Audrey Cafe

Być jak Antonina

Nastał czas patriotów. Patriotów rozumianych jednak nieco na opak, głównie niewyżytych facetów ukrywających się w lesie, niemających nic do stracenia i przydających sobie bohaterstwa ukrywającego się pod hasłem “żołnierze wyklęci”. Czy ktoś pamięta jeszcze o prawdziwych bohaterach, a jeszcze lepiej – o bohaterkach? Spodziewam się odpowiedzi, więc przybywam z odsieczą, a konkretnie z postacią, którą – wstyd się przyznać – odkryłam dopiero w ten weekend, ale powaliła mnie na kolana. Poznajcie zatem Antoninę…

Fot. Culture.pl / fot. rep. Jerzy Dudek / Forum

Kim była Antonina i dlaczego warto to wiedzieć?

Bez zbędnego zanudzania: Antonina Żabińska to prawdziwa bohaterka. Nic dodać, nic ująć. Na czym polegało jej bohaterstwo? Na heroizmie wynikającym z tzw. “zwykłej ludzkiej przyzwoitości”, o którą teraz tak trudno. A konkrety?

Antonina Żabińska to żona Jana, dyrektora warszawskiego ZOO przed, w trakcie i po II wojnie światowej. Kobieta wykształcona, matka, pisarka, oddana opiekunka zwierząt, kochająca wszystkie żywe istoty i mająca z nimi świetny kontakt. Mimo ogromnego ryzyka zdecydowała się – wraz z mężem – pomóc Żydom, osadzonym w czasie wojny w warszawskim getcie. On podstępem i sprytem sprowadzał uciekinierów do willi, w której rodzina Żabińskich mieszkała na terenie zoo, a ona się nimi opiekowała, pilnowała, by Niemcy stacjonujący na terenie tego samego zoo nigdy nie wpadli na ich ślad i pomagała im w dalszej ucieczce. Jednocześnie opiekowała się nielicznymi już zwierzętami, które ostały się w zoo po bombardowaniach i dzikich harcach hitlerowców, oraz swoimi dziećmi i mężem. Ogarniała wszystko, ryzykując życie swoje i syna, wierząc, że “tak trzeba”. W sumie uratowała – bagatela – ok. 300 osób!

Jej postać odkryłam dzięki filmowi “Azyl” (ang. The Zookeper’s Wife), który premierę miał wiosną tego roku. Wiem, że późno trafiłam na całą tę historię, ale nie oszukujmy się – nie towarzyszył jej tak wielki rozgłos, jak żołnierzom “zaklętym” czy innym Schindlerom. Tak czy inaczej, film na pewno wart obejrzenia, szczególnie jak ktoś nie ma co zrobić z zapasem chusteczek higienicznych 😉 Ciekawe, że zrobili go Amerykanie na podstawie książki napisanej przez…Amerykankę, a Polacy nawet nie wybrali się tłumnie do kin. Ot, kolejny wyciskacz łez, z tym że na faktach bardzo autentycznych 😉 Antoninę gra przepiękna Jessica Chastain, która – co znamienne – przy okazji promocji filmu w Warszawie 8 marca wzięła udział w manifestacji związanej z prawami kobiet. Przypadek? 😉

Fot. Wydawnictwo Literackie

Być jak Antonina

Po wojnie i odbudowaniu wraz z mężem zoo, a następnie po wydaleniu z niego przez władze komunistyczne Antonina zajęła się pisaniem książek o zwierzętach i swoich przeżyciach podczas okupacji. Zapewne jednak wiele jej nazwisko nikomu nie mówi, dlatego warto o niej przypomnieć.

Wyobraźcie sobie, że jesteście mamą i żoną, mieszkacie na terenie swojej pracy i odpowiadacie za mnóstwo różnych zwierząt. Zdobywacie wiedzę na ich temat, nawiązujecie kontakty z innymi ogrodami zoologicznymi i bardzo to wszystko kochacie. Nagle przychodzi czas próby – Wasza przyjaciółka wraz z miłością swojego życia dostaje się do getta, Niemcy bombardują Wasze miejsce pracy, a resztę zwierząt dobijają, jeden z ich lokalnych dowódców – naczelny zoolog III Rzeszy – daje Wam do zrozumienia, że mu się podobacie, a od niego zależy Wasz dalszy los. Uciekacie?

Antonina nie uciekła. Wraz z mężem przekształciła zoo w farmę świń i pod przykrywką hodowli tych zwierzaków dla Niemców, ukrywała przemycanych przez Jana Żydów z getta. Jedni mieszkali tam aż do czasu ewakuacji po przegranym Powstaniu Warszawskim, inni szli dalej po kilku dniach, ale każdy z nich dostawał poczucie bezpieczeństwa, dach nad głową, jedzenie i jako taki komfort psychiczny. Przez większą część dnia Antonina pracowała z synem na farmie i opiekowała się resztką pozostałych zwierząt, a wieczorami, gdy ukrywający się Żydzi wychodzili z piwnicy, siedziała z nimi, przygotowywała dla nich jedzenie i umilała czas, grając na fortepianie. W tak zwanym międzyczasie zdążyła też urodzić córkę, która tak o niej mówiła:

Miała siłę taranu, który parł do przodu; jeżeli było coś do zrobienia, to nie było zmiłuj. (…) Była bardzo silna osobą, nie stwarzając takiego wrażenia, (…) ona tą swoją naiwnością pozorną mnóstwo rzeczy wygrywała, ona umiała ją sprzedawać

Bohaterką być

Trudno jest być bohaterką, a już szczególnie trudno jest się silić na heroizm, gdy ma się dzieci i życie do stracenia. Antonina wierzyła w dobro, humanitaryzm, równość wszystkich istot i w to, że nie warto szukać poklasku, a tylko robić to, co uważa się za słuszne. To wartości, które bliskie są też mnie, dlatego tak bardzo doceniam to, co zrobiła. Myślę, że czyny jej i jej męża są o wiele bardziej warte przypomnienia niż pół żołnierza wyklętego, choć to pewnie nie przysporzy mi przyjaciół 😉 Antonina – kobieta, której życie zawdzięcza wiele osób, Sprawiedliwa wśród Narodów Świata, pośmiertnie odznaczona Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski – nie dała się powalić wichrom wojny i odważnie walczyła o swój obraz świata. Naiwnie, pozornie niewinnie, ale skutecznie – oto światełko w mrokach dziejów.

Ps. Jeżeli zainteresowała Was ta historia, obejrzyjcie sobie film “Azyl” w reżyserii Niki Caro lub sięgnijcie po książkę Diane Ackerman pod tym samym tytułem. A jeżeli znacie jakieś inne wybitne, ale zapomniane kobiety z polskiej historii – dajcie znać, może znów się czegoś dowiem?

Sztuka życia – sztuka planowania?

Plannery, organizery, kalendarze, notesy, notatniki, aplikacje, bullet journal – wszystko po to, żeby ogarnąć życie, nadać mu rytm i nie uronić ani chwili. Czy rzeczywiście? Na mojej półce powoli kończy żywot kolejny planner na ten rok, który nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań. Za to w internetach roi się od pań i panów swojego i naszego czasu, specjalistek od kolorowego rozpisywania planu dnia i wyznaczania priorytetów, mistrzów określania celów – koniecznie SMART – i innych braci i sióstr w planowaniu. Co to daje? Pewnie jest sporo szczęściarzy, którzy sumiennie planują każdy osobodzień i z zegarkiem w ręku potrafią realizować cele. Jest też jednak wiele osób, które wizja planowania przytłacza i deprymuje. Jako że mi ostatnio temat ten sprawia sporo problemów, postanowiłam sięgnąć po wspomaganie, ale u źródeł, czyli u jednej z moich ulubionych autorek. Zapraszam więc na krótką przygodę ze “Sztuką planowania”.

Sztuka planowania

Wstąpiłam niegdyś na ścieżkę uważności i romansu z minimalizmem, odkrywając kamienie milowe tego ruchu/trendu/prądu, chociażby tutaj. W ten sposób odkryłam też Dominique Loreau i jej cykl o różnych “sztukach”, ale po “Sztukę planowania” sięgnęłam dopiero teraz, gdy rzuciła mi się w oczy w bibliotece. Spodziewałam się wytycznych dotyczących realizowania celów życiowych, kolejnego podręcznika do wypełniania plannera czy obierania priorytetów. Jednak książka ogromnie mnie zaskoczyła, bo nic w niej nie jest oczywiste, a ona sama zaprasza do bardzo szerokiej refleksji nad swoim życiem, pokazując czasem mocno niedoceniane i pomijane jego aspekty.

Zamysł autorki jest bardzo prosty: najłatwiej i najszybciej porządkuje się życie za pomocą… list. Listy przeróżnego rodzaju, na każdą okazję i temat. A dlaczego? Ano jak zauważa Loreau, dzięki swojej zwięzłej formie listy ułatwiają uporządkowanie każdego obszaru życia, dają większą jasność i lekkość umysłu, nie wymagają wielkiego wysiłku i można je sporządzić zawsze i wszędzie. To planowanie w duchu minimalistycznym. Przy czym Loreau nie ogranicza się do list zakupów czy celów życiowych. Jej spisy dotykają najróżniejszych tematów, pozwalając tym samym na rozwój i zwiększenie świadomości na swój temat.

Sztuka życia

Życie – jak wiadomo – to niekończący się festiwal różnych tematów, przewijających się jeden po drugim, czasem po kilka na raz. Aby to ogarnąć i poczuć pełnię, trzeba pracować nad swoją świadomością, sposobem patrzenia na świat i funkcjonowania w nim. To trudne, ale z pomocą przychodzi dziś Loreau i jej listy. Są tu więc spisy dość oczywiste, jak ulubione potrawy czy  składniki w kuchni (śmiejcie się, ale więcej niż pięć nie udało mi się wymienić), ukochane przepisy, no i zestaw rzeczy, które zawsze warto wziąć w podróż (ułatwia życie). Wszystko to praktyczne i przydatne, ale autorka ostrzega, aby nie upychać zbyt wiele na zbyt wielu listach – jej lekarstwem na poczucie przytłoczenia i wynikające z niego zniechęcenie do działania jest…lista tego, co nas przytłacza. Poleca też bardzo prostą metodę – jeżeli jakiś element na liście rzeczy do zrobienia można wykonać w ciągu dwóch minut, należy do niego przystąpić od razu. Jeżeli coś trwa dłużej – określić konkretny termin lub wyrzucić z listy.

