kocham to! Uwielbiam wyszukiwać ciekawe tytuły, zamawiać je taniej niż w zwykłej księgarni (zazwyczaj), a potem z wypiekami na twarzy czekać na paczkę pachnącą jeszcze farbą drukarską. Niestety, wszystko ma swój kres i wychodzi na to, że i moja słabość zaczyna mnie rujnować. Nasze mieszkanie jest naprawdę małe, mieści się w nim jeden regał, w którym non stop obluzowują się półki z powodu przeładowania. Dodatkowo konto zaczyna świecić pustkami i zapala się czerwone światełko – może czas powiedzieć dość?

Dlaczego kupowanie książek jest takie przyjemne?

Wyobraź sobie małą księgarnię w bocznej uliczce centrum miasta. Wchodzisz, a zamykając za sobą drzwi zanurzasz się w świecie pełnym możliwości. Spójrz w lewo – oto czeka na ciebie regał z literaturą piękną. Słyszałaś o nowej powieści tej świetnej autorki? Oto jest, czeka na ciebie, pociągająco błyszcząc kolorową okładką. Nawet jest 10% tańsza niż ostatnio, a zatem okazja! Idziesz dalej i natykasz się na rejon poradników. O, tu posiedzisz dłużej. Te książki mogą obiecać ci wszystko – schudniesz, zrealizujesz cele, będziesz tygrysem wśród owiec i znajdziesz miłość swojego życia, a dzieci będą cię słuchać bezkrytycznie. Jakoś się opanowujesz i docierasz do najbardziej kolorowych półek – książek kucharskich i podróżniczych. Tu cię mają – bez książki nie wyjdziesz.

Kupowanie książek jest baaardzo miłe, bo łączy w sobie idealne cechy drobnej przyjemności – dajesz sobie coś fajnego, a do tego pożytecznego, bo przecież poszerzysz dzięki temu horyzonty, cena jest do ogarnięcia, a przynajmniej będzie czym się zająć w tramwaju. Docierasz w końcu do domu i odkładasz książkę na półkę z mocnym postanowieniem zabrania się za nią dziś wieczorem. Z niedowierzaniem patrzysz na regał, odkrywając, że już nic się na nim nie zmieści, bo tyle różnych pozycji czeka na twoje zainteresowanie. Znasz to?

Kupowanie książek to podróż do nowego świata, przepustka do kilku chwil wytchnienia i codzienna przyjemność. Problem pojawia się wtedy, gdy książek jest za dużo, czasu na ich czytanie za mało, a pieniędzy coraz mniej.

Dlaczego warto przestać kupować książki (na jakiś czas)?

Najpierw muszę coś ogłosić – mam na imię Agata i jestem książkoholiczką, a coraz mi z tym gorzej. Samo czytanie książek jest cudowne, ale mam problem z ich nadmiarem fizycznym. Tak, część była mi naprawdę bardzo potrzebna, a część zrobiła mi ogromną przyjemność. Część sprawiła radość mojemu dziecku, ale reszta okazała się nietrafionym zakupem, książkowym fast foodem, który po przeczytaniu trafia na półkę i irytuje za każdym razem, gdy tam spojrzę. Mam za dużo książek, za mało miejsca i zbyt wiele możliwości, żeby je zmarnować.

Warto przestać kupować książki, żeby dostrzec ich prawdziwą wartość. Mając mniej, bardziej docenia się to, że można coś kupić i analizuje się, czy naprawdę warto. Warto przestać kupować książki, żeby w końcu nadgonić z przeczytaniem tych, które są i nie robić sobie sieczki z mózgu. Warto przestać kupować książki, żeby zregenerować portfel, odświeżyć i przewietrzyć regał, a w końcu wrócić do tej czynności z uważnością i minimalizmem z tyłu głowy.

Jak przestać kupować książki?

To może być szok, ale…natychmiast! Żadne przygotowanie, wymówki i wytłumaczenia nie mogą nas zawrócić z raz obranej drogi. Jest jakaś okazja i trzeba by kupić książkę na prezent? Wybierz kupon podarunkowy zamiast tego. Kusi cię klimatyczna wystawa w oknie księgarni? Idzie wiosna i przydałaby się książka o detoksie/ćwiczeniach/diecie? Daj spokój, poradzisz sobie. Idź dalej, znajdziemy jakieś rozwiązanie. Po prostu przestań o tym myśleć, a jeżeli najdzie cię ochota na nowy zakup, podejdź do regału pełnego literatury w domu i przypomnij sobie, o co ci chodziło. Weź do ręki którąś z nieprzeczytanych do tej pory pozycji i zacznij czytać. Zrób przegląd wszystkich książek w domu. Część już przeczytana i tylko zajmuje miejsce? Zbierz je i przekaż jakiejś instytucji/organizacji, która potrzebuje książek dla podopiecznych. Więzienia, szpitale, przychodnie – tam na pewno się przydadzą. Możesz też rozdać znajomym/rodzinie, a w najgorszym razie zostawić spakowane w torbie przy śmietniku. Gwarantuję ci, że szybko znikną.

Co zamiast kupowania?

Rezygnacja z kupowania nie oznacza rezygnacji z czytania! Żaden książkoholik by tego nie przetrwał, nie oszukujmy się. Skąd więc brać książki, jeżeli nie ze sklepu?

Biblioteka – pamiętasz jeszcze, co to było? W czasach liceum i studiów pewnie często można cię było tam zobaczyć, a teraz już nie masz czasu. Ale ale – biblioteki otwarte są w różnych godzinach, jest ich sporo, zazwyczaj mają już katalogi komputerowe i możesz zamawiać książki przez internet do odbioru. Dzięki różnym programom dotacyjnym w bibliotekach można znaleźć najświeższe nowości, a do tego trafić na coś nieoczekiwanego, zaskakującego. Sam zysk!

♠ Wolnelektury.pl – projekt Fundacji Nowoczesna Polska, którego celem jest udostępnienie za darmo jak największej liczby tytułów. Można tu znaleźć lektury szkolne, ale i klasykę literatury czy audiobooki. Wszystko w wersji elektronicznej, również na urządzenia mobilne.

♠ ReadAnyBook – portal z samymi bezpłatnymi książkami w przeróżnych formatach, również do zwykłego pobrania na komputer. Pozycje głównie po angielsku, ale też niemiecku czy francusku. Kopalnia możliwości dla zainteresowanych szlifowaniem języka w miłych okolicznościach przyrody.

Jest jeszcze trochę sklepów z e-bookami, które mają darmowe pozycje, czy stron do ściągania plików, ale rzadko kiedy można znaleźć tam coś naprawdę wartościowego i legalnego zarazem 🙂 Może są jeszcze jakieś fajne miejsca książkowe w sieci, których nie znam?

 Co teraz?

Jeżeli choć trochę cię przekonałam i jesteś już w gotowości do zaprzestania wycieczek do księgarni – witaj w klubie! Nie będzie łatwo, ale damy radę. Lubisz mieć wsparcie? Zapraszam do nowo utworzonego wydarzenia na FB MARCOWY DETOKS KSIĄŻKOWY.

