Audrey Cafe

Siła jest kobietą! Osiem silnych kobiet na ósmego marca

Oto nadszedł ten dzień, w którym słowo “kobieta” odmienia się przez wszystkie przypadki, czasy i liczby. Oto Dzień Kobiet, którego historię potrafią nawet podciągnąć pod starożytny Rzym, kiedy to na początku wiosny świętowano dzień ku czci macierzyństwa i płodności – czyli jakby nie było kobiet. U nas święto to wielu wiąże z tradycją peerelowską, a od kilku lat z manifami i roszczeniowymi feministkami – nie, żeby mi to przeszkadzało 😉 Ponieważ i mi ta wymowa Dnia Kobiet jest najbliższa, postanowiłam uczcić go na swój sposób, czyli pokazując Wam źródło mojej inspiracji, jeżeli chodzi o kobiecą siłę – oto osiem silnych kobiet, które podziwiam i szanuję (kolejność przypadkowa).

1. Wanda Rutkiewicz

Wanda Rutkiewicz w Sokolikach w 1968 r. (fot. źródło: Barbara Rusowicz “Wszystko o Wandzie Rutkiewicz”, 1992)

Być może postać nieoczywista, ale dla mnie bardzo ważna – raz, że w swoim życiu miała duży epizod wrocławski, a dwa, że była himalaistką, co do czasów jej osiągnięć było raczej męską domeną. Wanda Rutkiewicz odkryła w sobie żyłkę do wspinania jako niespełna dwudziestolatka, a pierwsze szlify zdobywała w bardzo mi bliskich Rudawach Janowickich. Potem były Tatry, Alpy, no i Himalaje. Każda encyklopedia nam powie, że Rutkiewicz, z zawodu elektronik, była pierwszym Polakiem (!) na Mount Evereście (rok 1978) oraz pierwszym Polakiem (znów !) i pierwszą kobietą na K2. Nie każda encyklopedia poinformuje, że była orędowniczką wypraw kobiecych i zachęcała kobiety do wspinania się, do walki o swoje oraz do realizowania się w dziedzinach, które je fascynują. Była silna, samodzielna i miała tupet. To ona pierwsza pokazała Polkom, że niemożliwe nie istnieje i według tej dewizy żyła. Zginęła w górach, choć jej mama do końca swego życia w to nie wierzyła, uważając, że Wanda po prostu zniknęła i zaczęła nowe życie w innym miejscu. Mówiła:

“Gdyby najkrócej określić to, co właściwie wciąż ciągnie mnie w góry, to jest to – przyjemność. Przyjemność pojawia się wtedy, gdy nie myśli się jedynie o wejściu na wierzchołek, ale gdy np. idąc po lodowcu, człowiek zaśpiewa, zaśmieje się, czy zrobi komuś jakiś kawał. Jest też w górach tyle piękna i w tylu postaciach, że trudno to wyrazić. Jest to urlop od spraw codziennych i oddalenie się od nich, choć nie oznacza to ucieczki, a tylko potrzebny względem nich dystans.

Cytat za tatromaniak.pl

2. Malala Yousafzai

Malala Day, What is Malala Day, Malala Yousafzai, Who is Malala, Who is Malala Yousafzai, Taliban, United Nations, World news, Indian Express
Fot. indianexpress.com

Na początku była odwaga. Malala, dziś pakistańska działaczka na rzecz praw kobiet, a wtedy zaledwie jedenastoletnia dziewczynka, zaczęła pisać bloga dla BBC Urdu o życiu pod okupacją talibów, którzy m.in. nakazali zamknięcie prywatnych szkół dla dziewcząt. Wraz z nasilaniem się agresji talibów jej blog zaczął zdobywać coraz więcej czytelników, a ona stała się rozpoznawalna. Pewnego dnia, wracała wraz z innymi dziewczynkami z egzaminu, a autobus, którym jechały został ostrzelany przez zamachowców. Malala, trafiona kulą w głowę i szyję, znalazła się w stanie krytycznym w szpitalu, ale przeżyła, a całe to wydarzenie wykorzystała jako motywację do wzmożonych działań na rzecz praw kobiet, w tym prawa dziewczynek do edukacji. W roku 2014 została najmłodszą laureatką Pokojowej Nagrody Nobla, a podczas przemówienia na forum ONZ mówiła:

…koncentruję się na prawach kobiet i edukacji dziewcząt, ponieważ one cierpią najbardziej. Był czas, kiedy działaczki prosiły mężczyzn, by walczyli o ich prawa. Tym razem zrobimy to same. Nie mówię mężczyznom, by przestali mówić o prawach kobiet, a skupiam się na kobietach, by były niezależne w walce o siebie.

3. Antonina Żabińska

Podobny obraz
Fot. za sprawiedliwi.org.pl

O Antoninie Żabińskiej pisałam już na blogu tutaj, ale warto tę postać przywołać raz jeszcze. Żabińska i jej mąż – Jan – opiekowali się warszawskim zoo, gdy zastała ich wojna. Choć ogród i zwierzęta mocno ucierpiały, oni wykorzystali swoją pozycję i zamiast uciec, zostali i stworzyli swego rodzaju azyl dla Żydów, którym pomagali w ucieczce z warszawskiego getta, a potem udzielali schronienia w budynkach zoo. Historię tę zaadaptowało Hollywood w filmie “Azyl”, a Polacy niezbyt nawet ją znają. Antonina opiekowała się ukrywanymi Żydami, ryzykując życie swoje i swoich dzieci, w dużej mierze samodzielnie dbając o ich wikt i opierunek. Była dzielna, niezłomna i charyzmatyczna. Kochała ludzi i zwierzęta, a jej postać nadal stanowi ogromną inspirację.

4. Sheryl Sandberg

Fot. Facebook

Sheryl Sandberg to amerykańska specjalistka od technologii i biznesu, bliżej znana jako COO Facebooka, ale też feministka, matka i…miliarderka. W swojej drodze na szczyt kariery odkryła, że otacza ją niewiele kobiet, które odpowiadałyby za coś więcej niż tylko parzenie kawy czy odbieranie telefonów. Idąc po nitce do kłębka, zaczęła interesować się problemem nierówności płci w świecie technologii i biznesu i działać na rzecz zmiany tej sytuacji. Za sprawą jej książki “Włącz się do gry” (ang. Lean In) wokół tematu zrobił się pozytywny szum i powstała organizacja pod tą samą nazwą, która prężnie działa na rzecz poprawy sytuacji kobiet w biznesie. Wspiera m.in. powstawanie małych kręgów kobiet, których celem jest wzajemna pomoc w karierze i mentoring. Takich kół jest już 35 tysięcy w 160 krajach na całym świecie! Sandberg pokazuje, że w biznesie jest dużo miejsca dla kobiet, tylko one same muszą w to uwierzyć i nie bać się sięgać po więcej. O równouprawnieniu kobiet mówi tak:

Musimy poprawić to, z jakimi uprzedzeniami muszą sobie radzić kobiety. Nie powinieneś czuć się zobowiązany do wspierania danej osoby tylko dlatego, że jest kobietą, ale powinieneś wspierać ją, bo wierzysz w jej pomysły i umiejętności.

5. Maria Skłodowska-Curie

„Porywaczka mężów”, ateistka i specjalistka od róż i konfitur. Maria Skłodowska-Curie jakiej nie znacie

Tak, wiem, że wszyscy o niej słyszeli i że jest ikoną polskiego ruchu na rzecz praw kobiet. Mimo to myślę, że warto pamiętać o niej na co dzień, bo osiągnęła to, co w jej czasach było niemożliwe. Nie tylko wsławiła się jako polska noblistka, ale do tego jest jedną z czterech osób, które zdobyły Nagrodę Nobla więcej niż raz, była pierwszą profesorką na Sorbonie w czasach, gdy na terenie Królestwa Polskiego kobiety nie mogły nawet marzyć o studiowaniu, dwukrotnie poroniła wskutek promieniotwórczego działania radu, który odkryła, ale potem dane jej było zostać matką, była prekursorką badań nad leczeniem raka za pomocą promieniotwórczości i…kochała naukę. Jest jedyną kobietą, która spoczywa we francuskim Panteonie, a w naszych uszach niech brzmią jej słowa:

Trzeba mieć wytrwałość i wiarę w siebie. Trzeba wierzyć, że człowiek jest do czegoś zdolny i osiągnąć to za wszelką cenę.

6. Isadora Duncan

Postać nieoczywista, ale ważna dla sztuki i historii kobiet. Isadora Duncan to choreografka, tancerka, artystka, twórczyni tzw. tańca współczesnego, biseksualistka, ateistka i rewolucjonistka pierwszej połowy XX wieku. Jako młoda dziewczyna zrezygnowała z nauki w szkole jako “zbyt ograniczającej” i zaczęła zarabiać na życie, ucząc dzieci tańca. Pasji tańca była wierna do końca życia, ucząc innych i występując na wielu scenach całego świata. Przeciwstawiła się tradycyjnemu baletowi jako formie zbyt rygorystycznej, która nie służyła pięknu, a dyscyplinie, i zakładała swoje szkoły tańca współczesnego – tańca, którego podstawą jest wolność, naturalność i komunikowanie emocji. Zaadoptowała sześć dziewczynek, ratując je od skrajnej biedy, szkoliła kolejne instruktorki swojej metody i tworzyła, tańczyła i…korzystała z życia. Ułożyła nawet choreografię do polskiej pieśni patriotycznej “Warszawianka” (jej współczesne wykonanie można zobaczyć tutaj). Isadora łamała konwenanse, przeciwstawiała się stereotypom i ograniczającej formie. Była wolna, dzika i twórcza. Mawiała:

Najpiękniejszym dziedzictwem, jakie można dać dziecku, jest zezwolić mu, by szło własną drogą, wyłącznie o własnych siłach.

7. Joy Lofthouse i 163 inne dziewczyny

Znalezione obrazy dla zapytania joy lofthouse Fot. za http://www.independent.co.uk[/caption%5D

Ok, założę się, że o nich nie słyszeliście. Joy była jedną ze 164 pilotek ATA (Air Transport Auxiliary), czyli służby pomocniczej dla brytyjskiego RAF-u podczas II wojny światowej (wśród tzw. “ATA girls” były też Polki!). Gdy Joy dostała się do tej organizacji, nie potrafiła nawet prowadzić samochodu, ale już wkrótce pilotowała myśliwce Spitfire i bombowce. Do tego wtedy nie posiadały one tak bogatego wyposażenia do komunikacji radiowej i wymagały nie lada odwagi oraz umiejętności. Dość powiedzieć, że co szósta z “ATA girls” zginęła w akcji, zazwyczaj z powodu usterek technicznych samolotu, a nie swojego braku umiejętności. Niesamowite jest to, że w wieku 92 lat Joy ponownie wsiadła do Spitfire’a i była jego drugim pilotem! Relację z lotu można zobaczyć tutaj, a historię jej i całej organizacji przybliżyć każdemu, kto uważa, że kobiety to słaba płeć.