Są tu też listy mało oczywiste, a za to dające wgląd w nasze życie. W rozdziałach “Zatroszcz się o siebie” i “Lepsze poznanie siebie” autorka daje nam strasznie dużo roboty. Zaleca więc sporządzenie wykazów swoich największych marzeń, archetypów inspirujących nas do działania, upodobań, najlepszych wspomnień, najbardziej szalonych pragnień, ale i najgorszych koszmarów sennych, rzeczy, których już nigdy nie chcielibyśmy robić i najmniej przyjemnych zdarzeń z naszej przeszłości. Wszystko po to, aby bez taryfy ulgowej przyjrzeć się sobie i zobaczyć w formie punktów, myślników czy czego tam jeszcze chcecie, czarno na białym obraz swojego życia. Wydaje się to aż za proste, ale dla kogoś, kto pisał długaśne elaboraty w pamiętniku rozpamiętujące wszelkie zdarzenia z przeszłości (czyli dla mnie), jest to bardzo odkrywcze, odświeżające i motywujące. Jak pisze Loreau, zgodnie z zasadą zen pamiętniki przytłaczają, odwracają uwagę od istoty sprawy i pozwalają się nad sobą użalać. Za to listy są czytelne, przejrzyste i bez spłycania tematu potrafią w krótkich żołnierskich słowach ukazać sedno problemu.

Zatroszcz się o siebie

Forma listy nie wyklucza poruszania tematów mniej przyziemnych. Loreau dostrzega w niej sposób na uporanie się ze swoimi emocjami, uświadomienie sobie swoich myśli i odrzucenie tych negatywnych. Wychodząc z założenia, że istnieje to, co zapisane, pokazuje drogę do oczyszczenia się z tego, co w naszym życiu złe. Zakazuje przyjmowania postawy ofiary, mówiąc, że:

Uzewnętrznione, przelane na papier frustracje nie stanowią już tak naprawdę części ciebie i nie mają na ciebie wpływu. Wypowiedziane, ujawnione, nie oddziałują już na nas, możemy je kontrolować. To, czego nie potrafimy zrozumieć, wyrazić, nazwać, opisać, jest źródłem niepokoju.

Do każdego problemu poleca typy list, które pomogą w ich rozwiązaniu, co daje narzędzie praktyczne do uporania się z tym, co nas męczy. Żadnej zbędnej psychoterapii i kryptoreklamy kolorowych mazaków do bullet journal – samo “mięso”, konkret, praktyka. A już zupełnie uwiodła mnie nakazem sporządzenia list w temacie “tysiąca i jednej przyjemności”. Każe się tu przyjrzeć temu, co lubimy, co sprawia nam przyjemność i jest w miarę łatwo dostępne. Bez użalania się nad sobą, że jest źle, każe natychmiast poszukać tego, dzięki czemu będzie lepiej. Chodzi tu zarówno o przyjemności zmysłowe (w odniesieniu do pięciu zmysłów), jak i o piękno i estetykę życia, przepisy na szczęście i elementy gwarantujące choćby chwilową “ucieczkę od codzienności”. Dla kogoś, kto od dawna ma poczucie utknięcia w rutynie i użala się nad tym do lustra – bomba!

Sztuka życia = sztuka planowania!

Książka “Sztuka planowania”, dzięki swojej nieoczywistości i bardzo nowatorskiemu podejściu do tematu, pokazała mi, że sztuka życia rzeczywiście oznacza sztukę planowania, ale z ogromną uważnością i odwagą poznania siebie. To akurat żadna nowość, bo do tego samego nawoływali już filozofowie starożytnej Grecji, jednak tu mamy bardzo praktyczne i ogólnodostępne narzędzie, jakim są różnego rodzaju listy. W swej banalności nie grożą przerostem formy nad treścią, za to dają ogromne pole do popisu. Można bowiem pięknie ozdabiać plannery, ale jeżeli będziemy je wypełniać treściami niezgodnymi z naszym wnętrzem, skończą jako estetyczni zbieracze kurzu na półce. W tym roku proponuję więc przyjrzeć się sobie i planować wbrew mainstreamowi – minimalistycznie, zgodnie z zasadami zen, dzięki którym uda się obalić narzucone reguły. A więc do notesów przystąp!

Jak wygląda feministka?

Znów to samo. Idę do kiosku, patrzę na nadreprezentację pism kobiecych i myślę sobie “nie dam im zarobić”, aż mój wzrok pada na wyrazistą okładkę jednego z miesięczników, obiecującego, że cały numer został przygotowany przez kobiety o kobietach dla kobiet. Że niby #poweredbywoman, co dla mnie jednoznacznie kojarzy się z wymiarem feministycznym, czyli miód na moje serce. No dobra, to dam im szansę. I co? Ano znów to samo, tylko tym razem z pytaniem, które mnie dobija:

 

Umówmy się – jest popkultura i kultura wysoka, jest filozofia i popfilozofia, a więc jest feminizm i popfeminizm, o którym pisałam choćby tutaj. Wiem już, że wiele się nie można po nim spodziewać, ale tym razem było nieco inaczej – jeżeli wpływowy międzynarodowy magazyn dla kobiet przekonuje mnie na okładce, że nie jesteśmy słabszą płcią, a ciuchy mają manifestować osobowość, no to oczekiwania rosną, prawda? Niestety, otrzeźwienie przychodzi już w tzw. wstępniaku, w którym PANI redaktor naczelna “Glamour” – bo o to pismo chodzi – opowiada najpierw, jak to była na gali, na której wszyscy ją komplementowali za piękny wygląd, z czego się cieszyła, ale potem do niej dotarło, że gdyby była facetem, to nikt by się raczej do jej wyglądu nie odnosił. Zastanawia się, dlaczego komplementy mają płeć, co jak dla mnie jest w 100% pytaniem, które zadaje feministka. Tymczasem jakież było moje zdziwienie, gdy przeczytałam dalej:

Wielokrotnie słyszę od młodych dziewczyn (…),  że kobiecość to atrakcyjny wygląd i myślę, że czas zastanowić się, na czym polega nasze piękno? Czy na pewno na perfekcyjnie wyretuszowanych brwiach? Czy raczej na wewnętrznej sile, empatii, odwadze i konsekwencji (…)? Nie czuję się feministką. Jestem kobietą i jestem z tego dumna. Nie chcę walczyć z facetami ich narzędziami.

Cóż, nie wiem, czy pani naczelna rozumie, co pisze, ale dla informacji jej i wszystkich, którzy mają wątpliwości:

  1. Feminizm nie polega na walce z mężczyznami.
  2. Feminizm to przekonanie, że kobieta i mężczyzna są sobie równi, mają równe prawa i zasługują na szacunek oraz godne – równe – traktowanie.
  3. Feminizm to również bycie dumną z tego, że jest się kobietą.
  4. Stwierdzenie, że ktoś nie czuje się feministką, ale jest dumny z bycia kobietą to w świetle tych punktów wewnętrzna sprzeczność.

Nie wiem, skąd ta potrzeba/skłonność do demonizowania feminizmu, ale to się powoli robi nudne. Mimo to za każdym razem czuję nieodpartą potrzebę polemiki z takim jego postrzeganiem, więc i tu nie mogłam się powstrzymać 🙂 Zresztą po wstępniaku jest już nieco lepiej – jest i Martyna Wojciechowska ze swoją siłą, wolnością i determinacją, jest i historia wolontariuszki opiekującej się (a jakże) dziećmi w Indiach, są i przekazy od mamy do córki. Co więcej – jest nawet o podziale obowiązków w związku i raport o kobietach, a w nim o seksizmie, ciałopozytywności i kobiecych idolkach. Apetyt wzrósł już do granic możliwości. Wystarczy, by na koniec przedstawić piękne zdjęcia pod hasłem “Jak wygląda feministka?”. No właśnie… Kiedyś było wiadomo, że powinna wyglądać tak:

Czyli po męsku. Tak powstał stereotyp, z którym teraz i legion Wonder Woman nie byłby w stanie wygrać. A zatem kochane “Glamour” informuje, że w tym sezonie projektanci ubrali feministki w “męski look”. A jakże. Brawa, aplauz, teza o babochłopach i niegoleniu pach sama się potwierdza, kurtyna. Ręce opadają. Droga feministko, masz się zatem ubierać w obszerne i idiotycznie drogie rzeczy, przypominające raczej kilka przypadkowo zszytych szmatek niż w cokolwiek, co lubisz, żeby wpasować się w schemat. Do tego nie zapomnij o dziwnych, rozczochranych lub nadmiernie przylizanych włosach i agresywnym makijażu lub jego całkowitym braku – przecież nie chcesz, żeby ktoś pomyślał, że dbanie o siebie i wyglądanie “stylowo” jest dla ciebie jakkolwiek istotne.

Artykuł ilustrowany jest zdjęciami atrakcyjnych kobiet deklarujących się jako feministki – nie modelek, ale artystek, projektantek itp. Wszystkie one dały się ubrać w naprawdę dziwaczne ciuchy, aby w pięciu linijkach opowiadać, czym jest dla nich kobiecość – nie feminizm wprost. Przekaz? Być może feminizm nie jest taki zły, ale wiadomo, że najważniejsza jest duma z bycia kobietą, bez agresji i radykalizmu, fajne (czytaj drogie) ciuchy i ogólne poczucie “glamour”.

W tym samym numerze Martyna Wojciechowska mówi:

Nie utożsamiam się z agresywnym feminizmem. Nie jestem za tym, żebyśmy domagały się swoich praw, używając języka mężczyzn: aroganckiego i pełnego siły. Nie jest nam potrzebny, bo mamy wiele wspaniałych cech, z których powinniśmy korzystać: empatię, miękkość, umiejętność prowadzenia dialogów (…)

Znów przekaz jest jednoznaczny: nie krzycz, nie domagaj się, nie oburzaj się, tylko miękko zaoponuj, gdy ktoś łamie Twoje prawa czy Cię obraża, wykaż się empatią, a nie złością. Ech…

Jak wygląda feministka?

