Audrey Cafe

Badaj się i żyj!

Lato tego roku było gorące i duszne. Oboje mieliśmy dużo pracy, zajmowaliśmy się swoimi sprawami. Niemal co dwa tygodnie jeździliśmy na wschodnie rubieże kraju, skąd wywodzi się mój wtedy-jeszcze-nie-mąż. Odwiedzaliśmy jego rodziców, pomagaliśmy i korzystaliśmy z darmowej garkuchni 😉 Takie słoiki na wyjeździe. Był piątek, planowaliśmy więc wieczorny wyjazd do G., a ja kończyłam jeszcze ostatnie zadania w pracy. Nagle zadzwonił telefon – to był on, mój wtedy-jeszcze-nie-mąż z hiobową wieścią, którą oznajmił stalowym głosem – u mamy wykryli guza.

Niewiele jest w życiu rozmów telefonicznych, które naprawdę mają znaczenie i zmieniają życie. Najczęściej rozmawiamy o niewiele znaczących pierdołach, między wierszami rzucając prawdziwe wyznania. Ta rozmowa zmieniła nasze życie, i kilku innych osób też. Zatem na zwykłym USG, wykonywanym jednak po długiej przerwie, zobaczono guza. Był duży, umiejscowił się w jajniku i wcale się nigdzie stamtąd nie wybierał. Pierwszy odruch – eee, to nie może być rak. Drugi odruch – doktor Google. Trzeci odruch – jedziemy tam z sercem w przełyku i rzucamy się w wir radzenia sobie z nową sytuacją. Szukanie znajomych lekarzy, pielęgniarek, załatwianie miejsca w szpitalu na dodatkowe badania, a w końcu konsultacje dotyczące ścieżki leczenia i mnóstwo logistyki. Diagnoza brzmiała – złośliwy nowotwór jajnika. Złośliwy również dlatego, że bardzo trudno wykrywalny. Najczęściej objawia się spuchniętym brzuchem i niezbyt nasilonymi dolegliwościami ze strony układu pokarmowego. Kto normalny (i laik) rozpozna po takich objawach, że coś się dzieje niedobrego, szczególnie, gdy kobieta jest nieco hm okrąglejsza? Wykrywany jest najczęściej późno właśnie dlatego, jak również z małego, łatwo usuwalnego powodu – braku rutynowego usg podczas wizyt u ginekologa oraz regularnych wizyt takowych w wykonaniu pań w wieku tzw. okołomenopauzalnym.

Mama mojego wtedy-jeszcze-nie-męża od chwili diagnozy przeszła długą i niełatwą drogę. Przez cały czas jej towarzyszyliśmy, co na pewno było dla niej źródłem siły. Droga ta przebiegała przez kilka operacji, sporo chemii, wiele leżenia w łóżku i walki z samą sobą, żeby się zmobilizować i wstać, mnóstwo zwątpienia, ale i ogromną wolę życia. Potem odbudowywanie życia, powrót do tzw. normalności, definiowanie siebie na nowo. Od chwili tej pamiętnej rozmowy telefonicznej minęło już ponad pięć lat, więc – fingers crossed – można powiedzieć, że nastał spokój. Każde badanie profilaktyczne jednak jest stresem i pewnie nim pozostanie.

Nie zawsze jest też tak jak w filmach i książkach – że choroba zmienia całe życie i sprawia, że człowiek przechodzi wewnętrzną metamorfozę, od tej pory stając się pozytywnym, spełniającym się aniołem. O nie, brutalna prawda jest taka, że człowiek najczęściej pozostaje sobą, ale o wiele bardziej doświadczonym i przy odrobinie szczęścia nieco pozytywniej nastawionym do życia. Wyobrażenia ludzi zdrowych o tym, co choroba potrafi zrobić z człowiekiem, kończą się na bramie szpitala. Często dzieje się tak, że dotychczasowi znajomi przestają dzwonić, a jedynie najwytrwalsi odwiedzają w szpitalu. Nierzadko też kobieta chora z powodu swojej “kobiecości” (jajniki, macica, piersi) wstydzi się diagnozy, bo jest to dla niej pewna degradacja, szczególnie gdy niezbędna jest operacja pozbywającą ją narządów stricte kobiecych.

Chora kobiecość

Znacie jakieś chore kobiety? Jeżeli nie, to szczerze Wam zazdroszczę. Wokół mnie są i dziewczyny, i panie, które teraz lub w jakimś niezbyt oddalonym momencie życia cierpiały/cierpią z powodu nowotworów lub stanów przedrakowych. Wszystkie jednak walczą i to heroicznie, mając w pamięci portrety swoich dzieci, czekających na nie w domu. Chorująca kobieta walczy podwójnie – walczy z chorobą i o to, by pozostać kobietą. Nasz świat bardzo ostro definiuje kobiecość, skupiając się najczęściej na warstwie fizycznej. Dlatego też tak trudno jest znieść brak włosów, utratę piersi czy wycięcie przydatków. Często są to jednak elementy konieczne do powrotu do zdrowia, a więc kobiety przechodzą przez to z podniesioną głową i wsparciem, bo bez niego niewiele z nich dałoby radę.

Kobieto, badaj się i żyj!

Dziś Dzień Dziecka. Piękne święto, które lubią chyba wszyscy. Jest to też dzień, którego nie dałoby się świętować, gdyby nie było kobiet 😉 W związku z tym chciałabym zaapelować do wszystkich kobiet, bez względu na wiek, poglądy, stan cywilny, pracę i pasję – BADAJ SIĘ I ŻYJ! Truizmem jest już powtarzane wszędzie hasło, że rak wcześnie wykryty jest uleczalny, ale to prawda! Często też wczesne wykrycie pozwala na bardziej oszczędzające leczenie, a co za tym idzie większy komfort życia. Czy tego chcemy, czy nie, nowotwory są już naszą chorobą cywilizacyjną, więc jeżeli cywilizacja ma przetrwać, kobiety muszą o siebie zadbać! Chodźmy do lekarzy, bądźmy namolne, róbmy badania profilaktyczne we własnym zakresie, dmuchajmy na zimne i zachęcajmy do tego swoje mamy/ciocie/babcie/siostry/koleżanki/córki.

Rak szyjki macicy, tak jak i rak jajnika, potrafi się rozwijać nawet pięć-dziesięć lat. To sporo czasu na wykonanie badań, prawda? Dlatego tak ważne jest, aby robić je regularnie, minimum raz w roku! Wymóc na lekarzu cytologię, USG piersi i “wnętrza”, morfologię krwi. Jeżeli chcemy, żeby nasze dzieci jak najdłużej były dziećmi (w zdrowym tego słowa znaczeniu ;)), bądźmy jak najdłużej ich mamami. Jeżeli nie chce nam się tego robić dla siebie – zróbmy dla innych. Zadbajmy o siebie, badajmy się i żyjmy jak najdłużej i najpełniej. Nikt za nas tego nie zrobi…

Wpis powstał w ramach akcji “Nie wstydzę się być kobietą”

Zjadanie zwierząt – i co dalej?

Jem mięso. Jem nabiał. Jem ryby. Jestem wszystkożerna. Czuję jednak, że to się zaraz zmieni, a wszystko za sprawą książki, która wpadła w moje ręce i przeczytana z zapartym tchem postanowiła sforsować przeszkody zbudowane z mojej hipokryzji i chęci czucia się lepiej ze sobą, a następnie zrewolucjonizować moją lodówkę. Chodzi oczywiście o tytułowe “Zjadanie zwierząt” i wnioski płynące z tej lektury, których nie da się już “odwyciągnąć”. A to było to tak…

Moja “mięsna” historia

W czasach, w których dorastałam mięso było luksusem, rzadkością, wyjątkiem od reguły. Trudno je było dostać, było drogie i często nie grzeszyło świeżością. Potem przyszła normalność, a wraz z nią mięso na talerzu często, w różnych odmianach i bez okazji. O pięknym zapachu, apetycznym wyglądzie, sycące – trudno było go nie lubić. W końcu przyszły lata nastoletnie, a wraz z nimi pewna, nieco zwichrowana forma buntu, która zawierała w sobie między innymi zdanie sobie sprawy z tego, skąd bierze się mięso. Wcześniej odpowiedź była oczywista – z mięsnego, ale skąd tam? Zaczęłam drążyć, czytać, oglądać i…sparaliżowało mnie. Zwierzęta cierpią, żeby nam było dobrze, a niewiele z tego mają. Niemal z dnia na dzień stałam się wegetarianką, ale bez pomyślunku – po prostu odstawiłam mięso, niczym wartościowym go nie zastępując, więc po kilku miesiącach przyszło ogromne osłabienie i diagnoza – ostra anemia. Chcąc nie chcąc wróciłam do mięsa, starając się jakoś równoważyć to datkami na organizacje broniące praw zwierząt itp. Był to pewien kompromis zawarty z samą sobą.

Na filozofii niewiele mówi się o zwierzętach, ale w ramach pisania pracy magisterskiej zajęłam się m.in. ich tematem. Czytałam sporo Singera i choć nadal z większymi lub mniejszymi przerwami jadłam mięso, sercem byłam wege. Co z tego? Cóż, mówi się, że gdyby rzeźnie i ubojnie miały szklane ściany, wszyscy zostalibyśmy wegetarianami, ale co z oczu, to z serca, więc zgniły kompromis trwał nadal. Po kilku materiałach wideo i badaniu tematu “rzuciłam” wieprzowinę i wołowinę, o czym pisałam tutaj. Tak było aż do teraz, bo teraz nadchodzi rewolucja…

“Zjadanie zwierząt”

W książce Foera najbardziej podoba mi się to, że autor do niczego nie namawia. Traktuje czytelnika inteligentnie – po prostu przedstawia mu fakty, duuuużo faktów i namawia do dokonywania wyborów. Liczba mnoga jest tu adekwatna, gdyż nie wystarczy podjąć jakiejś decyzji raz – trzeba umieć ponieść jej konsekwencje i tak naprawdę podejmować ją ciągle od nowa. A jakie są fakty?

