Audrey Cafe

4 rzeczy, które z powodzeniem wymieniłam na wersję eko

Kiedy byłam mała, uwielbiałam oglądać kreskówkę “Kapitan Planeta”. Superbohater – Kapitan Planeta oczywiście – z pomocą grupy nastolatków i Gai – dobrego ducha Ziemi – ratował tam naszą planetę przed zniszczeniem. Sprowadzał zaśmiecaczy i niszczycieli Ziemi na dobrą drogę, uczył dbać o środowisko i w ogóle był niesamowicie cool. Być może ta bajka zryła mi psychikę, bo teraz nie potrafię przejść obojętnie obok śmieci w lesie czy w górach (ku rozpaczy towarzyszy zbieram te wszystkie butelki po wódce i torebki po chipsach, żeby je potem wyrzucić). Niby staram się być eko, ale czy mogę robić więcej?

Zero waste, less waste, much waste – świadomość ekologiczna rośnie, choć często na niej się kończy. Bombardowani zdjęciami żółwi zadławionych plastikiem czy konika morskiego nadzianego na patyczek do uszu często odwracamy wzrok, przekonując się, że my to przecież jesteśmy w porządku. Otóż niestety nie, nie jesteśmy w porządku i czas o tym powiedzieć głośno. Być może bardziej odczuwają to “dzieciaci”, bo raz, że siłą rzeczy produkują więcej śmieci, a dwa, że od czasu do czasu przez głowę im przemknie, jaką to planetę zostawią swoim dzieciom i wnukom, mimo to do zmian zachęcam KAŻDEGO i KAŻDĄ! Choć lektura książki “Jak zerwać z plastikiem” jeszcze przede mną, zrobiłam mały rachunek sumienia i postanowiłam działać już teraz. Nie jestem zwolenniczką wielkich rewolucji, bo wiem, że o wiele skuteczniejsza jest metoda kaizen, czyli małe kroki. Tak wybrałam 4 rzeczy, które z powodzeniem zamieniłam na wersję eko, a to dopiero początek.

1. Wielorazowe waciki

To był mój wielki wyrzut sumienia – waciki. Użyte raz i wyrzucane, a potem rozkładające się trylion lat. Miałam duży opór psychiczny przed wersją wielorazową – przede wszystkim z tytułu odpowiedniej higieny, wygody i wydajności stosowania. Okazało się, że nie ma żadnego problemu. Waciki, które kupiłam nie są może bombastycznie chłonne, ale im częściej prane, tym lepiej, a do tego mają wiele zalet:

  • są produkowane w Polsce,
  • uszyto je z antybakteryjnej dzianiny bambusowej, przez co są BARDZO miękkie i przyjazne dla skóry. Z jednej strony są gładkie – idealne do zmywania makijażu, a z drugiej nieco chropowate, dzięki czemu doskonale zastępują peelingi i inne złuszczacze,
  • bardzo szybko schną,
  • są większe niż zwykłe waciki, przez co wydajniejsze.

2. Wielorazowe wkładki laktacyjne

Wiem, że to towar niszowy, ale jeżeli kiedykolwiek będziecie potrzebować lub znacie kogoś, kto używa – polecam! Nie zliczę, ile jednorazówek zużyłam, dopóki nie odkryłam tej opcji wielorazowej, ale teraz używam praktycznie tylko ich i to naprawdę działa. Wkładki wykonane ze 100% poliestru nie przeciekają, nie podrażniają i szybko schną. Moje są kolorowe, co dodatkowo czasem poprawia mi humor 🙂 Dostępne są też jednak wersje w kolorze białym, także dla każdego coś miłego.

3. Ekologiczne podpaski jednorazowe

Okazuje się, że temat menstruacji w kontekście ekologii jest bardzo sporny. Zwykłe podpaski i tampony rozkładają się tysiące lat, w dodatku zdarza się, że podrażniają i są nieprzyjemne w użyciu. Jako że potrzeba matką wynalazku, powstało wiele różnych rozwiązań przyjaznych dla środowiska. Są więc podpaski wielorazowe, kubeczki menstruacyjne oraz ekologiczne podpaski i tampony jednorazowe. Ja wybrałam podpaski jednorazowe, które są biodegradowalne i hipoalergiczne, a dzięki wykonaniu z certyfikowanej bawełny organicznej, gwarantują spokój sumienia. Nie zawierają szkodliwych substancji chemicznych, pakowane są w biofolię ze skrobi kukurydzianej i…są naprawdę przyjemne w stosowaniu, co moim zdaniem jest istotne. Ich chłonność także nie pozostawia nic do życzenia, a cenowo są porównywalne z podpaskami nieekologicznymi z nieco wyższej półki, zatem dla mnie wszystko przemawia za ich stosowaniem. Nie żałuję tej zmiany i na pewno będę się jej trzymać.

4. Naturalna szczoteczka do zębów

Czy wiecie, że włókno “zwykłych” szczoteczek plastikowych bardzo często zawiera Bisfenol A? Ta substancja o udowodnionym działaniu karcenogennym, codziennie wcierana w dziąsła nie może pozostać bez wpływu na nasze zdrowie. Gdy sobie to uświadomiłam, zmieniłam szczoteczki wszystkim domownikom bez wyjątku na wersję naturalną. Najpierw bałam się, że efekt czyszczenia będzie dużo gorszy (wiem, że to nieracjonalna obawa ;)), ale przecież dla skuteczności mycia zębów ważna jest technika i częstotliwość, a nie tylko sprzęt, i ta zasada się sprawdza. Jedna rzecz – nie da się porównać efektu zapewne z tak zalecaną szczoteczką soniczną, ale że i tak nie mam w planach jej zakupu, opcja naturalna jest o wiele lepsza.

Szczoteczka jest biodegradowalna i pozbawiona BPA. Jej rączka wykonana jest z bambusa – jednej z najszybciej rosnących roślin na Ziemi, a włosie – biodegradowalne – z bio nylonu zrobionego z oleju rycynowego (magia!), dzięki czemu jest całkowicie bezpieczne i nieszkodliwe dla środowiska oraz zdrowia. W dodatku korzystanie z niej jest przyjemniejsze niż w przypadku plastiku i sprawdza się także przy dziecku – o wiele chętniej myje ząbki tą szczoteczką, zupełnie niekolorową i pozbawioną badziewnych obrazków z bajek niż kiedyś. Polecam!

Mówi się, że kropla drąży skałę. Jane Goodall powiedziała, że na świat trzeba patrzeć jak na puzzle – cały obrazek przytłacza i zniechęca, ale jeżeli każdy zajmie się jednym kawałkiem układanki, można odzyskać wiarę w sens działania i przyszłość. Zgadzam się z tym i ta myśl powstrzymuje mnie przed całkowitym ekologicznym pesymizmem. Wiem, że to dopiero początek mojej eko-drogi. Stosujemy w domu też ekologiczne środki czystości, których nie pokazałam, pieluchy wielorazowe dla malucha i eko-tabletki do zmywarki (w fazie testów). Niemniej jednak nadal produkujemy za dużo śmieci i śladu węglowego. Na szczęście wszystko przed nami, a jeżeli i Wy chcecie spróbować eko-drogi – polecam zacząć od małych kroków, choćby takich, jak ja wykonałam.

A może znacie jeszcze jakieś małe sposoby na wielkie zmiany? Dajcie znać w komentarzach!

Mobbing – co to jest? (wywiad)

Praca – przedmiot naszych ambicji, pasji, stresów i planów. Praca – nieodłączny element życia większości z nas. Co jednak, gdy praca staje się naszym przekleństwem?

Było raz piękne lato, które spędziłam w dzikiej, nieco mrocznej Szkocji. Właśnie otworzyły się dla nas granice Unii Europejskiej i można było wszystko. Jako studentka na dorobku postanowiłam dorobić trochę na „życie” i poznać od podszewki kulturę tego niesamowitego kraju. Nie wiedziałam jednak, że poznam też…nową formę przemocy psychicznej, jaką jest mobbing.

Mój szef był innej narodowości – ani Szkot, ani Polak – i okazał się niezłym rasistą, szowinistą i antyagistą. Żeby tego było mało, drażniło go też mówienie „mhm”, za co raz za razem zbierałam bury. W pracy było nerwowo, dynamicznie i bardzo emocjonalnie, ale to były tylko cztery miesiące. A co przeżywają osoby mające z mobbingiem do czynienia na co dzień?