A w kwietniu ruszymy do księgarń 🙂

5 sposobów na to, by ułatwić sobie życie

Uff, udało się. Wróciłam 🙂 Wróciłam z krainy pecha, problemów technicznych i dziecięcego zapalenia krtani. Nie użalam się nad sobą, o nie. Wręcz dzięki tej krótkiej przerwie nauczyłam się sporo nowych rzeczy, którymi chętnie się podzielę. Choć moje życie nieco się skomplikowało, jednocześnie stało się o wiele prostsze, bo zrozumiałam, jak je sobie ułatwić. Dzięki temu mogę Ci pokazać…

1. Pokochaj siebie

Naprawdę – to jest tak proste, a zarazem bardzo trudne i trzeba sobie z tym paradoksem poradzić. Jestem akurat po lekturze książki Wayne’a Dyera “Pokochaj siebie” i mogę się z nim zgodzić w 100% – wszystkie nasze problemy, fochy, kłótnie itp. biorą się z tego, że dajemy sobą manipulować lub chcemy to robić wobec innych. Od przedszkola uczą nas, czego wymaga od nas “system”, chcemy się podobać, dostawać dobre oceny i osiągać sukcesy. Problem w tym, że najczęściej nie wiemy, czego tak naprawdę chcemy sami dla siebie, bez sugerowania się innymi. Sekretem jest pokochanie siebie i dążenie do własnego rozwoju – tu rozumianego jako realizacja siebie, swojej drogi życiowej i korzystanie z każdej chwili. Obecność w teraźniejszości, a nie narzekanie na przeszłość lub obawa przed przyszłością. Brzmi znajomo? Tak, to samo mówią stoicy oraz Dale Carnegie w książce “Jak przestać się martwić i zacząć żyć”. Dyer mówi też, że podstawową wolnością każdego człowieka jest wybór – to od nas zależy, czy będziemy się czuć chorzy czy zdrowi (nawet chorobę można według niego przechodzić lepiej lub gorzej – i ja się z tym zgadzam), wartościowi lub nie (tu trzeba odrzucić, co mówi nam na ten temat społeczeństwo/media/ciocia Kasia i słuchać siebie), a także, czy zrezygnujemy z unieszczęśliwiającego szukania aprobaty innych. Pokochanie siebie bardzo ułatwia życie, bo ściąga z nas ogromny ciężar – decydujemy sami o sobie, nie ograniczając przy tym innych. Jak pisał Henry James już w 1906 roku:

Żyj pełnią życia; inaczej popełniasz błąd. Nie jest szczególnie ważne, czym się zajmujesz, jeśli tylko masz życie w swoich rękach. Bo jeżeli nie miałeś życia, to co miałeś?

2. Myśl o innych

Jedynie ktoś, kto kocha siebie może prawdziwie pomagać innym. Dlaczego? Bo nie robi tego, by poprawić mniemanie o sobie czy swój wizerunek na zewnątrz, ale dla drugiej osoby. Jeżeli więc pierwszy punkt mamy już za sobą, to czas popatrzeć dookoła. Prawdziwie wartościowe życie zawsze wiąże się z drugim człowiekiem/stworzeniem. Dlatego nie warto zamykać się w swojej skorupie (czytaj rodzinie, grupie, społeczności), tylko patrzeć dalej – może ktoś/coś potrzebuje naszej pomocy? To mogą być naprawdę drobne rzeczy, jak życzliwe podejście do kasjerki w supermarkecie, banalne już ustąpienie miejsca starszej osobie czy przepuszczenie w kolejce rodzica z małym dzieckiem, ale też niemarnowanie swojego jednego procenta podatku czy głosowanie w każdych wyborach, jakie są. To naprawdę ułatwia życie, bo czyni je znośniejszym, przyjemniejszym. Nasz świat zmienia się codziennie i warto do tego przykładać dobrą rękę.

3. Czytaj etykiety

Ok, to nie zawsze ułatwia życie, bo na początku przynajmniej wydłuża zakupy i bywa przyczyną frustracji (jak ciężko jest znaleźć jogurt składający się tylko z mleka i kultur bakterii? Baaaardzo ciężko!). Jednak na dłuższą metę, jeżeli chcemy ominąć problemy skórne, trawienne i ogólnożyciowe, warto zwracać uwagę na to, co kupujemy. Dotyczy to właściwie wszystkiego – od żywności, przez kosmetyki, po ubrania, meble i dodatki do domu. Wiecie na przykład, że parafina zawarta w tak uwielbianych teraz świecach zapachowych uwalnia podczas spalania substancje mogące podrażniać drogi oddechowe? Każdy zakup to wybór, a jeżeli będzie on świadomy, tym lepiej dla nas, naszego zdrowia i portfela oczywiście.

4. Oszczędzaj

Wiem, w Polsce nie lubimy tego słowa, bo kojarzy się z czasami, gdy trzeba było zaciskać pasa i walczyć o każde dobro materialne. W ramach odreagowywania jesteśmy teraz krajem nadmiaru – produktów jednorazowych, styropianowych pudełek na jedzenie na wynos i smrodzących, starych samochodów sprowadzanych najczęściej z państw, w których się je wycofuje z powodów ekologicznych. No cóż, do wszystkiego trzeba dorosnąć. Polacy zawsze mówią, że nie mają pieniędzy, a potem w weekend trudno jest znaleźć miejsce parkingowe pod supermarketem. Pieniądze są, zmienia się tylko ich ilość i przeznaczenie, ale o tym zazwyczaj decyduje każdy z nas. Ułatw sobie życie i odkładaj co miesiąc – nawet drobna suma ma znaczenie, bo daje choć odrobinę poczucia bezpieczeństwa, że na tak zwaną “czarną godzinę” coś już będzie. Dodatkowe leczenie, nagły wyjazd, zmiana pracy, choroba itp. – wszystko się może zdarzyć i choć nie trzeba o tym na co dzień myśleć, warto się zabezpieczać.

5. Uśmiechnij się

Życie bywa trudne, zaskakuje nas co rusz nowymi sytuacjami, stawia w obliczu wyzwań i potrafi nieźle przetrzepać skórę. Jak sobie z tym radzić? Poza wspomnianą już uważnością, pełną obecnością w teraźniejszości i stawianiem czoła każdej sytuacji, warto się po prostu uśmiechnąć. Do siebie, dziecka, partnera, sprzedawcy, kasjerki czy współpasażera w tramwaju. Aby się uśmiechnąć, trzeba uruchomić aż 17 mięśni, a co w zamian? Lepsze samopoczucie, większa wiara, że się uda, zyskanie sobie sympatii/dobrego nastawienia nawet obcych osób i milszy dzień. Ułatwmy więc życie sobie i innym i zrezygnujmy z ponuractwa – życie i tak jest już wystarczająco trudne, więc uśmiechnij się 🙂

Dziś Tłusty Czwartek – dzień obfitości, obżarstwa i czerpania z życia. A jutro? Idzie wiosna. To idealny czas, żeby ułatwić sobie życie 🙂

Wyznania (byłej) pracoholiczki

Praca. Jeden z najistotniejszych elementów życia, a dla wielu nawet najistotniejszy. Praca świadczy o naszym statusie, możliwościach, upodobaniach, celach. Wokół pracy kręci się życie – myślimy o niej, poświęcamy jej czas, jest źródłem frustracji, ale też satysfakcji. Dzięki pracy mamy co jeść, ale przez pracę często nam się jeść nie chce. A co się dzieje, gdy praca zajmuje nienależne sobie (raczej) pierwsze miejsce w życiu?
Byłam kiedyś pracoholiczką. Nie wiem, skąd to się wzięło. Może po prostu poczułam, że jestem w czymś naprawdę dobra i (jak się postaram) będę miała z tego równie dobre pieniądze? Odkąd zaczęłam pracować jako tłumaczka, a moje doświadczenie i umiejętności stawały się coraz godniejsze uwagi, coś mnie opętało. Byłam już wtedy z moim przyszłym-obecnym mężem, ale on pracy poświęcał prawie tyle samo czasu, co ja, więc nie stanowiło to problemu. Brałam niemal wszystkie zlecenia, które mi proponowano. Niezależnie od krótkości terminu, złożoności zagadnienia. Jakość nieco na tym cierpiała, ale rachunek wystawiany na koniec miesiąca doskonale to równoważył. Potem były studia podyplomowe i założenie firmy. Choć myślałam, że to niemożliwe, pracowałam jeszcze więcej. Święta, weekendy? Komputer, kawa, Internet, muzyka w tle i jedziemy z tłumaczeniem.
 
Byłam zmęczona i sfrustrowana, ale czułam to rzadko. Miałam tyle pieniędzy, ile zawsze chciałam, ale nie miałam kiedy ich wydawać. Z chłopakiem i znajomymi spotykałam się rzadko, bo wolałam klepać zlecenia. Naprawdę to lubiłam – ten flow, adrenalinę przy krótkim deadlinie i rosnący stan konta. Przy mnie Mordor na Domaniewskiej to było przedszkole Montessori. Oczywiście wszystko do czasu.
 