Tak jak ja, Ty, nasze koleżanki. Czasem wyróżnia się z tłumu, a czasem w nim znika. Lubi róż albo go nienawidzi, ukrywa się w czerni albo w niej odsłania, maluje się lub nie, chodzi do fryzjera lub tego nie cierpi. Jest człowiekiem, kobietą, może matką, a może nie, ma chłopaka/dziewczynę/męża/partnera, kredyt/pracę/marzenia/pasję/plany/cele. Czasem choruje, a czasem ubiera leginsy i idzie poćwiczyć. Ma konto na FB, gdzie wkurza się na dyskryminację kobiet lub gardzi mediami społecznościowymi i działa gdzieś indziej. Jednym słowem – jest normalna, a jednak wszyscy chcą jej przypisać różne cechy aktualnie pasujące do wizerunku, który zostaje jej narzucony. Nie dajmy się propagandzie – nie dajmy sobie wmówić, że feministka to “coś” obrzydliwego, wstydliwego, podrzędnego. Bądźmy z siebie dumne, bo wyróżnia nas jedno – mamy odwagę sprzeciwiać się nierównemu traktowaniu i zabierać głos tam, gdzie inne dziewczyny typu glamour milkną i wbijają wzrok w podłogę. Zdobywajmy się częściej na odwagę i walczmy o siebie!

Czy Audrey Hepburn korzystałaby z mediów społecznościowych?

Obrazek nr 1 – moja dawna znajoma w “realu”, a obecna w “wirtualu” zamieszcza na FB obraz z USG przedstawiający jej nienarodzone jeszcze dziecko w bardzo wczesnej fazie rozwoju. Zdobywa mnóstwo lajków i gratulacji. Szok.

Obrazek nr 2 – umiera kolega, jego konto na FB jeszcze chwilę działa. Kto? Jak? Po co? Niesmak.

Obrazek nr 3 – wracam zatłoczonym tramwajem z pracy do domu. 99% współpasażerów, niezależnie od wieku, płci i wyglądu, przegląda media społecznościowe, wyglądając przy tym jak zombie. Pozostałe 1% patrzy przez okno z równie bezmyślnym wyrazem twarzy. Mam poczucie statystowania w “Walking Dead”.

Obrazek nr 4 – kolega zamieszcza na swoim profilu treść pseudopatriotyczno-rasistowską. Oburzam się, na co on mi odpowiada, żebym w takim razie usunęła go ze znajomych na FB. Robię to i czuję się dziwnie.

Obrazek nr 5 – postanawiam wyłączyć się z mediów społecznościowych na weekend. W piątek wieczorem odruchowo uruchamiam internet na telefonie i już już witam się z FB, gdy przypominam sobie o własnym wyzwaniu i rezygnuję. W sobotę do południa jeszcze mną trzepie, ale w niedzielę czuję się cudownie, a moja uważność jest na bardzo wysokim poziomie. W poniedziałek rano okazuje się, że…nic mnie nie ominęło.

Po co nam media społecznościowe?

Jak wiadomo od czasów starożytnych, człowiek to istota społeczna, a kontakty międzyludzkie to oś życia, zazwyczaj jego sens (poza pustelnikami i innymi “freakami”). Rodzina, przyjaciele, znajomi, współpracownicy, współobywatele, przedstawiciele różnych grup społecznych – kontakty z nimi wynikające z chęci lub mniejszego czy większego przymusu stanowią treść naszego życia. Nasze życie jednak się zmienia, nabiera tempa, przypominając często wyścig szczurów, maraton czy jaką tam analogię wybierzecie. Kontakty interpersonalne siłą rzeczy też ulegają zmianie, nabierając cech powierzchowności, tymczasowości i pragmatyzmu. Media społecznościowe to rezultat, a jednocześnie przyczyna takiego obrotu spraw.

Świat informacji przytłacza. Wielość kanałów TV, stron www, blogów, profilów, zdjęć, newsów przyprawia o zawrót głowy, ale też daje poczucie bycia w centrum, posiadania wielu możliwości działania, czasem nawet zbyt wielu. Obezwładnieni ilością dostępnych opcji, przybieramy bezmyślny wyraz twarzy i…scrollujemy portale społecznościowe, podpatrując, co wybrali inni. Najnowsze badania wskazują, że u użytkowników Internetu poziom satysfakcji z życia po odwiedzeniu dowolnego portalu społecznościowego jest mniejszy niż przed wejściem na niego i to niezależnie od poczucia własnej wartości. Cóż, każdy chce się pokazać z jak najlepszej strony, więc trudno tu o szarą rzeczywistość, a jeśli już, to w wizualnie atrakcyjnej formie. Po co nam więc media społecznościowe?

Chcemy mieć poczucie bycia w kontakcie, nawet jeżeli 50% naszych wirtualnych znajomych to awatary osobowości, które kiedyś znaliśmy, a teraz z potrzeby poczucia się lepiej lub gorzej podpatrujemy, jak im się w życiu wiedzie. Jesteśmy zabiegani (a przynajmniej na takich pozujemy, bardzo ciekawy artykuł na ten temat na blogu joannaglogaza.com ), nie mamy czasu na spotkania, nasiadówki, pogaduchy, więc równoważymy to namiastką kontaktu przez FB, zostawianie serduszek pod postami na Instagramie itp. Smutne to, ale prawdziwe i jak na razie tak wygląda rzeczywistość większości dwudziesto- i trzydziestolatków. Skupiamy się na kreowaniu wirtualnego wizerunku, popadając czasem w śmieszność (np. lajkując własne zdjęcia), a często pokazując to, czego nie widzą nawet nasi najbliżsi. Ersatz, cholera, nie życie.

Złoty środek?

Jakiś czas temu wśród osób żyjących z obsługi mediów społecznościowych (tzw. twórców “contentu”) gruchnęła wiadomość, że Facebook “tnie zasięgi”. Oznacza to, że używając sobie tylko znanych algorytmów sprawia, że dany post trafia do o wiele mniejszej liczby odbiorców niż dotychczas, co ma sprawiać, żeby osoby, którym na takim zasięgu zależy (np. blogerzy) płacili za dostęp do użytkowników. Informacja ta spotkała się z oburzeniem, krytyką, a wręcz rozgoryczeniem spowodowanym odebraniem bezpłatnego narzędzia promocji, zaraz potem jednak przyszło otrzeźwienie. Po pierwsze, często zapominamy, że Facebook, Instagram czy Pinterest to prywatne firmy, które wzbogaciły się na naszej próżności i powierzchowności kontaktów interpersonalnych. Po drugie, zapominamy też, że wszystko, co zamieścimy na łamach mediów społecznościowych staje się automatycznie ich własnością. Zdjęcia dzieci (czasem i płodów), najważniejsze chwile z naszego życia, nasza (czasem radosna) twórczość. Czy jesteśmy gotowi na to, że pewnego dnia ktoś je wykorzysta?

Korzystam z mediów społecznościowych głównie ze względów blogowo-promocyjno-edukacyjnych. Staram się unikać zbyt wielkiej “prywaty”, choć wiem, że to pozbawia mnie szansy na zacieśnienie więzów z odbiorcami moich treści. Trudno, biorę to na klatę. Do tej pory udało mi się nie zamieścić żadnego zdjęcia mojego dziecka – dorośnie i będzie chciało, samo sobie zamieści, choć rozumiem wszystkich, którzy to robią. Cudownie jest się chwalić czymś, co nam “wyszło”, warto jednak pamiętać o gronie odbiorców. Moi przyjaciele wiedzą, jak wygląda moje życie, wszystkim innym mogę się podzielić w mediach społecznościowych. To w końcu doskonałe (pod względem zasięgu, nie rzeczowości niestety) narzędzie do dyskusji i poszerzania wiedzy o świecie, dające dostęp do informacji, możliwość oddziaływania na jego kształt i istotnie ułatwiające pracę. Jedyne, o czym trzeba pamiętać moim zdaniem to to, aby takim narzędziem pozostało, a nie pożeraczem czasu i chęci do życia.

Czy Audrey Hepburn korzystałaby z mediów społecznościowych?

Audrey Hepburn, dla mnie synonim elegancji, inteligencji i dobroduszności, kochała swoją rodzinę i przyjaciół, ale potrafiła też okazywać zainteresowanie i sympatię zupełnie obcym ludziom. Uwielbiała spotykać się z osobami jej bliskimi, zasiadać z nimi przy stole i rozmawiać o życiu. Czy zamieniłaby to na klikanie serduszek i kciuków skierowanych w górę? Wątpię, choć pewnie nie omieszkałaby uczestniczyć w mediach społecznościowych, aby pisać o swoich akcjach na rzecz praw dzieci i nagłaśniać problemy, które ją bolały. To moim zdaniem najlepszy użytek, jaki można teraz uczynić z posiadania przeróżnych profilów. Warto to robić w taki sposób, aby nie zapomnieć, że koniec końców to tylko narzędzie, a profil tak naprawdę i tak mamy jeden 🙂

Trzy grzechy główne kobiet

#METOO to akcja, która obiegła sporą część świata i przeorała również polskie media społecznościowe, pokazując skalę problemu przemocy seksualnej wobec kobiet. Nieważne, czy chodziło o tzw. niemoralne propozycje, “macanie”, przyciskanie do ściany czy gwałt – ważne, że mój FB zaroił się od tematycznych wpisów koleżanek, znajomych i znajomych znajomych, często silnych, przebojowych. Zakładam, że wszystkie historie, które się ukrywają pod tymi wpisami są prawdziwe, co zdaje się mocno niepokojące. Oznacza, że żyjemy w świecie, w którym ogromna liczba kobiet doznała jakiejś formy molestowania seksualnego. Hollywoodzka afera z Harveyem Weinsteinem w roli głównej pokazuje, że to się dzieje niezależnie od stopnia zamożności czy pozycji kobiet. Dziwi mnie natomiast czas, jaki był im potrzebny do opowiedzenia tej historii – w wielu przypadkach minęło sporo lat. To doprowadziło mnie do wniosku, że z nami, kobietami, też coś jest nie tak…

Wiktymizacja ofiary? Nie!