8. Audrey Hepburn

No wiem, że dobrze znacie jej postać i właściwie to się robi trochę nudne, ale w tym dniu nie mogło jej zabraknąć. Audrey była silna jako dziecko i jako dorosła kobieta. Przetrwała głód i trudne warunki hitlerowskiej okupacji podczas II wojny światowej, przetrwała konieczność rezygnacji ze swojej pasji, jaką był balet, a także dwa rozwody, mężowskie zdrady, poronienia i walkę o swoje równouprawnienie podczas realizacji filmów. Działała charytatywnie, wspierając UNICEF i jeżdżąc do Afryki, co nie było wtedy popularnym zajęciem wśród tzw. celebrytów. Kochała swoich synów, kochała ludzi w ogóle i dbała o innych często bardziej niż o siebie. Skutkiem tego było zignorowanie swoich problemów zdrowotnych, przez co pokonał ją rak, ale za to w świecie kultury pozostała nieśmiertelna. Jej wizerunek powielany jest na mnóstwo sposobów, ale o jej sile i charyzmie już tak często się nie mówi. Pozostała jedną z najbardziej uwielbianych aktorek na świecie, a dla mnie jest nadal źródłem inspiracji i siły do działania. Mówiła:

Piękno kobiety nie przejawia się w ubraniach, które nosi, w jej figurze lub sposobie w jaki układa włosy. Piękno kobiety musi być widoczne w oczach, ponieważ są one drzwiami do jej serca – miejsca, gdzie mieszka miłość.

Oto koniec mojej listy ośmiu silnych kobiet na ósmego marca. Każda z nas może tam kogoś dopisać, a najlepiej siebie. Nasza siła i intuicja to elementy, dzięki którym możemy osiągnąć wszystko, co zechcemy. Nawet równouprawnienie w praktyce, czego sobie i Wam życzę 🙂

PS. Podoba Ci się ten wpis? Uważasz, że jest wartościowy? Podziel się nim, a będzie mi bardzo miło. Siła jest kobietą!

5 życiowych lekcji, jakie odebrałam tej zimy

Ach, co to była za zima. Wszędzie indziej podobno piękna, tu we Wrocławiu – cały jeden dzień śniegu, a do tego szaro, buro i ponuro. Prawie jednak udało mi się tego nie zauważyć, bo w moim życiu działo się zastraszająco wiele rzeczy jednocześnie. Co tu dużo mówić – prawdziwa rewolucja… Nie był to też łatwy czas, bo zmiany – nawet jeżeli na dobre/lepsze/najlepsze – zawsze są trudne. Odczułam to ja, ale i moja rodzina, ten blog, a nawet nasz pies.

O jakie zmiany chodzi? Już spieszę z małą prywatą. Otóż między grudniem a lutym:

  • uzyskaliśmy ogromny kredyt złożony z dwóch mniejszych kredytów (bycie przedsiębiorcą w tym kraju zawsze zostaje w jakiś sposób ukarane. Nas uznano za niezbyt wiarygodnych mimo spełnienia wszystkich warunków aż nadto, więc musieliśmy “dobierać” kredyt, wskutek czego odetchniemy swobodnie dopiero w okolicach emerytury – chyba, że wcześniej wygramy fortunę w Eurojackpot :))
  • straciłam bardzo ważną dla mnie i mojej rodziny osobę, która zmarła na raka,
  • urodziłam drugiego synka,
  • rozpoczęliśmy remont i urządzanie mieszkania,
  • zmieniliśmy samochód, bo poprzedni niemal się rozpadł,
  • zaliczyłam pierwszy w swoim – i malucha – życiu pobyt w szpitalu z dzieckiem z powodu żółtaczki, zapalenia płuc i kilku innych zapaleń. Jeżeli chcecie wiedzieć, jak to jest spędzić pół miesiąca z pięciotygodniowym dzieckiem w szpitalu z rygorystycznym zakazem odwiedzin, od razu Wam powiem – beznadziejnie…

Czyli trochę się działo, ale wyciągnęłam z tego kilka lekcji, którymi chcę się tu podzielić.

1. Ufaj swojej intuicji.

Myśląc w listopadzie o tym wszystkim, co nas czeka, spodziewałam się wszystkiego, ale nie tego, że będę musiała walczyć o uznanie słuszności mojej intuicji, i to bądź co bądź z autorytetami. A było tak – czekał mnie poród, a przez całą ciążę planowałam, że będzie on siłami natury. Pod sam koniec dziewiątego miesiąca maluch jednak przyspieszył i zaczął rosnąć w zastraszającym tempie, a ja zaczęłam się bać. Nie odpuszczało mnie przeczucie, że poród naturalny skończy się źle. Gdy pod koniec ciąży zaliczyłam kilka wizyt na izbie przyjąć na kontrolne KTG i ewentualne cięcie cesarskie na cito, zaczęłam się naprawdę bać. Choć nigdy tego nie chciałam, zaczęłam prosić o cięcie, czując, że to jedyne dobre rozwiązanie. Niestety w państwowym szpitalu nikt mnie nie chciał słuchać – przychodził lekarz za lekarzem (płci męskiej oczywiście) i machając ręką stwierdzał, że “spróbujemy, zaryzykujemy”. Hm, nie miałam ochoty ryzykować swoim czy dziecka zdrowiem, czemu chyba trudno się dziwić. Intuicja cały czas mi podpowiadała, żebym walczyła o cięcie. W końcu się udało, ale prywatnie i podczas operacji moje obawy się potwierdziły – miałam ogromnego żylaka macicy, który podczas porodu naturalnego by pękł, stwarzając zagrożenie dla mnie i synka. Intuicja mnie nie myliła…

Dużo się mówi o kobiecej intuicji, ale chyba my same mamy za mało pewności siebie, aby o nią walczyć. Ufajmy jej jednak, bo często potrafi nas uratować przed niejedną głupotą czy błędem. To nasz prawdziwy skarb.

2. Dbaj o kontakty z ludźmi, na których możesz liczyć

Pewnie kolejny truizm, ale tej zimy znów przekonałam się o jego prawdziwości. Są tacy ludzie, którzy rozmawiają z nami tylko, gdy my się do nich odezwiemy, uwielbiają rozpływać się o tym, co u nich słychać i rzadko pytają, co u nas. Jednak z jakichś powodów utrzymujemy z nimi kontakty, bo głupio tak nagle przestać. Tej zimy stwierdziłam jednak, że mam tego dość i przestałam się odzywać do kilku osób, które najwyraźniej miały mnie gdzieś. Nagle zrobiło się więcej przestrzeni i jakby lżej. Za to gdy byłam w potrzebie, wiedziałam, na kogo mogę liczyć i te osoby “się sprawdziły”. Sama też jestem w stanie wiele z siebie dać, ale do tej pory nie zwracałam aż takiej uwagi na wzajemność. Trudne chwile, jakie przeszłam pokazały mi jednak, że szkoda czasu i energii dla tych, którzy o to nie dbają, za to ci, którzy są tego warci, zawsze odpłacą dobrem. Truizm, a jednak odkrycie.

3. Zmiany doświadczaj świadomie

W trudnych, przełomowych chwilach łatwo jest uciekać czy odwracać swoją uwagę od nich, aby choć przez moment było łatwiej. Typowe zamulacze – media społecznościowe przeglądane po raz setny tego samego dnia, gry na komórce, kolorowe magazyny – pozwalają na chwilę odetchnąć, ale zabierają cenne doświadczenie. Nauczyłam się tej zimy, że nie warto uciekać, a całkowicie zanurzyć się w zmianie, w wydarzeniach, smakując je w każdej chwili. To trudne i wymagające od nas uważności i ogromnej świadomości, ale warto to zrobić, by wyciągnąć wszystkie możliwe lekcje i wyjść z tego silniejszym.

Stara znana prawda, że wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono, pozostaje aktualna. Podczas pobytu z maluchem w szpitalu niejednokrotnie myślałam, że zwariuję od siedzenia w zamknięciu i patrzenia na wolno spływający płyn w kroplówce, ale nie uciekałam od tego i dzięki temu czuję się teraz silniejsza, a nawet przyszło mi kilka nowych pomysłów do głowy. Wiem już, że potrafię sobie dać radę w takiej sytuacji i stawić czoło problemom, co daje mi siłę na codzień.

4. Doceniaj siebie

Sporo osób może powiedzieć, że życie ich nie oszczędza. Też zawsze do nich należałam, ale nauczyłam się doceniać wszystko, co w moim życiu dobre i nie robić z siebie ofiary. Do tej zimy kiepsko mi jednak szło coś innego – docenianie siebie. Tymczasem musiałam dać z siebie tak wiele pod względem fizycznym i psychicznym, przetrwać, doświadczyć, że w pewnym momencie straciłam właśnie siebie z oczu. Potem jednak, leżąc pewnej nocy w szpitalnym łóżku, pomyślałam sobie, że kurczę, dałam radę i stanowię oparcie dla innych. Kilka dni potem na znak tego, że w końcu siebie doceniam, kupiłam sobie…bransoletkę. Choć mała i tania, za każdym razem, gdy na nią spojrzę, przypomina mi o mojej sile i o tym, że daję radę, cokolwiek się dzieje.

5. Wszystko mija – nawet najdłuższa żmija

Wiem, że nie ja to wymyśliłam, ale ja się tego nauczyłam. Praktyka mindfulness pokazuje, że każda chwila jest tym, czym jest, czyli chwilą i to my nadajemy jej znaczenie w zależności od naszego nastawienia. Ona sama nie jest ani dobra, ani zła. W mojej zimie chwil złych było mniej więcej tyle, co dobrych, ale każda z nich się skończyła, pozostawiając za sobą różne konsekwencje. Każda mnie czegoś nauczyła, każda zostawiła jakiś ślad, ale żadnej z nich już nie ma i nie będzie. Rozpamiętywanie, wspominanie, taplanie się w swoim bólu czy nostalgii nie ma sensu, bo już biegną kolejne chwile, a każda z nich domaga się uwagi. Dzięki uważności nic nie tracimy, a wiele zyskujemy. Dlatego nauczyłam się dostrzegać, że nawet gdy jest ciężko, warto to poczuć, bo już za chwilę będzie inaczej lub nie będzie w ogóle…

Nadchodzi wiosna, a z nią kolejne zmiany. Czeka nas przeprowadzka do nowego mieszkania, starszak idzie do przedszkola, a ja mam nowe pomysły i nie zawaham się ich użyć. Uwielbiam czuć, że się rozwijam i zamierzam to w sobie wzmacniać. Każda z lekcji, jaką odebrałam w zimie, teraz obowiązuje ze zdwojoną mocą. Już nie mogę się doczekać, co będzie dalej 🙂

 

Matka Polka Przezroczysta

Niektóre z nas długo o tym marzą, a każdy miesiąc traktują jak nową szansę, nadzieję na powiększenie rodziny. Inne z kolei zdają się zachodzić w ciążę ot, tak, od niechcenia, a jeszcze inne witają tę informację jak najbardziej hiobową wieść w życiu. Tak czy inaczej, sporo z nas staje się matkami, a z racji narodowości, ustroju i sprzyjającego klimatu – Matkami Polkami. Tak, tak. Jest to zaiste zjawisko zasługujące na pisanie wielką literą, bo w naszym kraju posiadanie potomstwa staje się kwestią polityczną i społeczną zanim jeszcze stanie się faktem…

Matka Polka Przezroczysta

Matka Polska Jest przezroczysta wtedy, gdy bardzo chce się tą mamą stać, ale nie może i całą kurację hormonalną pokrywa z własnej kieszeni. NFZ jej nie widzi, choć tak chętnie powita ją na porodówce.