Nie, nie dotarłam do stanu przedzawałowego, ani nie przestałam poznawać własnej rodziny. Po prostu moja ówczesna przyjaciółka zaszła w ciążę. Pracowała na etacie, kariera nie była nigdy przedmiotem jej ambicji, więc w tym stanie odnalazła się doskonale. Ja z kolei przeżyłam rodzaj szoku – jak to, moja rówieśniczka, znana od tak dawna, w ciąży, a co ze mną? Priorytety powoli zaczęły się przestawiać.
Pracoholikiem nie przestaje się być z dnia na dzień. To proces, który potrzebuje czasu i odpowiednich warunków. Jest jak gen, który uaktywnia się w stosownych okolicznościach. U mnie impulsem do zmian było to, że dostrzegłam, jak mało czasu spędzam z moim (już) mężem, jak powoli przestaję być na czasie z jego sprawami. Potem doszło marzenie o dziecku, którego spełnienie wymagało trochę czasu i cierpliwości. Choć pracowałam przez całą ciążę i wróciłam do pracy, gdy synek miał miesiąc, teraz już nie nazwę się pracoholiczką.
 
Nadal prowadzę firmę i biorę sporo zleceń, ale nigdy zbyt dużo. Dbam o jakość, rezygnuję z tematów, które nie do końca leżą w sferze moich zainteresowań i nigdy nie pracuję w święta. Gdy jestem w pracy – pracuję, gdy jestem z rodziną – jestem z nią na 100%. Efekt? Większy spokój i (paradoksalnie) satysfakcja z pracy, ale i też niestety mniejszy stan konta. Dążę cały czas do zmian, chcę się rozwijać, bo praca wciąż jest dla mnie bardzo ważna – ale nie najważniejsza.
 
 
Nie dalej jak wczoraj, całkiem przypadkiem obejrzałam materiał o poławiaczach langust w Tajlandii. Jest to praca w ciężkich warunkach, niebezpieczna, fizyczna, ale pan, który o niej opowiadał czerpał z niej ogromną satysfakcję. Gdy dziennikarka spytała go, ile langust dziennie łapie, odpowiedział, że nie liczy, bo dla niego każda chwila w pracy jest ważna, nawet gdy nic nie złapie. Podejście zgoła odmienne od naszego “zachodniego” rozliczania i żyłowania wyników. Z kolei od kilku dni po sieci krąży cytat z wypowiedzi Elona Muska (tego od Tesli i latania w kosmos), krytykującej pracownika, którego nie było w pracy z powodu narodzin dziecka. Wywołał on wiele komentarzy, a mnie przywiódł do wniosku, że życie to jednak zawsze sztuka wyboru. Są tacy, którzy pchają nas, szaraków, do przodu – lekarze, wynalazcy, wielcy przedsiębiorcy, politycy. Są tacy, którzy nas ratują, gdy my świętujemy. Są zawody z misją, pasją i dyżurem całodobowym. Ci jednak, którzy je wybierają, muszą być świadomi wszystkich konsekwencji lub zacząć dyktować swoje zasady. 
 
Nie da się uciec od tego, że niemal każdy dorosły człowiek musi z czegoś żyć, a więc i zarabiać, a więc i pracować. Ważne, żeby nie zaburzyć proporcji, znajdować w swojej pracy sens i nie pozwolić jej na wprawianie nas w stan frustracji, a gdy tak się dzieje – wzorem milenialsów nie bać się jej zmiany. Teraz, gdy w głównym nurcie znalazł się minimalizm i uważność, nastał dobry czas, by popatrzeć na siebie i sprawdzić, czy wszystko nam pasuje.
 
Żyć, aby pracować? Pracować, aby żyć!
 
 

Śmierć i życie, czyli dziwne pierwsze urodziny bloga

Jest taki obraz Gustava Klimta, który bardzo pasuje do dzisiejszego klimatu na blogu:
 
Gustav Klimt, “Śmierć i życie”, źródło: ramarama.pl 
Bo choć Audrey Cafe przyjmuje na pysznej kawie już od roku, a ja miałam naprawdę szczere i ambitne plany związane ze świętowaniem tej daty, to na razie je odłożyłam na bliżej nieokreśloną przyszłość. Bowiem tak jak u Klimta i u mnie radość z tego, że coś (blog) żyje miesza się ze smutkiem, że coś (ktoś) umarło. Pewnie strzelam sobie teraz w marketingową stopę, ale cóż, niech będzie.
Styczeń to dziwny miesiąc. Z jednej strony, jest w nim mnóstwo optymizmu, zaczynania od nowa, wiele postanowień, planów i marzeń. Z drugiej strony, pogoda średnia, rozkwit infekcji, do tego najbardziej depresyjny dzień roku (16.01 – Blue Monday) i spadek motywacji. W moim przypadku jest to też miesiąc szczególny, bo to czas urodzin, ale i odejścia kilku bliskich mi osób. Tak się też paradoksalnie złożyło, że dziś przypadają pierwsze urodziny bloga, który powstał w rocznicę śmierci Audrey Hepburn. Tak to się splata jak na obrazie Klimta.
Nie potrafię dziś cieszyć się tak, jakbym chciała, a to za sprawą pewnego człowieka, którego niestety nie ma już wśród nas.
Otóż wyobraźcie sobie młodego chłopaka, tak dwa lata starszego od Was. Zawsze aktywny, kochał sport i pewnie dlatego poszedł na AWF. Uprawiał wiele różnych dyscyplin, dawał z siebie wszystko, a ludzie go kochali. Po studiach pracował jako trener, robił sporo ciekawych rzeczy. Miał kochającą rodzinę, wspierające siostry, no po prostu bajka. Pewnego dnia gorzej się poczuł, więc jako sportowiec postanowił nie tracić czasu i się przebadać. Diagnoza była niczym grom z jasnego nieba – białaczka. Szybko podjęte leczenie, męczące przygotowania do przeszczepu szpiku. Jest, udało się. Zajęło mu to ponad rok, ale wyszedł z tego. Odtąd regularne badania, spokojniejsze życie, delikatny powrót do sportu i ciągle obecne leki. Wszystko szło ku dobremu, aż tu nagle…
Dziś jest jego pogrzeb. Nie mogę niestety na nim być, ale jako że jego rodzina była/jest mi bliska, a chłopak był naprawdę fajny, postanowiłam odroczyć świętowanie urodzin i w ten sposób oddać mu rodzaj hołdu, choć to dziś bardzo niemodne słowo.
Kiedy byłam mała, myślałam, że umierają tylko ludzie bardzo starzy, po prostu zasypiając i już się nie budząc. Kiedy trochę urosłam, przekonałam się, że umierają też ci odrobinę młodsi i kilkoro dzieci, ale bardzo rzadko. Kiedy stałam się już zupełnie duża, okazało się, że umierają wszyscy, bez względu na wiek, stan zdrowia czy styl życia. Po prostu pewnego dnia ich świeczka gaśnie i tyle. Odkąd doświadczyłam brutalności czyjegoś odejścia, samotności, z jaką nas zostawia, nie mogłam się nadziwić filmom sensacyjnym – tam ludzie ginęli jak muchy, ale nigdy nie było smutku, pogrzebu czy żałoby. Taki danse macabre popkultury. Teraz wiem, że nawet śmierć jest różna – czasem nagła, czasem wyczekiwana (ano), często znienawidzona, a zawsze pozostawiająca po sobie pewną pustkę.
 