Człowiek jest istotą wszystkożerną. Jednocześnie jako jedyne zwierzę nie musi jeść mięsa, aby przeżyć. Jedynie 8% Polaków to wegetarianie i weganie.

Od lat 50-tych XX wieku na świecie zapanował przemysł mięsny, to znaczy dokonało się przejście od małych zagród i niewielkiej produkcji do chowu przemysłowego i nastawienia na zysk.

Polska jest największym producentem mięsa drobiowego w Europie, a statystyczny Polak zjada rocznie ok. 40 kg wieprzowiny i 27 kg drobiu.

Chów przemysłowy – jak sama nazwa wskazuje – jest odhumanizowany. Tylko 1% produkcji mięsa na świecie odbywa się w małych gospodarstwach, gdzie zwierzęta wiedzą, jak wygląda niebo, słońce i stado i mogą żyć w miarę normalnie. Pozostałe zakłady to brutalność, ścisk, choroby, smród i brak higieny. Aby mieć tego lekki przedsmak, wystarczy spojrzeć na ofertę jednej z polskich firm produkujących maszyny i urządzenia dla przemysłu mięsnego. Znajdziemy w niej np. przepędy, boksy głuszenia, oparzelniki, szczeciniarki, a są jeszcze głuszacze, noże ubojowe, oparzalniki drobiu, skubarki belkowe i kontrrotacyjne, obrywacze głów, myjki tuszek, wyczepiacze łap, kotły obrotowe do uboju rytualnego itp. Mało? Są jeszcze np. maszyny do mielenia zbyt małych kurcząt, które traktuje się jak odpad. Liczy się zysk, szybkość i efektywność.

Zasadniczo polskie prawo mówi, że zwierzę nie jest rzeczą i nie powinno mu się zadawać cierpienia. Z drugiej jednak strony to samo prawo, jako jedyne w Unii Europejskiej, nie zabrania obcinania młodym prosiakom zębów i ogonów oraz ich kastrowania bez znieczulenia.

Chów przemysłowy oznacza również ogromne zanieczyszczenie środowiska. Szkody związane z tzw. przyłowem (gdy łowi się krewetki, zarzuca się wielką sieć i wyławia wszystko, co do niej wpadnie. Poza krewetkami resztę – już martwą z powodu braku wody i tlenu – wrzuca się z powrotem. Najczęściej stanowi ona cenne organizmy morskie.), problem z utylizacją odchodów i martwych zwierząt nienadających się do uboju, ogromne zużycie nawozów, zajmowanie gleby pod uprawy paszowe, zamiast “ludzkie”, emisja metanu i dwutlenku węgla do atmosfery… Można wymieniać i wymieniać.

 Co dalej?

Zjadanie zwierząt jest powszechne, uważane za normalne i zdrowe. Posiadanie zwierząt domowych i ich niezjadanie również jest uważane za w miarę normalne, a nawet zdrowe. Dzieci uwielbiają zwierzęta i nie podejrzewają, jaką nieprzyjemną niespodziankę szykują im rodzice – te same śliczne świnki z ilustracji w bajce zjadają w formie kotleta, a kaczki karmione w parku potrafią przybrać formę pieczoną z jabłkiem. Ten dysonans bardzo mi przeszkadza, bo wiem, że za chwilę i moje dziecko zacznie powoli rozumieć, o co chodzi i jeżeli niczego nie zmienię, nie wiem, jak mu się wtedy wytłumaczę.

Przemysł mięsny jest faktem. Jak mówi Foer, “ludzi określają ich wyrzeczenia”. On sam przeszedł na wegetarianizm, gdy urodził mu się syn. Jemu ten dysonans również przeszkadzał. Uważa bowiem, że jedzenie mięsa jest uzasadnione obecnie jedynie w krajach rozwijających się. Kraje rozwinięte, dotknięte epidemią otyłości i nowotworów, wyszłyby zdrowo i dobrze na przejściu na wegetarianizm.

Tak naprawdę większość z nas wie lub podejrzewa, jaką drogę zwierzę musi przejść od hodowli do talerza, ale tylko najwytrwalsi dążą do prawdy. Jakie decyzje mamy do wyboru?

  • Jeść nadal mięso, ignorując rzeczywistość jego produkcji i ciesząc się pysznym smakiem
  • Jeść mięso tylko od małych hodowców, którzy przestrzegają zasad etyki i higieny (baaardzo trudne, bo w Polsce króluje chów przemysłowy, ale przy sporym wysiłku wykonalne. No i drogie)
  • Ograniczyć mięso, starając się przestrzegać zrównoważonej diety i równoważąc ewentualne wyrzuty sumienia działaniem na rzecz zwierząt
  • Zrezygnować z mięsa i w poczuciu moralnej wyższości uczyć innych, że są inne sposoby odżywiania
  • Zrezygnować z mięsa i zostać wegetariańskim bojownikiem

Każdy ma swoje sumienie i co dzień podejmuje wybory związane z dietą. Jeść nie możemy przestać, ale znając fakty i wkładając nieco wysiłku w planowanie i gotowanie możemy zmienić sposób odżywiania, życia, a może nawet zmienić świat?

Smacznego!

3 najlepsze prezenty dla mamy

Pewnie większość z Was pamięta, że zbliża się Dzień Mamy. Od dwóch lat mam przyjemność również go obchodzić i choć moje dziecko nie wie jeszcze, o co chodzi, czuję się wtedy szczególnie, nawet bez Ptasiego Mleczka 😉 Pamiętam też wtedy o mojej Mamie, którą od czasu narodzin malucha doceniam jeszcze bardziej, wciąż zastanawiając się, jak Ona dawała radę bez pampersów 🙂 Nie da się więc ukryć, że Dzień Mamy jest szczególny i warto go dobrze “obejść”, ale tym razem może bez pójścia na skróty? Bez badziewnych bombonierek i siedemnastego romansidła, a za to z trzema super-wymarzonymi-upragnionymi prezentami?

1. Czas

Towar, który większość z nas ma w deficycie i mimo jego szczególnej wartości, często po prostu marnuje. Prawda jest taka, że mamy idealne nie istnieją i każdej można coś zarzucić. Jedna nadopiekuńcza, druga nie dość zainteresowana, trzecia wścibska, czwarta zapracowana itp. itd. Nie każdy z nas mógł się też cieszyć tak zwanym szczęśliwym dzieciństwem, ale wszyscy zawdzięczamy naszym mamom życie (wiem, że banał, ale czy ktoś zaprzeczy?). Jeżeli więc mamy (!) je jeszcze pod ręką, nie zmarnujmy tego czasu, który nam został. Kiedy dorastamy i stajemy się już “prawdziwymi” dorosłymi, wciąga nas życie. Praca, obowiązki, przyjemności, rozrywki – czasu dla rodziców zostaje baaardzo mało, a to właśnie wtedy oni zaczynają nas potrzebować. Często mają wrażenie, że nas już nie znają, nie nadążają za naszym życiem, wyborami, nierzadko sprzecznymi z ich przekonaniami. Cóż, jak świat światem młodzi musieli się buntować, ale po buncie przychodzi taki moment, kiedy można nauczyć się doceniać to, co się w domu rodzinnym dostało.

Kiedy praca idzie nam nieźle i poprawia się nasza sytuacja finansowa, często mamy tendencję do “zaprezentowywania” braku naszej obecności. Im większe wyrzuty sumienia, tym droższy prezent – sprawdza się zawsze 😉 Odbębnianie niedzielnych obiadków też często nie przynosi takiej jakości, jakiej byśmy chcieli, warto więc choć z okazji Dnia Mamy dać swojej mamie…czas.

Jeżeli mama jest daleko, to może być rozmowa telefoniczna, ale bez “przeszkadzajek” – radia w tle, nie w samochodzie czy podczas spaceru z psem. Po prostu prawdziwa rozmowa. A jeżeli mama jest bliżej? Cóż, wachlarz możliwości jest ogromny. Spacer, zakupy, kawa, teatr, kino, dłuższe odwiedziny, a nawet dzienne SPA – ile mam, tyle propozycji. Najważniejsze, żeby zrobić coś razem i  czerpać z tego przyjemność, nie bawiąc się już w psychoanalizy i rozdrapywanie ran.

2. Uważność

Kiedy tak naprawdę dostrzegliście swoją mamę? Kiedy ostatnio popatrzyliście jej w oczy i spytaliście, czy jest szczęśliwa? Kiedy się przytulaliście? A kiedy ostatnio podczas rozmowy telefonicznej naprawdę słuchaliście, co mówi, bez nerwowego potakiwania i przewracania oczami? No właśnie. Często się zdarza, że mimo bycia z mamą lub blisko niej tak naprawdę jej nie widzimy lub nie chcemy widzieć. Rzadko staramy się ją zrozumieć, za to doskonale potrafimy oceniać. Nierzadko one same nas tego nauczyły, ale teraz przecież jesteśmy dorośli i od nas zależy, jak będziemy je traktować.

Uważność względem drugiego człowieka to w ogóle cenny prezent, a dla mam już szczególnie. Nie widujemy się teraz często, rzadziej rozmawiamy, a czas ucieka i jest go coraz mniej. Może więc kiedy już się zobaczymy, warto naprawdę popatrzeć na mamę i chcieć ją lepiej poznać? Co ją teraz smuci, a co cieszy? Czego jej brakuje? Jak chciałaby spędzić wakacje? Czy dobrze się czuje? Dużo tego jest, a każda informacja na wagę złota.