Matka Polka jest przezroczysta wtedy, gdy dotyka ją dramat poronienia i leży na jednej sali z tzw. “patologią ciąży”, a łyżeczkowaniu macicy towarzyszą krzyki rodzącej z sali porodowej obok.

Matka Polka jest przezroczysta wtedy, gdy z wielkim brzuchem stoi w tramwaju i z nadzieją patrzy na zwalniające się miejsce siedzące, do którego jednak wyprzedza ją pani pod sześćdziesiątkę, mająca raczej okres rozrodczy za sobą.  Jest też przezroczysta w kolejce do kasy przychodni czy apteki, chyba że jest “bezczelna” i samowolnie przepycha się do przodu.

Matka Polka jest przezroczysta wtedy, gdy przychodzi czas decydowania o sposobie wydania dziecka na świat – dodajmy, że decyzja ta jest iluzoryczna, bo i tak Matka Polka ma niewiele do powiedzenia. Cokolwiek chce, zostanie uznane za kaprys i poddane autorytarnej analizie zmęczonego lekarza na 17. dyżurze, który – w zależności od swoich poglądów i upodobań – podejmie decyzję o porodzie naturalnym, cięciu cesarskim czy pozostawieniu kobiety samej sobie “do wyjaśnienia”, bo “zobaczymy, jak się sprawy potoczą, a na wszelki wypadek proszę nic nie jeść”.

Matka Polka jest przezroczysta podczas porodu, jej ból jest tylko jednym z wielu, a jak ma odrobinę pecha, staje się “ciekawym przypadkiem”. Zawsze też może się dowiedzieć, że właśnie cudem uniknęła śmierci przy porodzie, więc niech się cieszy, że mają ją jak teraz pozszywać. Matka Polka rodząca z podmiotu staje się przedmiotem, a liczy się tylko to, by dziecko z niej wyszło, po czym staje się już tylko kawałkiem mięsa do zaszycia. No chyba, że ma znajomości i pieniądze – wtedy ma też szansę na ocalenie swojej podmiotowości.

Matka Polka jest przezroczysta wtedy, gdy urodzi już dziecko, wyjdzie ze szpitala i zaczyna podróż przez blaski i cienie macierzyństwa, czyli – mówiąc potocznie – jest na urlopie macierzyńskim. Gdy pcha wózek z dzieckiem i próbuje otworzyć ciężkie drzwi do sklepu, gdy tuła się po galeriach handlowych, z nadzieją wypatrując towarzyszek niedoli i nieświadomie porównując się z nimi (ja się chociaż dzisiaj uczesałam, o, a ta ma nawet paznokcie zrobione). Gdy patrzy na przejeżdżające samochody i marzy, żeby wsiąść do któregoś z nich, trzasnąć drzwiami i zniknąć na chwilę. Gdy napisanie jednego mejla zajmuje jej pół godziny, bo co rusz niemowlak wzywa do karmienia, a i tak kończy się na chłeptaniu mleka z piersi podczas gdy jej właścicielka próbuje wcisnąć na klawiaturze Shift + a. W końcu wtedy, gdy z zazdrością spogląda na tatusiów prowadzących wózki i przywołuje w myślach statystyki, że sto razy więcej kobiet niż mężczyzn korzysta w Polsce z urlopu rodzicielskiego.

Matka Polka jest przezroczysta wtedy, gdy stoi na krawędzi i wie, że nieuchronnie zbliża się czas dokonania wyboru: praca, żłobek, niania, przedszkole, firma, rozwój… Teoretycznie opcji jest wiele, w praktyce każda wiąże się z małą żałobą, bo szybko rosnący smok z jednej strony przyciąga słodyczą i oddaniem, a z drugiej na widok pieluch mama doznaje swoistego ataku nerwicy.

Matka Polka jest przezroczysta wtedy, gdy próbuje powiedzieć partnerowi o swojej słodkiej, ale jednak frustracji, o dwuznaczności targających nią emocji, o jednoczesnej chęci walki i ucieczki z samą sobą i od siebie, od dziecka, domowych pieleszy, choć nie wiadomo dokąd. Przecież tak długo na nie czekała – jak to możliwe, że teraz ono jej “ciąży”? Jak to powiedzieć bez narażania się na łatkę “złej matki”?

Kiedy Matka Polka przestaje być przezroczysta?

Matka Polka przestaje być przezroczysta wtedy, gdy ma pieniądze i można ją namówić na kupno gazet i książek dla mam, tysiąca gadżetów do wczesnego macierzyństwa, które i tak nigdy się nie przydadzą, usług prywatnej położnej, rezerwację osobnej sali porodowej, stu suplementów i zabawek rzekomo wspierających rozwój dziecka*.

*niepotrzebne skreślić

Matka Polka przestaje być przezroczysta wtedy, gdy podejmuje kontrowersyjne decyzje – np. próbuje nakarmić dziecko w przestrzeni publicznej, pokazuje rozstępy lub używa pieluch wielorazowych. Przestaje też być przezroczysta wtedy, gdy można jej udzielić rad, strofować i niemalże ubezwłasnowolnić w zakresie decyzji dotyczących dziecka. Nie jest przezroczysta, gdy staje się MILF-em – sexy mamuśką, która i tak z tytułu wszystkich swoich zobowiązań nie będzie robić problemów “po”.

Matka Polka przestaje być przezroczysta, gdy okazuje się feministką i po kilku tygodniach spędzonych sam na sam z dzieckiem doznaje frustracji i zaczyna planować powrót do obowiązków zawodowych. Wtedy z dnia na dzień staje się po prostu wyrodną matką i sytuacja zmienia się o 180 stopni.

Odkąd kobiety pracują, macierzyństwo stało się kwestią polityczną, problemem społecznym. Nie dotyczy to tylko Polski oczywiście, ale u nas jest szczególnie widoczne. Od aborcji po adopcję, od zarodka do nastolatka – na każdym etapie matki są przezroczyste, a o ich losach decyduje ktoś inny – lekarz, ksiądz, polityk, urzędnik. Co można z tym zrobić? Poza wyborem mądrych ludzi na odpowiedzialne stanowiska nie dajmy się wpychać w przezroczystość. Słuchajmy swojej intuicji, dbajmy o siebie i o swoje dzieci tak jak chcemy, domagajmy się równości i partnerstwa. Już wiadomo, że nikt nam tego nie da, więc trzeba o to walczyć. Precz z przezroczystością! Niech żyją kolory!

Cztery pułapki kobiecej siły

Dawno, dawno temu była sobie piękna księżniczka. Siedziała  w równie pięknym księstwie i z upodobaniem czesała swoje piękne włosy, z rozmarzeniem spoglądając w stronę wjazdu do zamku, wyczekując na pięknego księcia. Gdy ten w końcu się pojawił, okazał się piękny, ale i…słaby, tak jak i ona, gdyż nikt nigdy w księstwie nie oczekiwał od nich niczego innego niż piękna, elegancji i dobrych manier.

W nieodległej wiosce mieszkała nieco mniej urodziwa dziewczyna, za to zupełnie niemająca czasu na czesanie włosów. Od małego była wdrażana we wszystkie prace domowe, w tym opiekę nad rodzeństwem, dbanie o gospodarstwo itp. Nie siedziała na ganku wypatrując księcia z bajki, ale  w końcu z domu odeszła, aby odkrywać nowe drogi. Mama zawsze jej mówiła: życie jest okrutne, a ty musisz być silna. I była. Silna i samotna…

To oczywiście mocno krzywdzący stereotyp, że kobieta może być albo piękna i słaba, albo silna i brzydka. Niejednokrotnie zderza się z nim większość z nas deklarujących się jako feministki – oto nasza siła wypływająca z wewnętrznego przekonania o swojej wartości i możliwościach staje się wadą, słabością, która wrzuca nas w jądro samotności i społecznego odrzucenia. “Radź sobie sama” – to najsłabsze ze stwierdzeń, jakie można usłyszeć, wsłuchując się w siebie. Dlaczego kobieca siła staje się jednocześnie słabością?

Idziemy przez świat, stykając się z różnymi ludźmi, sytuacjami, wymaganiami. Najpierw uczy się nas samodzielności – jako dzieci mamy się same umieć bawić, zasypiać, przejść pozytywnie trening czystości i, broń Boże, nie wpadać w histerię, gdy coś się nie uda. Siła i samodzielność – tego się od nas oczekuje. Potem idziemy do szkoły, gdzie wrzuca się nas w wir oczekiwań ze strony nauczycieli, ale i rówieśników. Dziewczynka ma być miła, zadbana, skromna, pilna, ale i wygadana, wysportowana, szczupła i potulna. W końcu wychodzimy ze szkolnego świata i wpadamy w rzeczywistość uniwersytetów/relacji damsko-męskich (zazwyczaj)/pracy, gdzie oczekiwania mieszają się ze sobą, owocując niezłym społecznym zawrotem głowy. Mamy więc być w związku, ale i umieć sobie radzić same, robić karierę, ale nie za bardzo, odnosić sukcesy na uczelni, ale nie domagać się stypendiów czy innych przywilejów, gdyż wcześniej i później i tak z nich zrezygnujemy na rzecz wychowywania dzieci (to samo w pracy). Nasza siła jest mile widziana, gdy ułatwia życie innym, a staje się obiektem drwin i niechęci, gdy zostajemy same.

Cztery pułapki kobiecej siły

Jestem silna. Zawsze tak było, choć jednocześnie doświadcza(ła)m efektów ubocznych tego faktu. Jako rasowa introwertyczka dusiłam to jednak w sobie. Moi rodzice, znajomi, przyjaciele wiedzieli, że umiem wiele znieść, więc niezbyt się ze mną cackali. Problem pojawiał się wtedy, gdy potrzebowałam pomocy – nagle wokół mnie robiło się pusto i moja siła stawała się samospełniającą się przepowiednią. Byłam – jestem – w większości sytuacji zdana na samą siebie, co daje mi pewność i poczucie kontroli. Nie zapominam jednak, że kobieca siła niesie ze sobą kilka pułapek…

1. Jestem silna, więc nie potrzebuję pomocy

Otóż nie – czasem każdy potrzebuje pomocy, niezależnie od płci, wieku, przekonań i stanu majątkowego. Sztuką jest mieć wokół siebie na tyle otwartych i czujnych ludzi, aby to dostrzegli nawet wtedy, gdy my tego nie widzimy. Potrzeba pomocy może się przejawiać w wielu postaciach – czasem chodzi o zwykły SMS pytający, jak się czujemy, czasem o przytulenie czy wyręczenie w drobnej rzeczy, a czasem o wspólne pomilczenie. Najczęściej w taką pułapkę wpadają partnerzy silnych kobiet – wiedząc, że mają silne partnerki, żyją sami sobie, niezbyt poświęcając im czas i uwagę, bo “ona sobie poradzi”. Tymczasem chyba każda z nas ma czasem chwile słabości, gdy chce się ryczeć i rzucić wszystko w diabły. Prawdziwie silny, mądry i czuły partner jest wtedy nie do przecenienia.