Sprawa Stowarzyszenia „Wiosna” i jego szefa-księdza, organizatora wielkiej już teraz akcji „Szlachetna Paczka”, wybuchła niedawno – okazało się, że pod przykrywką szlachetnych pobudek dochodzi tam do mobbingu. Jednak gdy rozejrzymy się po swoich znajomych, okaże się, że ta forma przemocy psychicznej jest bardziej rozpowszechniona niż nam się wydaje. Jak to zjawisko wygląda od podszewki? Rozmawiam dziś z moją koleżanką Marysią, która zgodziła się opowiedzieć o swojej historii z mobbingiem w tle, rozgrywającej się w pewnej firmie informatycznej w Polsce.

Audrey Cafe: Na początku, Marysia, chciałam Ci bardzo podziękować za to, że zgodziłaś się na tę rozmowę. Wiem, że to niełatwe i doceniam Twoją odwagę. Opowiedz, proszę, od czego wszystko się zaczęło.

Marysia: Zaczęło się od docinków i przytyków ze strony szefa, które traktowałam jako zwykły przejaw dobrej atmosfery, luzu, braku dystansu, ale tak naprawdę, to dopiero post factum zauważyłam, z pomocą przyjaciółek, że od pewnego czasu jest mi w pracy źle i kompletnie „sflaczałam życiowo”.

AC: Jaki był mechanizm działania mobbingu w Twojej firmie?

M: Mechanizm był taki, że nie dostawałam konkretnych zadań do pracy, tylko ogólnie sformułowane cele, z których potem byłam rozliczana, wyszydzano publicznie moją pracę, obrażano mnie („tłumaczę Ci jak, krowie na rowie”, „Niemożliwe, że tylko tyle zrobiłaś w tydzień”). Dostawałyśmy także (takie traktowanie dotyczyło wszystkich w tym zespole) zadania idiotyczne albo spoza naszych kompetencji, np. polecenie poprawy  rocznego sprawozdania finansowego. Żadna z nas nie była księgową, nie do tego byłyśmy zatrudnione. Gdy koleżanka powiedziała, że tego nie zrobi, bo nie potrafi, to szef prychnął jej w twarz, że ma Google i każdy normalny pracownik cieszyłby się, że może zdobyć nowe doświadczenie w pracy.. Ja dostałam zadanie przetestowania kilku scenariuszy działania aplikacji, jednego z nich nie mogłam w ogóle ustawić, nie wychodziło mi za cholerę, miałam mdłości (chyba nawet poszłam zwymiotować w toalecie w firmie) na myśl, że miałabym się przed nim przyznać do porażki i znów słuchać obelg, w końcu nie miałam wyjścia. Usłyszałam: „O, myślałem, że wcześniej się zorientujesz, że dałem Ci specjalnie wadliwy scenariusz, który nie ma prawa zadziałać.” To takie konkretne przykłady, ale tam w ogóle kultura pracy była okropna. Szefem mojego szefa był właściciel, Hiszpan, który dostał firmę od rodziców i hołdował zasadzie, że nie po to przeniósł firmę do Polski, żeby kultywować zachodnią kulturę pracy… Byliśmy rozliczani ze spóźnień co do minuty, krzywo patrzono na korzystanie z kuchni, kawa/herbata, na jakieś rozmowy luźne. I to w zasadzie tylko w moim zespole, bo siedzący z nami w pokoju koledzy  innych zespołów legalnie czytali książki i rozmawiali, gdy akurat nie było nic pilnego do zrobienia.

AC: Jak reagowali Twoi współpracownicy na takie zachowania szefa?

M: Reakcji dawnych pracowników firmy, z dłuższym stażem, nie było. Raz, po tym, jak przed świętami zostałam zmieszana z błotem, publicznie, koleżanka pracująca kilka lat w firmie poradziła mi, żebym nie brała tego do siebie, że Mariusz (z którym ona nie miała zależności służbowej) już taki jest i to nic osobistego. Trzymałyśmy się razem we trzy w zespole Mariusza, po każdej przykrej akcji spotykałyśmy się na pokrzepiającej herbacie i pisałyśmy do siebie na Messengerze (co oczywiście było surowo tępione, więc tylko z komórki).

AC: Kiedy poczułaś, że nie masz już siły?

M: Pamiętam, że w połowie stycznia dzwoniłam w drodze z pracy do mojej przyjaciółki z życzeniami w dniu jej urodzin i nie byłam w stanie wydusić słowa, musiałam się zatrzymać i ryczałam jej w słuchawkę, zamiast rozmawiać. Krótko później, już gdy zaczęłam szukać pracy, zdecydowałam, że wystąpię o udzielenie dwóch półgodzinnych przerw na karmienie. Wciąż karmiłam synka, ale nie korzystałam z tego przywileju, bo radziliśmy sobie dobrze bez tego, a wydawało mi się uczciwe (hahaha), że skoro zatrudniłam się w firmie już jako matka (po macierzyńskim zmieniłam pracę i zaczęłam pracować w nowej firmie), to nie ma powodu, żeby nowy pracodawca mi udzielał takich przerw. Ale właśnie w lutym doszłam do ściany, wiedziałam, że nie chcę mieć z nimi więcej wspólnego (nasza sytuacja finansowa nie pozwalała po prostu na rzucenie pracy) i że skorzystam ze skrócenia dnia pracy. Przyszłam w poniedziałek z przygotowanym pismem tylko po to, żeby dowiedzieć się, że Mariusza nie ma w pracy i nie mam komu pisma przedłożyć. Tak mnie to zbiło z tropu, że nie mogłam jeść, piłam tego dnia tylko słodką kawę, żeby nie zemdleć. Nie mogłam opanować drżenia rąk, a o skupieniu na pracy nie było mowy. W drodze do domu zadzwoniłam do bliskiej koleżanki, psychoterapeutki. Zamieniła ze mną dwa zdania i wysłała SMS-em nr do swojej znajomej psychiatry i obiecała, że po trzech dniach do mnie zadzwoni zapytać, czy byłam na wizycie.

AC: Wtedy postanowiłaś działać?

M: Tak. Poszłam na wizytę i dopiero wtedy, opowiadając tę historię lekarzowi, nieznającemu realiów pracy biurowej, informatycznej, odbiłam się w lustrze jej opinii, że przebywam w złym, krzywdzącym środowisku i że szkoda moich sił na zmianę tego stanu rzeczy. Że decyzja o zmianie pracy i odcięciu kontaktu z tym człowiekiem natychmiast jest w istocie troską o swoje zdrowie psychiczne. Początkowo byłam na dwutygodniowym zwolnieniu, bo czekałam na wynik jednej rekrutacji. Liczyłam, że jeśli uda mi się dostać tę pracę, to złożę wymówienie i w okresie wypowiedzenia będę mogła wrócić do pracy z Mariuszem, nie przejmując się już relacjami z nim i jego opiniami na mój temat.

W rekrutacji jednak nie przeszłam. Moja psychiatra wystawiła mi kolejne zwolnienie i zasugerowała pobyt na dziennym oddziale psychiatrycznym, żebym mogła przejść kompleksową psychoterapię i zająć się sobą.

To było sześć wyjątkowych, rozwojowych i bardzo świadomie przeżytych tygodni, które postawiły mnie na nogi, dały duży wgląd w siebie i wyposażyły w umiejętności radzenia sobie z kłopotami. Na zakończenie pobytu dostałam pracę marzeń w innej firmie i literalnie każdego dnia jestem wdzięczna, że trafiłam na palanta Mariusza, który stał się zapalnikiem takich dobrych zmian.

AC: Jak z perspektywy oceniasz tę sytuację? Co Ci dała, a co zabrała?

M: Doceniam to, co mam  Patrząc wstecz zauważyłam, że przez niemal rok bycia w tamtej firmie osuwałam się w depresję, to było bardzo dyskretne i dlatego tym bardziej groźne. Na przykład straciłam umiejętność przeżywania zróżnicowanych emocji. Byłam zazwyczaj smutna, zmęczona albo entuzjastycznie radosna. Terapia w szpitalu przywróciła mi odczuwanie w skali odcieni szarości, wiesz, jaka to radość? Pamiętam, że się popłakałam, jak sobie z tego zdałam sprawę, że przecież ja tak kiedyś miałam, tylko się to zaprószyło.

Na pewno będę pamiętać, żeby się szanować, żeby podejmować działania i protestować wcześnie, gdy tylko mnie coś niepokoi. Albo zmieniać otoczenie, jeśli ono nie rokuje do zmiany.

Jeszcze z dobrych rzeczy – krótko po moim pójściu na zwolnienie, firmę opuściło także kilka innych osób. Jedna z nich także skorzystała z pomocy psychoterapeutycznej. Jeszcze takie długofalowe konsekwencje, to zdjęcie odium wariactwa z leczenia psychiatrycznego i psychoterapii, nawet na moim gruncie rodzinnym. Myślę, że to dobre i ważne, bo może ośmielić kiedyś kogoś, kto bałby się sięgnąć po pomoc, której potrzebuje, ze względu na to „co ludzie powiedzą”.