3. Badania profilaktyczne

Nie wiem, jak Wy, ale ja mam w gronie znajomych kilka osób, które niestety straciło swoją mamę zbyt wcześnie z powodu choroby, najczęściej nowotworu. Dla każdego dziecka strata mamy to szok i rana, która się może jedynie zabliźnić, ale nie zupełnie zagoić. Rak stał się chorobą cywilizacyjną, a my jako prawdziwi orędownicy cywilizacji poddajemy mu się, choć tak być nie musi. Wiecie, że codziennie pięć Polek umiera na raka szyjki macicy? A rak ten potrafi rozwijać się w ciele 5-10 lat, ile więc badań profilaktycznych można przez ten czas zrobić? Całe dzikie mnóstwo!

Z moich obserwacji wynika, że z większością kobiet po menopauzie dzieje się coś dziwnego, jak by przestawały być kobietami, a były już tylko mamami-babciami-emerytkami-pracownicami-klientkami. Tymczasem kobiecość zapomniana i niepielęgnowana może się brzydko zemścić. Coroczna wizyta u ginekologa dla każdej kobiety powinna być normalnością, a nie niewygodnym zadaniem do wykonania. Polki rzadko się badają, przez to chorują i umierają lub ich jakość życia znacznie spada, a onkolodzy ze Szwecji przyjeżdżają do nas oglądać, jak wygląda zaawansowany rak szyjki macicy!

Mamo, idź się zbadaj. To nie boli, nie kosztuje i trwa chwilę. Idź do ginekologa, zrób cytologię, zbadaj piersi. To żaden wstyd! Za to świadczy o mądrości i prawdziwej miłości do swoich dzieci, bo one przecież przede wszystkim chcą mieć mamę jak najdłużej. Córko, badaj się też i zaciągnij swoją mamę do ginekologa, jeżeli nie chce iść sama. Namawiaj, męcz, nudź, ale bądź skuteczna! Dość już ludzi cierpi z powodu nowotworu, po co powiększać to grono?

Wpis powstał w ramach akcji Nie wstydź się być kobietą, organizowanej przez Asię Maję z bloga http://mynaswoim.pl/

Powyższa grafika jest autorstwa Magdy z bloga http://www.rudoroz.pl Malowana ręcznie akwarelami!

5 rzeczy, których nauczyła mnie moja mama

Życie mamy to nie bułka z masłem, oj nie. Najpierw nie zawsze łatwo jest nią zostać, potem niełatwo nią być, następnie niełatwo z nią być, a na koniec trudno z nią nie być. Koło życia zaczyna się kręcić dzięki mamie (no wiem, że tacie też, ale to innym razem) i czy tego chcemy czy nie, jeżeli odchodzi zbyt wcześnie – wszystko się zmienia. Kiedy zobaczyłam upragnione dwie kreski na teście ciążowym, mimo ogromnego oczekiwania na tę chwilę, miałam bardzo sprzeczne uczucia. Czułam, że wszystko się zmieni, choć moja dusza miłująca intelekt postanowiła za wszelką cenę uczynić te zmiany pozytywnymi. Cóż, raz jest lepiej, raz gorzej, ale najważniejsze, że jest 🙂 Jednak kiedy zostaje się mamą, dzieje się jeszcze jedna rzecz – wszystkie skargi i zażalenia względem własnej mamy podlegają weryfikacji. Każda z nas ma swój styl macierzyństwa, który chcąc nie chcąc jakoś zderza z tym, jak sama została wychowana. Czasem chcemy czegoś zupełnie odwrotnego, czasem podobnego, ale zawsze mama pozostaje punktem odniesienia. Często piszę się o “nich” krytycznie, odsądzając od czci i wiary, tym razem więc zabieram się za temat od pozytywnej strony. Stąd dzisiejszy post. Oto 5 rzeczy, których nauczyła mnie moja mama.

1. Jeżeli się kocha, wszystko jest możliwe.

To akurat było o miłości do dziecka, ale myślę, że zasada ta jest uniwersalna. Jeżeli się kocha, można wiele przetrwać, wiele zrobić i dać z siebie, bo czuje się sens tego działania. Jeżeli się kocha, żadna wymówka nie jest dość silna, a żadna przeszkoda na tyle duża, żeby uniemożliwić bycie/życie z bliską osobą czy pomoc jej. Jeżeli się kocha, żadna odległość nie jest zbyt wielka, by nie przemierzyć jej w ten czy inny sposób. Jeżeli się kocha, wszystko się da zrobić.

2. Trzeba pielęgnować swoje talenty.

Choć moja mama dość późno odkryła swoje talenty i niektóre zainteresowania, to wybuchły one z taką siłą, że zaskoczyło to nawet mnie 🙂 Dzięki Jej pomocy mogłam też pielęgnować swoje uzdolnienia jako mały dzieciak, co doprowadziło mnie do miejsca, w którym teraz jestem, a w którym mogłabym się nigdy nie znaleźć, gdyby mnie do tego nie zachęcała. Zawsze będę Jej za to wdzięczna. Teraz z kolei ja patrzę na nią z niekłamaną zazdrością, jak szaleje po świecie realizując swoje – niektóre świeżo odkryte – pasje i daje mi to ogromną motywację, żeby dbać i o swoje talenty.

3. Starzenie to stan umysłu.

Może to kwestia genetyczna, a może przypadkowa, ale moja mama “starzeje się” zupełnie inaczej niż Jej mama, a moja babcia i fakt ten napawa mnie ogromnym optymizmem. Przede wszystkim dzięki dobremu zdrowiu (odpukać ;)) mama jest nadal mocno aktywna zawodowo, a co więcej realizuje swoje pasje, podróżuje i utrzymuje intensywne kontakty towarzyskie (czasem mam wrażenie, że nawet bardziej niż ja!). Dzięki temu nie czuje się staro i to bardzo pozytywnie działa na jej wygląd zewnętrzny. Marzę o tym, żeby starzeć się w ten sposób i cieszę się, że mogę się od Niej tego uczyć.

4. Trzeba mieć w życiu zasady, ale czasem warto je łamać.

To rzecz istotna chyba dla każdej mamy – w końcu to my jesteśmy odpowiedzialne za przekazanie dzieciom systemu wartości, z którym one potem będą się musiały zmierzyć w okresie buntu. Jedynie rodzic z silnym poczuciem tego, co jest dobre, a co złe, może przewodzić dzieciom i sprawiać, że będą one umiały potem powiedzieć “nie”, gdy będą tego chciały. Nawet jeżeli będzie to oznaczać powiedzenie “nie” również własnym rodzicom. Dziś już wiadomo, że dzieci nie są od tego, by zaspokajać zachcianki i potrzeby rodziców, ale w mojej rodzinie musieliśmy sami do tego dojść metodą prób i błędów. Nie było jeszcze Juula ani hygge, każdy szukał po omacku tego, co mu pasuje. Szczęśliwie dotarliśmy do tego momentu, w którym każdy funkcjonuje niezależnie, ale mimo to nie w oderwaniu. Czasem warto łamać zasady, ale koniecznie trzeba je mieć i to jest dla mnie cenna nauka.

5.  Myślenie pozytywne działa…

…czasem tylko na samopoczucie myślącego, ale to już coś. Nauczyłam się tego od mamy podczas licznych dziecięcych kłopotów zdrowotnych i szkolnych, które przechodziłam pod jej okiem. To ona mówiła zawsze, żebym nie myślała o tym, co może pójść źle, a zamiast tego wyobrażała sobie, jak będzie fajnie. Wiele lat potem potwierdziły mi to liczne lektury i badania naukowe, więc coś jest na rzeczy 🙂 Teraz, kiedy czeka mnie trudna sytuacja lub na czymś bardzo mi zależy, staram się stosować pozytywne wizualizacje i nawet, jak się nie udaje, to mniej boli. Warto pamiętać, że choć niektóre zdarzenia są poza naszym wyborem, zawsze mamy wybór naszej reakcji na nie, i to też jest cenna lekcja. Dzięki temu łatwiej sobie radzić z problemami dnia codziennego.

Życie mamy to nie bułka z masłem. Czasem zdarza się sucha kromka chleba, a czasem pudełko czekoladek, więc warto w każdej sytuacji szukać pozytywów. Samo bycie mamą to ogromny przywilej i staram się pamiętać o tym w trudnych chwilach. Kiedy takie zdarzają mi się z moją mamą w tle, pamiętam, że to, iż jest z nami i dobrze sobie radzi jest również ogromnym przywilejem. Doceniam to i staram się dbać o naszą relację.

A jakie są Twoje najważniejsze rzeczy, które przekazała Ci mama?

Konkurs na żonę w Audrey Cafe

…czyli rozdawnictwo w nowym wydaniu? Niestety, nie tym razem 🙂 Tym razem będzie to opowieść o moim romansie z…literaturą kobiecą. No dobra, wszyscy wiemy, że nie chodzi w niej o przeżycia duchowe, a o romantyzm, przyjemność estetyczną i nieco pieprzu. Nie należy jednak przeceniać wartości tzw. chick lit, ponieważ jej popularność i umiejętność docierania “pod strzechy” daje jej spory wpływ na czytelniczki i kształtowany obraz związków damsko-męskich. Są to pozycje raczej lekkie, dość łatwe i w miarę przyjemne i zazwyczaj po nie nie sięgam, tym razem jednak było nieco inaczej. Zaintrygowana bowiem tytułem książki, o której będzie mowa nawiązałam kontakt z Wydawnictwem Publicat i otrzymałam od niego egzemplarz recenzencki. Zapraszam więc na krótką podróż po prozie Beaty Majewskiej.