Psychologia zna pojęcie wiktymizacji ofiary, a nasze polskie społeczeństwo uprawia ten proceder w praktyce. O co chodzi? O te wszystkie komentarze typu “po co ubierała się w mini”, “trzeba było nie łazić po nocy samej”, “jak by suka nie dała, to by pies nie wziął” itp. Jednym słowem – ofiara przestępstwa/przemocy, najczęściej o charakterze seksualnym, jest obwiniana o to, że prowokowała, nie zachowała ostrożności itd. Jest to rzecz według mnie obrzydliwa, bo wychodzę z założenia, że każda kobieta ma prawo ubierać się i chodzić jak i gdzie chce bez obawy, że ktoś zechce to niecnie wykorzystać. Niestety, realia są takie, że gdy dojdzie do przestępstwa, a kobieta ma zeznawać w sprawie, zawsze wyciąga się temat tego, jak wyglądała, czy nie dawała dwuznacznych sygnałów itp.

Absolutnie nie o wiktymizację ofiar chodzi mi w tym wpisie, a o coś zupełnie innego, czyli o…

Trzy grzechy główne kobiet

Definicji grzechu jest wiele. Choć nie chodzi tu o kontekst religijny, najbardziej odpowiednią znalazłam na stronie…spowiedz.pl (tak, istnieje i wygląda na to, że ma się świetnie). Otóż tam określa się go jako “wykroczenie przeciwko rozumowi, prawdzie, (…) sumieniu” i o to mi chodzi w tym wpisie – o to jak my, kobiety, potrafimy same popsuć swoją pozycję, sytuację, wizerunek, relacje, przez sprzeniewierzanie się sobie, swojej płci i przekonaniom. No to spróbujmy.

Grzech nr 1

Brak solidarności

Tak, wiem, że nie każda kobieta musi być feministką, ale co mnie ogromnie zadziwia, to to, że tak rzadko kobiety się wspierają, popierają, po prostu solidaryzują się ze sobą. Przykłady? Ot choćby wracałam niedawno z pracy, a że mam już widoczny brzuch (7. mc), a w tramwaju tłok, ja obładowana torbą i plecakiem, to się rozglądam, czy ktoś mi ustąpi miejsca. Gros siedzących tym razem to młode dziewczyny wracające z liceum oraz kobiety ok. 50-tki. Jedna z nich tak się starała mnie nie zauważyć, że aż zaczęła udawać, że śpi! No cóż… Inna sytuacja – koleżanka zaczyna pracę w nowej firmie, stara się, jest punktualna itp. Co robią nowe koleżanki? Otóż zbierają się w pokoju socjalnym na “ploty”, a gdy tylko ona wchodzi do pomieszczenia, milkną i patrzą znacząco. Banał? Pewnie, ale tylko dlatego, że dobrze znany co najmniej od czasów liceum.

My, kobiety, często nie lubimy się wspierać, walczyć o siebie nawzajem, bo wciąż postrzegamy się jako rywalki, choć nie wiadomo, do czego. W sytuacjach skrajnie negatywnych nie potrafimy wesprzeć swoich matek/córek/sióstr/przyjaciółek w walce z przemocą, której doznają, przez co liczba użytych hasztagów #metoo niebezpiecznie rośnie…

Grzech nr 2

Niedocenianie siebie

Drugie ciekawe zjawisko znane jest w psychologii jako “syndrom oszusta”. Chodzi tu o poczucie posiadania zbyt niskich kompetencji, aby coś osiągnąć, a w związku z tym przekonanie, że skoro ktoś nas docenia, to nie dostrzega prawdy, czyli tego, że tak naprawdę się nie nadajemy, nie jesteśmy kompetentne itp. Najczęściej dotyczy to kobiet, gdyż my na pewnym etapie rozwoju przestajemy w siebie wierzyć lub nie chcemy się do tej wiary w siebie przyznać, uważając, że w jakiś sposób uczyni nas to nieatrakcyjnymi lub, co gorsza, przyniesie nam kłopoty.

Mówi się, że mężczyźni boją się silnych kobiet, z tego więc powodu duża część z nas…udaje, że jest słabsza niż w rzeczywistości. To samo dotyczy pensji, awansów, planów zawodowych, a nawet ambitnych marzeń. Często boimy się przyznać nawet przed sobą, że jesteśmy w czymś dobre i nam się należy, gdyż społeczeństwo może nas od razu wyrzucić na margines.

Od 10 lat pracuję jako tłumaczka-freelancerka i dobrze wiem, jak trudno jest czasem walczyć o swoje, szczególnie kobiecie. Paradoks jest taki, że większość osób pracujących w działach HR czy współpracy z dostawcami to kobiety, czyli powinny być przychylniejsze dla współpracowniczek. Niestety, to wcale tak nie działa. Nawet przy pracy zdalnej płeć miewa znaczenie i to negatywne. Kilka dobrych lat trwało, abym nabrała przekonania, że jestem dość dobra w moim zawodzie, aby poprosić o podwyższenie stawki. Poprosiłam oczywiście kobietę i mój wniosek został przyjęty do rozpatrzenia, po czym postraszono mnie, że jeżeli zwiększą mi stawkę, to zabiorą większość zleceń (co by mi za dobrze nie było), a następnie wzięto na przeczekanie. Nie poddałam się, a efekt jest taki, że stawkę mam wyższą, a zlecenia większe i bardziej prestiżowe. Potrzeba było jedynie odwagi i poczucia, że jest się dobrą w tym, co się robi.

Niestety mało kobiet decyduje się na walkę o siebie w sferze zawodowej, narzekając na szklany sufit, brak możliwości i elastyczności. A gdyby więcej kobiet z tej samej firmy zaczęło się wspierać? A gdyby się odważyły ominąć nieprzychylnego szefa i pójść dalej? A gdyby po prostu odważyły się walczyć o swoje? Chowanie głowy w piasek nie może przecież wiecznie trwać, a co gorsza, nie spowoduje ŻADNYCH zmian na lepsze…

Grzech nr 3

Brak odwagi (cywilnej)

W życiu kobiety przychodzi wiele trudnych sytuacji, o których mężczyźni nie mają pojęcia. Od początku jesteśmy na z góry straconej pozycji, bo zawsze stajemy przed kwestią dzieci/brak dzieci, praca/dom, kariera/rodzina itp. Nie oszukujmy się, mężczyznom jest łatwiej, bo obciążenia, które w związku z tymi wyborami ponoszą, są zupełnie inne. Wychodząc od najprostszej różnicy biologicznej – faktu możliwości rodzenia dzieci – a na stereotypach społecznych kończąc, kobiety mają przerąbane. Jednak nie musiałoby tak być, gdybyśmy same sobie tego nie robiły. Jakże często się zdarza, że gdy pojawia się informacja o takiej czy innej matce oddającej dziecko czy używającej przemocy czy w inny sposób wyraźnie odbiegającej od stereotypu Matki Polki, najwięcej negatywnych rzeczy do powiedzenia mają na jej temat…kobiety. To my jesteśmy naszymi największymi krytykami, a co gorsza, często robimy to anonimowo, za plecami, szeptem, żeby uniknąć konfrontacji.

Odwaga cywilna jest szczególnym rodzajem odwagi. Jest to postawa, która polega na występowaniu w obronie swoich racji, nawet jeżeli wiąże się to z wysokimi sankcjami i kosztami społecznymi. Jej podstawowym elementem jest występowanie pod swoim imieniem i nazwiskiem, czyli podpisywanie się pod swoimi własnymi wypowiedziami. Odwaga jest również przyznaniem się do błędu, postępowaniem zgodnie ze swoim sumieniem i głoszeniem swoich poglądów.

Wikipedia.pl

Często w życiu zawodowym i społecznym spotykam się z sytuacjami, w których kobiety boją się odezwać w swojej obronie, w obronie koleżanek czy kogoś innego, żeby nie narazić się na ostracyzm społeczny lub po prostu opinię walniętej feministki (wychodzi w sumie na to samo). Tak bardzo zależy im na opinii innych, że wolą sprzeniewierzyć swoje poglądy, przekonania, na rzecz akceptacji. Niby tego uczy nas społeczeństwo od małego – konformizmu, wygody, oportunizmu, ale po cóż nam dorastanie, jak nie po to, żeby nauczyć się czegoś odwrotnego? Fenomenem pod tym względem okazał się choćby Czarny Protest, który jednak był o tyle łatwiejszy, że dawał pewną anonimowość. Osoby, które na nim się pojawiły rzadko kiedy wykazują się odwagą cywilną w “towarzystwie”, broniąc swoich nie do końca popularnych racji. Tu dostrzegam problem, bo nasze społeczeństwo kształtujemy swoją postawą codziennie, a nie tylko na wielkich zrywach. O ile łatwiej jest zacisnąć zęby i ponarzekać w zaciszu domowym, niż zabrać głos publicznie, iść na wybory czy wykonać inny gest? O wiele, ale skoro my, kobiety, tak wiele potrafimy znieść, to może nadszedł w końcu czas, żebyśmy przestały “musieć coś znosić”, a zaczęły walczyć o siebie, swoje córki i koleżanki, żeby to społeczeństwo uwzględniło naszą połowę?

A gdzie Twoja solidarność?

Tak można zapytać. I słusznie. Patrzę na feminizm, na siebie, na społeczeństwo dość krytycznie, dzięki czemu mogę czasem wytknąć i sobie kilka rzeczy. Nie uważam, żeby ślepe popieranie kogoś “bo jest kobietą” było w porządku, ale nie widzę też powodu, dla którego w końcu nie miałybyśmy się wziąć za zmienianie społeczeństwa, skoro tak wiele nam w nim nie pasuje. W tym tygodniu w Nowej Zelandii wybrano nowego premiera, a właściwie premierkę – to 37-letnia bezdzietna panna, w dodatku atrakcyjna, mądra i…feministka. Na jednym z feministycznych profili na FB pod wpisem na ten temat pojawiły się komentarze typu “ale im dobrze”, “u nas to niemożliwe” itp. Zgadzam się, ale tylko dlatego, że same kopiemy pod sobą dołki. Może w końcu nadszedł czas, żeby się wyspowiadać samym sobie i wziąć się do roboty, żebyśmy i my mogły być dumne z naszego kraju pod tym względem?