Ludzie umierają i rodzą się każdego dnia. Co dzień ktoś płacze ze smutku, a ktoś inny z radości. Jest tak jak u Klimta – śmierć przeplata się z życiem, nadając mu smak. Doświadczając ulotności, mamy szansę nauczyć się doceniania tego, co mamy, co wciąż możemy czuć/poznawać/przeżywać. Sens życia jest prosty, a jednocześnie najtrudniejszy – żyć najlepiej jak umiemy. Nie tracić czasu, nadawać chwilom znaczenie, nie oglądając się na opinię innych. Patrzeć do przodu, ale być tu i teraz. Nic więcej nie możemy zrobić.
Dziękuję wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom bloga za to, że wytrwaliście ze mną przez ten rok. Obiecuję poprawić to, co trzeba, pisać o tym, co ciekawe i nie zanudzać. Dziękuję i proszę o jeszcze 🙂
Jeżeli macie ochotę, piszcie w komentarzach, czego byście życzyli Audrey Cafe na kolejny rok – jakie tematy, działy, a może coś Was wybitnie nudzi? Z góry dzięki!

Jak zostać stoikiem?

Czasy mamy takie, że każdy szuka szczęścia. Jedni znajdują je w ciepłym kocyku i gorącej herbacie, inni w idealnie posprzątanym mieszkaniu, a jeszcze inni w liczbie polubień selfie na Instagramie… Duży nacisk kładzie się na samorealizację, życie szczęśliwe, czyli harmonijne, obfite, zdrowe i bogate. Takie, które dobrze wypada w mediach społecznościowych. Cóż, taki mamy klimat. W tej całej naszej gonitwie zapominamy o prawdzie znanej od zawsze – szczęście to nie finał, ale droga. Każda chwila może dawać nam szczęście, jeżeli tylko na to jej pozwolimy. Brzmi jak Paulo Coelho polskiej blogosfery? No to czas sięgnąć po klasyków.
Dawno, dawno temu, kiedy studiowałam filozofię, moi profesorowie ciągle powtarzali, żebyśmy nie szukali w tym przedmiocie odpowiedzi na to, jak żyć, a problemów teoretycznych, myślowych, nad którymi dobrze się pogłowić. Śmieszne jest to, że wraz ze skończeniem studiów spora część absolwentów musiała dość szybko odpowiedzieć sobie na pytanie “jak żyć?”. Z całym szacunkiem dla moich profesorów, ale w obliczu ogólnej pogoni za szczęściem nadszedł czas, aby spojrzeć na filozofię okiem praktyka.
Tu z pomocą przychodzą nam…stoicy – żyjący ponad dwa tysiące lat temu faceci (wtedy nie mogło być inaczej), rzucający bon motami i metaforami na prawo i lewo, którzy jednak zdawali się rzeczywiście wiedzieć, jak żyć. Swoje nauki zawarli w mądrych pismach, ale że teraz już pewnie nikomu nie chce się do nich sięgać, Piotr Stankiewicz zebrał ich esencję w bardzo dobrej książce “Sztuka życia według stoików” i opatrzył obszernym komentarzem. Wyszedł z tego świetny poradnik-nieporadnik, spora garść bardzo praktycznych uwag i zaleceń na temat tego, jak zostać stoikiem i osiągnąć dzięki temu szczęście bez względu na okoliczności. A zatem jak zostać stoikiem?
Po pierwsze, trzeba się zastanowić, dlaczego mielibyśmy w ogóle nimi zostawać. Otóż, jak przekonuje Stankiewicz (i ja mu wierzę), warto, bo dzięki temu można żyć mądrze, dobrze i szczęśliwie. Stoik bowiem to osoba, która wie, że wszystko, co ma to teraźniejszość, chwila obecna. Nie popada jednak z tego powodu w hedonizm, szaleńczo rzucając się w wir przyjemności, ale każdego dnia stara się budować jak najlepsze życie, umożliwiając temu, co jutro, by jak najbardziej sprzyjało. Rezygnuje z wyobrażeń na rzecz tego, co rzeczywiste, nie buja w obłokach, ale patrzy na każdą chwilę jak na okazję, by stawać się wciąż lepszym. Wie, co od niego zależy, a co nie i pracuje nad tym, nad czym może, resztę pozostawiając swojemu biegowi. Konkrety?
JAK ZOSTAĆ STOIKIEM?
1. Wybieraj odpowiednie wyobrażenia.
Stoicy byli na tyle mądrzy, by wiedzieć, że to, co nas otacza jest takie, jak to widzimy, czyli o tym, jak patrzymy na świat i co w nim dostrzegamy, decydujemy my sami. Jeżeli więc chcemy być szczęśliwi, musimy wybierać odpowiednie wyobrażenia. Przykład praktyczny? Patrzymy na brudne, zagracone mieszkanie i czujemy niechęć do sprzątania i przebywania w nim. Co zrobi stoik? Pomyśli: mieszkanie jest brudne, bo są w nim ludzie – mam tyle szczęścia, że nie jestem sam i żyję z rodziną – mam tyle szczęścia, że mam mieszkanie, a są tacy, co nie mają dachu nad głową – mam dużo szczęścia, bo wystarczy, że wezmę się do roboty, a za godzinę będę miał czyste mieszkanie, w którym mieszka aktywna rodzina.
Czasem to bardzo cenna umiejętność.
Musimy też umieć odróżniać wyobrażenia fałszywe od prawdziwych. Jeżeli więc pismo kobiece mówi nam, że szczupłość oznacza szczęście – odrzućmy to wyobrażenie jako fałszywe, bo szczęście wcale od obwodu w pasie nie zależy i każdy o tym tak naprawdę wie.
2. Odróżniaj to, co od ciebie zależy od tego, co nie zależy.
Gdy na świecie niepokoje, wojny, konflikty, mamy tendencję do dołowania się tym i spuszczania nosa na kwintę. Stoik w takiej sytuacji przyjdzie i powie, że to, co się dzieje na świecie nie zależy ani ode mnie, ani od ciebie, a co więcej twój smutek z tego powodu niczego dobrego nie przyniesie. To, na co naprawdę mamy wpływ, to to, czego chcemy, co myślimy i jaką postawę wobec świata przyjmujemy. W tym sensie nasz wpływ na nasze poczucie szczęścia jest ogromny, bo wszystko dzieje się w naszej głowie. Okoliczności zewnętrzne się zmieniają – raz pogoda jest piękna, a raz taka, że mamy ochotę schować się pod kołdrą. Raz politycy są mądrzy, a raz głupsi nawet od naszego psa. Jeżeli jednak od tych okoliczności będziemy uzależniać nasze szczęście, może być tak, że nigdy go nie poczujemy. Zawsze coś może być nie tak, nawet jeżeli nie w naszym otoczeniu, to choćby w Afryce czy Syrii. Trzeba więc zapytać siebie, czy mogę coś zrobić w danej sprawie (mądrze głosować, podpisać petycję, mówić, co na jakiś temat myślę itp.) i to robić, a resztą się po prostu nie przejmować. Zdrowe podejście.
3. Żyj chwilą obecną i skoncentruj się na tym, co robisz teraz.
Tu przyda nam się Kubuś Puchatek, który miał w zwyczaju wstawać rano i pytać siebie “ciekawe, co dobrego się dziś zdarzy?”. Każdy dzień stoik traktuje jako osobną całość i w tym sensie koncentruje się na tym, co robi w danej chwili. Przeszłość już nie istnieje – warto o niej pamiętać, ale nie dręczyć się nią – a przyszłość jeszcze nie nadeszła. Nie zależy od nas, trzeba się zatem skupić na tym, co od nas zależy, a więc na tym, co robimy teraz.
Czyżbym słyszała mindfulness w oddali? I to dwa tysiące lat temu.
4. Pracuj nad sobą – w każdej chwili możesz się zmienić.
W przeciwieństwie do doktora House’a, który uważał, że ludzie się nie zmieniają, stoicy są zdania, że owszem tak. Zmieniamy się cały czas w zależności od wieku, doświadczeń i okoliczności. Najlepsze jest jednak to, że mamy wpływ na nasz charakter, usposobienie – to my w każdej chwili decydujemy, co myślimy. Zawsze też możemy być lepsi (w odróżnieniu od bycia dobrymi – kto bowiem wie, co to znaczy?) i wierniejsi naszym wartościom. W tym celu musimy jednak dobrze znać samych siebie, aby wiedzieć, czego naprawdę chcemy i co trzeba zrobić, żeby to osiągnąć. Najważniejsze jest w naszej głowie – i tego stoicy się trzymają.
5. Pamiętaj, że zawsze jest jakaś alternatywa.
Epiktet – jeden ze stoików – powiedział:

…nie czyń niczego z postękiwaniem ani z udręką, ani z przekonaniem, że jesteś w nieszczęściu […] – Kurno w twojej chacie? Jeżeli możesz wytrzymać, pozostań. Jeżeli dławisz się dymem, wyjdź na dwór!