Nie oceniam książki po okładce, ale taki prezencik nie może się nie spodobać 🙂

Książka Beaty Majewskiej “Konkurs na żonę” to opowieść o pewnym zblazowanym, bogatym mężczyźnie, którego wujek zapisuje mu w testamencie swój majątek pod warunkiem, że ten do trzydziestki ożeni się i spłodzi dziecko. On oczywiście nie ma wyjścia i na to przystaje, bo majątek jest nieprzyzwoicie obfity, a i warunek nie taki najgorszy do zniesienia. Choć czuje się “pusty w środku” i jest pewny, że się nie zakocha, z pomocą przyjaciela rozpoczyna poszukiwania żony. Odbywają się one na uniwersytecie, ponieważ – uwaga, tu punkt dla wszystkich książkoholiczek – według jednego z bohaterów “najlepszą kandydatkę na żonę znajdziesz w bibliotece albo kręcącą się przy dzieciach czy pracującą jako wolontariuszka w fundacji”. Czytając te słowa śmiesznie się poczułam, bo w pewnym momencie życia spełniałam wszystkie te warunki, więc wzięłam to nieco do siebie – najlepsza kandydatka tu oznacza “cichą, spokojną, ułożoną i niezmanierowaną młodą dziewczynę”, przeciwstawioną “preferującym swobodny styl życia singielkom, uprawiającym fitness, clubbing i seks bez zobowiązań pięć razy w tygodniu (…)”. No cóż, odrobina męskiego szowinizmu nie zaszkodzi, więc witaj, Panie Szary (Mr Grey) 😉

Nasz bohater ogłasza więc na uczelni konkurs na artykuł, w którym jedną z nagród zdobywa główna bohaterka, skromna dziewczyna z podtarnowskiej wsi. Spotykają się przy odbiorze nagrody, ją trafia grom z jasnego nieba, a jego myśl, że z nią się uda spełnić warunki wujka. Po trzeciej randce (!) on ją prosi o rękę, a ona się zgadza. Tutaj jednak kurtyna jeszcze nie spada, bo po drodze bohaterowie napotykają wiele przeciwności losu, aż wystarczy na kolejne tomy (bo zakończenie jest nierozstrzygające, więc pewnie będzie kontynuacja). Czy wszystko prowadzi do szczęśliwego finału? Nie wiem. Czy opowieść jest dość schematyczna i momentami krzywdząca poprzez postrzeganie bohaterów przez pryzmat stereotypów na ich temat? Tak. Czy jest w tej książce coś, co mnie do niej przyciąga? Owszem.

Idealne majowe popołudnie

Co mi się podoba w “Konkursie na żonę”?

Pewnie to zaskakujące, ale podobają mi się bardzo ładnie i zręcznie opisane sceny…seksu. Tak jest, oto ja, mamuśka, której podoba się czytanie o seksie 😉 A co, niech rzuci kamieniem ta, która nie lubi chociażby o “tym” czytać. W literaturze kobiecej pełno jest takich scen, ale nie zawsze są one dobrze napisane. Przez to np. ominęła mnie historia z Greyem – nie mogłam zdzierżyć tragicznego języka, jakim cała saga została napisana. Tu wszystkie sceny tego typu, czy to zbliżenia, czy kontaktu cielesnego ogólnie (same sobie dopowiedzcie, o co chodzi) są zręczne, zmysłowe i działające na wyobraźnię.

Podoba mi się ewolucja głównej bohaterki – od niewinnego, naiwnego i skromnego dziewczątka do świadomej swojej siły i wartości kobiety, bez sprzeniewierzania wyznawanych poglądów i kodeksu etycznego. Podoba mi się też proces jej rozbudzenia seksualnego (znowu ;p) – od dziewicy do namiętnej kobiety. Mało można znaleźć pozycji w literaturze, które by opisywały to przejście w sposób elegancki i…wiarygodny. Ja jej wierzę i mi to pasuje.

Podoba mi się także pokazanie kobiecej siły – w książce sporo jest samotnych matek, które z różnych przyczyn musiały same zająć się potomstwem. Zawsze miały przy tym wsparcie innych kobiet, i choć wolałabym, żeby w literaturze obraz mężczyzny odchodzącego nie był tak częsty (czytaj: wierny rzeczywistości), to doceniam ten akcent.

Co jeszcze zwróciło moją uwagę w “Konkursie na żonę”?

Całkiem niespodziewanie autorka porusza temat, który ostatnio dość żywo był dyskutowany i przyznam szczerze, że nie wyrobiłam sobie jeszcze jednoznacznego poglądu w tej sprawie. Otóż chodzi o tzw. stealthing. Cóż to jest? Ni mniej, ni więcej, tylko zdejmowanie przez mężczyznę prezerwatywy w czasie stosunku BEZ wiedzy i zgody partnerki. Niedawno pewien szwajcarski sąd uznał taką sytuację za gwałt. W polskim prawie tematu nie ma, ale to nie znaczy, że nie ma problemu. Sam proceder wydaje mi się obrzydliwy, okrutny i głupi. Nie tylko naraża kobietę (lub hm mężczyznę) na choroby przenoszone drogą płciową, ale również na niechcianą ciążę. W sieci można znaleźć następujący tekst pewnego mężczyzny na ten temat:

To męski instynkt, wystrzelić spermę w kobietę. Nie powinien być nigdy pozbawiony tego prawa. Gdybym był kobietą, moim obowiązkiem byłoby rozchylenie nóg i pozwolenie na to, by facet we mnie skończył, kiedy tylko ma na to ochotę.

za portalem polki.pl

Hello! Mam nadzieję, że nie tylko ja dostrzegam obrzydliwość takiego podejścia i nigdy nie chciałabym mieć do czynienia z takim partnerem. Nadal mam jednak wątpliwość, czy taki czyn można uznać za gwałt (w świetle prawa oczywiście). Wracając jednak do “Konkursu na żonę” – tam dochodzi do takiej sytuacji i to mnie bardzo zaskoczyło, bo zdarzenie to nie jest w żaden sposób oceniane, a wręcz, gdy bohaterka orientuje się po jakimś czasie (gdy test ciążowy okazuje się pozytywny), co się stało, najpierw się trochę irytuje, ale potem wybacza i przechodzi nad tym do porządku dziennego. Rozumiem, że dziewczyna jest skromna, dobra i jednoznacznie pozytywna, ale jej reakcja mimo wszystko pozostaje dla mnie niepojęta. Moim zdaniem nawet onieśmielona swoją dynamicznie zmieniającą się sytuacją dziewczyna ze wsi nie potraktowałaby takiego czynu lekko, tym bardziej, że jest na studiach, nie chciała jeszcze mieć dziecka i nikt nie pytał jej o zdanie. Ujęcie tego w romansie w taki sposób nadaje mu jednak nieco inny rys, gdyż sprawia, że nie jest to już słodka historia o miłości, ale wzbudzająca emocje opowieść o dojrzewaniu ludzi do miłości, a to już zupełnie inna para kaloszy.

Jeżeli macie ochotę przekonać się na własne oczy, jak przebiega “Konkurs na żonę” autorstwa Beaty Majewskiej – polecam lekturę, szczególnie na leniwe, słoneczne, majowe popołudnia. Zróbcie sobie kawę, usiądźcie wygodnie i nastawcie feministyczny radar, a odczytacie tę książkę nieco inaczej. Jednym słowem – spodziewajcie się niespodziewanego!

Esencjalizm, czyli mniej, ale lepiej

Czy kiedykolwiek dopadło Cię wrażenie, że rozmieniasz się drobne? Że ciągle jesteś czymś zajęta, a mimo to brak spektakularnych efektów Twoich działań? A może wystarczy, że się w coś zaangażujesz, a już przychodzi kilka osób i chce od Ciebie czegoś innego teraz, zaraz, natychmiast? Spokojnie, to tylko nieesencjalizm! Częsta przypadłość nie tylko tzw. korpoludków, ale też wielu szefów, przedsiębiorców i osób, które po prostu mają sporo na głowie. I – uwaga – to się leczy, o czym pisze Greg McKeown w książce “Esencjalista”. Do mnie to przemawia i wydaje się, że ma sens, więc zapraszam na krótką podróż po esencjalizmie.

Na początku ciężko jest polubić autora, który wyznaje, że w dniu narodzin swojej córki udał się ze szpitala prosto na spotkanie służbowe, które w dodatku nic nie wniosło w życie firmy ani jego. Znam sporo takich osób – ludzi, którzy za wszelką cenę chcą pokazać, jacy są zajęci i ważni, z którymi umawianie się wymaga konsultacji z co najmniej dwoma kalendarzami, którzy na pierwszym miejscu stawiają pracę i swoją rolę zawodową. Pewnie, praca jest ważna, ale czy najważniejsza? Czy da się zrobić tak, żeby i wilk był syty, i owca cała? Czy trzeba specjalnego oświecenia, żeby nauczyć się po prostu odmawiać i dokonywać wyborów zgodnie ze swoimi, a nie firmowymi priorytetami? Na te pytania próbował sobie odpowiedzieć także nasz autor, który dopiero po jakimś czasie zdał sobie sprawę, jak krótkowzroczne było zostawienie żony samej z noworodkiem na rzecz potencjalnego klienta. Próbował, próbował, aż odkrył esencjalizm.

Czym jest esencjalizm?

W skrócie esencjalizm to filozofia życia, polegająca na ciągłym dokonywaniu wyboru tego, co jest najważniejsze w każdej sytuacji i eliminowaniu tego, co zbędne. To postępowanie zgodnie z zasadą “mniej, ale lepiej”. Jak pisałam już w poście o tym, jak zostać stoikiem najistotniejszą i niezbywalną rzeczą, jaką każdy człowiek ma, jest wybór. Na tym przekonaniu opiera się też McKeown, który przenosi tę filozofię nie tylko na grunt życia osobistego, ale przede wszystkim zawodowego. Sekretem sukcesu jego zdaniem jest odpowiedzenie sobie w każdej sytuacji na pytanie, co jest dla mnie teraz najważniejsze? Dzięki temu decydowanie o tym, jaką propozycję przyjąć, czy na które spotkanie się wybrać, jest o wiele łatwiejsze.