Seksizm w pracy, czyli kto rządzi światem

Spódnica maxi – ponuro i babciowato, spódnica mini – wyzywająco, spódnica midi – staromodna i niekorzystna. Golf – znów babciowato, mały dekolt – mało kobieco, duży dekolt – zbyt seksownie. Buty płaskie – chłopaczara, buty na słupku – zupełny brak seksapilu, szpilki – zbyt wyzywająco. Znacie to? No właśnie, a od tego się dopiero zaczyna. Patrzenie na kobietę przez pryzmat wyglądu to niestety nadal standard i, co gorsza, robią to obie płcie. Tak, tak, “jak cię widzą, tak cię piszą”, a co więcej osądzają i wyciągają pochopne wnioski, zaczynając od traktowania w dany sposób, a kończąc na próbie “dobrania się”, bo przecież “wyglądała na chętną”. Ale dziś o innym aspekcie patrzenia na kobietę przez pryzmat płci – o aspekcie tym bardziej irytującym, bo związanym z dziedziną życia realizowaną przez obie płci wspólnie, czyli o seksizmie w pracy.

Kto rządzi światem? Cóż, mimo tego, co śpiewa Beyonce tu, nadal są to mężczyźni. Hola, hola, zakrzyknie ktoś, ale przecież kobiet jest coraz więcej na widocznych stanowiskach, podejmują większość decyzji o budżetach domowych i coraz częściej (przynajmniej w Polsce) zakładają swoje firmy. No to skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?

Młoda pani doktor pracująca w dużym szpitalu, która po wzięciu jednego dnia urlopu na żądanie słyszy od przełożonego, że macica i tak zawsze będzie ją ograniczać. Wzięta menedżerka w oddziale międzynarodowej korporacji, która została wzięta pod uwagę przy ścieżce awansu dopiero gdy już wszyscy koledzy poszli w górę. Ambitna artystka współpracująca przy dużym projekcie, w którym mężczyźni zwracają się do niej nie inaczej niż przez zdrobnienia. Doświadczona urzędniczka szykanowana przez szefa i oskarżana o to, że “menopauza pada jej na mózg”. Odosobnione przypadki? Niestety, to jedynie czubek góry lodowej, która przechodzi przez niemal wszystkie placówki edukacyjne, opiekuńcze, firmy, organizacje, kończąc na sejmie i sądach.

Kiedy studiowałam filozofię, miałam wątpliwą przyjemność chodzenia na zajęcia do bardzo starego profesora, którego największą mądrością było rzucane głośno i wyraźnie “po co tu tyle kobiet, skoro i tak nie nadają się na studia”. Gdy byłam aktywna w strukturach ZHP, miewałam przełożonych (nie sensu stricte, ale wiele od nich zależało), którzy rzadko kiedy traktowali mnie i inne dziewczyny pełniące istotne funkcje poważnie, zamiast tego (dosłownie) głaszcząc po głowie, zdrabniając imiona i domagając się załatwienia formalności i innych istotnych spraw przez naszych kolegów, a nie przez nas. Kiedy prowadziłam organizację pozarządową i zdarzało mi się chodzić na szkolenia różnego typu, uwagi pod tytułem “a teraz coś dla pań, czyli przerwa kawowa” itp. były na porządku dziennym. Dlaczego?

Czym jest seksizm?

Żeby nie było niedomówień, według Wikipedii:

[W] podstawowym znaczeniu, »seksizm« oznacza nieuczciwą dyskryminację z powodu płci”[4], „w bardziej precyzyjnym i konkretnym znaczeniu (…) »seksizm« odnosi się do historycznej i globalnie powszechnej formy dyskryminacji kobiet.

W polskim prawie pracy pojęcia seksizmu nie ma, ale za to jest dyskryminacja ze względu na płeć, czyli traktowanie kogoś inaczej (czytaj: gorzej) tylko dlatego, że jest kobietą (lub mężczyzną, tak, wiem, ale ten problem akurat jest tak rzadki, że nie będę o nim tutaj pisać).

Na początku jest słowo. Język, szczególnie polski, daje wiele możliwości zdrabniania kobiecych imion przez mężczyzn. Wiele razy zdarzało mi się słyszeć w sytuacji służbowej “pani Agatko” i zawsze mnie to szokowało. Wielokrotnie reagowałam na takie zwroty informując, że mam na imię Agata, co z kolei było odbierane jako…foch. No tak, bo przecież o ile przyjemniej byłoby robić z firmy przedszkole i wołać do siebie zdrobniale… A dlaczego jest to takie irytujące? Bo każda z nas chce być traktowana profesjonalnie. Czy wyobrażamy sobie wołanie do szefa “panie Krzysiu”? Wątpię, a więc to działa w dwie strony.

Potem są żarty (zazwyczaj głupie) i komplementy nie na miejscu. Żarty zazwyczaj seksistowskie właśnie, czyli oparte na stereotypach płci. Tutaj kobiety są w pułapce – jeżeli zareagują oburzeniem, będą traktowane stereotypowo, czyli jako emocjonalnie niestabilne, bez dystansu i “sztywne”. Jeżeli będą się śmiać razem z kolegami, choć w ogóle ich to nie śmieszy, sprzeniewierzą się sobie samym. Wybór jest trudny, ale jego brak niestety nic nie zmienia. Tak samo jak brak zdecydowanej reakcji na komplementy, które są zupełnie nie na miejscu. Nie tak dawno jedna z moich koleżanek awansowała na wyższe stanowisko i przy poznawaniu nowego zespołu usłyszała, że nie spodziewali się tak młodej i ładnej dziewczyny. Miłe? Poniekąd tak, ale czy powiedzieliby to samo mężczyźnie? Raczej wątpliwe, nie mówiąc o tym, że ocenianie kogoś według płci i wieku, a nie kompetencji to dyskryminacja sama w sobie.

Potem następuje już “tylko” dyskryminacja niewerbalna. Powszechne różnice w wysokości płac dotyczące większości zawodów i stanowisk (całkiem niedawno pojawił się artykuł o buncie polskich aktorek, które mają dość zarabiania mniej niż ich koledzy-aktorzy w tych samych produkcjach), “szklany sufit”, podział na zawody tradycyjnie kobiece i męskie, przydzielanie mniej lub bardziej prestiżowych zadań, no i to, co boli chyba najbardziej: szykanowanie i molestowanie. Tak, to już skrajność, ale niestety wcale nie taka rzadka. Jeżeli chodzi o szykanowanie, to problem dotyczy obu płci, które traktują kobietę, np. nowo zatrudnioną koleżankę, jak kozła ofiarnego. Wyśmiewanie się, podkradanie jedzenia, donoszenie do szefa itp. itd. Mobbing po prostu. Trąci gimnazjum? Niestety, dorosły nie zawsze oznacza dojrzały, a w tym przypadku nadal człowiek człowiekowi wilkiem. Z kolei molestowanie seksualne to temat trudniejszy, ponieważ w świetle prawa wymaga od kobiety wyrażenia sprzeciwu. Nie musi to być sprzeciw werbalny, ale jakikolwiek, wyrażony choćby ucieczką z płaczem czy głośnym trzaśnięciem drzwi z sali, w której miał miejsce. Zgłoszony podlega karze, ale pod jednym warunkiem – że zostanie udowodniony. I tu jest właśnie pies pogrzebany…

Kto rządzi światem i dlaczego mężczyźni?

Prawda jest taka, że przemoc – jakakolwiek, również seksizm, który jest formą wykorzystania pozycji przez jedną grupę względem innej – karmi się milczeniem. Jeżeli kobieta zbierze się na odwagę i postara się sprawę zgłosić, niekoniecznie od razu do sądu, ale choćby do tzw. szefa wszystkich szefów w firmie, musi umieć udowodnić swoje zarzuty. Do tego potrzebuje dowodów lub świadków, których zazwyczaj nie znajduje. I właśnie tu jest problem. Strach, niechęć do mieszania się, brak tzw. odwagi cywilnej… Wszystko to sprawia, że zazwyczaj kobieta zostaje sama na placu boju i jeżeli nie znajdzie innych ofiar, które będą jej towarzyszyć, ma marne szanse na pozytywne rozstrzygnięcie.

Co robić?

Patrząc na doświadczenia swoje i swoich koleżanek w kwestii seksizmu, dostrzegam problem nie tylko w mężczyznach, którzy najczęściej (o zgrozo) z mlekiem matki wyssali takie podejście do kobiet, ale i w nas – kobietach. W szkole, na studiach, stażach, a potem w pracy – na każdym kroku spotykamy się ze stereotypami, a niewiele z nas ma odwagę lub chęć protestować. Najczęściej przełykamy daną sytuację niczym gorzką pigułkę, w milczeniu odchodzimy z pracy albo w inny sposób zagłuszamy problem, niczego nie zmieniając. Mężczyźni (lub kobiety) nas dyskryminują, a my się po prostu dajemy. Wolimy mieć spokój niż walczyć i dopóki to się nie zmieni, nic się nie zmieni.

My, kobiety, wpadamy też często w pułapkę bycia miłą. Tak bardzo chcemy, żeby nas akceptowano i lubiano, że nie walczymy już o szacunek do siebie. Milczeniem zbywamy głupie żarty, uśmiechamy się nieszczerze słysząc komplement o pięknych nogach od szefa albo same wysuwamy się na margines, rezygnując z pracy w ciąży mimo dobrego samopoczucia, “bo i tak do tego dojdzie”. Siła jest w nas i w naszej odwadze reakcji. Jeżeli wszystkie będziemy chować głowę w piasek, świat wcale się nie będzie zmieniał tak, jakbyśmy tego chciały, bo któż miałby to robić za nas? Najczęściej to my mamy moc sprawczą, więc chciejmy o tym pamiętać. Bez tego fraza “who run the world? Girls!” zamiast oddawać rzeczywistość, będzie tylko nośnym refrenem śpiewanym przez uprzywilejowaną, bogatą piosenkarkę pop, którą na to stać.