 Oznacza to ni mniej ni więcej, że wobec każdego problemu powinniśmy przyjmować taką postawę: albo stwierdzamy, że trzeba go rozwiązać i podejmujemy w tym celu określone działania, albo akceptujemy to, co jest i przestajemy patrzeć na tę sytuację jako przykrą. Każde inne podejście będzie stratą czasu i energii – po co dręczyć się czymś, czego wcale nie chcemy zmienić? Takich męczenników jest wielu – marudzą, że coś im się nie podoba, zamartwiają się tym, co może się wydarzyć, choć nie robią nic, by to zmienić lub temu zapobiec. Stoik w takiej sytuacji powie, że zawsze jest jakieś wyjście, rozwiązanie alternatywne. Dobrze obrazuje to metafora przytoczona przez Stankiewicza w książce – to jak z oglądaniem nudnego filmu w kinie. Możemy wyjść w połowie i przestać się nudzić, albo zostać i wtedy nie narzekać, że zostaliśmy. Dokonaliśmy wyboru, który miał swoje konsekwencje, a więc taka była nasza wola. Teraz trzeba iść dalej, bo każda kolejna chwila się liczy.
Stoicy żyli dawno temu, ale ich zasady są uniwersalne, a co dla mnie cenne – nie trącą wcale Paulo Coelho 🙂 Starożytni filozofowie mieli bowiem to do siebie, że uprawiali filozofię dla niej samej, a nie dla poklasku czy pieniędzy. Nie szli na kompromisy, stąd mam pewność, że to, co mówili jest przemyślane, mądre i – co najważniejsze – sensowne. Wkraczam więc na ścieżkę stoicyzmu, żeby ratować swoją psyche od frustracji, do czego również Was zachęcam. Może będzie łatwiej?

Feminizm jest sexy!

Mam kolegę, który ma kolegę, a ten z kolei – to zaskakujące – również ma kolegę. Ten kolega z kolei ma żonę. Żona ma bardzo odpowiedzialną i trudną pracę, która bardzo ją absorbuje. Mimo to na niej spoczywają wszystkie obowiązki domowe, plus zakupy i “oporządzanie” dziecka. On też ma pracę, również odpowiedzialną i absorbującą, niemniej jednak ani przez chwilę nie rozważali innego podziału obowiązków. W związku z tym ona po pracy biegnie do domu na drugi etat, a on wraca wieczorem, żeby ominąć popołudniowe korki i rutynę domowego życia. Oboje zdają się sprawiać wrażenie, jakby im to odpowiadało – tak było u nich w domach, tak jest dookoła nich. Niezależnie od tego, kto i jaką ma pracę, to kobieta dba o nieśmiertelne ognisko domowe, podczas gdy on znosi kolejne “mamuty”, niezbyt sobie przy tym brudząc ręce. Takich rodzin, związków jest dużo, dużo więcej. Wszelkie próby negocjacji w tym zakresie spełzają na niczym, więc kobiety zdają się akceptować tę sytuację.
 
Ogólny przekaz jest taki, że feministki to silne kobiety, które potrafią o siebie walczyć. To odstrasza wiele kobiet, ale też i mężczyzn, co z kolei odstrasza jeszcze więcej kobiet 😉 Wiem, co mówię, bo nieraz z powodu moich poglądów stałam się unikanym obiektem towarzyskim – kobiety obawiały się tego, co o nich pomyślę, a większość mężczyzn, że uprawiając “small talk” narażę ich męskość na szwank. Tymczasem wydaje mi się, że feminizm i stojąca za nią siła, odwaga do wyrażania siebie i swoich poglądów – że to jest właśnie atrakcyjne. Silny mężczyzna, który nie boi się kompromisów, pokocha i będzie szanował silną kobietę, pozbywając się tym samym obciążającego go stereotypu “opiekuna” i “dostarczyciela mamutów”. Czy jestem odosobniona w poglądzie, że feminizm jest sexy?
źródło: http://bit.ly/2hFw4pC Wydawnictwo Krytyka Polityczna
Na szczęście nie, o czym przypomniała mi książka, którą ostatnio dopadłam i przeczytałam jednym tchem – to nomen omen “Feminizm jest sexy” autorstwa dwóch amerykańskich dziennikarek, Jennifer Keishin Armstrong i Heather Wood Rudulph. Publikacja ta jest bardzo daleka od naukowych studiów nad feminizmem, za to wciąga i inspiruje, nawet starą wyjadaczkę w tym temacie, za jaką się uważam 🙂 Jako że połknęłam ją w całości, teraz “powypluwam” ją dla Was w kawałkach, bo moim zdaniem warto się z nią – z jej przesłaniem – zapoznać.
Książka ma formę przewodnika po życiu zwyczajnej dziewczyny, która zderza się z różnymi problemami, ale też musi się w coś ubrać, coś zjeść i gdzieś iść do pracy. Autorki prowadzą nas przez nie (choć ku mojemu ubolewaniu pomijają temat macierzyństwa) i wskazują elementy, które mogą stać się przedmiotem działania, decyzji, świadomego wyboru. Zaczynają od ciała – operacji plastycznych, diet, mody i kosmetyków. Potem idą dalej – mówią o tym, jak często my kobiety oceniamy siebie nawzajem, nasze życie seksualne, wygląd, styl, co bardzo utrudnia prawdziwe “siostrzeństwo” i poprawę ogólnej sytuacji kobiet. Dotykają bardzo życiowych tematów, w tym feminizmu w sypialni – wskazują, jak wiele mamy do powiedzenia w swojej sprawie. Propagują seks świadomy, poszukiwanie tego, co sprawia nam przyjemność, a nie patrzenia na “te sprawy” tylko pod kątem satysfakcji partnera.
Jednym z najciekawszych tematów, które panie poruszają, jest kobieca przyjaźń i solidarność, a raczej ich brak, o którym również pisałam. Czasem udaje się coś zmienić, co pokazuje choćby przykład czarnego protestu, ale najczęściej jest to niestety zmiana ogólna, chwilowa, bo gdy kobiety wracają z protestu, wchodzą do kawiarni, patrzą na siebie i widzą, że ta ma za krótką spódnicę, tej wystają wałki tłuszczu, a tej nie chciało się malować. Oceniamy siebie pod kątem kanonów, które wyznaczyły słynne już media, ale też my same je uwewnętrzniłyśmy – czemu po prostu nie możemy wejść do kawiarni i zamówić kawy, jak choćby taki facet, który ma gdzieś, czy inni faceci są w brązowej czy granatowej kurtce? Po co tracić tyle energii, gdy “sprawa kobieca” wciąż jej wymaga?
Podstawowy wniosek płynący z tej książki jest taki, że jeżeli jesteś dziewczyną/kobietą/mężczyzną w związku z kobietą, w każdym obszarze życia masz możliwość działania na rzecz feminizmu i siebie samej/niej. Czasem chodzi o bardzo proste rzeczy, jak kupowanie kosmetyków firm etycznych i wspierających/zatrudniających kobiety, a czasem o bardziej skomplikowane, jak aktywizm czy pomoc ofiarom przemocy domowej.
Dla mnie najcenniejszym elementem tej książki – poza samą tezą, że feminizm jest sexy – są praktyczne wskazówki, jak działać w każdej opisanej sferze na rzecz kobiet i jak dokonywać świadomych wyborów. Czasem bowiem wpada się w pułapkę taką, że wydaje się nam, że wielkie sprawy wymagają wielkich czynów, a tymczasem najwięcej można zrobić w sferze życia codziennego – wybierając ubrania, dbając o siebie, swoje ciało, spotykając się z koleżankami i wspierając je w ich planach, negocjując odpowiadający nam podział obowiązków z partnerem, czy inwestując w siebie, swój rozwój. “Feminizm jest sexy” to przewodnik, który na każdym kroku stara się argumentować tytułową tezę i moim zdaniem robi to w sposób udany. Choć już po sezonie prezentowym, uważam, że każda kobieta powinna go znaleźć pod choinką.
 