2. Jestem silna, więc uratuję cały świat, nie zważając na siebie

W tę pułapkę zdarzyło mi się wpaść wiele razy. To częsta przypadłość “prawdziwych” wolontariuszek, działaczek i kobiet czynu. Ignorowanie własnych potrzeb, marzeń, choćby tych w zakresie drobnych przyjemności, bo ktoś mnie potrzebuje, muszę działać, trzeba biec do przodu. Tymczasem często okazuje się, że ciągle robiąc coś dla innych w końcu wyczerpuje się zasoby, dzięki którym ma się do tego siłę. Pojawia się wypalenie, frustracja i słynne “i co ja z tego mam?”, które wybitnie kłóci się z ideą dobroczynności. Jeżeli czegoś się nauczyłam, angażując się społecznie na różne sposoby, to tego, że nie można być zawsze dla innych, nie będąc najpierw dla siebie. Prawdziwą siłą tutaj jest wsłuchanie się w siebie na każdym kroku i działanie w zgodzie ze sobą. Czasem trzeba na chwilę przystopować, coś przemyśleć, czy po prostu zrobić sobie długą kąpiel w pachnącej pianie, aby nazajutrz móc dalej zbawiać świat.

3. Jestem silna, więc jakoś przełknę tę zimną kawę

To z kolei bardzo częsta przypadłość kobiet pracujących, co to żadnej pracy się nie boją, oraz…mam. Ileż to memów, komiksów i opowieści ma tę słynną zimną kawę w tle – jakby kobieta nie mogła po prostu usiąść i napić się ciepłej tak jak lubi, tylko najpierw musiała obsłużyć cały świat. Kobiety-męczenniczki, służące, szczycące się tym, jak mało mają chwil dla siebie i jaką wielką odpowiedzialność biorą, a potem z przymrużeniem oka narzekające na niemożność odpoczynku, brak czasu, padanie na “zbity pysk” i zbytnie obciążenie pracą. Oto pułapka, której też niestety nie udało mi się uniknąć, ale się uczę. Nowym przejawem siły w tym kontekście jest umiejętność odmawiania, brania na siebie tylko tyle, ile rzeczywiście się chce, z pełną odpowiedzialnością za konsekwencje. W przypadku macierzyństwa, gdzie naprawdę ciężko jest o negocjacje z szefem, warto od początku uczyć tego siebie, dzieci i otoczenie – jestem dorosłą kobietą, jeżeli twój świat nie wali ci się na głowę, a zawartość pieluszki nie wylewa się na dywan, możesz chwilę poczekać ze swoimi potrzebami, aż zaspokoję moje. Inaczej pojawia się frustracja, złość i słynne już gderanie, a to silnej kobiecie nie przystoi 😉

4. Jestem silna, więc moje samopoczucie zależy tylko ode mnie

To pułapka najnowsza, w którą również zdarzało mi się wpadać. Pułapka będąca owocem mody na coaching i zawołanie “jesteś tym, kim myślisz, że jesteś”, “możesz wszystko” itp. Jasne, że siła oznacza wiarę w swoje możliwości i przekonanie o tym, że należy nam się wszystko, co najlepsze. Czasem jednak świat robi nam psikusa i zdaje się działać zupełnie przeciwnie. Nagle okazuje się, że idziemy złą drogą, ludzie, którzy nam towarzyszyli teraz zawiedli, a partner patrzy na nas z nadzieją, że same znajdziemy wyjście z sytuacji. Wtedy dochodzą do głosu negatywne emocje, które nigdy nie pojawiają się ot tak po prostu, ale zawsze mają jakieś głębsze podłoże. Upychane gdzieś na dnie małe frustracje, zawody, rozżalenia, westchnienia zmęczenia w końcu znajdują ujście i zazwyczaj ma ono formę wybuchu. Jesteśmy silne, więc oczekuje się od nas, że zawsze takie będziemy, często na tym budując. Nie zawsze można być pozytywnym, nie trzeba się ciągle uśmiechać, aby świat mógł odetchnąć z ulgą, że nie osłabłyśmy. Czasem życie przytłacza, robi przykre niespodzianki i daje prztyczka w nos. Trzeba to wziąć na klatę, ale nie zawsze da się to zrobić od razu. Może trzeba chwilę popłakać? Wyżyć się? Pochodzić kilka dni z nosem na kwintę, żeby potem odzyskać swoje poczucie siły. Cokolwiek to jest, warto to zrobić, aby raz za razem odnajdywać swoją siłę, ale nie dlatego, żeby inni czuli się lepiej, pewniej, ale abyśmy to my się tak poczuły.

Bycie silną to przywilej i coś, czego można się nauczyć. Na pewno warto, gdyż czasy, w których żyjemy są zazwyczaj dość ciężkie i aby nie dać im się przygnieść, trzeba umieć walczyć o siebie, swoje prawa i dobro, a czasem też i o innych. Bycie silną sprawia, że inni zwracają się do nas ze swoimi słabościami, dzięki czemu siłę można mnożyć. Bycie silną oznacza też świadomość czterech pułapek kobiecej siły i uczenie się niewpadania w nie. To jak, damy radę? 🙂

Czy minimalizm to przywilej?

Białe trampki z najlepszej skóry, zegarek ze złotą tarczą i świetnej jakości portfel na białym tle. Albo spódnica z fantastycznej wełny, zamszowe kozaki, które przetrwają lata i filcowy kapelusz oraz markowe okulary słoneczne. Ewentualnie filiżanka z najdelikatniejszej porcelany wypełniona kawą z markowego ekspresu i ręcznie robionym ciastem bez niczego – bez glutenu, mleka, jajek, cukru, no i bez smaku. Oto minimalizm w wydaniu instagramowo-marketingowym, który zwłaszcza teraz – w okresie świątecznej bieżączki atakuje jako przeciwwaga dla plastikowego “chłamu”, wciąż jednak namawiając do wydawania pieniędzy. Patrząc na ceny tych produktów z tzw. wyższej półki muszę spytać – czy minimalizm to przywilej?

Minimalizm w świecie maksymalizmu

Podoba mi się idea minimalizmu, o czym pewnie już wiecie z treści bloga. Szczególnie teraz, gdy zewsząd atakują świąteczne promocje, a pod przykrywką rodzinnej atmosfery namawia się nas do wydawania pieniędzy na mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Minimalizm daje od tego wytchnienie, jest jak chłodny prysznic w gorący dzień, zdający się mówić “spokojnie, nie musisz mieć wszystkiego, wybierz sobie kilka rzeczy i zadbaj, żeby były jak najlepszej jakości”. To ma sens i na co dzień i od święta, gdyż każe analizować, dokonywać świadomego, uważnego wyboru na przekór owczemu pędowi, któremu łatwo się poddać w pierwszej lepszej galerii handlowej. Coraz częściej natykam się jednak na pułapki, które minimalizm zdaje się zastawiać na mnie w codziennym życiu.

Są wśród nas blogerzy i blogerki, którzy na haśle “minimalizm” zjedli zęby i doczekali się internetowej sławy jako eksperci w jego sprawie. Zdarza mi się ich czytać i wtedy przychodzi mały “zonk”. Otóż w imię tejże idei często zamieszczają oni – a jeszcze częściej one – poradniki zakupowe w duchu – a jakże – minimalistycznym. Jakież bywa moje zdziwienie, gdy widzę tam swetry kaszmirowe za 300 zł czy wełniane płaszcze za 800 zł. Pewnie, że są od polskich producentów lub świetnych zagranicznych marek, w trakcie ich produkcji nie zginęło żadne zwierzę, a one same odpowiednio pielęgnowane przetrwają nawet nasze wnuki. Wciąż jest to 800 zł za płaszcz, podczas gdy tak zwany normalny człowiek w życiu takich pieniędzy na okrycie wierzchnie nie wyda. Ja również. Patrząc na te poradniki zakupowe zaczęłam się więc zastanawiać, czy minimalizm to przywilej?

Minimalizm, czyli nuda za średnią krajową?

Z czym kojarzy się minimalizm? Z bielą, przestrzenią, doskonałą jakością i uważnością. Dla zwykłego śmiertelnika trochę trąci nudą i niewyróżnianiem się. Większość z nas żyje inaczej – kupujemy to, na co nas stać, myśląc raczej o bieżącej perspektywie finansowej, a nie inwestycjach i o tym, co jest dostępne, a nie wydumane, snobistyczne, a nawet etyczne. Robiąc zakupy kierujemy się wygodą i bieżącym stanem portfela, czasem planując wydatki, czasem nie. Przepadamy też za posiadaniem rzeczy, które widzieliśmy w reklamie, a nawet – szczególnie ostatnio – za przytulnością, ciepłem (świece, tkaniny, koce, kubki – marzenie marketingowca), czyli hygge. Nic z tych rzeczy nie odpowiada duchowi minimalizmu, co każe sobie zadać pytanie – dla kogo jest ta idea?

Koncepcja minimalizmu wywodzi się z Azji, gdzie powszechne jest nie-posiadanie, które jednak stanowi pewną oznakę posiadania. To tak, jakby mówić “mam niewiele, ale gdybym tylko chciał, miałbym wszystko. W ten sposób okazuję swoją wyższość nad szarakami przywiązanymi do rzeczy doczesnych”. Idea ta rozpowszechnia się w krajach tzw. Zachodu, gdzie ludzie mają coraz więcej i chcąc się wyróżnić, starają się mieć coraz mniej. Paradoks ten równoważy głoszone wszem i wobec inwestowanie w doświadczenia i przeżycia. Prawdziwy minimalista wyjedzie raczej na Bali niż kupi nową kanapę, albo raczej kupi dizajnerską kanapę niż taką z meblowej sieciówki. Wybierze przy tym najlepszą jakość, na którą wszędzie kładzie się nacisk. Nie ma w tym oczywiście niczego złego, ale zastanówmy się, kto tak naprawdę może sobie na to pozwolić. Z moich zapewne mało miarodajnych badań wynika, że najczęściej minimalizm w naszym kraju “głoszą” kobiety odnoszące sukcesy zawodowe, zazwyczaj pozbawione załączników w postaci dzieci i znajdujące się w związku nieformalnym. Wakacje spędzają za granicą, fotografując minimalistyczne połączenia bieli i błękitu na pięknych greckich wyspach, a jeżeli w Polsce, to w wyjątkowych miejscach, które już za chwilę staną się bardzo modne, gdyż umożliwiają pełne doświadczenie minimalistyczne za prawdziwie maksymalistyczną kwotę. Cała reszta Polaków będzie wtedy upychać parawan na plaży we Władysławowie.