AC: Co radziłabyś kobietom, które obecnie doświadczają mobbingu w swoim miejscu pracy?

M: Przede wszystkim trzeba znaleźć kogoś, kto będzie wsparciem w tej sytuacji. Najlepiej kogoś, kto nie jest w zależności służbowej z prześladowcą i jednocześnie na tyle dobrze zna organizację, że będzie umiał zaproponować konkretne strategie poradzenia sobie. W dużych firmach funkcjonują anonimowe skrzynki, w których można zgłaszać przypadki nadużyć. Zazwyczaj wtedy udaje się zmienić otoczenie korporacyjne, przenieść się dyskretnie do równoległego zespołu, zostać objętym wsparciem rozwojowym podczas gdy firma wyciąga niezależnie konsekwencje wobec sprawcy przemocy psychicznej. Jeśli kultura organizacyjna firmy rokuje, że takie zmiany i zaadresowanie problemu jest możliwe, to warto się o to postarać. Ograniczamy w ten sposób koszty zmian dla siebie samych. Możemy uporać się z mobbingiem, oszczędzając sobie stresu związanego z samą zmianą pracy.

Jeśli, jak w opisywanym przeze mnie przypadku, nie ma na to szans, trzeba po prostu chronić siebie i zmienić otoczenie radykalnie. Warto też przyjrzeć się swojemu stylowi funkcjonowania w relacjach i organizacjach, czy jestem raczej wspierającym współpracownikiem lub szefem czy może blisko mi do biurowej despotii, która jest dla innych obciążająca.

AC: Dziękuję za rozmowę 🙂

A czy Ty doświadczyłaś kiedyś mobbingu? Może chcesz o tym opowiedzieć? Anonimowość gwarantowana! Daj znać!

 

10 sposobów na rozpoczęcie nowego roku…we wrześniu

Wpis inspirowany blogiem Simply Luxurious Life

Idzie jesień. Z faktem tym nie da się dyskutować (choć mój trzylatek próbuje, negocjując pominięcie jesieni na rzecz zimy…). Odkąd pamiętam, zawsze uwielbiałam wrzesień. Początek szkoły, nowe możliwości, pachnące zeszyty i długopisy gotowe do zapisywania notatek. Wiem, że strasznie to kujońskie, ale nic na to nie poradzę 🙂 Najczęściej już w październiku srogo żałowałam swojego entuzjazmu, ale teraz to się zmieniło. Jesień bowiem to idealny moment na rozpoczęcie…nowego roku. Początek szkoły, koniec wakacji, pogoda bardziej sprzyjająca skupieniu na działaniu i rozwoju. Czemu nie? Francuzi ukuli nawet frazę “La Rentree“, która oznacza właśnie powrót do szkoły, a w szerszym zakresie znaczeniowym – nowe jesienne początki. W końcu wieloma z nas kieruje chęć życia tak, jak naprawdę chcemy i jak potrzebujemy, czemu by więc nie zacząć od września?

10 sposobów na rozpoczęcie nowego roku we wrześniu

1. Posprzątaj

Wiem, nuda, ale za to jaka odświeżająca. Sprzątania jest dużo, ale skupmy się na tym, co najważniejsze:

  • szafa – garderoba jesienna wymaga cieplejszych tkanin, mięsistych swetrów i kolorów, które będą nam poprawiać humor w listopadową szarugę. Zanim zacznie się wrzesień, robię przegląd ciuchów – utylizuję te, które się już nie nadają, przekazuję dalej te, z których “wyrosłam” (no comment ;p) i przygotowuję listę, czego mi potrzeba. Jak nakazuje minimalizm i stan mojego portfela, staram się kupować raz, a dobrze, co wymaga nieco więcej zachodu.
  • biblioteczka – książki przeczytane idą dalej, książki nieprzeczytane są analizowane i układane tak, aby przypominały, że mam się za nie zabrać, a do tego powstaje planowana lista zakupów i wyjść do biblioteki. Tej jesieni mam zamiar oszczędzać, więc np. na wrzesień nie planuję ŻADNYCH zakupów książkowych (będzie bolało).
  • mieszkanie – w naszym nowym mieszkaniu jesteśmy od kwietnia, ale już wychodzą na jaw rzeczy do poprawy/zmiany/przeprojektowania. Do tego już się nieco zagraciliśmy (zabawki!) i miejsca jakby się robi mało, więc potrzebne będzie gruntowne sprzątanie z bezlitosnym wyrzucaniem wszystkich “przydasiów”. Do tego kuchnia – wymaga zmiany menu i po ustaniu upałów zachęca w końcu do gotowania, więc też muszę to uwzględnić. Poza tym jesień to czas hygge, więc warto zaopatrzyć się w kilka świeczek, ciepły koc i inne czasoumilacze 🙂

2. Przemyśl swój plan dnia

W naszej szerokości geograficznej jesień nieuchronnie wiąże się z szarymi, a potem ciemnymi porankami i szybciej zapadającymi wieczorami. Mimo mojej miłości do aktywnego spędzania czasu, nie ma się co oszukiwać, że jesienią zwalniam tempo i więcej jestem w domu. Już dawno przestałam się kopać z koniem i przestawiam się wtedy na nieco wolniejszy tryb życia. Książki, gry planszowe, spacery z termosem – witajcie! Z kolei ogromną przyjemnością są teraz wycieczki do parków, lasów i w góry – te kolory i zapachy! Jesienią czeka nas też zmiana czasu, więc wszystko to warto uwzględnić i pomyśleć, jak chcemy, aby wyglądały nasze dni. Kiedy jesteśmy aktywniejsi, a kiedy wolimy odpocząć. Bez spinania się, z uważnością na siebie.

3. Zajmij się swoim rozwojem

Lato jest szalone – gorące, szybkie, pełne soczystych smaków i wielu możliwości. Większość z nas jest wtedy w ruchu, urlopuje się i korzysta ze słońca. Jesień to z kolei świetny czas na rozwój. Zaczynają się kursy, szkolenia, jest większa motywacja do czytania. Dlaczego nie skorzystać? Dla zapracowanych i mających problem ze swobodnym wyjściem z domu jest bogata oferta kursów online. Są też podcasty, filmiki szkoleniowe, fora, grupy mastermind… Do wyboru, do koloru!

4. Zaplanuj budżet

Nie wiem jak u Was, ale u mnie lato to czas nieco bardziej nieskrępowanego wydawania pieniędzy. Lody, gofry, samochodziki, wstępy do różnych parków tematycznych, niezliczone koszulki i spodenki… Kasa wypływa, a z powodu urlopu pracy i wpływów mniej. Dlatego też jesień to czas podsumowania i zaplanowania na nowo budżetu domowego i osobistego. Dla mnie temat pieniędzy wiąże się ze stresem, więc żeby go odczarować uczę się planować. Przyjemności, obowiązki, niezbędne akcesoria, a potem przygotowania do…świąt. Do tego jakieś wyjazdy weekendowe (góry!), kurtki jesienno-zimowe… Uff, jest tego trochę, dlatego na początku września siadam i planuję. Nie ma, że boli.

5. Zadbaj o zdrowie

Niby nikomu nie trzeba tego powtarzać, ale jako zapracowane kobiety (i mężczyźni też) raczej jak ognia unikamy badań okresowych i wizyt kontrolnych u lekarza, zwłaszcza gdy “nic się nie dzieje”. Niestety trzeba trzymać rękę na pulsie (dosłownie) i pilnować zdrowia, aby uniknąć problemów. Tym bardziej, że jesień to czas ukochany przez farmaceutów wszelkiej maści – jak świeże bułeczki “idzie” wtedy multiwitamina, leki przeciwgorączkowe i inne preparaty na odporność. Dbajmy o siebie! Zaplanujmy na jesień wizytę kontrolną u ginekologa z cytologią, zbadajmy piersi (październik to miesiąc walki z rakiem piersi!), zróbmy badania krwi i idźmy do dentysty. Mówię to też do siebie, bo mam swoje za uszami w tym temacie. Jesień to dobry czas na zadbanie o zdrowie i złapanie jeszcze trochę odporności przed zimą.