Jak wygląda ten proces w praktyce? Składa się z trzech działań:

  • WYBIERZ –  świadomie i spokojnie. Najważniejsze to zdać sobie sprawę z tego, że jeżeli my nie wybierzemy, ZAWSZE ktoś to zrobi za nas. Najpierw wielość sytuacji, w których wybór jest potrzebny może nieco przytłaczać, ale po chwili daje satysfakcję – na co dzień zapominamy, ile zależy od nas, a esencjalizm o tym przypomina. Wybierz więc, w co chcesz się zaangażować, na czym Ci zależy, czego teraz potrzebujesz, na co chcesz poświęcić czas.
  • ROZPOZNAJ – odróżniaj rzeczy trywialne od istotnych. Badaj wszystkie dostępne opcje, aby znaleźć te najwartościowsze.

  • ZAWRZYJ KOMPROMIS – autor przekonuje, że nie da się mieć wszystkiego, które to stwierdzenie w świecie nadmiaru i wszechzajętości jest odświeżające. Nasza rzeczywistość pełna jest opcji, ale żeby z nich wszystkich skorzystać, trzeba by mieć kilka żyć. Trzeba więc uważnie wybierać i być skłonnym do kompromisów, najpierw zawieranych ze sobą samym, a potem ze światem. Autor sugeruje, że w obliczu konieczności podjęcia decyzji i przyznania pierwszeństwa danej sferze (np. rodzinie, zdrowiu, pracy), trzeba zadać sobie dość przewrotne pytanie – który problem chcę mieć? Ponownie przekonuje też, że od rzeczywistości wyboru nie da się uciec, bo tak czy inaczej nas dopadnie, warto więc korzystać z niej na własnych warunkach.

Brzmi przekonująco? Dosyć. W przeciwieństwie do minimalizmu nie chodzi tu o to, by robić jak najmniej, ale o to, by robić jak najmądrzej i najkorzystniej dla nas. Tu powstaje kolejne pytanie…

JAK WYBRAĆ TO, CO NAJWAŻNIEJSZE?

Po pierwsze, trzeba nabrać dystansu. W praktyce oznacza to np. nieodpowiadanie na propozycje natychmiast, a choćby po kilku sekundach zastanowienia. Chodzi też o pamiętanie, że “nie” ma czasem większe znaczenie niż “tak”, dlatego musi być świadome i uważne, co z kolei wymaga chwili pomyślunku. Żeby coś stworzyć, trzeba dać sobie przestrzeń do kreatywności, której nie uzyska się, przyjmując każdą propozycję. Trzeba się po prostu skupić, a więc spędzić chwilę sam na sam ze sobą i szukać odpowiedzi w sobie, a nie w potrzebach innych osób.

Po drugie, trzeba uważnie patrzeć i szukać esencji, czyli istoty – komunikatu, sytuacji, rozmowy. A po trzecie, trzeba umieć chronić zasoby, czyli bawić się i…spać. Tak, według autora ludzie zapracowani bardzo często rezygnują ze snu na rzecz dodatkowego zlecenia czy kolejnej prezentacji, tym samym tracąc szansę na kreatywność i efektywność. Zabawa – rozumiana jako relaks, hobby, pasja, ale też znajdowanie zabawnych elementów w codziennej pracy i nadawanie jej osobistego wymiaru – jest niezmiernie ważna dla każdego, nie tylko dzieci. Poza tym, że zapewnia ucieczkę od “życiowej szarzyzny”, rozwija kreatywność, wzbogaca i  sprawia, że lepiej się czujemy. O zaletach ośmiu godzin snu pewnie nawet nie muszę wspominać. Sama mam na koncie sporą liczbę nocy zarwanych na rzecz nadrobienia zaległości w pracy i zawsze kończyło się to w jeden sposób – zmęczeniem i nienawiścią do komputera. Wierzę więc autorowi “Esencjalisty”, gdy przekonuje, że prawdziwi ludzie sukcesu unikają zarywania nocy, bo zbyt wysoko cenią sobie sen.

JAK SIĘ POZBYĆ RZECZY TRYWIALNYCH?

Na to pytanie autor też ma wiele odpowiedzi. Precyzuj – określaj konkretne cele, misję, strategie. Podejmuj decyzje, planuj, nie pozostawiaj nic przypadkowi. Przygotowuj się na najgorsze, ale oczekuj najlepszego. Odważ się mówić “nie”, gdy czujesz, że to właściwa odpowiedź. Nigdy nie zapominaj, że to Twoje życie i ma ograniczony czas trwania, więc nie marnuj go na to, czego nie chcesz. Zrezygnuj z zobowiązań, które Ci ciążą, zamiast wzbogacać.

“Nie” jest pełnym zdaniem.

Anne Lamott

Wyznaczaj swoje granice i nie pozwól ich przekraczać, jeżeli tego nie chcesz. To przesłanie chyba głównie do kobiet – z nieznanych przyczyn mamy irytującą tendencję do rezygnowania ze swoich potrzeb na rzecz innych – bliskich, ale i dalszych osób, firmy, organizacji… Do tego jeszcze pielęgnuj uważność i…bądź!

CZY WARTO IŚĆ DROGĄ ESENCJALIZMU?

Moim zdaniem warto. Szczególnie, jeżeli często ma się poczucie rozmieniania się na drobne czy marnowania czasu. W bieżączce życia codziennego często zapominamy, że tak czy inaczej życie jest jedno. Nie da się być w kilku miejscach na raz, osiągać najlepszych wyników we wszystkich dziedzinach czy zadowolić wszystkich dookoła. W życiu trzeba umieć wybierać i brać za to odpowiedzialność, jak pisze McKeown “bez okradania innych ludzi z ich problemów”. Warto pamiętać, co jest najważniejsze i świadomie to wybierać, akceptując to, że nie każdemu wybór ten będzie się podobał. Ale to już zupełnie inna bajka…

Kochać za bardzo, czyli uzależnienie od miłości

Kiedy piszę te słowa, przez media przetacza się wszem i wobec “Piasecki Gate”, czyli bardzo smutna historia rodziny, w której pan bił panią, a pani to po kilku latach upubliczniła i zrobił się dym. Najsmutniejsze w tej historii jest to, że nie jest wyjątkiem, a także, że stanowi niezłe pole popisu dla hejterów wszelkiej maści, spieszących z mądrościami typu “jak się kobiety nie bije, to jej wątroba gnije” i tak dalej. W Polsce kobietę stawia się na piedestale w Dzień Kobiet i w Dzień Matki, a w pozostałe – gwałtu, rety. Tym razem nie o tym jednak chciałam, a o tym, dlaczego sprawa przemocy domowej w wydaniu rodziny Piaseckich ujrzała światło dzienne po kilku latach, a w wielu innych rodzinach w ogóle nie zostanie ujawniona. Jednym z czynników jest oczywiście strach, wstyd i poczucie osaczenia oraz niemocy, ale jest jeszcze coś, co w mniejszym lub większym stopniu jest obecne w wielu związkach, które znam i o których czytam – to syndrom kochania za bardzo.

Bo to zła kobieta była

Pani Karolina – żona niesławnego już byłego radnego PiS – wydostała się w końcu z domu pełnego przemocy, zabierając z niego córki. Jednak wszystko ciągnęło się przez lata, zostawiając trwały ślad w psychice dzieci, czego już nikt nie zmieni. Na stronie programu “Uwaga TVN” znajduję takie słowa tej pani:

Był taki moment w 2013 roku, że mój mąż użył siły wobec mojej mamy, na oczach dzieci. Stwierdziłam, że nie można na to pozwolić. Wyprowadziłam się na krótki moment do rodziców. Kiedy maż zniszczył samochody moich rodziców, popisał je sprayem, założyłam niebieską kartę. On nalegał bym ją zamknęła. Przed zespołem psychologów zachowywał się tak, żeby wszyscy widzieli, że jest idealnym mężem. I niebieska karta została zamknięta. Ja się zgodziłam na to, bo też chciałam walczyć o to, by mieć pełną rodzinę.

Co z tego wynika? Jej bliscy wiedzieli, co się dzieje, a pani chciała walczyć o pełną rodzinę, nawet jeżeli oznaczało to życie z agresywnym despotą pod jednym dachem! Działanie wbrew logice, wbrew zdrowemu rozsądkowi, ale zgodnie z oczekiwaniami społecznymi i wewnętrzną chęcią zachowania spójności, czyli skoro raz zdecydowałam, że chcę z nim spędzić życie, to nie mogę teraz pokazać, ze to była zła decyzja i muszę wytrwać choćby nie wiem co.

Niestety takich osób – głównie kobiet – jest całe dzikie mnóstwo. One kochają za bardzo, a co to znaczy?

Kochać za bardzo…czyli jak?

Wyobraźmy sobie dziecko dorastające w domu, w którym wciąż jest niespokojnie. Rodzina może być dysfunkcyjna z wielu powodów. A to alkohol lub inne nałogi, nieobecny któryś z rodziców, przemoc (nie tylko fizyczna, ale też psychiczna, ekonomiczna, werbalna…) – każda sytuacja, w której potrzeby emocjonalne dziecka nie są zaspokajane. Nie czuje się bezpiecznie, nie czuje się kochane takie, jakie jest, podlega ciągłej ocenie i rygorowi, kombinuje, jak nie podpaść, żeby nie doznać srogiej kary. Wciela się w różne role, gra, jest w nieustannym stresie, a potem idzie w świat i wtedy zaczynają się kłopoty…

 Kochać za bardzo to być w związku, w którym nie jest się szczęśliwym, spełnionym, bezpiecznym, pewnym, ale być w związku, w którym cierpienie, gry, przerzucanie się winą i chorobliwa zazdrość są na porządku dziennym. Kochać za bardzo to pozostawać z kimś, kto nie daje nam nic dobrego, nie docenia nas, nie dzieli się z nami swoim życiem, ale krytykuje, manipuluje i wyśmiewa. To także bycie w związku z kimś, kto używa wobec nas jakiejkolwiek przemocy, a my się na to godzimy, żeby tylko z kimś być/bo co ludzie powiedzą/bo tyle lat z nim byłam, więc jak odejdę, to będzie oznaczać porażkę/bo nikt inny mnie nie będzie chciał itp. itd. To również bycie w związku z kimś, dla kogo nie jest się jedyną partnerką, nie tylko w znaczeniu “kochanki”, ale także w kontekście pracoholizmu czy patologicznego uwielbienia dla własnej pasji. Kochać za bardzo to ciągle iść na kompromisy w nadziei, że pewnego dnia partner to doceni i w końcu zacznie nas traktować jak księżniczkę. Jednym słowem kochać za bardzo to być z kimś, kto pod pewnym względem jest niedostępny (z powodów formalnych, emocjonalnych itp.) z nadzieją, że któregoś dnia dzięki naszym wysiłkom, miłości i wytrwałości to się zmieni.