Minimalizm – tak, ale…

Oczywiście jest to przerysowanie i uproszczenie, ale im więcej szukam informacji czy inspiracji w duchu minimalistycznym, tym częściej się irytuję. Powiększając rodzinę i jednocześnie kredytując się po uszy nie mam ochoty wpadać w sidła żadnych specjalistów od marketingu, łącznie z tymi od minimalizmu. Oni jednak czyhają na każdym rogu, czasem wkładając maski spoko-blogerek, co to wolą doświadczenia od rzeczy. Moja przeklęta i utrudniająca życie skłonność do myślenia krytycznego każe mi więc zapytać, komu minimalizm się opłaca? Firmom, które “robią” w wełnie i kaszmirze, portalom zakupowym, showroomom kuszącym wyjatkowością, producentom szokująco drogich mebli i dodatków do wyposażenia wnętrz oraz białych farb, wreszcie wszystkim, którzy potrafią to sprzedać. Osoby w pewien sposób uprzywilejowane opierają swoje profile instagramowe na minimalistycznych hasłach, przyciągając wielu podglądaczy siedzących w wynajmowanych, byle jak urządzonych mieszkaniach i marzących o tym, że pewnego dnia też będzie ich stać na paprotkę stojącą w ręcznie wyplatanym koszu w stylu skandynawskim na tle białej ściany w niemal pustym salonie.

Nie daję się w to wciągnąć i mówię “nie” poradnikom zakupowym oraz każdemu, kto chce mnie przyciągnąć do swoich produktów wmawiając, że są minimalistyczne. Nie stać mnie na to i wcale się tego nie wstydzę. Żadna idea nie namówi mnie do kupna białej koszulki za 200 zł, jeżeli podobną mogę dostać w tzw. second-handzie za 12 zł. Nikt mi nie powie, że idąc po ulicy w płaszczu za 800 zł robię więcej dla świata niż idąc po tej samej ulicy w kurtce z polskiej sieciówki za 120 zł.

Nie mam zamiaru zaśmiecać swojego mieszkania, a wręcz lubię je regularnie odgruzowywać z nadmiaru rzeczy. Staram się nie kupować dziecku plastiku na rzecz drewna i książek, wolę kupić kilo pysznych pomarańczy niż litr soku z koncentratu. Wybierając rzeczy w sklepie staram się zachować logikę i zdrowe, uważne podejście, co nie oznacza, że nie zdarza mi się kupić słodkiej buły lub jogurtu. Preferuję minimalizm w głowie, a nie na Instagramie, czyli na pokaz. Lubię, gdy wszystko się zgadza i pasuje do siebie stylem, charakterem i wyglądem, co nie oznacza, że będę zaciągać kolejny kredyt tylko po to, by urządzić się idealnie minimalistycznie. Jak we wszystkim i tu potrzebna jest równowaga oraz zdolność krytycznego myślenia, co szczególnie w okresie przedświątecznym może się przydać.

A zatem minimalizm tak, ale z głową i bez nadmiernego klikania w linki afiliacyjne 😉

Być jak Antonina

Nastał czas patriotów. Patriotów rozumianych jednak nieco na opak, głównie niewyżytych facetów ukrywających się w lesie, niemających nic do stracenia i przydających sobie bohaterstwa ukrywającego się pod hasłem “żołnierze wyklęci”. Czy ktoś pamięta jeszcze o prawdziwych bohaterach, a jeszcze lepiej – o bohaterkach? Spodziewam się odpowiedzi, więc przybywam z odsieczą, a konkretnie z postacią, którą – wstyd się przyznać – odkryłam dopiero w ten weekend, ale powaliła mnie na kolana. Poznajcie zatem Antoninę…

Fot. Culture.pl / fot. rep. Jerzy Dudek / Forum

Kim była Antonina i dlaczego warto to wiedzieć?

Bez zbędnego zanudzania: Antonina Żabińska to prawdziwa bohaterka. Nic dodać, nic ująć. Na czym polegało jej bohaterstwo? Na heroizmie wynikającym z tzw. “zwykłej ludzkiej przyzwoitości”, o którą teraz tak trudno. A konkrety?

Antonina Żabińska to żona Jana, dyrektora warszawskiego ZOO przed, w trakcie i po II wojnie światowej. Kobieta wykształcona, matka, pisarka, oddana opiekunka zwierząt, kochająca wszystkie żywe istoty i mająca z nimi świetny kontakt. Mimo ogromnego ryzyka zdecydowała się – wraz z mężem – pomóc Żydom, osadzonym w czasie wojny w warszawskim getcie. On podstępem i sprytem sprowadzał uciekinierów do willi, w której rodzina Żabińskich mieszkała na terenie zoo, a ona się nimi opiekowała, pilnowała, by Niemcy stacjonujący na terenie tego samego zoo nigdy nie wpadli na ich ślad i pomagała im w dalszej ucieczce. Jednocześnie opiekowała się nielicznymi już zwierzętami, które ostały się w zoo po bombardowaniach i dzikich harcach hitlerowców, oraz swoimi dziećmi i mężem. Ogarniała wszystko, ryzykując życie swoje i syna, wierząc, że “tak trzeba”. W sumie uratowała – bagatela – ok. 300 osób!

Jej postać odkryłam dzięki filmowi “Azyl” (ang. The Zookeper’s Wife), który premierę miał wiosną tego roku. Wiem, że późno trafiłam na całą tę historię, ale nie oszukujmy się – nie towarzyszył jej tak wielki rozgłos, jak żołnierzom “zaklętym” czy innym Schindlerom. Tak czy inaczej, film na pewno wart obejrzenia, szczególnie jak ktoś nie ma co zrobić z zapasem chusteczek higienicznych 😉 Ciekawe, że zrobili go Amerykanie na podstawie książki napisanej przez…Amerykankę, a Polacy nawet nie wybrali się tłumnie do kin. Ot, kolejny wyciskacz łez, z tym że na faktach bardzo autentycznych 😉 Antoninę gra przepiękna Jessica Chastain, która – co znamienne – przy okazji promocji filmu w Warszawie 8 marca wzięła udział w manifestacji związanej z prawami kobiet. Przypadek? 😉

Fot. Wydawnictwo Literackie

Być jak Antonina

Po wojnie i odbudowaniu wraz z mężem zoo, a następnie po wydaleniu z niego przez władze komunistyczne Antonina zajęła się pisaniem książek o zwierzętach i swoich przeżyciach podczas okupacji. Zapewne jednak wiele jej nazwisko nikomu nie mówi, dlatego warto o niej przypomnieć.

Wyobraźcie sobie, że jesteście mamą i żoną, mieszkacie na terenie swojej pracy i odpowiadacie za mnóstwo różnych zwierząt. Zdobywacie wiedzę na ich temat, nawiązujecie kontakty z innymi ogrodami zoologicznymi i bardzo to wszystko kochacie. Nagle przychodzi czas próby – Wasza przyjaciółka wraz z miłością swojego życia dostaje się do getta, Niemcy bombardują Wasze miejsce pracy, a resztę zwierząt dobijają, jeden z ich lokalnych dowódców – naczelny zoolog III Rzeszy – daje Wam do zrozumienia, że mu się podobacie, a od niego zależy Wasz dalszy los. Uciekacie?

Antonina nie uciekła. Wraz z mężem przekształciła zoo w farmę świń i pod przykrywką hodowli tych zwierzaków dla Niemców, ukrywała przemycanych przez Jana Żydów z getta. Jedni mieszkali tam aż do czasu ewakuacji po przegranym Powstaniu Warszawskim, inni szli dalej po kilku dniach, ale każdy z nich dostawał poczucie bezpieczeństwa, dach nad głową, jedzenie i jako taki komfort psychiczny. Przez większą część dnia Antonina pracowała z synem na farmie i opiekowała się resztką pozostałych zwierząt, a wieczorami, gdy ukrywający się Żydzi wychodzili z piwnicy, siedziała z nimi, przygotowywała dla nich jedzenie i umilała czas, grając na fortepianie. W tak zwanym międzyczasie zdążyła też urodzić córkę, która tak o niej mówiła:

Miała siłę taranu, który parł do przodu; jeżeli było coś do zrobienia, to nie było zmiłuj. (…) Była bardzo silna osobą, nie stwarzając takiego wrażenia, (…) ona tą swoją naiwnością pozorną mnóstwo rzeczy wygrywała, ona umiała ją sprzedawać

Bohaterką być

Trudno jest być bohaterką, a już szczególnie trudno jest się silić na heroizm, gdy ma się dzieci i życie do stracenia. Antonina wierzyła w dobro, humanitaryzm, równość wszystkich istot i w to, że nie warto szukać poklasku, a tylko robić to, co uważa się za słuszne. To wartości, które bliskie są też mnie, dlatego tak bardzo doceniam to, co zrobiła. Myślę, że czyny jej i jej męża są o wiele bardziej warte przypomnienia niż pół żołnierza wyklętego, choć to pewnie nie przysporzy mi przyjaciół 😉 Antonina – kobieta, której życie zawdzięcza wiele osób, Sprawiedliwa wśród Narodów Świata, pośmiertnie odznaczona Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski – nie dała się powalić wichrom wojny i odważnie walczyła o swój obraz świata. Naiwnie, pozornie niewinnie, ale skutecznie – oto światełko w mrokach dziejów.

Ps. Jeżeli zainteresowała Was ta historia, obejrzyjcie sobie film “Azyl” w reżyserii Niki Caro lub sięgnijcie po książkę Diane Ackerman pod tym samym tytułem. A jeżeli znacie jakieś inne wybitne, ale zapomniane kobiety z polskiej historii – dajcie znać, może znów się czegoś dowiem?

Sztuka życia – sztuka planowania?

Plannery, organizery, kalendarze, notesy, notatniki, aplikacje, bullet journal – wszystko po to, żeby ogarnąć życie, nadać mu rytm i nie uronić ani chwili. Czy rzeczywiście? Na mojej półce powoli kończy żywot kolejny planner na ten rok, który nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań. Za to w internetach roi się od pań i panów swojego i naszego czasu, specjalistek od kolorowego rozpisywania planu dnia i wyznaczania priorytetów, mistrzów określania celów – koniecznie SMART – i innych braci i sióstr w planowaniu. Co to daje? Pewnie jest sporo szczęściarzy, którzy sumiennie planują każdy osobodzień i z zegarkiem w ręku potrafią realizować cele. Jest też jednak wiele osób, które wizja planowania przytłacza i deprymuje. Jako że mi ostatnio temat ten sprawia sporo problemów, postanowiłam sięgnąć po wspomaganie, ale u źródeł, czyli u jednej z moich ulubionych autorek. Zapraszam więc na krótką przygodę ze “Sztuką planowania”.