6. Zmień menu

W Polsce jesień to prawdziwy czas obfitości. Jabłka, śliwki, cukinie, ziemniaki – słowem przeróżne owoce i warzywa uzyskują najlepszy smak i pełne są witamin. Choć nie mam czasu ani zacięcia do robienia przetworów i innych kiszonek wiem, że warto je jeść, żeby wzmacniać odporność. Poza tym na talerzu łatwiej teraz o kolory i pełne smaki, gotowane i pieczone, dla kontrastu z latem, w którym opychamy się głównie arbuzem. I choć żal mi malin i truskawek, zaraz pojawiają się grzyby i inne pyszności, które warto uwzględnić w diecie i dostosować menu do pory roku, żeby było zdrowiej – bez niepotrzebnego przetwarzania i przechowywania w transporcie.

7. Zaplanuj przyjemności dla ciała

Jesień jest trudna – robi się chłodniej, chce nam się spać, a poziom energii spada. Do tego dochodzą powakacyjne zniszczenia – wysuszona skóra, osłabione włosy i paznokcie zmęczone częstszym malowaniem. Dlatego też warto zadbać o jakieś przyjemności dla ciała, które bardzo poprawiają samopoczucie. Wizyta u kosmetyczki, fryzjera, skompletowanie swojego “home SPA” – wszystko to sprawi, że łatwiej będzie poradzić sobie ze zmianą pór roku.

8. …i dla ducha

Jesień to czas premier książkowych, filmowych i muzycznych. Teatry zmieniają repertuar, wszyscy zdają się odżywać po wakacyjnej sjeście. Jeżeli masz czas i ochotę, korzystaj z tego! Czytaj, oglądaj, słuchaj, chadzaj na koncerty. Żyj twórczo i kolorowo, a łatwiej poradzisz sobie z jesienną szarówką.

9. Nie narzekaj na pogodę

Ok, to chyba najtrudniejszy punkt do wykonania, szczególnie znając polską tendencję i niepomagającą w zmianie pogodę – choć cieszymy się złotą polską jesienią, nienawidzimy listopadowej maziugi, zimnych poranków i siąpiącego deszczu, które niechybnie przed nami. Nie dajmy się! Nie ma chyba nic mniej produktywnego i motywującego niż narzekanie na to, czego nie można zmienić – na pogodę. Osobiście staram się tego nie robić i bardzo mnie to irytuje u innych. Skandynawowie – którym pogody raczej pozazdrościć nie można – mówią, że nie ma złej pogody, jest tylko nieodpowiednie ubranie i ja się z tym zgadzam w całej rozciągłości! Uwielbiam ciepłe, miękkie szaliki i rękawiczki, mam kurtkę przeciwdeszczową i nie rezygnuję jesienią z roweru. Jeżeli zdarza Ci się narzekać na pogodę, staraj się być tego świadomym i spróbuj to zmienić – na początek po prostu powstrzymaj się od komentarza i – błagam! – nie zamieszczaj w mediach społecznościowych swoich epopei na temat beznadziejności deszczu i błota. Zapewniam, że Twoi znajomi mogą bez tego żyć.

10. Zaplanuj jesienny lub zimowy wyjazd na weekend lub dłużej

Nawet jak człowiek na tą pogodę już przestanie narzekać, to i tak wiadomo, że nie jest z niej do końca zadowolony. Pojawia się jesienna deprecha, nic nam się nie chce i psioczymy na wszystko. Warto poprawić sobie humor zaplanowanym wyjazdem – jesiennym lub zimowym, żeby było na co “czekać” i do czego się przygotować. Wypad w góry, tydzień na nartach, weekend w innym mieście – wszystko może się udać, jeżeli to zaplanujemy. Finanse, terminy, grafiki – wszystko to można przewidzieć dość dokładnie już na początku września, do czego zachęcam, bo nie ma nic fajniejszego niż wyjazd w inne miejsce i zmiana perspektywy choćby na chwilę.

Jesień czeka nas nieuchronnie, a że to czas pełen możliwości, warto się dobrze przygotować. Powodzenia!

Spodobał Ci się ten wpis? Daj znać! Napisz komentarz, udostępnij post, podziel się uwagami. Z góry dziękuję!

Dbaj o siebie!

Wakacje, lato, upały. Kurz, pot i dużo ruchu. Słońce, woda, relaks. Z tym zazwyczaj kojarzy się lipiec, który dla mnie w tym roku był jednym z najbardziej pracowitych miesiąców w roku, ale przyniósł dobre efekty. Jako że pracowałam bardzo intensywnie, mając jednocześnie pod opieką dwa maluchy, które zaliczyły dwie infekcje i psa, który zaliczył jedną, a do tego cały czas karmię piersią, mogę powiedzieć, że się zmęczyłam, no i oczywiście w tym wszystkim zapomniałam o tym, o czym na co dzień zapomina wiele z nas. O najważniejszym przykazaniu miłości – DBAJ O SIEBIE. Dlatego, kiedy wpadła mi w ręce książka pod takim tytułem, ochoczo poświęciłam jej tak zwany “międzyczas” i dobrze mi to zrobiło.

Dlaczego nie dbamy o siebie?

Z moich obserwacji wynika, że kobiety dzielą się na dwie grupy – te, które chwalą się tym, jak o siebie dbają i te, które starają się ukryć, że o siebie nie dbają. Sporo w tym psychologii i zaszłości z okresu dzieciństwa, kiedy to, albo jesteśmy oceniane jako te, które się “pindrzą”, albo “chłopaczary”. Społeczeństwo w postaci naszych matek i koleżanek stanowi swoisty organ kontrolny, który zamiast nauczyć nas, czym jest naprawdę dbanie o siebie, stara się zadbać o to, żebyśmy nie były zbyt egoistyczne/przeczulone/wypielęgnowane/”zrobione”. Kiedy spytałam na moim fan page‘u o to, dlaczego o siebie nie dbamy, odpowiedzi jakoś specjalnie mnie nie zaskoczyły – brak czasu i brak przestrzeni. Choć tak naprawdę, gdyby nam zależało na tym bardziej, to wiadomo, że ten czas i przestrzeń by się znalazły.

Niektóre/niektórzy z nas zdają się czerpać pewną satysfakcję ze swojego “zaniedbania”. Pewnie, że nie chodzimy brudni i śmierdzący, ale często darujemy sobie przemyślane stylizacje (np. siedząc w domu z dziećmi) czy makijaż (to samo), pięciominutowe sesje ćwiczeń (nie mam siły) czy choćby umycie włosów co drugi dzień (been there, done that). Wygoda, lenistwo, chęć okazania się “ponad to” (zarobiona jestem), znajdowanie cnoty w braku myślenia o sobie…To wszystko dość fałszywe przesłanki, bo o wiele szlachetniej jednak jest dbać o siebie i pokazywać światu przysłowiową już “najlepszą wersję siebie” danego dnia, niż mieć wszystko gdzieś.

Niemal cały lipiec przechodziłam bez makijażu, pół dnia w okularach, pół dnia w soczewkach, z bladym spojrzeniem i podkrążonymi oczami. Co więcej, uznałam, że ten swoiście pojęty minimalizm wcale mi nie przeszkadza, ale gdzieś w głębi duszy, oglądając różnorakie profile na Instagramie stwierdziłam, że może da się inaczej? Da się połączyć dbanie o siebie i intensywne życie? Bo jeżeli nie teraz, to kiedy? Prawda jest taka, że nasze życie zazwyczaj zawiera wiele list rzeczy do zrobienia, nieoczekiwanych zdarzeń i naglących deadline’ów, więc jeżeli wtedy się o siebie nie dba, to co, jeżeli potem będzie za późno? No i wtedy właśnie wpadła mi w ręce książka sióstr, Nadii Narrain i Katii Narrain Phillips. Na szczęście!

Dbaj o siebie!

Książka pod tym tytułem jest podobno kultowa. Poleca ją Kate Moss, Reese Whiterspoon i Sienna Miller, więc w takim gronie trudno przegrać. Założenie tego błyskawicznie czytającego się poradnika jest jedno:

Jeżeli jesteś najlepszą wersją siebie, możesz dać więcej ludziom i światu.

Mogę o tym zaświadczyć nogami i rękami – dobrze wiem, że zapracowana, niewyspana i niezadbana jestem mocno sfrustrowana, zaczynam na wszystkich warczeć, czego bardzo nie lubię i wtedy dochodzi do mnie, że nadszedł “mój” czas. O tym też piszą autorki – w codziennej gonitwie zapominamy, że jeżeli ciągle o kogoś dbamy, pomijając siebie, w końcu nasze zasoby się wyczerpią i nic dobrego z tego nie będzie. Tymczasem mamy wobec siebie obowiązek…miłości, o którym często zapominamy. Kochając siebie, łatwiej przychodzi nam kochanie innych i wszyscy na tym korzystają.