Bycie sexy jest fajne i przyjemne. Bycie feministką, która jest sexy jest jeszcze fajniejsze i przyjemniejsze, i choć w tym zdaniu zawiera się ocena, nie chcę powiedzieć, że nie-feministki są be i fuj. Po prostu być może nie mają potrzeby akcentowania swojej roli lub podejmują świadomy wybór, by pozostać bierną, czy też powstrzymują je inne względy. Ja mogę Was tylko namawiać – dziewczyny, feministki naprawdę mogą golić pachy, chodzić w staniku lub bez i malować paznokcie. Mogą chodzić na zakupy i lubić to, mogą gadać o serialach, ale następnego dnia nie bać się postawić, gdy okaże się, że nie są równo traktowane w pracy. Mogą malować usta, ale wybrać szminkę od firmy, która ich nie truje i dba o kobiety, jak również mogą się doskonale bawić w męskim towarzystwie. Feministka to kobieta, która jest tego świadoma, decyduje o sobie i nie chce, by ktokolwiek kiedykolwiek robił to za nią.
Podobno nasz polski minister zdrowia nosi się z zamiarem wprowadzenia rejestru wszystkich ciąż – żywych, martwych i poronionych. Stąd już tylko o krok od podpasek na receptę i policji obyczajowej. Jeżeli nie chcemy, by ktoś za nas decydował w tak ważnych sprawach, zacznijmy od małych rzeczy, a poczujemy się silniejsze i odważniejsze. To nasze życie, a może nawet i to będzie nasz rok? Feminizm jest sexy!

Pięć rzeczy, których nauczył mnie rok 2016

Szczęśliwie za nami już wszystkie festiwale wydawania pieniędzy i szczerzenia pół-sztucznych uśmiechów, co oznacza, że zbliża się koniec roku. Całkiem dużymi krokami, bo to już jutro, a więc kiecki w górę, kieliszki do dna i cieszymy się wszyscy. Ale zanim – należy się małe podsumowanie. U mnie tym razem zastąpi ono wszelakie postanowienia noworoczne, których nie będzie. Po raz pierwszy w życiu stwierdziłam, że więcej dobrego zrobi mi oczyszczenie się z tego, czego w przyszłym roku nie potrzebuję (w sferze fizycznej, duchowej i zawodowej) niż marzenie o tym, czego mi potrzeba. Nie oznacza to oczywiście degrengolady i ogólnego rozleniwienia, a wprost przeciwnie – analizowanie potrzeb, celów i marzeń na bieżąco zamiast katowania się skalą roczną. W ramach takiegoż podsumowania postanowiłam przedstawić pięć rzeczy, których obecny jeszcze rok – 2016 – mnie nauczył. Zapraszam!
 
1. Zmiana nie musi być duża, żeby była istotna.
Kiedyś wydawało mi się, że jedyne zmiany, które naprawdę działają i są dostrzegalne to tak zwane metamorfozy. Zmiany spektakularne, wywołujące efekt “wow” są dobre, ale w komediach romantycznych i programach TV. W realu zadanie wdrożenia takiej metamorfozy w życie to ogromne wyzwanie rzucone samemu sobie, wiążące się z odpowiedzialnością i, co za tym idzie, stresem. Niestety, im większe plany, tym bardziej możliwa porażka, o czym również się wielokrotnie przekonałam. Wszystkie te “od poniedziałku”, “od jutra”, “rzucam na zawsze” w chwili słabości przybierają kształt topora, który sami wieszamy sobie nad głową. Ten rok to odkrycie przeze mnie filozofii kaizen, dzięki której pozbyłam się stresu związanego z niemożnością realizacji własnych planów. Teraz do zmian podchodzę na spokojnie i powoli, dzięki czemu odkryłam, że nawet niewielka modyfikacja powoduje dobre rezultaty. Przykład? Zamiast całkowitej zmiany diety i przejścia wyłącznie na “superfood” zaczęłam codziennie rano pić szklankę ciepłej wody z cytryną. To działa!
2. Jeżeli myślisz, że czegoś nie jesteś w stanie zrobić, zacznij próbować, a okaże się, że jest całkiem inaczej.
Znów odrobinę kaizen, ale w 100% sprawdzone na sobie. Przykład? Choćby ten blog. Wcześniej wydawało mi się, że jestem za “mała” na pisanie, które ktoś będzie czytał, i że tematów zabraknie mi po miesiącu, więc lepiej nie zaczynać. W końcu jednak się przemogłam i 20 stycznia br. powstał pierwszy wpis. Pierwsze artykuły były nieco toporne, przyznaję, ale tylko dzięki temu udaje mi się szkolić warsztat i ciągle uczyć się nowych rzeczy. To naprawdę fascynujące, a że czytelników przybywa, to zaświadczam, że ta zasada działa 🙂
 
 
3. Życie bez pasji nie ma sensu.
Tak, wiem, że to brzmi pretensjonalnie i hipstersko. Nie zmienia to faktu, że w tym roku nauczyłam się, że nawet jeżeli bardzo chcesz się zniechęcić do czegoś, co w Tobie siedzi, to w najmniej spodziewanym momencie to wróci i zaatakuje. Warto zauważyć, że pasją może być wszystko – wychowywanie dziecka, prowadzenie zdrowego stylu życia, taniec, sport, a nawet własna praca. Nieważne, jaka jest skala tego “czegoś”, ważne, żeby to mieć i pielęgnować. Dobrze jest też nie szukać wymówek, ale sposobów i zaangażować się w to, co się robi. To może brzmieć dziwnie, bo w końcu czy można robić coś bez jednoczesnego zaangażowania? Oczywiście! Wtedy robi się to nieuważnie, niechętnie i czując frustrację. Pasja pozwala osłodzić gorycz monotonii i rutyny, które tak łatwo przecież wdzierają się w życie szarych trybików maszyny kapitalizmu.
4. Warto się interesować światem dookoła nas.
Są ludzie zamknięci, zainteresowani tylko jednym światem – swoim. Jest ich sporo wokoło, zazwyczaj nie lubią innych i nie chce im się z nimi gadać. Dziwnym trafem często stają się wyznawcami partii o zapędach autorytarnych lub takich, które oferują bon moty, chwytliwe skróty myślowe, zamiast wyważonej analizy zjawisk społeczno-ekonomicznych. Są też ludzie, którzy interesują się światem dookoła nich i starają się tę wiedzę zwiększać, rozwijać. Co ciekawe, są też ludzie, którzy interesują się światem dookoła siebie w znaczeniu nieco narcystycznym – sobą, swoją pracą, rodziną i znajomymi, a to, co dalej – społeczeństwo, sytuacja na świecie, konflikty, ekonomia, jest dla nich zupełnie nieciekawe i trudne. Tego trzeciego typu jest dookoła mnie coraz więcej – osoby w moim wieku zamykają się na wiadomości choćby polityczne, żeby “nie wiedzieć o tym syfie”, bo “polityka ich nie interesuje” lub “nie mają na to czasu”. Polityka czy ekonomia ma to do siebie jednak, że gdy nie poświęca się jej uwagi, potrafi podejść od tyłu i ugryźć takiego w tyłek. Niestety, im więcej wiemy, tym więcej możemy. Nawet tematy trudne, takiej jak wojna w Syrii czy dyskryminacja kobiet, zasługują na nasze zainteresowanie, bo są częścią naszej rzeczywistości, a nieświadomość nie stanowi, jak wiadomo, usprawiedliwienia.
5. Uważność się “opłaca”.
W tym roku odkryłam teksty Leo Babauty (choćby ten) i Dominique Loreau, które choć nieco inne od siebie, zwróciły moją uwagę (!) na uważność, dostrzeganie drobnych elementów, chwil, uśmiechów, gestów i czerpanie z nich radości życia. Szczególnie dobrze wiedzą to ci, którzy mają psa czy małe dziecko – te istoty żyją tylko i wyłącznie daną chwilą. Nie planują, nie kalkulują, często działają impulsywnie, ale też potrafią zaginać czasoprzestrzeń i długo rozkoszować się jedną chwilą. One podświadomie wiedzą, że tyle mamy z życia, ile każdego dnia z niego weźmiemy. Kiedyś dołowały mnie dni podobne do siebie, zwyczajne, gdy nic specjalnego się nie działo. Teraz nauczyłam się doceniać drobne rzeczy, które sprawiają, że dni nigdy nie są do siebie podobne. Choćbym pięć razy w tygodniu szła z psem na spacer w to samo miejsce, ten spacer zawsze będzie inny.
W tym roku zmarł mój kolega z roku ze studiów, mój rówieśnik. Miał dwoje dzieci, żonę i wiele planów naukowych. Wszystko skończyło się tak nagle, jak się zaczęło. Uświadomiłam sobie wtedy po raz kolejny, ile mamy szczęścia mogąc codziennie się budzić i kłaść się spać we względnie znośnych okolicznościach. Często sama tego nie doceniałam, teraz uczę się patrzeć uważnie na życie i ludzi dookoła mnie, nie oceniając ich, ale starając się zrozumieć. Nie wiem, czy da się osiągnąć w tej sztuce jakąś biegłość, ale w kolejnym roku postaram się to sprawdzić.
Dobrego roku!