Sztuka planowania

Wstąpiłam niegdyś na ścieżkę uważności i romansu z minimalizmem, odkrywając kamienie milowe tego ruchu/trendu/prądu, chociażby tutaj. W ten sposób odkryłam też Dominique Loreau i jej cykl o różnych “sztukach”, ale po “Sztukę planowania” sięgnęłam dopiero teraz, gdy rzuciła mi się w oczy w bibliotece. Spodziewałam się wytycznych dotyczących realizowania celów życiowych, kolejnego podręcznika do wypełniania plannera czy obierania priorytetów. Jednak książka ogromnie mnie zaskoczyła, bo nic w niej nie jest oczywiste, a ona sama zaprasza do bardzo szerokiej refleksji nad swoim życiem, pokazując czasem mocno niedoceniane i pomijane jego aspekty.

Zamysł autorki jest bardzo prosty: najłatwiej i najszybciej porządkuje się życie za pomocą… list. Listy przeróżnego rodzaju, na każdą okazję i temat. A dlaczego? Ano jak zauważa Loreau, dzięki swojej zwięzłej formie listy ułatwiają uporządkowanie każdego obszaru życia, dają większą jasność i lekkość umysłu, nie wymagają wielkiego wysiłku i można je sporządzić zawsze i wszędzie. To planowanie w duchu minimalistycznym. Przy czym Loreau nie ogranicza się do list zakupów czy celów życiowych. Jej spisy dotykają najróżniejszych tematów, pozwalając tym samym na rozwój i zwiększenie świadomości na swój temat.

Sztuka życia

Życie – jak wiadomo – to niekończący się festiwal różnych tematów, przewijających się jeden po drugim, czasem po kilka na raz. Aby to ogarnąć i poczuć pełnię, trzeba pracować nad swoją świadomością, sposobem patrzenia na świat i funkcjonowania w nim. To trudne, ale z pomocą przychodzi dziś Loreau i jej listy. Są tu więc spisy dość oczywiste, jak ulubione potrawy czy  składniki w kuchni (śmiejcie się, ale więcej niż pięć nie udało mi się wymienić), ukochane przepisy, no i zestaw rzeczy, które zawsze warto wziąć w podróż (ułatwia życie). Wszystko to praktyczne i przydatne, ale autorka ostrzega, aby nie upychać zbyt wiele na zbyt wielu listach – jej lekarstwem na poczucie przytłoczenia i wynikające z niego zniechęcenie do działania jest…lista tego, co nas przytłacza. Poleca też bardzo prostą metodę – jeżeli jakiś element na liście rzeczy do zrobienia można wykonać w ciągu dwóch minut, należy do niego przystąpić od razu. Jeżeli coś trwa dłużej – określić konkretny termin lub wyrzucić z listy.

Są tu też listy mało oczywiste, a za to dające wgląd w nasze życie. W rozdziałach “Zatroszcz się o siebie” i “Lepsze poznanie siebie” autorka daje nam strasznie dużo roboty. Zaleca więc sporządzenie wykazów swoich największych marzeń, archetypów inspirujących nas do działania, upodobań, najlepszych wspomnień, najbardziej szalonych pragnień, ale i najgorszych koszmarów sennych, rzeczy, których już nigdy nie chcielibyśmy robić i najmniej przyjemnych zdarzeń z naszej przeszłości. Wszystko po to, aby bez taryfy ulgowej przyjrzeć się sobie i zobaczyć w formie punktów, myślników czy czego tam jeszcze chcecie, czarno na białym obraz swojego życia. Wydaje się to aż za proste, ale dla kogoś, kto pisał długaśne elaboraty w pamiętniku rozpamiętujące wszelkie zdarzenia z przeszłości (czyli dla mnie), jest to bardzo odkrywcze, odświeżające i motywujące. Jak pisze Loreau, zgodnie z zasadą zen pamiętniki przytłaczają, odwracają uwagę od istoty sprawy i pozwalają się nad sobą użalać. Za to listy są czytelne, przejrzyste i bez spłycania tematu potrafią w krótkich żołnierskich słowach ukazać sedno problemu.

Zatroszcz się o siebie

Forma listy nie wyklucza poruszania tematów mniej przyziemnych. Loreau dostrzega w niej sposób na uporanie się ze swoimi emocjami, uświadomienie sobie swoich myśli i odrzucenie tych negatywnych. Wychodząc z założenia, że istnieje to, co zapisane, pokazuje drogę do oczyszczenia się z tego, co w naszym życiu złe. Zakazuje przyjmowania postawy ofiary, mówiąc, że:

Uzewnętrznione, przelane na papier frustracje nie stanowią już tak naprawdę części ciebie i nie mają na ciebie wpływu. Wypowiedziane, ujawnione, nie oddziałują już na nas, możemy je kontrolować. To, czego nie potrafimy zrozumieć, wyrazić, nazwać, opisać, jest źródłem niepokoju.

Do każdego problemu poleca typy list, które pomogą w ich rozwiązaniu, co daje narzędzie praktyczne do uporania się z tym, co nas męczy. Żadnej zbędnej psychoterapii i kryptoreklamy kolorowych mazaków do bullet journal – samo “mięso”, konkret, praktyka. A już zupełnie uwiodła mnie nakazem sporządzenia list w temacie “tysiąca i jednej przyjemności”. Każe się tu przyjrzeć temu, co lubimy, co sprawia nam przyjemność i jest w miarę łatwo dostępne. Bez użalania się nad sobą, że jest źle, każe natychmiast poszukać tego, dzięki czemu będzie lepiej. Chodzi tu zarówno o przyjemności zmysłowe (w odniesieniu do pięciu zmysłów), jak i o piękno i estetykę życia, przepisy na szczęście i elementy gwarantujące choćby chwilową “ucieczkę od codzienności”. Dla kogoś, kto od dawna ma poczucie utknięcia w rutynie i użala się nad tym do lustra – bomba!

Sztuka życia = sztuka planowania!

Książka “Sztuka planowania”, dzięki swojej nieoczywistości i bardzo nowatorskiemu podejściu do tematu, pokazała mi, że sztuka życia rzeczywiście oznacza sztukę planowania, ale z ogromną uważnością i odwagą poznania siebie. To akurat żadna nowość, bo do tego samego nawoływali już filozofowie starożytnej Grecji, jednak tu mamy bardzo praktyczne i ogólnodostępne narzędzie, jakim są różnego rodzaju listy. W swej banalności nie grożą przerostem formy nad treścią, za to dają ogromne pole do popisu. Można bowiem pięknie ozdabiać plannery, ale jeżeli będziemy je wypełniać treściami niezgodnymi z naszym wnętrzem, skończą jako estetyczni zbieracze kurzu na półce. W tym roku proponuję więc przyjrzeć się sobie i planować wbrew mainstreamowi – minimalistycznie, zgodnie z zasadami zen, dzięki którym uda się obalić narzucone reguły. A więc do notesów przystąp!

Jak wygląda feministka?

Znów to samo. Idę do kiosku, patrzę na nadreprezentację pism kobiecych i myślę sobie “nie dam im zarobić”, aż mój wzrok pada na wyrazistą okładkę jednego z miesięczników, obiecującego, że cały numer został przygotowany przez kobiety o kobietach dla kobiet. Że niby #poweredbywoman, co dla mnie jednoznacznie kojarzy się z wymiarem feministycznym, czyli miód na moje serce. No dobra, to dam im szansę. I co? Ano znów to samo, tylko tym razem z pytaniem, które mnie dobija:

 

Umówmy się – jest popkultura i kultura wysoka, jest filozofia i popfilozofia, a więc jest feminizm i popfeminizm, o którym pisałam choćby tutaj. Wiem już, że wiele się nie można po nim spodziewać, ale tym razem było nieco inaczej – jeżeli wpływowy międzynarodowy magazyn dla kobiet przekonuje mnie na okładce, że nie jesteśmy słabszą płcią, a ciuchy mają manifestować osobowość, no to oczekiwania rosną, prawda? Niestety, otrzeźwienie przychodzi już w tzw. wstępniaku, w którym PANI redaktor naczelna “Glamour” – bo o to pismo chodzi – opowiada najpierw, jak to była na gali, na której wszyscy ją komplementowali za piękny wygląd, z czego się cieszyła, ale potem do niej dotarło, że gdyby była facetem, to nikt by się raczej do jej wyglądu nie odnosił. Zastanawia się, dlaczego komplementy mają płeć, co jak dla mnie jest w 100% pytaniem, które zadaje feministka. Tymczasem jakież było moje zdziwienie, gdy przeczytałam dalej:

Wielokrotnie słyszę od młodych dziewczyn (…),  że kobiecość to atrakcyjny wygląd i myślę, że czas zastanowić się, na czym polega nasze piękno? Czy na pewno na perfekcyjnie wyretuszowanych brwiach? Czy raczej na wewnętrznej sile, empatii, odwadze i konsekwencji (…)? Nie czuję się feministką. Jestem kobietą i jestem z tego dumna. Nie chcę walczyć z facetami ich narzędziami.

Cóż, nie wiem, czy pani naczelna rozumie, co pisze, ale dla informacji jej i wszystkich, którzy mają wątpliwości:

  1. Feminizm nie polega na walce z mężczyznami.
  2. Feminizm to przekonanie, że kobieta i mężczyzna są sobie równi, mają równe prawa i zasługują na szacunek oraz godne – równe – traktowanie.
  3. Feminizm to również bycie dumną z tego, że jest się kobietą.
  4. Stwierdzenie, że ktoś nie czuje się feministką, ale jest dumny z bycia kobietą to w świetle tych punktów wewnętrzna sprzeczność.

Nie wiem, skąd ta potrzeba/skłonność do demonizowania feminizmu, ale to się powoli robi nudne. Mimo to za każdym razem czuję nieodpartą potrzebę polemiki z takim jego postrzeganiem, więc i tu nie mogłam się powstrzymać 🙂 Zresztą po wstępniaku jest już nieco lepiej – jest i Martyna Wojciechowska ze swoją siłą, wolnością i determinacją, jest i historia wolontariuszki opiekującej się (a jakże) dziećmi w Indiach, są i przekazy od mamy do córki. Co więcej – jest nawet o podziale obowiązków w związku i raport o kobietach, a w nim o seksizmie, ciałopozytywności i kobiecych idolkach. Apetyt wzrósł już do granic możliwości. Wystarczy, by na koniec przedstawić piękne zdjęcia pod hasłem “Jak wygląda feministka?”. No właśnie… Kiedyś było wiadomo, że powinna wyglądać tak:

Czyli po męsku. Tak powstał stereotyp, z którym teraz i legion Wonder Woman nie byłby w stanie wygrać. A zatem kochane “Glamour” informuje, że w tym sezonie projektanci ubrali feministki w “męski look”. A jakże. Brawa, aplauz, teza o babochłopach i niegoleniu pach sama się potwierdza, kurtyna. Ręce opadają. Droga feministko, masz się zatem ubierać w obszerne i idiotycznie drogie rzeczy, przypominające raczej kilka przypadkowo zszytych szmatek niż w cokolwiek, co lubisz, żeby wpasować się w schemat. Do tego nie zapomnij o dziwnych, rozczochranych lub nadmiernie przylizanych włosach i agresywnym makijażu lub jego całkowitym braku – przecież nie chcesz, żeby ktoś pomyślał, że dbanie o siebie i wyglądanie “stylowo” jest dla ciebie jakkolwiek istotne.