“Dbaj o siebie” prowadzi nas przez różne aspekty okazywania sobie miłości, pomijając proste rady pod tytułem “zmywaj makijaż” i “nawilżaj cerę”. Rozdziały noszą tu nazwy związane z najważniejszymi sferami naszego życia – jest więc miłość, nadzieja, spokój, radość i światło i duuuuużo drobnych elementów, które można wdrażać każdego dnia. Zacząć trzeba oczywiście od początku – od zastanowienia się nad tym, co lubimy, jak najlepiej odpoczywamy, czego nie chcemy w życiu, kiedy czujemy się najbardziej komfortowo. Ta pochwała pozytywnego egoizmu, o którym też pisałam tutaj, a którego wciąż mamy za mało moim zdaniem. To namowa, żeby nie tracić siebie z oczu niezależnie od wydarzeń, również tych przykrych. Autorki poruszają bowiem też trudne tematy, jak rozstanie, żałoba, choroba – dzięki temu nie jest to zwykły, lekki poradnik, ale raczej przypominajka na lepsze i gorsze czasy, aby ZAWSZE PAMIĘTAĆ O SOBIE. A konkrety?

5 najważniejszych rad autorek książki “Dbaj o siebie”

Co by Was na czas mojego urlopu nie zostawić w niepewności – oto pięć moich ulubionych wskazówek w książce “Dbaj o siebie”, które niniejszym również staram się wdrażać i dobrze mi to robi na duszy i ciele 🙂

Zacząć należy od prostej informacji – dbanie o siebie to nasz obowiązek!

Chodzi nam o to, być zaakceptowała, że jesteś człowiekiem, w całym swym pięknie i ze wszystkimi wadami, że zasługujesz na szczęście i dobre samopoczucie. I żebyś zrobiła wszystko, co możesz i kiedy możesz, by do tego dojść.

1. Zwracaj na siebie uwagę.

No banał, wiem, ale jak wiele z nas o tym zapomina? Jak wiele z nas słucha swojego ciała i daje mu to, czego potrzebuje, a nie to, co go ucisza? Jak wiele z nas wypoczywa w taki sposób i tak długo, jak naprawdę lubi? Autorki każą nam więc słuchać siebie, nie ignorować tego, co ciało do nas mówi, relaksować się, żeby miało nam kiedy o tym powiedzieć i szanować siebie. Warto zrobić sobie listę tego, co pomaga nam dbać o siebie (u mnie np. joga, taniec, wieczór z książką), a co nie, i co jakiś czas sprawdzać, jak nam idzie. Czy robimy to, czego rzeczywiście potrzebujemy, czy pozwalamy sobie samym zakrzyczeć własne potrzeby?

2. Myśl o sobie dobrze

Kolejny banał, ale jak patrzę po swoim otoczeniu, bardzo trudno jest myśleć o sobie dobrze. Część z nas ma wdrukowane negatywne przekonania jeszcze z czasów dzieciństwa, inni “po drodze” zaczęli się obwiniać za różne błędy (a trzeba pamiętać, że błądzić jest rzeczą ludzką ;)) i pełni są negatywnych emocji. Autorki każą nam rozprawić się z tym i nauczyć sobie radzić z negatywnymi myślami, aby nie katować się swoimi błędami i budować pozytywny obraz siebie. Prawdą jest bowiem, że jeżeli my nie myślimy o sobie dobrze, to kto będzie? Trzeba też nauczyć się żyć z tym, czego się w sobie nie lubi (moje uda!), a doceniać się za to, co się lubi (moje oczy!) – proste i trudne zarazem.

Co się dzieje, gdy naprawdę wierzysz, że z tobą wszystko w porządku? Coś cudownego. Bardziej lubisz siebie i to widać. Ludzie to zauważają. Dobrze się czujesz w swojej skórze i ze swoimi myślami, a to niezwykle atrakcyjna cecha. Niedoskonałość to nie słabość.

3. Zadbaj o swój pokarm

Dosłownie i w przenośni. Jedz to, po czym się dobrze czujesz, czego potrzebuje Twoje ciało. Podawaj ładnie do stołu, nawet jeżeli to tylko zwykłe kanapki. Wyłącz telewizor, włóż kwiaty do wazonu, delektuj się smakiem i obecnością bliskich – lub swoją własną. Nie jedz przy komputerze (ech…), nie opychaj się, staraj się jeść zdrowo. Dbaj o pokarm duszy – czytaj, oglądaj to, co wartościowe, słuchaj tego, co sprawia ci przyjemność. Bądź estetką swojego życia (Audrey Coelho ;)).

4. Nie porównuj, a jeżeli już porównujesz się z innymi, stosuj antidotum – WDZIĘCZNOŚĆ

Kiedyś łapałam się na tym, że po większości sesji przeglądania Facebooka czy Instagrama czułam się zdołowana. Wszystkie blogerki miały więcej followersów i piękniejsze życie, znajomi jeździli na wspaniałe wakacje, a ja siedziałam przed kompem i zastanawiałam się, gdzie w tym wszystkim jestem? Na szczęście przyszło otrzeźwienie, kilka sesji detoksu cyfrowego i spora dawka poczucia własnej wartości i teraz już podchodzę do tematu zupełni inaczej. Jeżeli zdarza Ci się porównywać do innych (a wszystkim nam się zdarza, nie oszukujmy się), stosuj doskonałe antidotum – wdzięczność. Co dzień licz swoje błogosławieństwa, dziękuj za to, co masz i delektuj się tym, bo nigdy nie wiadomo, kiedy może przyjść zmiana, której wcale nie chcemy i zabrać nam to, co tak cenimy.

5. Dbaj o więzi

Najlepiej dbasz o siebie, jeśli wszystkie twoje relacje są oparte na wzajemnej miłości i życzliwości i mają jasno wytyczone granice. Więzi rodzinne trudniej poukładać, ale również do nich stosuje się zasada dobrej przyjaźni: jeśli nie pozwalasz na coś przyjacielowi, to nie pozwalaj też członkowi rodziny.

Fakt, rodziny się nie wybiera i niektóre z nas potrzebują porządnej psychoterapii, żeby wygrzebać się z mroków własnego dzieciństwa. Nasi rodzice wyszli z czasów, które poraniły ich też psychicznie i niestety w wielu przypadkach swoje traumy i frustracje przelali na nas. Pytanie, co z tym zrobimy. Ważne, żeby się chronić przed złymi relacjami, manipulacjami, graniem na emocjach, nawet za cenę oddalenia od bliskie osoby. Po to dano nam życie, żebyśmy je przeżywali, a nie egzystowali po cichu, starając się nie ranić czyichś uczuć. Ważne jest też dbanie o relacje z innymi ludźmi – przyjaciółmi, znajomymi, którzy tworzą nasze tzw. “plemię” – grupę, w której czujemy się dobrze i od której zawsze możemy uzyskać wsparcie. A jeżeli jesteście rodzicami – dbajcie nie tylko o szczęście swoich dzieci (tak, a nie o przyszłość, bo ona jest niepewna, a to, co tu i teraz, namacalne), ale i swoje, żeby nie pogrzebać siebie samych w górze zabawek i innych dziecięcych gadżetów. Nieśmiertelna metafora: w samolocie rodzic ma założyć maskę tlenową najpierw sobie, a dopiero potem dziecku, bo martwy nikomu nie pomoże…

Jeżeli zaciekawiła Was książka, to gorąco polecam, bo warto mieć przy sobie taką przypominajkę, aby o siebie dbać, gdyż wciąż za mało w nas pozytywnego egoizmu. Makijaż to jedno – piękne wnętrze to drugie 🙂

Spokojnie, to tylko panika!

Internet pełen jest różnych wyzwań, doznań, przeżyć, dźwięków i wpływów. Wszyscy jednak mamy głód autentyczności, w którą za wszelką cenę chcemy wierzyć. Szukacie szczerości? Oto ona.

SPOKOJNIE, to tylko panika!

Jestem panikarą. Zawsze mnie tak określano. Dodawano jeszcze “histeryczka”, “neurotyczka” i “introwertyczka”. Uff, sporo etykietek jak na jedną nastolatkę. Musicie jednak wiedzieć, że niemal całe moje dzieciństwo i okres dojrzewania przeżyłam przy bardzo wysokim poziomie stresu. Zupełnie nie potrafiłam sobie z nim radzić, a pomoc znikąd nie nadeszła. Przez to wszystko dorobiłam się stanu przedwrzodowego, przy okazji którego miałam jeden jedyny kontakt z psycholożką. Było to w szpitalu, gdzie trafiłam w celach diagnostycznych. Miałam 12 lat, a wiecie, co ona napisała mi w zaleceniach? “Osobowość neurotyczna, nadwrażliwa, znerwicowana. Zalecenia: zapewnić spokój”.