Dwie twarze Aleppo

Dawno, dawno temu, za lasami, za górami, za wieloma obcymi krajami było sobie miasto. Miasto to było ogromne, mieszkało w nim wielu ludzi o różnych religiach i przekonaniach. Pewnego dnia w kraju, w którym znajdowało się to miasto, wybuchła wojna zwana domową. Początkowo wydawałoby się, że miasta ona nie dotknie, ale po jakimś czasie stało się inaczej. Sytuacja zrobiła się jednak nieco dziwna, bo miasto właściwie podzieliło się na pół – jedna połowa była za władcą, który chciał przywołać lud do porządku, a druga połowa to był ten lud, który jakoś nie chciał się dać do porządku przywołać. Jak to często się dzieje w takich razach, zginęło wielu ludzi po obu stronach (choć po stronie ludu więcej), a sporo z nich to były kobiety i dzieci, które z żadną wojną nie miały nic wspólnego. W końcu po kilku latach walk władca zdecydował się zakończyć batalię o miasto, co my znamy pod hasłem “bitwa o Aleppo“. Ale bez obaw – ja nie ciągle o tym samym, a tym razem o czymś innym 🙂
 Tym razem będzie o tym, że dzieją się na świecie dziwne rzeczy, które ciężko ogarnąć rozumem. Nastał teraz czas świąteczny, kiedy to słowa “rodzina” i “magia” odmienia się przez wszystkie przypadki, a pięknie wystrojone choinki wnoszą namiastkę hygge pod polskie strzechy. Jest jednak miejsce na ziemi, które jeszcze chwilę temu było na ustach niemal całego świata – Aleppo. Nie zanudzając nikogo – chodzi o to, że w Aleppo też są święta i połowa miasta kilka dni temu celebrowała zapalenie światełek na ogromnej choince stojącej na jednym z wielu zachowanych tam placów. W tym czasie kończyła się ewakuacja cywilów i rebeliantów z pokonanej przez prezydenta Asada drugiej połowy miasta. Ludzie ci cierpieli głód i pragnienie, często z braku dostępu do lekarzy i szpitali mieli nieopatrzone rany, byli zziębnięci. Jednocześnie ich rodacy z ulicy z naprzeciwka szykowali choinki, kupowali prezenty i żyli (prawie) normalnie. Informacja ta dotarła do mnie wczoraj i prawdę mówiąc zbiła mnie z pantałyku. Oto ja, przejęta Polka, pisząca na ten temat w swoim skromnym zakresie, wpłacająca datki na PAH i UNICEF, tyle kilometrów dalej mam wyrzuty sumienia, że nic więcej nie mogę zrobić, podczas gdy tam połowa miasta przygotowuje się do świąt!
 
Jak zwykle zamiast krytykować kogokolwiek wolę postarać się go zrozumieć… i nie mogę. Ludzi na świecie jest mnóstwo, może nawet za dużo. Różnimy się niemal wszystkim – płcią, wyznaniem, orientacją, poglądami, statusem społecznym, językiem, historią itp. Łączy nas jedno – przynależność do rodzaju ludzkiego. Czemu więc jesteśmy w stanie tak dalece się zapamiętać w religii, uwielbieniu dla przywódcy czy polityce, że zapominamy o drugim człowieku? Jak to możliwe, że wielokrotnie krytykowani za bezczynność i niefrasobliwość “ludzie Zachodu” bardziej się angażują w pomoc Syryjczykom ze zniszczonej, zbombardowanej i zrównanej z ziemią połowy Aleppo, niż mieszkańcy tej niezniszczonej, niezbombardowanej i niezrównanej z ziemią drugiej połowy Aleppo?
 
Po trosze staram się to zrozumieć – są przeciwni rebeliantom, którzy też ich atakują, zabijają ich dzieci (choć skala jest nieporównywalna), więc odwrócili się od tych, którzy mieszkają na ich terenach. Choć to nadal to samo miasto, ci ludzie stracili w ich oczach człowieczeństwo, bo jego dostrzeżenie zagrażałoby życiu, zdrowiu i spokojowi ducha tej uprzywilejowanej połowy. Co więcej, święta by się raczej nie udały.
Wszystko to zgrało mi się dziwnie z obejrzeniem przejmującego thrillera “Kolonia”, który opowiada o miejscu zupełnie mi wcześniej nieznanym – o Colonii Dignidad, osadzie niemieckich imigrantów w Chile, w której niepodzielną władzę dzierżył były członek Hitlerjugend. Mieszkańcy Colonii stanowili pewnego rodzaju sektę, poddani byli niesamowitemu rygorowi, segregacji płciowej i wykonywali ciężkie prace rolne. Ich przywódca wykorzystywał swoją rolę m.in. przyznając sobie prawo do wykorzystywania seksualnego małych chłopców. Co więcej, w podziemiach osady torturowano i przesłuchiwano więźniów politycznych za czasów Pinocheta, jak również prowadzono eksperymenty medyczne i produkowano nielegalną broń. Wszystko za wiedzą i cichą aprobatą ambasady Niemiec w Chile. Zupełnie nieprawdopodobna sytuacja, znów pod hasłem “ludzie ludziom zgotowali ten los”. Wszystko to działo się w latach 60-70-tych XX wieku, ale dopiero w tym roku poinformowano, że zastępca tego przywódcy sekty nadal żyje w Niemczech i choć zasądzono mu wyrok więzienia, cieszy się wolnością.
 
Film trzyma w napięciu, przeraża i obrzydza, tym bardziej, że oparty na faktach. Po jego obejrzeniu zaczęłam się zastanawiać, jak to wszystko jest możliwe. Sekty, tolerowanie przemocy w imię dziwnie pojętego dobra danej grupy, nienawiść do członków tej czy innej mniejszości, odbieranie człowieczeństwa przeciwnikom politycznym/religijnym – to się dzieje cały czas, mimo niesamowitego rozwoju technologicznego i naszego przylepienia do smartfonów/tabletów/laptopów nadal pozwalamy na krzywdę jednych w imię drugich.
 