Artykuł ilustrowany jest zdjęciami atrakcyjnych kobiet deklarujących się jako feministki – nie modelek, ale artystek, projektantek itp. Wszystkie one dały się ubrać w naprawdę dziwaczne ciuchy, aby w pięciu linijkach opowiadać, czym jest dla nich kobiecość – nie feminizm wprost. Przekaz? Być może feminizm nie jest taki zły, ale wiadomo, że najważniejsza jest duma z bycia kobietą, bez agresji i radykalizmu, fajne (czytaj drogie) ciuchy i ogólne poczucie “glamour”.

W tym samym numerze Martyna Wojciechowska mówi:

Nie utożsamiam się z agresywnym feminizmem. Nie jestem za tym, żebyśmy domagały się swoich praw, używając języka mężczyzn: aroganckiego i pełnego siły. Nie jest nam potrzebny, bo mamy wiele wspaniałych cech, z których powinniśmy korzystać: empatię, miękkość, umiejętność prowadzenia dialogów (…)

Znów przekaz jest jednoznaczny: nie krzycz, nie domagaj się, nie oburzaj się, tylko miękko zaoponuj, gdy ktoś łamie Twoje prawa czy Cię obraża, wykaż się empatią, a nie złością. Ech…

Jak wygląda feministka?

Tak jak ja, Ty, nasze koleżanki. Czasem wyróżnia się z tłumu, a czasem w nim znika. Lubi róż albo go nienawidzi, ukrywa się w czerni albo w niej odsłania, maluje się lub nie, chodzi do fryzjera lub tego nie cierpi. Jest człowiekiem, kobietą, może matką, a może nie, ma chłopaka/dziewczynę/męża/partnera, kredyt/pracę/marzenia/pasję/plany/cele. Czasem choruje, a czasem ubiera leginsy i idzie poćwiczyć. Ma konto na FB, gdzie wkurza się na dyskryminację kobiet lub gardzi mediami społecznościowymi i działa gdzieś indziej. Jednym słowem – jest normalna, a jednak wszyscy chcą jej przypisać różne cechy aktualnie pasujące do wizerunku, który zostaje jej narzucony. Nie dajmy się propagandzie – nie dajmy sobie wmówić, że feministka to “coś” obrzydliwego, wstydliwego, podrzędnego. Bądźmy z siebie dumne, bo wyróżnia nas jedno – mamy odwagę sprzeciwiać się nierównemu traktowaniu i zabierać głos tam, gdzie inne dziewczyny typu glamour milkną i wbijają wzrok w podłogę. Zdobywajmy się częściej na odwagę i walczmy o siebie!

Czy Audrey Hepburn korzystałaby z mediów społecznościowych?

Obrazek nr 1 – moja dawna znajoma w “realu”, a obecna w “wirtualu” zamieszcza na FB obraz z USG przedstawiający jej nienarodzone jeszcze dziecko w bardzo wczesnej fazie rozwoju. Zdobywa mnóstwo lajków i gratulacji. Szok.

Obrazek nr 2 – umiera kolega, jego konto na FB jeszcze chwilę działa. Kto? Jak? Po co? Niesmak.

Obrazek nr 3 – wracam zatłoczonym tramwajem z pracy do domu. 99% współpasażerów, niezależnie od wieku, płci i wyglądu, przegląda media społecznościowe, wyglądając przy tym jak zombie. Pozostałe 1% patrzy przez okno z równie bezmyślnym wyrazem twarzy. Mam poczucie statystowania w “Walking Dead”.

Obrazek nr 4 – kolega zamieszcza na swoim profilu treść pseudopatriotyczno-rasistowską. Oburzam się, na co on mi odpowiada, żebym w takim razie usunęła go ze znajomych na FB. Robię to i czuję się dziwnie.

Obrazek nr 5 – postanawiam wyłączyć się z mediów społecznościowych na weekend. W piątek wieczorem odruchowo uruchamiam internet na telefonie i już już witam się z FB, gdy przypominam sobie o własnym wyzwaniu i rezygnuję. W sobotę do południa jeszcze mną trzepie, ale w niedzielę czuję się cudownie, a moja uważność jest na bardzo wysokim poziomie. W poniedziałek rano okazuje się, że…nic mnie nie ominęło.

Po co nam media społecznościowe?

Jak wiadomo od czasów starożytnych, człowiek to istota społeczna, a kontakty międzyludzkie to oś życia, zazwyczaj jego sens (poza pustelnikami i innymi “freakami”). Rodzina, przyjaciele, znajomi, współpracownicy, współobywatele, przedstawiciele różnych grup społecznych – kontakty z nimi wynikające z chęci lub mniejszego czy większego przymusu stanowią treść naszego życia. Nasze życie jednak się zmienia, nabiera tempa, przypominając często wyścig szczurów, maraton czy jaką tam analogię wybierzecie. Kontakty interpersonalne siłą rzeczy też ulegają zmianie, nabierając cech powierzchowności, tymczasowości i pragmatyzmu. Media społecznościowe to rezultat, a jednocześnie przyczyna takiego obrotu spraw.

Świat informacji przytłacza. Wielość kanałów TV, stron www, blogów, profilów, zdjęć, newsów przyprawia o zawrót głowy, ale też daje poczucie bycia w centrum, posiadania wielu możliwości działania, czasem nawet zbyt wielu. Obezwładnieni ilością dostępnych opcji, przybieramy bezmyślny wyraz twarzy i…scrollujemy portale społecznościowe, podpatrując, co wybrali inni. Najnowsze badania wskazują, że u użytkowników Internetu poziom satysfakcji z życia po odwiedzeniu dowolnego portalu społecznościowego jest mniejszy niż przed wejściem na niego i to niezależnie od poczucia własnej wartości. Cóż, każdy chce się pokazać z jak najlepszej strony, więc trudno tu o szarą rzeczywistość, a jeśli już, to w wizualnie atrakcyjnej formie. Po co nam więc media społecznościowe?

Chcemy mieć poczucie bycia w kontakcie, nawet jeżeli 50% naszych wirtualnych znajomych to awatary osobowości, które kiedyś znaliśmy, a teraz z potrzeby poczucia się lepiej lub gorzej podpatrujemy, jak im się w życiu wiedzie. Jesteśmy zabiegani (a przynajmniej na takich pozujemy, bardzo ciekawy artykuł na ten temat na blogu joannaglogaza.com ), nie mamy czasu na spotkania, nasiadówki, pogaduchy, więc równoważymy to namiastką kontaktu przez FB, zostawianie serduszek pod postami na Instagramie itp. Smutne to, ale prawdziwe i jak na razie tak wygląda rzeczywistość większości dwudziesto- i trzydziestolatków. Skupiamy się na kreowaniu wirtualnego wizerunku, popadając czasem w śmieszność (np. lajkując własne zdjęcia), a często pokazując to, czego nie widzą nawet nasi najbliżsi. Ersatz, cholera, nie życie.

Złoty środek?

Jakiś czas temu wśród osób żyjących z obsługi mediów społecznościowych (tzw. twórców “contentu”) gruchnęła wiadomość, że Facebook “tnie zasięgi”. Oznacza to, że używając sobie tylko znanych algorytmów sprawia, że dany post trafia do o wiele mniejszej liczby odbiorców niż dotychczas, co ma sprawiać, żeby osoby, którym na takim zasięgu zależy (np. blogerzy) płacili za dostęp do użytkowników. Informacja ta spotkała się z oburzeniem, krytyką, a wręcz rozgoryczeniem spowodowanym odebraniem bezpłatnego narzędzia promocji, zaraz potem jednak przyszło otrzeźwienie. Po pierwsze, często zapominamy, że Facebook, Instagram czy Pinterest to prywatne firmy, które wzbogaciły się na naszej próżności i powierzchowności kontaktów interpersonalnych. Po drugie, zapominamy też, że wszystko, co zamieścimy na łamach mediów społecznościowych staje się automatycznie ich własnością. Zdjęcia dzieci (czasem i płodów), najważniejsze chwile z naszego życia, nasza (czasem radosna) twórczość. Czy jesteśmy gotowi na to, że pewnego dnia ktoś je wykorzysta?

Korzystam z mediów społecznościowych głównie ze względów blogowo-promocyjno-edukacyjnych. Staram się unikać zbyt wielkiej “prywaty”, choć wiem, że to pozbawia mnie szansy na zacieśnienie więzów z odbiorcami moich treści. Trudno, biorę to na klatę. Do tej pory udało mi się nie zamieścić żadnego zdjęcia mojego dziecka – dorośnie i będzie chciało, samo sobie zamieści, choć rozumiem wszystkich, którzy to robią. Cudownie jest się chwalić czymś, co nam “wyszło”, warto jednak pamiętać o gronie odbiorców. Moi przyjaciele wiedzą, jak wygląda moje życie, wszystkim innym mogę się podzielić w mediach społecznościowych. To w końcu doskonałe (pod względem zasięgu, nie rzeczowości niestety) narzędzie do dyskusji i poszerzania wiedzy o świecie, dające dostęp do informacji, możliwość oddziaływania na jego kształt i istotnie ułatwiające pracę. Jedyne, o czym trzeba pamiętać moim zdaniem to to, aby takim narzędziem pozostało, a nie pożeraczem czasu i chęci do życia.

Czy Audrey Hepburn korzystałaby z mediów społecznościowych?

Audrey Hepburn, dla mnie synonim elegancji, inteligencji i dobroduszności, kochała swoją rodzinę i przyjaciół, ale potrafiła też okazywać zainteresowanie i sympatię zupełnie obcym ludziom. Uwielbiała spotykać się z osobami jej bliskimi, zasiadać z nimi przy stole i rozmawiać o życiu. Czy zamieniłaby to na klikanie serduszek i kciuków skierowanych w górę? Wątpię, choć pewnie nie omieszkałaby uczestniczyć w mediach społecznościowych, aby pisać o swoich akcjach na rzecz praw dzieci i nagłaśniać problemy, które ją bolały. To moim zdaniem najlepszy użytek, jaki można teraz uczynić z posiadania przeróżnych profilów. Warto to robić w taki sposób, aby nie zapomnieć, że koniec końców to tylko narzędzie, a profil tak naprawdę i tak mamy jeden 🙂

Trzy grzechy główne kobiet

#METOO to akcja, która obiegła sporą część świata i przeorała również polskie media społecznościowe, pokazując skalę problemu przemocy seksualnej wobec kobiet. Nieważne, czy chodziło o tzw. niemoralne propozycje, “macanie”, przyciskanie do ściany czy gwałt – ważne, że mój FB zaroił się od tematycznych wpisów koleżanek, znajomych i znajomych znajomych, często silnych, przebojowych. Zakładam, że wszystkie historie, które się ukrywają pod tymi wpisami są prawdziwe, co zdaje się mocno niepokojące. Oznacza, że żyjemy w świecie, w którym ogromna liczba kobiet doznała jakiejś formy molestowania seksualnego. Hollywoodzka afera z Harveyem Weinsteinem w roli głównej pokazuje, że to się dzieje niezależnie od stopnia zamożności czy pozycji kobiet. Dziwi mnie natomiast czas, jaki był im potrzebny do opowiedzenia tej historii – w wielu przypadkach minęło sporo lat. To doprowadziło mnie do wniosku, że z nami, kobietami, też coś jest nie tak…

Wiktymizacja ofiary? Nie!