Cóż, o rodzicielstwie bliskości nikt wtedy nie słyszał, więc i spokoju nikt mi nie zapewniał, dopiero jako osoba dorosła nauczyłam się sobie z tym jako tako radzić, ale łatka panikary wlokła się za mną przez cały czas. Tyle, że w moim wnętrzu, bo na zewnątrz byłam silna. Starałam się nie okazywać negatywnych (czytaj: niewygodnych) emocji, bo jak chyba każda nastolatka pragnęłam akceptacji i normalności, cokolwiek miała by ona znaczyć. Nikt mi nie pomógł zrozumieć, co to właściwie znaczy ta nerwica i neurotyczność (nie, Internetu nie było, ale dinozaurów już też nie ;)), ani jak sobie z nimi radzić. Przyjęłam więc strategię “udaję, że jestem normalna, może nikt się nie zorientuje”, która – o dziwo – działała, choć tylko do pewnego momentu.

Spokojnie, to tylko PANIKA!

Dobrze pamiętam pierwszy atak paniki. Byłam wtedy w liceum, a do szkoły dojeżdżałam codziennie 30 minut zatłoczonym tramwajem. Któregoś ranka, po mocno stresującym domowym wieczorze, wsiadłam normalnie do tramwaju, gdy nagle poczułam, że robi mi się bardzo słabo, jestem cała mokra od potu, jest mi niedobrze i zaraz zemdleję. Szybko wysiadłam na najbliższym przystanku i zamiast pojechać do szkoły wróciłam zapłakana piechotą do domu. Myślałam, że umieram, że dzieje się coś strasznego. I działo się, ale tylko w mojej głowie. Tak zaczął się mój prywatny koszmar. Niemal nie byłam w stanie jeździć komunikacją miejską. Samo stanie na przystanku wywoływało szybsze bicie serce i spłycenie oddechu. Teraz już wiem, że to hiperwentylacja i można jej łatwo zaradzić. Wtedy wszystkie te przeżycia powodowały tylko wstyd i lęk…przed lękiem. Miałam regularne ataki paniki, za które obwiniałam siebie, przez które cierpiał mój żołądek, relacje z ludźmi, ale za to zyskała figura – nigdy w życiu tyle nie chodziłam na piechotę…

Taki stan trwał kilka lat. Nie rozumiał mnie nikt, komu odważyłam się o tym opowiedzieć, a nie było to szerokie grono. W końcu jak można się bać jazdy tramwajem? Poradzenie sobie z atakami paniki wymagało z mojej strony ogromnej pracy nad sobą, przeczytania wielu książek, analiz źródeł paniki, przezwyciężenia uczucia osamotnienia i zmuszenia się do wyjścia “do ludzi”. Idąc tą drogą, odkryłam jogę, która wzmocniła moje ciało i pozwoliła w brzuchu szukać poczucia równowagi i pewności, a nie chaosu i lęku. Tak też odkryłam uważność – dzięki Jonowi Kabatowi Zinnowi. Jego program leczenia depresji i neuroz za pomocą ćwiczeń z uważności bardzo mi pomógł i pozwolił nauczyć się patrzeć na świat inaczej – nie jak na zagrożenie, a na szansę. Pokochałam rower, a bardzo malutkimi kroczkami nauczyłam się z powrotem jeździć tramwajami i autobusami. Ba, nawet leciałam samolotem 🙂

Spokojnie, to TYLKO panika!

Czemu o tym piszę? Pisanie o mówienie o problemach psychicznych to nadal pewne tabu. Depresja, stany lękowe, nerwica? To przecież dotyczy tylko słabych. Błąd! Takie podejście potęguje tylko dolegliwości, bo człowiek nie tylko cierpi, ale też wstydzi się, że cierpi, przez co cierpi jeszcze bardziej… Uff, dużo tego cierpienia, ale wiecie co? Takie jest życie. Oprócz tego, że jest jedno, piękne i niepowtarzalne, bywa też okrutne, niesprawiedliwe i smutne. Po co ukrywać, że jest inaczej?

Przez całe dzieciństwo mówiono o mnie, że jestem przewrażliwiona. Teraz to się nazywa “wysoka wrażliwość” i przy odpowiednim podejściu rodziców może być ogromną zaletą. Skąd o tym wiem? Cóż, historia zatoczyła koło i teraz ja wychowuję małego wrażliwca. Dostrzegam u niego cechy, które w moim przypadku były obiektem drwin, krytyki i niezrozumienia. Wiem, że czeka mnie mnóstwo pracy, bo przecież chcę wychować szczęśliwego człowieka.

Nadal zdarzają mi się ataki paniki, ale tylko wtedy, gdy jestem obciążona innymi sprawami, bardzo zmęczona, pozbawiona “wentyla bezpieczeństwa”, a moje ciało nie ma jak się odprężyć. Teraz jednak rozumiem to i wiem, jak sobie z tym radzić. Trzeba panikę zrozumieć i zaakceptować, a wtedy można iść dalej. Nieśpiesznie i uważnie, ale bez nadmiernego chuchania i dmuchania.

Nasze społeczeństwo potrzebuje wrażliwych liderów. Potrzeba nam empatii, uważności i serdeczności. Czy moje na coś się przydadzą? Zobaczymy, a na razie zostawiam Was z cytatem:

Nie doczekasz świtu, nie odbywszy drogi przez noc.

Guillaume Musso“Ponieważ Cię kocham”

Pełnia Twoich możliwości – da się?

Nie przepadam za współczesną modą na coaching. Coaching związku, diety, kariery, a nawet dziecięcy – wszystko to tylko czeka na niedowartościowane Polki (głównie), które tak kochają poczucie rozwoju i tego, że ktoś o nas dba. Może trochę też tak mam, dlatego zdarzają mi się krótkie skoki w boki z różnymi poradnikami. Wśród nich jest wiele pozycji bezwartościowych, wtórnych, niepotrzebnych, ale jest też kilka perełek. Dzisiaj kilka słów o takiej perełce.

“Pełnia Twoich możliwości”

Właśnie o tę książkę chodzi. Jej podtytuł to “Jak dać z siebie wszystko, osiągnąć cel i uniknąć wypalenia” – brzmi dość coachingowo, prawda? Na szczęście tylko tak brzmi, bo autorzy poradnika, Brad Stulberg i Steve Magness, zadbali o to, by wszystkie porady, jakie w nim zamieścili miały poparcie naukowe, dzięki czemu nie ma tu typowego “możesz wszystko”, a za to jest “możesz dużo pod warunkiem, że będziesz przestrzegał kilku zasad”. Książka opiera się nie tylko na badaniach naukowych, ale też na doświadczeniu własnym autorów oraz osób powszechnie uznawanych za odnoszące sukces i zachowujące równowagę w życiu. To też odróżnia tę pozycję od typowych poradników na temat optymalizacji działań czy osiągania sukcesu – można tu znaleźć same twarde fakty i nic ponad to.

Na samym początku autorzy – obaj specjaliści w zupełnie różnych dziedzinach – zadają sobie pytanie, czy osiąganie znakomitych wyników w sposób zdrowy i trwały jest w ogóle możliwe? Cóż, skoro napisali na ten temat całą książkę, to można się domyślić, że odpowiedź jest twierdząca, z cicho dodanym “ale”.

Powszechnie uważa się, że sukces osiąga się dzięki talentowi oraz ciężkiej pracy – w różnych proporcjach. Jak wynika z badań naukowych, nie wystarczy wiedzieć, że można i ciężko pracować, trzeba jeszcze pracować mądrze oraz skupiać się na tym, co ważne. Bez tego wypalenie gotowe. Nie uda się to bez wyznaczenia sobie celu. Jak mówią autorzy:

Wyznaczanie sobie celów na granicy tego, co uważamy za kres własnych możliwości, a potem systematyczne dążenie do osiągnięcia tych celów to jeden z najwspanialszych przejawów człowieczeństwa – i daje największą satysfakcję.

Trzeba więc zacząć od celu, który nie będzie ani zbyt ambitny, ani zbyt łatwy. Ma wywoływać w nas entuzjazm i musimy wiedzieć, co dzięki niemu uzyskamy. Do tego ciężka praca i skupienie na działaniu, które nas do niego doprowadzi. A co dalej?

Równanie rozwoju, czyli sekret trwałego sukcesu

Ciężka praca w łatwy sposób prowadzi niestety do wypalenia. Wiedzą to najlepsi sportowcy, twórcy, ale i “zwykli” pracownicy etatowi, którzy dzień w dzień poświęcają kawał życia na pracę dla realizacji czyichś celów. Na podstawie badań naukowych autorzy książki stwierdzają, że równanie gwarantujące rozwój BEZ wypalenia wygląda tak:

Obciążenie + odpoczynek = rozwój.