 

 

Santosa i wabi sabi, czyli po co patrzeć na Wschód

Siedzę w zimnym biurze, patrzę przez okno, za którym pada deszcz i myślę o wszystkich sprawach, które mam do załatwienia. Życie potrafi przytłoczyć, to pewne, a w zależności od nastroju zawsze można znaleźć coś, co nam humor poprawi lub popsuje. Szukam więc w sobie jakiegoś sposobu na tę życiową zawieruchę, ale chyba w tym przypadku lepiej będzie, jak spojrzę na Wschód…

Mówi się, że Polak mądry po szkodzie – co jednak robić, gdy szkoda dzieje się i dzieje i trzeba przez nią przejść, najlepiej nie tracąc radości życia i sił witalnych? Cóż, Polska tu zbytnio nie pomoże, za to pomocną dłoń wyciągają dwie mądrości Wschodu, ale spokojnie – obędzie się bez ajurwedy i innych magicznych proszków 😉 Oto przedstawiam dwa hasła, które od jakiegoś czasu znacznie ułatwiają mi życie i radzenie sobie z przykrymi niespodziankami, jakie czasem niesie.

SANTOSA

A cóż to? Pozycja w jodze czy nazwa czwartej czakry serca, którą pobudzę kichnięciem przez lewą dziurkę w nosie? Otóż nie, santosa to element praktyki jogina, który idealnie przydaje się na co dzień. Samo to słowo oznacza “zadowolenie” i właściwie na tym cały wic polega – na umiejętności odczuwania zadowolenia z tego, co mamy, bez smutku i zazdrości, że akurat nie mamy czegoś innego. Oczywiście wymaga to baaardzo dużo uważności i świadomości, bo nic tak łatwo człowiekowi nie przychodzi jak zazdrość i poczucie niedosytu.

Tak naprawdę wiele z nas ma tendencję do użalania się nad sobą i jęczenia tylko po to, by ktoś pogłaskał nas po główce i grzecznie zaprzeczył. Łatwo tak żyć, gdy kłopoty są niewielkie i błahe, ale kiedy pojawiają się “prawdziwe” problemy – poważna choroba, kryzys małżeński czy długi – słuchaczy jakby nieco mniej, a my zaczynamy marzyć o tym, żeby znów móc się poużalać na choćby krzywe spojrzenie kolegi z pracy czy przemoknięte buty. Santosa uczy, aby niezależnie od tego, co się dzieje, co tracimy, cieszyć się tym, co akurat mamy. W najgorszym razie – tym, że żyjemy. No hej, niekażdy ma to szczęście 😉

U mnie santosa sprawdza się ostatnio bardzo, choć wymaga samodyscypliny, nie powiem. Weźmy choćby ostatni powrót z weekendu – odwiedzamy co jakiś czas teściową, co wymaga pokonania niemal całej przeklętej autostrady A4. Przeklętej, bo tam zawsze, niezależnie od pory dnia czy roku, coś się dzieje. Wracaliśmy w niedzielę wieczorem nieco później niż zawsze i gdzieś w okolicach Krakowa usłyszeliśmy informację o wypadku i tworzącym się korku. Aby go ominąć, musieliśmy stać w długiej kolejce do zjazdu, a że byliśmy już zmęczeni, o “psioczenie” nie było trudno. Po chwili jednak okazało się, że tamten wypadek był śmiertelny, zginęło dwóch chłopaków niemal w naszym wieku z Podkarpacia. Jechali do pracy? Wieźli osławione słoiki tak jak my? Byli zmęczeni? Mieli dzieci? Nie wiadomo, ale gdybyśmy wyjechali wcześniej, czyli tak jak zazwyczaj, czy mógłby nas spotkać ich los? Nie wiemy, ale wiemy, że mimo zmęczenia poczuliśmy właśnie to, co daje santosa – zadowolenie, że żyjemy, z tyłu w foteliku śpi dziecko i pójdziemy dziś spać w swoim łóżku. Żywi.

WABI SABI

Wabi sabi to niesamowita koncepcja rodem z Japonii, która od razu przypadła mi do gustu, gdy tylko się o niej dowiedziałam. Jest to sztuka znajdowania piękna w braku perfekcji, głębi w naturze, akceptowania naturalnego cyklu rozwoju i upadku, życia i śmierci. Zrozumienie natury świata i delikatny uśmiech, gdy zdamy sobie z niej sprawę. Chodzi tu o autentyczność, celebrowanie życia takim, jakie jest, bez retuszu, udawania i nadmiaru plastiku. Dobrze tę koncepcję obrazuje choćby stara poklejona waza – Polak wyrzuci lub ukryje sklejoną z tyłu szafy, Japończyk sklei, żeby było widać dokładnie pęknięcie i ustawi na widoku. Taka waza to symbol życia – bywa piękne, ale też miewa mnóstwo rys, a jednak trzyma się razem i daje radość.

Nikt nie jest idealny. Często zdajemy się o tym zapominać, gdy tylko coś pójdzie nie tak lub zaczynamy się porównywać z innymi. Cóż, też mi się to zdarza, a szczególnie gdy dopadnie mnie rutyna, znudzenie i frustracja. Jak jesteś pracującą mamą, ze sporym bagażem obowiązków, to tak się dzieje. Gdy po raz piąty w tygodniu układasz puzzle ze Strażakiem Samem albo robisz baby w piaskownicy przychodzi taka chwila, gdy masz ochotę zacząć biec i nie oglądać się za siebie. To jest właśnie moje wabi sabi – zatrzymuję się wtedy na moment i robię krótką kalkulację, oczywiście gadając sama do siebie (spokojnie, jeszcze nikt “życzliwy” mnie na tym nie przyłapał ;p). Marzyłam o dziecku? Tak! Byłam najszczęśliwszą osobą na świecie, gdy wiedziałam już, że się pojawi? Tak! Dostaję cholery na widok zjeżdżalni i samochodzików? Tak! I nic się tu ze sobą nie gryzie! To jest wabi sabi – perfekcyjna antyperfekcja i ja się w tym odnajduję.

Po co patrzeć na Wschód

Hej, życie bywa ciężkie i w moim wieku (huhu!) już właściwie wszyscy o tym wiedzą. Choroby, kłopoty, nieporozumienia, polityka, finanse, kredyty, odpowiedzialność – znamy to i przerabiamy na różne sposoby w wielu wersjach. To jedna rzecz, której się nie zmieni, ale można zrobić coś innego – nauczyć się patrzeć na te sprawy inaczej, czerpiąc z nich siłę. Santosa – zadowolenie – i wabi sabi – znajdowanie piękna w brzydocie – to dwie koncepcje, które  mnie tego uczą. Czasem trzeba się mocno natrudzić, żeby znaleźć coś dobrego, dającego siłę, ale póki żyjemy – da się.

Polacy uwielbiają narzekać, ale czy nie jest tak, że tę prawdę objawioną powtarzamy w formie usprawiedliwienia, zaklęcia? Narodowość nie musi nas determinować w aż takim stopniu. Warto czerpać z innych kultur to, co w nich uniwersalne i mądre. Dla mnie mądra jest uważność, samoświadomość, zadowolenie i sklejanie pękniętej wazy. Tym razem 1:0 dla Wschodu 🙂

Jak nauczyłam się kochać swoje ciało

Statystyczna kobieta. Istota ludzka niezmiennie nastawiona na odbiór rzeczywistości, przefiltrowanie jej przez własne przekonania i kompleksy i wyplucie dalej. Osoba, która musi czuć się pewnie, żeby wydawać się pewną, poddająca się stale w wątpliwość i sprawdzająca, czy wszystko z nią w porządku. Nierzadko cierpiąca na syndrom “ona ma lepsze nogi i więcej zarabia”, rzadko z siebie zadowolona. Czasem chce walczyć o swoje prawa, a czasem nie ma na to siły. Interesuje się tym, co się dookoła niej dzieje, ale nie uważa, by mogła wiele z tym zrobić. Kupuje wciąż nowe poradniki, zamiast szukać mądrości i wartości w sobie.

Ciało statystycznej kobiety. Nigdy idealne, zawsze coś można w nim ulepszyć, wygładzić, poprawić. Czasem wysportowane, czasem noszące ślady intensywnej eksploatacji, rzadko w odczuciu kobiety po prostu piękne. Włosy nie takie – a to za mysi kolor/zbyt się falują/proste jak druty/za mało/za dużo/za krótkie/za długie, skóra nie taka – zbyt napięta/za obwisła/za jasna/za ciemna/zbyt nierówna/za mało błyszcząca/ciągle się świeci, oczy nie odpowiadają – za małe/za duże/za głęboko osadzone/nieodpowiedni kolor… Uff, bycie takim ciałem to ciężka praca. Ciągle trzeba coś ze sobą robić, nie można po prostu być i cieszyć się życiem, bo zawsze jest coś do poprawki.

Mój dwuletni syn kilka dni temu – założyłam mu koszulkę i powiedziałam, że świetnie wygląda. Podszedł do lustra, popatrzył na siebie i się uśmiechnął…
Nieustannie zaskakuje mnie fakt, że tak wiele kobiet, wykształconych, spełniających się w pracy i innych sferach, mądrych, myślących itp. tak rzadko akceptuje swoje ciało, nie mówiąc o kochaniu go. Wciąż się cenzurują (to uwydatni moje wielkie ramiona, a w tym widać tylko moje zbyt szerokie biodra) i marnują czas na umartwianiu się dla piękna, urody, podziwu, zamiast po prostu korzystać z ciała i się nim cieszyć. Czemu mówię “one”? Ha, bo też taka byłam, ale szczęśliwie już sobie z tym poradziłam, a że teraz “ciałopozytywność” w cenie, postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze w tym temacie.

Droga do ciała

Wyjaśnijmy sobie jedno – nie jestem idealna, tak jak i moje ciało. Mogłabym wyliczać jego niedoskonałości, ale po co? Zasada numer 1 akceptowania siebie – ideał nie istnieje! Po prostu. Można mieć różne wizje piękna, aspirować do niedoścignionych wzorców, ale to tylko strata czasu. Największa wartość, a jednocześnie najtrudniejsza do przyjęcia? Bycie sobą.

Historia mojego ciała nie jest łatwa ani przyjemna. Było wiele momentów, kiedy go nienawidziłam, takich, w których jako bardzo młoda dziewczyna leczyłam je w szpitalach i aptekach, ale też takich, w których tzw. koleżanki informowały mnie, dlaczego nie pasuje do zdjęć z “Bravo”. Robiły to zresztą dość brutalnie – tłumacząc, że nie powinnam na przykład odsłaniać uszu, bo mam je jak Dumbo, czy nosić getrów, bo jestem za chuda. Okres dojrzewania oczywiście niczego nie ułatwiał, ale to przechodził akurat każdy. Było też tak, że moje ciało musiało się bronić przed światem zewnętrznym i myślało, że musi bronić też mojej duszy. Spinało się, chroniło przed ciosami, a ja miałam mu za złe, że robi to za słabo.