Uzależnienie od miłości

W kochaniu za bardzo najważniejsza jest miłość. Działa jak haj, a bez niej życie jest puste. Uzależnienie od miłości to poczucie wewnętrznego przymusu do jej odczuwania i “praktykowania”. Na co dzień przejawia się choćby w przekonaniu, że kobieta bez mężczyzny usycha, czy że naprawdę w pełni żyje się dopiero “z kimś”, a nie samemu. Tymczasem prawda jest taka, że tylko osoba “pełna”, bez niedoborów miłości i podziwu, może wejść w prawdziwy, dobry związek (dobry = nie toksyczny, twórczy, a nie niszczący). Jeżeli więc tego dopełnienia szuka się wciąż na zewnątrz, wpada się w błędne koło i traci z oczu to, co najważniejsze, czyli…siebie.

Skąd ja to wszystko wiem? Choć nie jestem psychologiem, temat odkryłam i dogłębnie (w teorii i praktyce) zbadałam sama kilka lat temu. Wszystko zaczęło się od książki Robin Norwood “Kobiety, które kochają za bardzo”, którą z czystym sumieniem polecam każdej osobie podejrzewającej, że problem jej dotyczy. Autorką jest psychoterapeutka z ogromnym doświadczeniem, która na podstawie historii i przeżyć swoich pacjentów i pacjentek opracowała pełny program terapeutyczny w tym zakresie.

No dobrze, dość teorii – najpierw byłaś sceptyczna, a teraz zastanawiasz się, czy to może dotyczyć również ciebie? Sprawdźmy.

Szachy, Miłość, Historia

 Kochasz za bardzo, jeżeli:

  1. Poświęcasz się – dla dobra dzieci, swojego, związku, rodziny, kariery itp. itd. Starając się zmienić partnera, czekasz, aż stanie się dobry i kochający, zrzucając winę na jego stresującą pracę, nieszczęśliwe dzieciństwo itp. Czyjeś dobro jest zawsze ważniejsze niż twoje, a dla swojego partnera jesteś matką/opiekunką/terapeutką/coachem/menedżerką itd.
  2. Masz poczucie winy – nie czujesz się dość dobra, by zasłużyć na jego pełną miłość. Nie jesteś dość atrakcyjna, zdolna, pracowita itp., aby on chciał być dla ciebie takim partnerem, o jakim marzysz. Ciągle coś jest z tobą nie tak, a przynajmniej tak czujesz.
  3. Twoje zachowanie w związku cechuje obsesja, kontrola i lęk przed odrzuceniem – może to znasz – zakreślanie fragmentów w książce, które mu pomogą, niekończące się rozmowy z przyjaciółką o tym, dlaczego on zrobił tak, a nie inaczej, albo myślenie o tym, czego on potrzebuje. Robienie mu prezentów-niespodzianek, w proporcjach stawiających cię na straconej pozycji. Dbanie o jego dobry nastrój, nawet kosztem swojego. Słowem – traktowanie go jako pana i władcy, a jednocześnie nieporadnego chłopczyka, którym trzeba pokierować.
  4. Boisz się bliskości, a z drugiej strony samotności.
  5. Zatracasz się – nie potrafisz wyjść ze związku, który nic dobrego ci nie daje, nie chcesz być sama i żyjesz nadzieją, że może wszystko się jakoś ułoży. Boisz się przemocy, ale nie widzisz drogi wyjścia. Cierpisz, ale nic z tym nie robisz. Stawiasz siebie na szarym końcu łańcucha pokarmowego – nie walczysz o swoje szczęście, bo uważasz, że wszystko stracone i nie ma co marzyć o dobrym życiu.

Oczywiście pomiędzy tymi zachowaniami i odczuciami jest też pełna gama szarości, ale jak się temu przyjrzeć, to naprawdę można znaleźć wiele przykładów wokół siebie, a może i w sobie? Zjawisko to jest tak częste, bo utrwalają go normy społeczne, a także tzw. teksty kultury. Ot choćby taka “Piękna i Bestia” – on ją więzi, jest okropny, a ona doszukuje się w nim piękna i marzy o tym, by go zmienić. W końcu jej się udaje, ale w prawdziwym życiu najczęściej bestia pozostaje bestią, chyba że sama zaczyna pragnąć transformacji.

Jak sobie pomóc?

Tym razem nie będzie dobrych rad. Pierwszy krok jest taki jak przy każdym uzależnieniu – trzeba sobie uświadomić, że ma się problem i chcieć to zmienić. Bez tego żadne działanie nie przyniesie skutku. A potem warto skorzystać z pomocy specjalistów, ale spokojnie, nie trzeba się od razu kłaść na kozetce i wypominać, jak to matka się nie uśmiechnęła na powitanie. Zainteresowanych odsyłam do wspomnianej już książki Robin Norwood, a także na portal Fundacji Kobiece Serca – to organizacja, która powstała specjalnie z myślą o pomocy w uzależnieniu od miłości, a na swojej stronie i blogu zamieszcza mnóstwo przydatnych tekstów, ćwiczeń i rad. Można tam też znaleźć test kochania za bardzo i przekonać się, czy obiektywnie również mamy problem.

Śmiem twierdzić, że gdyby pani Piasecka uświadomiła sobie, że ma problem z uzależnieniem od bycia w związku z agresywnym mężem, szybciej by zakończyła całą tę tragedię. Pamiętajmy, że nigdy nie jest za późno na zmiany i na zadbanie o siebie! A w związku warto być z partnerem/partnerką, a nie klientem czekającym na metamorfozę.

Ps.1 Pisząc ten post, poza wyżej wymienionymi źródłami korzystałam ze strony kingasluzynska.pl, na której również można znaleźć rzetelny artykuł o kochaniu za bardzo.

Ps.2 Wszelkie odniesienia w niniejszym poście do płci należy traktować umownie – problem dotyczy kobiet i mężczyzn w różnych konfiguracjach, co trzeba mieć na uwadze.

Książki dla Gwinei, czyli książkoholicy dzieciom

Chcesz poczuć się lepiej? Pomóż!

Święta, święta i po świętach. A po świętach brzydko, zimno i jakoś tak pusto. Chcesz poprawić sobie nastrój? To pozwól, że opowiem Ci o pewnym kraju. Znajduje się w Afryce, czyli jak dla przeciętnego Europejczyka – w Trzecim Świecie. Zamieszkują go różne grupy etniczne, posługujące się najróżniejszymi języki, dlatego wprowadzono tu język francuski jako urzędowy. Gwinea jest bogata w surowce, ale wskutek nieracjonalnej polityki korzystają z niego wszyscy inni, tylko nie ona. Znajdziesz tu złoto, diamenty, boksyt i inne cenne surowce, wydobywane przez zagraniczne firmy, z których przeciętny Gwinejczyk nie ma nic lub w najlepszym wypadku – niewiele. A, czy wspominałam, że w latach 2014-2016 kraj ten targany był epidemią Eboli? To właśnie tu znaleziono tzw. pacjenta “zero”, czyli malutkiego chłopca, od którego ponoć zaczął się ten dramat. Wciąż najczęstszym powodem zgonów małych dzieci tutaj jest malaria, której można zapobiegać i którą można leczyć. Trzeba jednak wiedzieć jak, a ciężko to zrobić, gdy nie umie się czytać i porozumiewać po francusku.

źródło: arttransparent.org

I co w związku z tym?

Pod koniec kwietnia moje piękne miasto Wrocław – jako Światowa Stolica Książki – przekaże ten tytuł stolicy Gwinei właśnie, czyli miastu Konakry. Wybór zupełnie nieoczywisty, ale z bardzo prostej przyczyny – to szansa dla całego kraju, by podźwignąć się z traumy epidemii gorączki krwotocznej i wrócić do tak zwanego “normalnego” życia, a najlepiej to zrobić, dając szansę dzieciom. Jak pewnie się domyślacie, Gwinea to kraju ubogi, w którym wydatki rodzin na edukację przegrywają z wydatkami na jedzenie oraz zapewnieniem sobie czystej wody do picia. Choć edukacja jest bezpłatna, odbywa się przy użyciu podręczników płatnych oraz w języku francuskim – oto dwie bariery, które większości rodzin ciężko jest pokonać. Mając do wyboru posiłek dla rodziny a elementarz – nietrudno się domyślić, co wybiorą.

Decyzja o przyznaniu Konakry tytułu Światowej Stolicy Książki UNESCO była spowodowana i tym faktem, o czym informowała sekretarz generalna UNESCO Irina Bokova, mówiąc o próbie symbolicznego zdjęcia z Gwinei „klątwy eboli”.

ze strony projektu Fundacji Art Transparent

Dlaczego książki, a nie żywność?