Myślałam, myślałam i wymyśliłam, że cały czas chodzi o władzę. O to, że większość społeczeństwa oddaje symboliczną władzę nad sobą danej grupie. O to, że każda jednostka, każdy z nas ma wybór, czy stanowi sam o sobie, czy pozwala innym na decydowanie o tym, co ma myśleć i jak spędzać wolny czas. Nawet w sytuacji granicznej – gdy chodzi o zdrowie/życie/dobrostan/przyszłość/teraźniejszość – cały czas każdy ma wybór. Wydaje mi się, że o tym zapominamy na rzecz lenistwa umysłowego – nie mam siły podejmować decyzji, niech ktoś zrobi to za mnie. Stąd już tylko krok do poddania się komuś. Tak się dzieje w małżeństwie, grupie znajomych, nie wspominając o polityce i kościele.

Nadeszły święta, większość z nas spotyka się przy stole, życzy sobie (oficjalnie) jak najlepiej i stara się pokazywać siebie w dobrym świetle. Nie wiem, czy jest szansa, że życzenia związane ze spokojem i pokojem kiedyś będą mogły się spełnić, ale wiem, że odkryłam swoją własną Amerykę. Wiem, że nie można pozwolić, by ktoś za nas decydował w sposób, który nam się nie podoba. Wiem, że nie można pozwolić, by czyjeś poglądy przysłaniały jego człowieczeństwo. Ten, który nas obraża, który nas atakuje, to nadal człowiek. To pewnie naiwność, ale tego właśnie sobie i Wam wszystkim życzę – żebyśmy nigdy nie zapominali, że wszyscy jesteśmy ludźmi.
 
Howgh!

Uwaga! Kontrola!

Odkąd tylko pamiętam moje życie naznaczone było właśnie tym. Już jako mała dziewczynka wiedziałam, że od tego zależy moje samopoczucie, bezpieczeństwo, „dobrostan”, możliwość realizacji planów. Miałam świadomość, że bez tego zginę, zniknę, a przynajmniej będę bardzo cierpieć. Zresztą nie byłam w tym przekonaniu osamotniona. Większość osób, a już na pewno kobiet/dziewczyn na to cierpi i często jest to przyczyną problemów w związkach, rodzinie czy relacjach towarzyskich. O czym mowa?
 
Kontrola – oto magiczne słowo. Ciągle słyszane „panuj nad sobą!” z biegiem czasu przekształca się w szeptane do siebie „tylko spokojnie, panuj nad sobą” wyrażające bardziej prośbę niż nakaz. Zaczyna się bardzo wcześnie, bo najczęściej od tak zwanego treningu czystości, czyli…nocnika. Dziecko biegające w pieluszce nie ma świadomości, że to, co się w niej znajduje może być przedmiotem jakichkolwiek emocji. Dopiero w trakcie nauki siadania na nocniku powoli zaczyna pojmować, że tak właśnie jest. Jak zrobisz siusiu do nocniczka – jesteś cacy. Jak zrobisz kupkę w majtki – jesteś be i fuj i do tego śmierdzisz. Nie wszyscy rodzice oczywiście są tak surowi, ale nader często to, czy dziecko umie się już załatwić do nocnika/toalety staje się przedmiotem oceny i krytyki. Potem jest już tylko gorzej.
 
Dziewczynki ogólnie mają przechlapane. Sprawy cielesne dla nich nie kończą się na kwestiach okołonocnikowych – potem jest jeszcze straszne słowo na „o”, czyli okres. Nie wiedzieć czemu, ma mocno rzucającą się w oczy barwę krwistej czerwieni, której widok wielu doprowadza do omdleń i mdłości. Cóż, natura tak chciała, że raz w miesiącu dziewczyny/kobiety się czerwienią, ale społeczeństwu nadal ciężko to zaakceptować. Nawet w tym tygodniu wyczytałam informację, że w Nepalu zmarła piętnastolatka w tzw. chacie odosobnienia – ciasnej klitce z gliny, w której (choć to nielegalne) dziewczyny mające okres i kobiety po porodzie muszą siedzieć, dopóki nie przestaną być „nieczyste”. Często zdarza się niestety, że taki okres – o zgrozo! – przecieknie, a wtedy wstyd, obraza uczuć religijnych i pełne odrzucenie społeczne. Dla nastolatki – koniec życia towarzyskiego, chyba że się postawi i nie przejmie.
 
Kobieca cielesność to czasem wyboista droga przez mękę. Seks (kobiecy wytrysk – fakt czy mit?), niekontrolowane reakcje ciała na bodźce, ciąża, poród, karmienie piersią – nasze ciała podlegają kontroli, ocenie, restrykcjom i standardom. Ba, nawet prawo stara się je kontrolować. A co, jeżeli sprawy wymkną się spod kontroli?
Nadmierna potrzeba kontroli to zjawisko, które może zrobić w życiu wiele złego. Wiedzą o tym DDA, wiedzą pracoholicy, perfekcjoniści czy tzw. nadopiekuńcze matki. Przekonanie o tym, że na wszystko można mieć wpływ, jak tylko człowiek się odpowiednio postara, wypacza patrzenie na świat i ludzi wokół nas, dając nam wyimaginowane berło i koronę, tylko niestety z mocno wyczerpanego papieru. Człowiek się zapętla, próbując pomóc innym w skierowaniu ich na odpowiednie tory wykoleja samego siebie. Chce kontrolować wszystko i wszystkich – fizjologię, pogodę, rozwój wypadków na świecie, partnera, dziecko, a nawet psa (choć to akurat jest PODOBNO możliwe). Jaki lek zaleca się na to dziwaczne schorzenie?
 
Jak pisze na swojej stronie niejaki jaras, jest to tylko i aż uznanie własnej bezsilności. To jak z alkoholizmem – żeby z niego wyjść, trzeba najpierw przyznać, że ma się problem. Tak to właśnie działa. Trzeba wykonać ogromną pracę, aby móc powiedzieć „ok, świat jest nieprzewidywalny, nie wiem, co się wydarzy, co spotka mnie i moich bliskich i nie mam nad tym kontroli. Jedyne, co mogę zrobić, to dbać o siebie i innych w swojej sferze wpływów i cieszyć się chwilą obecną, aby jej nie przeoczyć”. To jest straaaasznie trudne i cały czas uczę się tego, szczególnie mając pod opieką małe dziecko. Zaakceptowanie tego, że inni ludzie są…inni i chcą innych rzeczy niż ja to mały przewrót kopernikański na miarę moich możliwości. Uciekanie od siebie, aby pomóc innym – to pogrążanie się w nadmiernej potrzebie kontroli i droga donikąd. Jak pisze jaras, „posiadamy moc, by stać się tak małymi, jak nasza najbardziej ograniczona potrzeba lub tak wielkimi, jak nasze najbardziej wyzwalające marzenie. Prosty, ale bynajmniej niełatwy wybór, a dokonując go, kreujesz siebie.”
 
Im bardziej chaotyczny i przerażający staje się nasz świat, tym intensywniej rzucamy się w poszukiwaniu narzędzi kontroli. Rodzicielstwo bliskości jako lek na przemoc dookoła, hygge jako antidotum na nieczułe, zamknięte społeczeństwo, zdrowe odżywianie jako obietnica wolności od chorób i cierpienia. W naszym świecie dzieje się teraz wiele dziwnych rzeczy. Niepokoje polityczne, strajki, wojny, konflikty. Smutna prawda jest taka, że one niestety zawsze były, są teraz i będą w przyszłości. Banalna prawda z kolei jest taka, że niewiele na to można poradzić, ale niewiele to nadal więcej niż nic. Jak wiecie z mojego bloga, ja również staram się nie pozostawać obojętna na wiele zdarzeń/cierpień/możliwości zmiany na lepsze, ale ważne jest to, co potem i co w tak zwanym międzyczasie. Uczę się więc spać spokojnie, nie myśląc o tym, że od tego, czy coś zrobię czy nie zależą losy świata czy choćby mojego dziecka. Uczę się cieszyć chwilą obecną, bez lęku, że każdy następny moment może przynieść coś złego. Co mogę, to robię, a resztę uczę się odpuszczać. Trudne, ale wykonalne.

 

Da się?