Potem zaczęła się “prawdziwa” kobiecość, czyli wejście w świat relacji damsko-męskich, który bywa jeszcze okrutniejszy niż liceum w najgorszej dzielnicy miasta. To świat, w którym nie bierze się jeńców, a każda uwaga czy krzywe spojrzenie może w jednej chwili zabić pewność siebie. To świat, w którym trzeba być najlepszym strategiem – wiedzieć, co ubrać, a czego broń Boże nie zakładać, żeby nikt nie pomyślał, że jesteś “łatwa”. To świat, w którym odsłonięcie ramion lub pomalowanie ust potrafi zdecydować o dalszych losach i ciągle trzeba się mieć na baczności. Przynajmniej kiedyś tak myślałam. Byłam chuda, ładna, niepewna siebie. Wtedy przyszedł on – ten, który chciał to siłą wykorzystać, ale któremu uciekłam. Moje ciało po tym wydarzeniu zamknęło się w sobie, ale potem przyszedł moment olśnienia – to nie moja wina! Dlaczego mam udawać, że nie mam ciała, skoro ono jest dla mnie, dla mojego czerpania z życia!

Wtedy przyszedł bunt wobec tej rzeczywistości, a wraz z nim “prawdziwy” życiowy feminizm. Metodą prób i błędów zaczęłam uczyć się swojego ciała, tego, co mi daje, a czego nigdy mi nie da. Jak wiele innych ciał musiało poddać się wielu zabiegom medycznym, ale doceniam je za to, że im podołało. Potem zrobiło coś niesamowitego – dało mi macierzyństwo i za to pokochałam je już na 100%. Teraz zapowiada się powtórka z rozrywki i choć jest nam – mi i ciału – nieco trudniej, każdy dzień to nowa okazja do pogłębiania tej relacji. Nie jest bowiem tak, że ciało zawsze łatwo kochać, o nie. Czasem słabnie, gdy ja chcę biec dalej, albo każe się położyć, gdy mam jeszcze tysiąc planów. Zazwyczaj ma rację, czym mnie wkurza, ale jakoś sobie wspólnie radzimy.

Jak nauczyłam się kochać swoje ciało?

Całkiem zwyczajnie – popatrzyłam na nie uważnie w lustrze i gdy już miałam zacząć wyliczać jego wady, uśmiechnęłam się do siebie i pogłaskałam. Zrezygnowałam z samobiczowania, a zamiast tego zaczęłam o siebie dbać tak, jak mi to odpowiada, a nie jak mówi mainstream. Chcę być zdrowa i silna, ale po to, by czerpać z życia garściami, a nie dobrze prezentować się na selfie. Tak, wiem, że to brzmi tkliwie i niepoważnie, ale sama sprawa jest poważna. Pokochanie swojego ciała wiele ułatwia – oszczędza się na przeróżnych smarowidłach do najmniejszych nawet niedoskonałości, oszczędza się czas i przestrzeń na myślenie o prawdziwych wyzwaniach, no i żyje się po prostu lżej. Patrząc na okładki pism kobiecych nie czuję już żalu i smutku, ale radość – ja jestem prawdziwa, one są pokiereszowane fotoszopem i innymi odsysaczami tłuszczu.

Uważam, że zbyt wiele energii poświęcamy my – kobiety statystyczne – na kompleksy, porównywanie się z innymi i kreowanie swojego wizerunku, jak się to teraz modnie nazywa. Styl mieć warto, to jasne, ale spędzać godziny przed lustrem i wciskać się w majtki wyszczuplające? Dziękuję, wolę prawdziwe życie i prawdziwych ludzi. A prawda nie zawsze jest łatwa 😉

 

Głód – i co dalej?

Jedną z opowieści mojej babci, której nigdy nie zapomnę, jest ta o głodzie. Babcia była wtedy młodą dziewczyną i przebywała w niemieckim obozie pracy pod Łodzią. Był to folwark, na którym więziono nastolatki po to, by pracowały na roli i zapewniały żywność dla macierzystego obozu pracy w Łodzi. Same nie dostawały wiele do jedzenia, ot tyle, żeby przeżyć. Pracowały więc ciężko za talerz marnej, wodnistej zupy z brukwi i nie potrafiły myśleć o czymś więcej niż tylko o tym, aby coś zjeść. Pewnego dnia moja babcia i kilka jej koleżanek wypatrzyły z pola dziką jabłoń, która akurat obrodziła w owoce. Namówiły się więc i postanowiły wybrać się tam, aby nazbierać jabłek dla wszystkich dziewczyn z obozu. Wiedziały, że gdy Niemcy je złapią, zostaną mocno zbite, więc napchały w spodnie poduszek, żeby mniej bolało. Wypad się udał – nazbierały jabłek i zdołały je ukryć tak, żeby je potem rozdać, ale zapłaciły za to bólem i śladami pobicia.

Czy znamy taki głód, który każe kraść?

“Głód” Martina Caparrosa – książka, która wiele zmienia

Nie tak znowu dawno temu obowiązywał podział na trzy światy – Zachód był światem pierwszym, Polska i pozostałe republiki radzieckie – drugim, a cała reszta – trzecim. Trzeci Świat szybko stał się synonimem biedy, chorób, wojen domowych i nagromadzenia najróżniejszych ludzkich nieszczęść. Nazwy dawno się zdezaktualizowały, ale czy podział?

Zastanawia się nad tym Martin Caparros, argentyński dziennikarz, w książce pod wymownym tytułem “Głód”, która doczekała się mnóstwa pozytywnych recenzji i zapisów wstrząsu, jaki wywołała w czytelnikach. Jest to bardzo obszerny reportaż-zapis podróży autora po krainach głodu. Odwiedza Afrykę, Indie, Bangladesz, Argentynę, USA i Madagaskar – wszędzie tam znajduje ludzi głodnych, biednych, nie potrafiących myśleć o niczym innym. Pokazuje nam ich świat – dla nas wciąż Trzeci – i pyta, jak możemy pozwalać na to, by w XXI wieku ludzie nadal umierali z głodu. Niestety, odpowiedzi brak.

Caparros pokazuje, że głód to w dużej mierze problem genderowy – najbardziej cierpią dzieci i ich matki, mężczyźni zdają się sobie jakoś radzić. W wielu rodzinach dotkniętych poważnym niedożywieniem kobiety muszą wybierać, kto zje najpierw i najwięcej. Małe dzieci raczej rzadko wygrywają tę swoistą rosyjską ruletkę. Dość powiedzieć, że według obliczeń Caparrosa co pięć sekund z powodu niedożywienia umiera jedno dziecko.

Jaki Bóg na to pozwala?

Bardzo smutne jest też to, że – jak zauważa autor – wszystkich jego bohaterów cierpiących z powodu głodu łączy wiara w Boga. Czemu smutne? Cóż, po pierwsze, jak okrutny musi być Bóg, który niczemu niewinne dzieci skazuje na powolną, straszliwą śmierć? Po drugie, mam wrażenie, że wiara tutaj jest rodzajem zasłony dymnej, mydleniem oczu naiwnym wiernym, którzy żyją w straszliwych warunkach przekonani, że w niebie czeka na nich za to nagroda. Nie będę dyskutować na temat wiary w Boga, bo to temat-rwąca rzeka, ale czy nie jest to po prostu wymówka?

Północ i Południe

Swego czasu zajmowałam się edukacją rozwojową, czyli prowadziłam wiele warsztatów dla dzieci i młodzieży na takie “lewackie” tematy jak prawa człowieka, Fair Trade czy globalizacja. W tej tematyce nie używa się już określenia Trzeci Świat – zastąpiły go kraje Południa, bo tak właśnie podzielił się teraz świat – na bogatą Północ i biedne Południe. NGO-sy, które tymi tematami się zajmują, starają się przestrzegać dokumentu pt. “Kodeks w sprawie obrazów i wiadomości dotyczących krajów Południa” (dla chętnych więcej tutaj). Chodzi w nim głównie o to, aby nie publikować obrazów “ludzi Południa” bez ich zgody i świadomości. Mówiąc wprost – żeby nie szafować zdjęciami wychudzonych dzieci o wzdętych brzuszkach i wielkich oczach, aby wywołać współczucie i zmotywować do datków. Dlaczego?

Ano dlatego, że niestety datki te nie zawsze idą na cele, na które są zbierane. Wszyscy zapewne spotkaliśmy się z akcjami np. UNICEF-u (ba, sama wielokrotnie je wspierałam) czy widzieliśmy amerykańskich celebrytów szczerze przejętych losem np. głodujących w obozach dla uchodźców w Afryce i mówiących o milionach monet, jakie przeznaczą na ich ratowanie. Czy to źle? Nie, pewnie, że coś to zawsze lepiej niż nic, ale niestety wielkie organizacje i wielkie akcje mają to do siebie, że mają też wielką biurokrację, która pochłania wielkie pieniądze. Skąd więc brać pewność, że nasze 10 zł idzie na głodującego malucha, a nie kawę dla szefa?

Caparros nie daje łatwych odpowiedzi. Nie zamieszcza list 10 sposobów pomocy krajom Południa. Po pierwsze dlatego, że problem jest systemowy, a co za tym idzie – nieogarnialny dla “zwykłego” obywatela. Otóż w grę wchodzą mechanizmy ekonomiczno-polityczne, a wielkie podmioty, takie jako FAO czy ONZ, choć mają narzędzia pomocowe, mają też interesy i ich członkowie również, stąd bierze się wiele głupot. Jak inaczej nazwać fakt, że swego czasu zgodzono się na pomoc żywnościową dla niektórych krajów Afryki pod warunkiem, że nie będą one dotować swoich rolników? Rolnicy w Europie czy Stanach Zjednoczonych otrzymują dotacje, bo produkcja rolna często się “nie opłaca”, a rolnik afrykański znikąd pomocy się nie doczeka. Państwo jest słabe, organizacje międzynarodowe reagują, gdy jest klęska głodu (a nie “zwykły” głód), a jeszcze mogą przyjść i zabrać ziemię, bo brak do niej papierów (ziemię często się dziedziczy, a jakoś tak dokumentów zazwyczaj brak, bo nikt ich kiedyś w Afryce nie wystawiał w tych sprawach). Ziemię często za darmo wydzierżawiają też zagraniczne korporacje (np. na Madagaskarze), aby prowadzić na niej swoje uprawy lub produkcję, a w zamian mają zbudować w wiosce np. szkołę czy przychodnię. No właśnie, mają… Często się z tego nie wywiązują, więc mieszkańcy wioski tracą i ziemię, i nadzieję.