Wierzcie lub nie, ale na świecie jest mnóstwo organizacji pomagających krajom afrykańskim. Inna sprawa, że bardzo często pomoc ta jest nieefektywna i niedopasowana do rzeczywistych potrzeb. Niemniej jednak, jest wiele podmiotów, także w Gwinei, które pomagają. Nic się jednak nie zmieni, jeżeli nie zainwestuje się w dzieci, a dla nich jedyną szansą na lepsze życie jest edukacja. Tylko mając dostęp do szkoły i nauki języka urzędowego kraju dzieciaki mogą realnie myśleć o zaprzestaniu żebrania, rezygnacji z kariery kieszonkowca czy pełnoetatowej pracy pomocnika mamy w utrzymaniu rodziny przy życiu. Tylko edukacja daje dzieciom szansę na marzenie o jakiejkolwiek sensownej karierze zawodowej, czy po prostu uczciwej pracy. Przecież każdy, kto jest rodzicem wie to na pewno – chcemy, żeby nasze dzieci się uczyły i miały wspaniałą przyszłość. Czyż nie tego samego chcą rodzice dzieci w Gwinei?

źródło: arttransparent.org

Co to za akcja?

Akcja, do udziału w której gorąco zachęcam, to projekt Książki dla Gwinei realizowany przez miasto Wrocław, przy wsparciu Fundacji Art Transparent. Jej głównym celem jest zakup stu tysięcy elementarzy dla gwinejskich dzieci i przekazanie ich wraz z tytułem Światowej Stolicy Książki dla stolicy tego kraju, Konakry. Książki trafią do tamtejszego Ministerstwa Edukacji, czyli zostaną rozdane w sposób systemowy. A konkrety?

źródło grafik: arttransparent.org

Co trzeba zrobić?

Liczby mówią same za siebie – jeden podręcznik to koszt 5 zł, a wystarczy dla pięciu uczniów, więc to mądrze wydany pieniądz. Do tego elementarze będą przekazywane kolejnym rocznikom uczniów, czyli jest to inwestycja długoterminowa. W dodatku w książce znajdzie się tłumaczenie kilku polskich wierszy –  a więc wątek patriotyczny dla spragnionych takowego. Wrocław chce na akcję Książki dla Gwinei zebrać 500 tysięcy złotych, czyli kupi za to sto tysięcy książek! Dzięki temu 500 tysięcy uczniów będzie mogło nauczyć się trudnej sztuki czytania i pisania i dzięki temu poprawić swój los!

Chcesz pomóc? Świetnie! Nie masz dużo kasy? Nieważne! Liczy się każda złotówka i każda złotówka przyniesie wymierną korzyść. Jak to zrobić? Tu trzeba się trochę pomęczyć, ale chyba dasz radę – trzeba zrobić przelew na poniższe dane:

Fundacja Art Transparent
ul. Czereśniowa 10, 55-140 Żmigród
NIP 915-170-51-92
KRS 0000247340

Alior Bank
Konto: 24 2490 0005 0000 4600 2802 1548

z dopiskiem “Darowizna na akcję Książki dla Gwinei”

Można też wejść tutaj i wykonać bezpośrednią transakcję. Powinno szybko pójść, prawda? Z kolei tutaj znajdziecie jeszcze więcej informacji o całym projekcie i jego organizatorze.

 Dlaczego biorę udział w akcji?

Powód sentymentalny – jestem mamą i ciężko mi myśleć o cierpieniu jakichkolwiek dzieci na świecie. Chcę, żeby mój synek miał wspaniałą przyszłość, ale chcę też, by inne dzieci również miały taką szansę. Skoro sama widzę wartość edukacji i mam wolne 5 zł – chcę pomóc, by dzieciaki nawet w bardzo odległym kraju miały szansę.

Powód egoistyczno-ekonomiczny – smutna prawda jest taka, że im więcej zła dzieje się w tak zwanym Trzecim Świecie – czy też politycznie poprawniej w krajach globalnego Południa – tym więcej ludzi stamtąd ucieka. Tym więcej też jest przestępczości, frustracji i wykorzystywania słabszych. Nie chcę, żeby tak było. Wiem również, że im większy i lepszy dostęp do edukacji, tym wyższe poczucie wartości jej uczestników i lepszy nastrój w całym kraju. Wszystko przekłada się na ogólną sytuację społeczno-polityczną, a tym samym dokłada cegiełkę do sytuacji na świecie. Jednym słowem, chcesz zmienić świat – kup podręcznik!

Powód, który zrozumieją książkoholicy – czytanie książek to czyyyysta przyjemność, poszerzanie horyzontów i świetny sposób na relaks. Warto, żeby robiło to jak najwięcej ludzi na świecie, także w dalekiej Gwinei. W tym celu trzeba się nauczyć czytać, a jak wiadomo, służy do tego elementarz. Pomóż więc innym obywatelom świata w poznaniu tej cudownej rozrywki i dołóż się do zakupu podręczników!

Gorąco zapraszam do wzięcia udziału w akcji Książki dla Gwinei i proszę o dorzucenie nawet skromnej kwoty. Razem możemy naprawdę wiele!

Piękna twarz feminizmu

Czy feminizm ma twarz? A czy powinien ją mieć? Czy ta twarz może mieć zmarszczki, czy też lepiej, żeby była piękna, młoda i jednoznacznie dobrze się kojarzyła? Czy przekonanie o równości kobiet i mężczyzn to pogląd, który bez odpowiedniej promocji w mediach się “nie sprzeda”? Dlaczego nadal jest tak kontrowersyjny?

Te i inne pytania pojawiły się w mojej głowie dość tłumnie, gdy w kiosku zobaczyłam najnowszy numer “Elle” z hasłem “Piękna twarz feminizmu”. Nie mogłam go nie kupić, co stanowi zwycięstwo marketingowców, ale niech im będzie – następnym razem ja będę górą! Z mojej transakcji wynikł jednak tylko późniejszy wkurz, o którym poniżej.

“Elle” jako podstawka pod kawę – niestety!

Piękna twarz feminizmu

Tą piękną twarzą okazała się Emma Watson – znana brytyjska aktorka, która w zeszłym roku rozpoczęła działania na rzecz równości kobiet. Współpracuje z ONZ, jest medialna, znana, młoda i piękna – ideał po prostu. Nic jej nie ujmując, z artykułu na jej temat wynikało, że owszem, jest całą sobą za feminizmem, ale właściwie się na nim nie zna i za ekspertkę uchodzić nie może. Dodatkowo zależy jej na tym, żeby treści feministyczne przekazywać również za pomocą dowcipu i domysłów, gdyż ważne jest, żeby zachować dystans. No ok. Nie jestem żadną “piczką zasadniczką”, ale jednak jak się współpracuje z ONZ-em i promuje kampanię za równością płac, to warto by było jednak uchodzić za ekspertkę i traktować to poważnie. Dlaczego? Dlatego że temat nadal jest kontrowersyjny i wszelki towarzyszący mu chichot, “żeby zachować dystans”, działa na jego niekorzyść.

To jednak nie wszystko. Dotarłam do końca artykułu, gdzie czaiła się bomba. Oto ona:

No, to mnie dobiło. Co ma piernik do wiatraka? O co chodzi? Dlaczego przy okazji feminizmu trzeba mówić o miłości, żeby się kojarzył z czymś miłym – czemu nie może być po prostu sobą? A może autorka artykułu chciała pokazać, że nie trzeba się bać, że “Elle” zaraz wezwie na barykady, bo tak naprawdę my tu sobie plum-plum o feminizmie, a przecież liczy się miłość?

Nie oczekuję oczywiście cudów od mainstreamowego, podobno luksusowego magazynu dla kobiet, ale z racji swojej poczytności odpowiedzialność za treść takich dziennikarek powinna jednak być duża. Tymczasem w tym artykule chodzi o to, żeby pokazać romans znanej aktorki z feminizmem, czyli mówić o czymś ważnym i poważnym, ale broń Boże bez zadęcia i z dystansem, jednocześnie w ten sposób negując istotność tych kwestii. Razi mnie to bardzo, bo zaprzepaszcza wszystko, co uda się osiągnąć feministkom. Jaki może być odbiór takiej treści? A zatem równość płci jest ważna, ale miłość i rodzina są ważniejsze, więc nie mówmy o tym zbyt głośno, by nie zaprzepaścić swoich szans w tym zakresie?

Feminizm jest sexy?

Na początku roku popełniłam wpis o tym, że feminizm jest sexy i zdaje się, że od tego zaczęły się problemy. Wszędzie dookoła słychać o “girl power” i o tym, że siła jest kobietą. Bardzo często jednak okazuje się, że są to hasła służące sprzedaży. Kobiety, którym aktywizm społeczny jest obcy na co dzień, mogą sobie kupić koszulkę za ok. 300 zł z odpowiednim pop-feministycznym hasłem. Inne mogą nabyć krem, za pomocą którego ich twarz nabierze jędrności i gładkości oraz nada właścicielkom “girl power”. Za pomocą haseł prokobiecych sprzedaje się też muzyka, a reklamy perfum czy nawet podpasek podkreślają naszą siłę i wyjątkowość, żeby nas podejść i podkupić.

Przepaść pomiędzy rzeczywistym działaniem feministycznym a jego wizerunkiem marketingowym jest ogromna. Współczesne kobiety mają ogromną siłę nabywczą, a marketingowcy o tym wiedzą i bezwzględnie to wykorzystują. Czy nasza podatność na takie akcje wynika z tego, że chcemy się czuć silne, równe i niezależne, czy też z tego, że takie się rzeczywiście czujemy? Czy tak zwany aktywizm prokobiecy po prostu nie umie się sprzedać i znajdują się specjaliści, którzy z tego korzystają?

Być może prawda jest taka, że w dzisiejszych czasach feminizm, aby osiągnąć swój cel, musi być choć trochę sexy. Musi przestać się kojarzyć z nieogolonymi pachami i zaciętym wyrazem twarzy, a zamiast tego przybrać łagodną i uśmiechniętą buzię Emmy Watson. Kiedy kilka lat temu brałam czynny udział w przygotowaniach do wrocławskiej manify, nie czułam się radykałką, ale miałam poczucie, że wszyscy poza mną w tym gronie tacy są. To były feministki-wojowniczki, bez makijażu, uśmiechu i z bluzgiem na ustach. Ja wolałam dyskutować i działać “u podstaw” – one krzyczeć na ulicy. Choć czasem bez krzyczenia na ulicy się nie da, działalność na co dzień i nasz wizerunek przy tym są ważne. Teraz modne jest kreowanie marki osobistej i obawiam się, że feminizmu to też dotyczy.