Psychologia zna pojęcie wiktymizacji ofiary, a nasze polskie społeczeństwo uprawia ten proceder w praktyce. O co chodzi? O te wszystkie komentarze typu “po co ubierała się w mini”, “trzeba było nie łazić po nocy samej”, “jak by suka nie dała, to by pies nie wziął” itp. Jednym słowem – ofiara przestępstwa/przemocy, najczęściej o charakterze seksualnym, jest obwiniana o to, że prowokowała, nie zachowała ostrożności itd. Jest to rzecz według mnie obrzydliwa, bo wychodzę z założenia, że każda kobieta ma prawo ubierać się i chodzić jak i gdzie chce bez obawy, że ktoś zechce to niecnie wykorzystać. Niestety, realia są takie, że gdy dojdzie do przestępstwa, a kobieta ma zeznawać w sprawie, zawsze wyciąga się temat tego, jak wyglądała, czy nie dawała dwuznacznych sygnałów itp.

Absolutnie nie o wiktymizację ofiar chodzi mi w tym wpisie, a o coś zupełnie innego, czyli o…

Trzy grzechy główne kobiet

Definicji grzechu jest wiele. Choć nie chodzi tu o kontekst religijny, najbardziej odpowiednią znalazłam na stronie…spowiedz.pl (tak, istnieje i wygląda na to, że ma się świetnie). Otóż tam określa się go jako “wykroczenie przeciwko rozumowi, prawdzie, (…) sumieniu” i o to mi chodzi w tym wpisie – o to jak my, kobiety, potrafimy same popsuć swoją pozycję, sytuację, wizerunek, relacje, przez sprzeniewierzanie się sobie, swojej płci i przekonaniom. No to spróbujmy.

Grzech nr 1

Brak solidarności

Tak, wiem, że nie każda kobieta musi być feministką, ale co mnie ogromnie zadziwia, to to, że tak rzadko kobiety się wspierają, popierają, po prostu solidaryzują się ze sobą. Przykłady? Ot choćby wracałam niedawno z pracy, a że mam już widoczny brzuch (7. mc), a w tramwaju tłok, ja obładowana torbą i plecakiem, to się rozglądam, czy ktoś mi ustąpi miejsca. Gros siedzących tym razem to młode dziewczyny wracające z liceum oraz kobiety ok. 50-tki. Jedna z nich tak się starała mnie nie zauważyć, że aż zaczęła udawać, że śpi! No cóż… Inna sytuacja – koleżanka zaczyna pracę w nowej firmie, stara się, jest punktualna itp. Co robią nowe koleżanki? Otóż zbierają się w pokoju socjalnym na “ploty”, a gdy tylko ona wchodzi do pomieszczenia, milkną i patrzą znacząco. Banał? Pewnie, ale tylko dlatego, że dobrze znany co najmniej od czasów liceum.

My, kobiety, często nie lubimy się wspierać, walczyć o siebie nawzajem, bo wciąż postrzegamy się jako rywalki, choć nie wiadomo, do czego. W sytuacjach skrajnie negatywnych nie potrafimy wesprzeć swoich matek/córek/sióstr/przyjaciółek w walce z przemocą, której doznają, przez co liczba użytych hasztagów #metoo niebezpiecznie rośnie…

Grzech nr 2

Niedocenianie siebie

Drugie ciekawe zjawisko znane jest w psychologii jako “syndrom oszusta”. Chodzi tu o poczucie posiadania zbyt niskich kompetencji, aby coś osiągnąć, a w związku z tym przekonanie, że skoro ktoś nas docenia, to nie dostrzega prawdy, czyli tego, że tak naprawdę się nie nadajemy, nie jesteśmy kompetentne itp. Najczęściej dotyczy to kobiet, gdyż my na pewnym etapie rozwoju przestajemy w siebie wierzyć lub nie chcemy się do tej wiary w siebie przyznać, uważając, że w jakiś sposób uczyni nas to nieatrakcyjnymi lub, co gorsza, przyniesie nam kłopoty.

Mówi się, że mężczyźni boją się silnych kobiet, z tego więc powodu duża część z nas…udaje, że jest słabsza niż w rzeczywistości. To samo dotyczy pensji, awansów, planów zawodowych, a nawet ambitnych marzeń. Często boimy się przyznać nawet przed sobą, że jesteśmy w czymś dobre i nam się należy, gdyż społeczeństwo może nas od razu wyrzucić na margines.

Od 10 lat pracuję jako tłumaczka-freelancerka i dobrze wiem, jak trudno jest czasem walczyć o swoje, szczególnie kobiecie. Paradoks jest taki, że większość osób pracujących w działach HR czy współpracy z dostawcami to kobiety, czyli powinny być przychylniejsze dla współpracowniczek. Niestety, to wcale tak nie działa. Nawet przy pracy zdalnej płeć miewa znaczenie i to negatywne. Kilka dobrych lat trwało, abym nabrała przekonania, że jestem dość dobra w moim zawodzie, aby poprosić o podwyższenie stawki. Poprosiłam oczywiście kobietę i mój wniosek został przyjęty do rozpatrzenia, po czym postraszono mnie, że jeżeli zwiększą mi stawkę, to zabiorą większość zleceń (co by mi za dobrze nie było), a następnie wzięto na przeczekanie. Nie poddałam się, a efekt jest taki, że stawkę mam wyższą, a zlecenia większe i bardziej prestiżowe. Potrzeba było jedynie odwagi i poczucia, że jest się dobrą w tym, co się robi.

Niestety mało kobiet decyduje się na walkę o siebie w sferze zawodowej, narzekając na szklany sufit, brak możliwości i elastyczności. A gdyby więcej kobiet z tej samej firmy zaczęło się wspierać? A gdyby się odważyły ominąć nieprzychylnego szefa i pójść dalej? A gdyby po prostu odważyły się walczyć o swoje? Chowanie głowy w piasek nie może przecież wiecznie trwać, a co gorsza, nie spowoduje ŻADNYCH zmian na lepsze…

Grzech nr 3

Brak odwagi (cywilnej)

W życiu kobiety przychodzi wiele trudnych sytuacji, o których mężczyźni nie mają pojęcia. Od początku jesteśmy na z góry straconej pozycji, bo zawsze stajemy przed kwestią dzieci/brak dzieci, praca/dom, kariera/rodzina itp. Nie oszukujmy się, mężczyznom jest łatwiej, bo obciążenia, które w związku z tymi wyborami ponoszą, są zupełnie inne. Wychodząc od najprostszej różnicy biologicznej – faktu możliwości rodzenia dzieci – a na stereotypach społecznych kończąc, kobiety mają przerąbane. Jednak nie musiałoby tak być, gdybyśmy same sobie tego nie robiły. Jakże często się zdarza, że gdy pojawia się informacja o takiej czy innej matce oddającej dziecko czy używającej przemocy czy w inny sposób wyraźnie odbiegającej od stereotypu Matki Polki, najwięcej negatywnych rzeczy do powiedzenia mają na jej temat…kobiety. To my jesteśmy naszymi największymi krytykami, a co gorsza, często robimy to anonimowo, za plecami, szeptem, żeby uniknąć konfrontacji.

Odwaga cywilna jest szczególnym rodzajem odwagi. Jest to postawa, która polega na występowaniu w obronie swoich racji, nawet jeżeli wiąże się to z wysokimi sankcjami i kosztami społecznymi. Jej podstawowym elementem jest występowanie pod swoim imieniem i nazwiskiem, czyli podpisywanie się pod swoimi własnymi wypowiedziami. Odwaga jest również przyznaniem się do błędu, postępowaniem zgodnie ze swoim sumieniem i głoszeniem swoich poglądów.

Wikipedia.pl

Często w życiu zawodowym i społecznym spotykam się z sytuacjami, w których kobiety boją się odezwać w swojej obronie, w obronie koleżanek czy kogoś innego, żeby nie narazić się na ostracyzm społeczny lub po prostu opinię walniętej feministki (wychodzi w sumie na to samo). Tak bardzo zależy im na opinii innych, że wolą sprzeniewierzyć swoje poglądy, przekonania, na rzecz akceptacji. Niby tego uczy nas społeczeństwo od małego – konformizmu, wygody, oportunizmu, ale po cóż nam dorastanie, jak nie po to, żeby nauczyć się czegoś odwrotnego? Fenomenem pod tym względem okazał się choćby Czarny Protest, który jednak był o tyle łatwiejszy, że dawał pewną anonimowość. Osoby, które na nim się pojawiły rzadko kiedy wykazują się odwagą cywilną w “towarzystwie”, broniąc swoich nie do końca popularnych racji. Tu dostrzegam problem, bo nasze społeczeństwo kształtujemy swoją postawą codziennie, a nie tylko na wielkich zrywach. O ile łatwiej jest zacisnąć zęby i ponarzekać w zaciszu domowym, niż zabrać głos publicznie, iść na wybory czy wykonać inny gest? O wiele, ale skoro my, kobiety, tak wiele potrafimy znieść, to może nadszedł w końcu czas, żebyśmy przestały “musieć coś znosić”, a zaczęły walczyć o siebie, swoje córki i koleżanki, żeby to społeczeństwo uwzględniło naszą połowę?

A gdzie Twoja solidarność?

Tak można zapytać. I słusznie. Patrzę na feminizm, na siebie, na społeczeństwo dość krytycznie, dzięki czemu mogę czasem wytknąć i sobie kilka rzeczy. Nie uważam, żeby ślepe popieranie kogoś “bo jest kobietą” było w porządku, ale nie widzę też powodu, dla którego w końcu nie miałybyśmy się wziąć za zmienianie społeczeństwa, skoro tak wiele nam w nim nie pasuje. W tym tygodniu w Nowej Zelandii wybrano nowego premiera, a właściwie premierkę – to 37-letnia bezdzietna panna, w dodatku atrakcyjna, mądra i…feministka. Na jednym z feministycznych profili na FB pod wpisem na ten temat pojawiły się komentarze typu “ale im dobrze”, “u nas to niemożliwe” itp. Zgadzam się, ale tylko dlatego, że same kopiemy pod sobą dołki. Może w końcu nadszedł czas, żeby się wyspowiadać samym sobie i wziąć się do roboty, żebyśmy i my mogły być dumne z naszego kraju pod tym względem?