Co dalej?

“Głód” Caparrosa porusza, irytuje, zasmuca i frustruje. Nie daje żadnych łatwych odpowiedzi, a za to opowiada o problemach i mechanizmach, które obecnie wydają się właściwie niezmienialne. Mówi o tym, że na Ziemi jest dość jedzenia dla nas wszystkich, tylko podział jest nierówny. W samej tylko Polsce w ciągu roku marnuje się 9 milionów ton żywności, na świecie – 1,3 miliarda ton. Jednocześnie szacuje się, że 800 milionów ludzi głoduje, więc rachunek jest prosty. Gdyby głodujący dostawali to, co reszta marnuje – problem by się “rozwiązał”, ale to nie takie łatwe.

Autor książki wskazuje, że rozwiązania muszą być lokalne, a nie pisane z pozycji Waszyngtonu czy Brukseli. Muszą uwzględniać lokalne warunki klimatyczne, polityczne itp., a nade wszystko szanować ludzi, dla których są tworzone. Nie traktować ich z zachodnią, kolonialną wyższością. Czy to się uda? Trzeba wzmocnić kobiety – zarówno fizycznie, aby mogły rodzić zdrowe dzieci i karmić je piersią, jak i społecznie – aby mogły stanowić o sobie i z godnością zapewnić rodzinie byt. Trzeba wspierać drobnych rolników, aby mniejszym nakładem sił uzyskiwali większe plony i umieli je zabezpieczyć np. na czas suszy. Trzeba mieć oczy i uszy otwarte na wszelkie nierówności, rasizm, dyskryminację, bo efekt śnieżnej kuli nie każe długo czekać na ich negatywne efekty. Trzeba o tym mówić, trzeba wybierać mądrych polityków, w końcu – trzeba mieć ideały. Trzeba…

Nadzieja?

Caparros wystrzega się nadziei, wydaje się nawet zły na siebie, że w ogóle zaczął ten temat. A ja go podziwiam i bardzo mu dziękuję, bo sprawił, że znów wyszłam ze swojego kręgu problemów i zaczęłam patrzeć dalej, głębiej, szerzej. Pewnie, że można narzekać, marudzić albo po prostu nic nie robić, bo “i tak nic nie zmienię”, “ode mnie nic nie zależy” itp. Jednak wpływ mamy na wiele spraw – na to, co i gdzie kupujemy, co jemy i co robimy z odpad(k)ami, na kogo głosujemy, o czym rozmawiamy, co klikamy w necie… Na koniec posłużę się jeszcze słowami autora, bo ujął to idealnie:

Wyobraźmy więc sobie, jak mógłby wyglądać świat, który nie wywoływałby w nas zażenowania, poczucia winy, zniechęcenia – i zacznijmy myśleć nad tym, jak go odnaleźć.

Jest to krótkie stwierdzenie – może się jednak przekładać na lata, dekady starań, błędy i klęski, i kto wie, co jeszcze.

Krótkie stwierdzenie, historia czyjegoś życia

i życia wielu ludzi.

Obrót dziejów.

Moja najważniejsza przyjaciółka

Tego się nie robi. Nie robi się miesięcznej przerwy na blogu bez zapełniania jej wrzucaniem starych linków i głupot w mediach społecznościowych. To idealny przepis na…blogowe samobójstwo, a jednak tak zrobiłam. Dopadł mnie bowiem kryzys egzystencjalny – znacie to? Robicie różne rzeczy, pracujecie, ale na koniec dnia macie poczucie, że to nic nie znaczy? Że świat się od tego nie zmienia, wy nie jesteście ani bogatsze, ani szczęśliwsze, a i wymiernych efektów brak? W pewnym wieku (hmm) człowiek zaczyna się zastanawiać, czy zawsze już będzie tak żył i czy jego egzystencja ma w ogóle jakiś sens. W pewnym wieku – no tak, choć to bardzo niemodne. Za to modne jest bycie wszędzie, znajomość ze wszystkimi i chwalenie się pięknym życiem. Cóż, a kto powiedział, że zawsze trzeba być modnym? A więc kiedy dopadają mnie takie myśli, kiedy motywacja sięga poziomu Rowu Mariańskiego, nadchodzi czas na spotkanie z moją najważniejszą przyjaciółką, o której chcę dziś opowiedzieć.

Po co komu przyjaźń?

Przyjaźń to jedna z tych więzi społecznych, która cechuje nie tylko ludzi. Zwierzęta też potrafią się pięknie przyjaźnić i wspierać – zarówno z ludźmi, jak i innymi stworzeniami, niekoniecznie nawet z tego samego gatunku. Wszyscy bowiem mamy mniejszą lub większą potrzebę dzielenia się swoim życiem, posiadania jego “świadków” i nierzadko recenzentów, którzy towarzyszą nam w najważniejszych chwilach, a w razie potrzeby pomogą lub sprowadzą na dobrą drogę. Dzięki przyjaźni człowiek nie czuje się sam, co dobrze mu robi na psyche i sprawia, że ma więcej siły do działania. Wsparcie jest ważne, ale ważne jest coś jeszcze innego, o co o wiele trudniej – równowaga.

Nie ma przyjaźni bez równowagi

Moim zdaniem przyjaźń bez równowagi między osobami jest czymś zupełnie innym – przypomina związek toksyczny, w którym jedna osoba cały czas się łudzi, że jest ważna, a druga korzysta z jej usług, gdy jej potrzebuje, w innym razie mając ją w głębokim poważaniu. W normalnym życiu bez szkody dla siebie tak potrafią chyba tylko psy względem ludzi. Zdarzył mi się taki brak równowagi kilkukrotnie w życiu i za każdym razem kończyło się powolną degeneracją relacji, a w końcu – jej śmiercią naturalną. Niestety trudno jest trafić na “tę jedyną” lub “tego jedynego”, dla mnie to trudniejsze chyba nawet od znalezienia męża 😉 Cóż, żyjemy w czasach szybkich randek, komunikacji emotikonowej i krótkich wypadów na piwo zwieńczonych wspólną fotkę na Insta, więc nic dziwnego, że trudno jest znaleźć prawdziwego przyjaciela.

Moja najważniejsza przyjaciółka

Kiedy byłam w podstawówce, moim największym marzeniem – poza zostaniem łyżwiarką figurową na lodzie lub miss (ekhm…) – było znalezienie przyjaciółki. Byłam strasznie zakręcona na tym punkcie i przez to właściwie…nie dało się ze mną przyjaźnić. Szkoda, że rozumiem to dopiero teraz 🙂 Potem było liceum i czas wielkich przyjaźni na śmierć i życie, takich, dla których się kłamie przed rodzicami i fałszuje podpisy oraz wagaruje, który wyparował wraz z liceum. Wszyscy się rozeszli w swoje strony, przyjaźnie poumierały śmiercią naturalną, ale świat nie lubi próżni, więc nastał czas studiów i nowych przyjaźni. Przez te wszystkie lata nie zauważałam jednej osoby, która towarzyszyła mi przez cały czas i w końcu stała się moją najlepszą i najważniejszą przyjaciółką – siebie.

Trudno jest się zaprzyjaźnić z sobą samą, szczególnie kobiecie. Świat zewnętrzny uwielbia nam mówić, jakie mamy być, jak się ubierać i gdzie pokazywać, żeby zapewnić sobie sukces. Często łatwo dajemy się zasugerować tym, co robią inni, jacy są i jak pięknie przy tym wyglądają (vide Instagram), produkując w sobie nie-swoje marzenia i aspiracje. Tymczasem po drodze gdzieś łatwo gubimy siebie, dajemy się zagłuszyć i potem ciężko jest już odnaleźć swoją własną tożsamość.

Jak zaprzyjaźnić się ze sobą?

Najcenniejszy dar, jaki można dać sobie samemu, to przyjaźń ze sobą. Ludzie wokół nas zawsze są “na chwilę” – czasem dłuższą, czasem krótszą, ale po jakimś czasie i tak idą dalej, do swoich spraw, marzeń, celów. Niekiedy nawet odchodzą na zawsze i zostajemy sami. Właśnie – sami, ale nie samotni!

Jaka jest moja recepta na przyjaźń ze sobą? Cóż, przede wszystkim cierpliwość i akceptacja. Po pierwsze, to nie przychodzi od razu i trzeba się tego nauczyć. Trzeba się nauczyć słuchania siebie i wybierania własnej drogi, czasem nawet chodzenia pod prąd. Trzeba się zdobyć na odwagę, aby powiedzieć “nie” innym, a “tak” – sobie. Trzeba nauczyć się akceptować swoje niedoskonałości. Oczywiście nie chodzi tylko o pryszcze czy rozstępy (choć wszystkie je przecież kochamy ;p), ale o swoje lęki, kłamstewka, odchylenia od normy i małe grzeszki, do których czasem tak trudno się przyznać. Chodzi o szczerość ze sobą – jestem, jaka jestem i jeżeli chcę, coś zmienię, ale jeżeli mi to odpowiada, nie będę się katować udawaniem, że jest inaczej. To czasem bardzo trudne, bo niedoskonałość w świecie ogólnej doskonałości jest niewygodna.

Przyjaźń ze sobą to wierność sobie – trzymanie się swoich poglądów, nawet jeżeli innym to nie na rękę. Pozbycie się wstydu, że nie jest się takim, jak by się chciało i dążenie do własnych, świadomie i uważnie wytyczonych celów. Wszystko to wymaga sporej odwagi, ale jest naprawdę się opłaca – a ten argument przecież powinien dotrzeć do wielu? 😉