To równanie sprawdza się niezależnie od tego, jaką cechę czy umiejętność próbujemy rozwinąć.

Niby proste, a jednak… Jak wiele razy zdarza nam się narzekać na to, że nie mamy czasu odpocząć? Siedzimy po nocach lub wstajemy bladym świtem tylko po to, żeby nadrobić, jeszcze trochę popracować. Tymczasem autorzy książki pokazują, że jest to… zupełnie bez sensu. Zmęczenie i przysłowiowy już brak czasu nie są powodem do chwały, a głupotą. Bez odpoczynku i tak zwanego ładowania baterii NIE DA SIĘ pracować efektywnie. Ludzki organizm potrzebuje nicnierobienia, zdrowego snu i relaksu, bo bez tego nie potrafi się zregenerować, a co za tym idzie, skuteczność i wydajność spadają, frustracja rośnie. Najbardziej efektywny wypoczynek to taki, który następuje po bardzo intensywnej pracy, czyli sytuacja znana przed urlopem, że wszystko wydaje się nawarstwiać i nie wiemy, w co ręce włożyć jest paradoksalnie dobra, bo potęguje przyjemność płynącą z późniejszego wypoczynku.

Kierując się w praktyce tą zasadą, warto pamiętać o dobroczynności przerw w pracy. Czasowo wygląda to różnie, w zależności od potrzeb indywidualnych, ale praca “cięgiem”, bez choćby przerwy na kawę czy herbatę to jedynie złudzenie pracowitości – tak naprawdę pozbawiamy się szansy nabrania oddechu, odpoczynku i nie pozwalamy umysłowi się zregenerować, przez co kreatywność bardzo spada, a my zaczynamy popełniać głupie błędy.

Stres nasz codzienny

Popularny obecnie nurt “slow life” (w którym też płynę jedną nogą) zdaje się obarczać stres całym złem tego świata. To prawda, że stres jest coraz częstszą przyczyną chorób psychicznych i fizycznych, ale demonizując go, wylewamy dziecko z kąpielą. Otóż, jak wynika z badań naukowych, stres jest potrzebny jako bodziec stymulujący wzrost lub adaptację. Mobilizuje, wspomaga kreatywność i wzmacnia. Oczywiście pod warunkiem, że o tym wiemy i potrafimy to wykorzystać, stosując jego odpowiednią dawkę. Naukowcy twierdzą bowiem, że

Rozwój zaczyna się w punkcie oporu. Umiejętności rodzą się z wysiłku.

Jeżeli więc ktoś eliminuje ze swojego życia wszystkie źródła stresu, pozbawia się ważnego bodźca do rozwoju. Droga do sukcesu to wyznaczanie sobie zadań NA GRANICY WYKONALNOŚCI, czyli bardzo trudnych, ale nie niemożliwych.

Ważne jest też nastawienie psychiczne – to, czy postrzegamy stres lub jakieś konkretne zadanie jako wyzwanie, zagrożenie, coś, co nas przerasta, czy normalny element pracy. Warto więc dbać o to, jak patrzymy na świat i robić to świadomie.

Cel i jeszcze raz cel

Co jeszcze można wdrożyć w codziennej pracy, to naukowe odkrycie, że mając cel, skuteczniej działamy. Wiem, że nie jest to odkrywcze stwierdzenie, ale innowacyjne może być jego zastosowanie. Czy nie ciekawiej wyglądałoby życie, gdybyśmy wyznaczali sobie cele nie tylko w życiu zawodowym czy pasji, ale w życiu codziennym też? Każda sesja robocza, każde działanie bowiem będzie ciekawsze, bardziej motywujące, jeżeli będziemy wiedzieć, po co je wykonujemy. Przestrzeganie tej zasady wytyczania sobie celów pomoże też przetrwać czynności żmudne czy rutynowe, które zazwyczaj nie wiążą się z entuzjazmem czy poczuciem jakiegoś osiągnięcia. Warto też pamiętać o innej prostej zasadzie, która, jak się okazuje, również ma poparcie w faktach:

Rób tylko jedną rzecz w danym czasie…

“…i unikaj rozpraszaczy”

Tu głównymi winowajcami są smartfony (no tak), media społecznościowe (hm…), internet w ogóle (ano). Wiadomo, że zupełnie nie da się ich uniknąć, ale warto przyjąć ramy czasowe ich używania. Np. w pracy chowam smartfona i wyciągam dopiero przed wyjściem do domu, albo korzystam z mediów społecznościowych tylko o pełnych godzinach, albo pracuję 50 minut, a 10 minut mogę spędzić na surfowaniu po internecie (choć tego akurat autorzy by nie zalecali, gdyż najlepszy odpoczynek między sesjami roboczymi to spacer na świeżym powietrzu lub chociaż na balkonie).

“…i rób przerwy”

Szczególnie, kiedy przed Tobą zadanie wymagające kreatywności, a Ty czujesz blokadę. Wyjdź na spacer, posprzątaj, poczytaj, weź prysznic, pobaw się z psem – zrób cokolwiek, co nie będzie związane z tym zadaniem, pozwól umysłowi odpocząć i czekaj na efekt “Eureka!”, czyli stare dobre olśnienie 🙂

Pełnia Twoich możliwości – da się!

Człowiek to stworzenie niesamowite, zdolne do wielu niezwykłych osiągnięć, pod warunkiem, że ich chce i zamiast kryć się za wymówkami, bierze się do roboty. Książka “Pełnia Twoich możliwości” to doskonała propozycja dla każdego, kto chce osiągać więcej i “bardziej”, ale nie za cenę dłuższych godzin pracy. Jeżeli jesteś jedną z takich osób, oto podsumowanie wybranych rad autorów, które mogą się baaardzo przydać:

No to do dzieła!

Wyzwanie i co z niego wynikło

Lubimy wyzwania. Internet lubi wyzwania. Media społecznościowe lubią wyzwania. Blogerzy i blogerki lubią wyzwania, bo jednoczą, dają wspólny cel i poczucie, że nie jest się samemu. Wyzwania są też modne – dobrze jest ogłosić, że się w nich bierze udział, bo to zawsze przysparza choćby nowych czytelników. Idąc tym tropem też ogłosiłam swoje wyzwanie, ale nie było ono zbyt medialne. Nie miało też takie być, bo w zamierzeniu chodziło mi tylko o mnie, a że przy okazji jeszcze ktoś dołączył – to już bardzo dużo. Trwało 21 dni, bo jak wieść gminna niesie tyle potrzeba do wykształcenia nowego nawyku. Jako że szczęśliwie dobiegło końca 10 dni temu, niniejszym śpieszę donieść, jakie przyniosło skutki.

Geneza, czyli skąd pomysł na wyzwanie?

Dawno, dawno temu nie było komórek, internetów i social media. Ludziom żyło się nieco wolniej, nieco mniej kolorowo, ale jakby bliżej siebie. Potem nastała era cyfrowa i sporo się zmieniło. Ludzie są ze sobą, ale obok siebie. Nagminnym widokiem w restauracjach czy innych kawiarniach są telefony na stole, zaraz obok filiżanki z kawą, której zdjęcie już zbiera lajki na Instagramie. Nie da się ukryć, że powrotu do epoki sprzed wybuchu rewolucji cyfrowej nie ma, ale trudno też udawać, że w tym przypadku rewolucja nie pożera własnych dzieci.

Stosunki między ludźmi ulegają zmianie. Nasze relacje są płytsze, ale dzięki social media jest ich więcej. Mamy kontakt ze sobą 24 godziny na dobę, ale to kontakt bardzo powierzchowny, zapełniony emotikonami i skrótami myślowymi. Jest też bardziej realna strona tego zjawiska. Czy wiecie, że według danych Centers for Disease Control and Prevention codziennie ponad dziewięć osób ginie, a ok. 1150 odnosi obrażenia w wypadkach samochodowych z udziałem kierowców, których uwaga była rozproszona? (dane za autorami książki “Pełnia Twoich Możliwości”). Przyczyny to głównie jednoczesne prowadzenie pojazdu i pisanie SMS-a, sprawdzanie Facebooka i maili. Przestaliśmy też umieć się nudzić. Wystarczy wejść do pierwszej lepszej poczekalni w przychodni czy na przerwę do szkoły – wszędzie w rękach są telefony, a kciuki tylko migają. Czy to źle? Dobrze, ale tylko do momentu, w którym wszyscy są z tego powodu szczęśliwi. Jeżeli ktoś już nie umie przestać, robi się problem.