Dalej w tym samym numerze “Elle” można znaleźć podsumowanie ankiety przeprowadzonej przez magazyn wśród czytelniczek na całym świecie. Pytano je m. in. o poczucie szczęścia i życie w danym kraju. Okazało się, że my Polki nasze szczęście deklaratywnie widzimy w rodzinie, ale 50% z nas wolałoby być mężczyzną!  Do tego 77% ankietowanych Polek niepokoi się o swoją przyszłość w kraju! Czy w obliczu takich danych feminizm powinien mieć nadal piękną twarz?

Kto się boi feminizmu?

Żyjemy w kraju wielkich możliwości. Mimo zmian na scenie politycznej nadal tak twierdzę, bo święcie wierzę, że nie damy się “zgnoić” i my kobiety nauczymy się walczyć o swoje. Być może feminizm powinien mieć piękną twarz, żeby nikt się go nie bał, ale jeszcze całkiem jej nie ma, więc wywołuje strach. Co by to było, gdyby każda kobieta uwierzyła, że jest równa mężczyźnie i może w 100% o sobie decydować? Ani chybi rewolucja społeczna i to jest właśnie przerażające dla wielu. Tak naprawdę nie jest ważne, czy nasz feminizm będzie miał piękną twarz, czy pooraną zmarszczkami, czy ponaciąganą przez chirurga plastycznego – ważne, żeby miał twarz i żebyśmy my kobiety się go nie bały. Nikt za nas rewolucji nie zrobi…

Terroryzm nasz codzienny

Zamach bombowy w petersburskim metrze, atak chemiczny w Syrii, klęska głodu w Sudanie Południowym spowodowana m.in. przedłużającą się wojną domową – a to tylko niecały tydzień. Patrząc na te wydarzenia można odnieść wrażenie, że nasz świat pełen jest agresji, nienawiści i nie zmierza do niczego dobrego. Ktoś może stwierdzić, że przecież zawsze tak było – nie ma w ludzkiej historii roku bez tragedii, dramatu, bezsensownej przemocy i strachu. Dlaczego tak się dzieje?

Źródło: theatlantic.com, autor: Jonathan Bachman / Reuters

Po co pisać o terroryzmie?

Nieszczęścia tego świata nie są wdzięcznym tematem dla blogerki. Łatwo można popaść w patos albo banał, a w najgorszym razie po prostu zostać absolutnie zignorowanym. Nasze życie jest szybkie, brutalne i ważne, więc często nie mamy już czasu ani energii zajmować się tymi, którym jest pod jakimś względem gorzej. Ignorujemy informacje, przymykamy oko na smutne obrazki i idziemy dalej gotować obiad z użyciem wszystkich superfoods tego świata. Cóż, nie ma się co obrażać na rzeczywistość, ale może warto sobie przypomnieć, że mamy na nią wpływ?

“Żony Hollywood” a sprawa polska

Nie wiem, czy kiedyś widzieliście ten pożal się Boże reality show. Przyznam, że czasem w ramach tzw. guilty pleasure włączam go późnym wieczorem i zanurzam się w paradoksalnie zupełnie nierealnym świecie. Tak było również w ostatni poniedziałek, kiedy to jednak za sprawą tego programu doznałam olśnienia.

Było o świętowaniu Dnia Niepodległości w USA. Wiadomo – fajerwerki, parady i pikniki. Było też coś jeszcze, coś wyjątkowego, czego jak teraz myślę w Polsce baaardzo brak. Otóż jeden z bohaterów pracuje dla NASA i w ramach swoich zadań pracował nad sondą Juno, która 4 lipca miała wejść na orbitę Jowisza. Świętowanie tego faktu wpleciono w świętowanie Dnia Niepodległości, co zrobiło spore wrażenie. Wszystko odbywało się na stadionie, ludzie się strasznie ekscytowali i cieszyli, podkreślając, że są bardzo dumni ze swojego kraju i jego obywateli. To był niesamowity moment – tysiące Amerykanów z radością odliczających sekundy do wejścia jednej małej sondy w orbitę jednej dużej planety.

No wiem, banał, montaż i hurra optymizm właściwy tej części świata. Pomyślałam jednak przy tej okazji o naszym pięknym kraju i doszłam do smutnego wniosku, że poza WOŚP-em i sporadycznymi sukcesami polskich sportowców nie potrafimy wspólnie świętować i cieszyć się. To, że jednoczymy się w obliczu nieszczęść i tragedii, to wiadomo, ale dlaczego zwykła codzienność jest dla nas tak trudna?

Ryba psuje się od głowy

Będzie politycznie – ryba psuje się od głowy, a społeczeństwo od władzy. Można oczywiście bardzo długo się spierać, co z czego wynika, ale prawda jest taka, że rządzący nami Polacy wciąż kierują się zasadą “dziel i rządź”, która do niczego dobrego nie prowadzi. Rodzi się cała masa podziałów, sięgających niemal każdej sfery życia – z kim się całujesz, czy i jak chcesz mieć dziecko, kim chcesz być w przyszłości, jak spędzasz czas. Brak jest jakiegokolwiek pozytywnego przesłania, bo nawet tak obiektywnie dobra rzecz, jak Polak na czele jednej z najważniejszych instytucji UE czy wspieranie rozwoju gospodarczego i przedsiębiorczości stają się polityczne i jako takie podlegają ostrej krytyce z jednej lub drugiej strony. Co gorsza, gdy komuś świetnie się wiedzie, jest z gruntu podejrzany i trzeba go na wszystkie strony prześwietlić, czy aby nie kradnie.

Czy inaczej jest choćby w szkole lub na studiach? Czy potrafimy wspierać rozwój innych ludzi? A może sukces jednego musi oznaczać porażkę drugiego? Daleko mi do amerykańskiego “don’t worry be happy” czy “keep smiling”, ale potrafię pochwalić i podziwiać, nie czując się przez to gorzej. Czy to tylko kwestia poczucia wartości, czy też chodzi o administracyjny ustrój ogólnego dołowania?

Terroryzm nasz codzienny

Otóż prawda jest taka, że każdy z nas potrafi być terrorystą. Każdy z nas chciałby czasem tupnąć nogą, żeby inni go posłuchali i zrobili tak, jak chce. Kiedy małemu dziecku czegoś się odmówi, wystarczy tylko obserwować przedstawienie, jakie odbędzie się z tej okazji. Płacz, krzyk, bunt, złość – to tylko część “środków wyrazu”. W takiej sytuacji często patrzę na moje dziecko z miłością i współczuciem, bo wiem, że moja mądra reakcja może ułatwić mu potem dorosłe życie. To trudne – nie dać się złości. Jak wszystko, wymaga ćwiczeń.

Załóżmy jednak, że to małe dziecko nie zostało w ogóle wysłuchane. Po złości została więc frustracja. Dziecko rośnie, idzie w końcu do szkoły, gdzie uczy się, że złość i agresja są niemile widziane, nawet jeżeli w ręku nauczyciela stanowią skuteczne narzędzie. Ponieważ jednak nie da się zupełnie wyrugować negatywnych emocji, a trzeba umieć sobie z nimi radzić, dziecko idzie w świat bez tej umiejętności i co jakiś czas po prostu wybucha. Gdy staje się nastolatkiem, wdaje się w bójki, bluzga, jest na “nie” i nie umie współpracować. Potem wchodzi w świat dorosły i tam ma ogrom możliwości. Może parać się hejtem w internecie, wyznawać skrajnie rasistowskie lub homofobiczne poglądy (wiadomo, im słabszy wróg, tym lepiej), obgadywać kolegów z pracy czy po prostu obrażać kogoś co jakiś czas. Skrajna droga? Pewnie, ale takich ludzi jest mnóstwo i mam wrażenie, że w dzisiejszej Polsce bycie miłym, uprzejmym czy pozytywnie nastawionym jest tak samo odbierane, jak bycie transwestytą (bez urazy!) czy wyznawcą Latającego Potwora Spaghetti.

Co robić?

Duży terroryzm bierze się z małego terroryzmu. Agresja zbrojna bierze się z lat zaniedbań, żalów i frustracji. Przemoc jest wszędzie – w domu, przedszkolu, szkole, sklepie, pracy, sejmie… Co z tego wynika? Ano jedna pozytywna rzecz – jeżeli jest wszędzie, to i na każdym kroku można się jej przeciwstawić. Teraz będzie jak na rekolekcjach 🙂 Otóż wystarczy samemu powstrzymać się od przemocy i reagować, gdy się ją widzi. Proste i trudne zarazem, bo ryzykowne. Cóż, każdy ma własne sumienie. Jeżeli jednak przerażają nas wielkie czyny, możemy zacząć od drobnych. Uśmiech do ekspedientki w sklepie, przytrzymanie drzwi starszej pani czy wysłuchanie po raz setny ulubionej piosenki dziecka zamiast wyłączania płyty. Do tego świadomy wybór przyswajanych treści i komunikatów, jakie wydajemy swoim zachowaniem. Odrobina inteligencji emocjonalnej przy minimalnym stopniu uważności pomoże wyrugować z naszego życia przemoc. A co ze społeczeństwem?

Społeczeństwo to w końcu zbiór jednostek, istnieje więc nadzieja, że gdy więcej ludzi zmieni swoje podejście do innych i sposób ich traktowania, będzie lepiej. Można się angażować w działania sensownych organizacji, można chodzić na pokojowe demonstracje czy podpisywać petycje. Można w końcu głosować na ludzi, którzy zamiast krzyczeć mówią, i to z sensem.

W utopię nie wierzę, ale lepszy świat? Może jest na wyciągnięcie ręki?