Brad Stulberg i Steve Magness w swojej książce “Pełnia Twoich Możliwości” (o której wkrótce napiszę) mówią wprost o uzależnieniu od smartfonów, które działa na takiej samej zasadzie jak uzależnienie od hazardu. Po pierwsze, jest miło (zazwyczaj), kolorowo, ciekawie. Po drugie, każde włączenie Facebooka czy Instagrama wiąże się z radosnym oczekiwaniem, czy dostałam nowe lajki, czy ktoś mnie docenił, co w oczywisty sposób podnosi samoocenę użytkowników (a czasem brak lajków lub tzw. hejt potrafią doprowadzić do decyzji o samobójstwie – niestety).  Po trzecie, jest jeszcze coś takiego jak FOMO, czyli lęk przed tym, że gdy nie jesteśmy akurat online, coś ważnego nas omija, zostajemy więc na marginesie społeczeństwa. Kiedy robiłam sobie weekendy offline, zdarzało mi się taki podskórny lęk odczuwać. Zawsze tłumaczyłam sobie, że przecież korzystanie z social media to dla blogerki must-have sezonu, ale zaobserwowałam też u siebie wzrost pasywnego przeglądania stron. Od czasu do czasu lajk, mało głębszych treści, jałowość… Świadoma więc tych mechanizmów i powoli zaczynająca obserwować je u siebie, postanowiłam działać łagodnie, ale radykalnie zarazem. Stąd właśnie wzięło się wyzwanie “Wychodzimy z FOMO i negatywizmu”.

Wyzwanie “Wychodzimy z FOMO i negatywizmu”

W skład wyzwania wchodziły trzy działania na trzech najtrudniejszych dla mnie polach:

  • zero narzekania w wirtualu i realu,
  • przeglądanie mediów społecznościowych TYLKO o pełnych godzinach,
  • zero pustych lajków – albo dodaję jeszcze komentarz, albo nie daję w ogóle lajka (to z inspiracji działalnością @manufakturasplotow na Instagramie, która taki eksperyment przeprowadziła u siebie i również u niej przyniósł niespodziewane rezultaty).

Co okazało się najtrudniejsze? Narzekanie w realu oraz kontrolowanie się, żeby wchodzić na FB czy Instagram tylko o pełnych godzinach. Okazało się, że nawyk sprawdzania w tzw. przerwie, co tam panie w social media jest BAAARDZO silny i trzeba się fizycznie zmuszać, żeby tego nie robić. Najbardziej pozytywne efekty – a nawet wymierne – przyniosła ostatnia część wyzwania, ale po kolei. Jakie wnioski wyciągnęłam z wyzwania?

Wnioski z wyzwania

1. Narzekanie to nawyk i można się go oduczyć, ale trzeba w to włożyć mnóstwo wysiłku

Jak wiecie, jestem młodą mamą, a co za tym idzie, bardzo często się nie wysypiam. Szczególnie ostatnio, bo powoli wchodzimy w fazę ząbkowania, a jeszcze nie wyszliśmy z fazy “infekcja goni infekcję”, więc bywa wesoło. Jednocześnie też prowadzę firmę, bloga, mam w domu przedszkolaka (nie, nie mowa o mężu ;p) i chciałabym robić coś dla siebie. Doba nie jest z gumy i żonglowanie tymi wszystkimi powinnościami jest bardzo trudne, ale spodziewałam się, że tak będzie. Mimo to złapałam się na tym, że gdy ktoś mnie pyta, co u mnie albo jak sobie radzę, zamiast dostrzegania dobrych stron wciąż narzekam. A to, jak mi ciężko, jak nikt mnie nie docenia itp. itd. Tym samym roztaczam wokół siebie negatywną energię i takowa do mnie wraca, więc nie przynosi mi to niczego dobrego. Stąd pomysł na umieszczenie w wyzwaniu tego punktu, i o ile bardzo łatwo przyszło mi nienarzekanie w wirtualu, to w realu ponosiłam często porażki, ale nie rezygnowałam.

Efekt: bardziej zmobilizowana i ogarnięta ja oraz bardziej zadowolona rodzina, w dodatku chętniejsza do współpracy. Czyli warto było i ten punkt na pewno wdrożę dalej.

2. Media społecznościowe pełne są pustych, powierzchownych treści.

Wiem, że Ameryki nie odkryłam, ale zmuszenie się do kontrolowanego korzystania z social media sprawiło, że popatrzyłam na nie niejako z boku. I co dostrzegłam? Ludzi, którzy ze wszelkich sił starają się zaistnieć, ale w tym celu robią wiele rzeczy na pokaz (czyli tzw. pozerów), ludzi, którzy chętnie dają lajki, ale nic za tym nie idzie, ludzi, którzy udostępniają różne rzeczy, ale właściwie nie wiadomo po co, ludzi, którzy prześlizgują się przez poważne kwestie, ludzi, którzy szukają możliwości zarobku i robią to często w dość ordynarny sposób itd. itp. Ile typów ludzkich, tyle rodzajów użytkowników, ale przecież każdy ma wybór i sposób konsumpcji nie musi zakładać “łykania” wszystkiego, jak leci. Często wchodzenie do mediów społecznościowych stanowi ucieczkę – od nudy, kłopotów w realu, ważnego zadania. Często jest elementem prokrastynacji, a czasem wyrazem tego, w jak bardzo niewłaściwym miejscu w życiu właśnie się znajdujemy. Słowem, stanowi katalizator przeżyć w realu i warto mieć tego świadomość. Wiadomo, wylewanie dziecka z kąpielą też nie jest rozwiązaniem, dlatego nie uciekam z social media, ale narzucam sobie ograniczenia, aby było to korzystanie świadome i sensowne.

3. Pisanie komentarzy towarzyszących lajkom MA OGROMNY SENS.

To była chyba najmilsza i najbardziej zaskakująca część wyzwania. Po pierwsze, musiałam się wysilić. Gdy np. jakieś zdjęcie mi się spodobało, zanim kliknęłam na przysłowiowe serduszko musiałam sama się zastanowić, dlaczego w ogóle mi się podoba, co jest w nim wyjątkowego i czy jest na tyle, żeby dawać lajka, no i jak to odpowiednio ubrać w słowa. Po drugie, okazało się, że gdy swój wybór trzeba uzasadnić, staje się on bardziej ekskluzywny. Pewne lenistwo umysłowe, które idzie za bezmyślnym klikaniem “Lubię to” też okazuje się nawykiem i to męczącym. Kiedy zdecydowałam, że każdemu lajkowi musi towarzyszyć komentarz, okazało się, że:

  • nawiązuję nowe relacje właściwie bez wysiłku,
  • ludzie czują się docenieni, co zawsze niesie ze sobą dobro,
  • moje konta mają więcej użytkowników,
  • czuję się lepiej, gdy mówię ludziom pozytywne rzeczy, bo poprawiam ich samopoczucie, a więc i swoje,
  • social media zaczynają nabierać sensu…

To jest kolejna rzecz, która zostaje ze mną po wyzwaniu i którą bardzo gorąco Wam polecam – dawajcie komentarze, jeżeli dajecie lajka. Ludzie poczują się docenieni, Wam będzie milej i w ogólnym rozrachunku wszyscy na tym dobrze wyjdą. A gdy nie potraficie wymyślić odpowiedniego komentarza, to znaczy, że i lajk się nie należy.

Podsumowanie podsumowania

Jestem bardzo zadowolona z wyzwania. Nauczyło mnie wiele i przyniosło właściwie samo dobro. Może nie są to rzeczy wymierne (no, poza nowymi followersami ;p), ale trwałe i wartościowe. Wniosek nasuwa się pewnie dość nudny – że uważność i ŚWIADOME korzystanie z narzędzi internetowych są warte wysiłku i przynoszą pozytywne efekty. Czyli znów to samo – świadome życie = lepsze życie 🙂

Nawet Samba się uśmiecha 🙂

Trzy rzeczy, które zrozumiałam, gdy moje dziecko spadło z łóżka*

Na osłodę dramatycznego początku 🙂

*spokojnie, na poduszki 😉

Świat mediów społecznościowych lubi perfekcjonizm i idealne wizerunki idealnie pięknych kobiet. Cóż, będzie musiał sobie ze mną poradzić, bo ja taka nie jestem. Najlepiej o tym świadczy sytuacja, która przytrafiła mi się w tym tygodniu. Otóż musicie wiedzieć, że jestem wielką fanką współspania z dzieckiem – jednym, choć ostatnio w bonusie tupta do nas również drugie starsze. Ale do rzeczy. Otóż ostatnio moje maluchy męczy zapalenie gardła, co szczególnie młodsze przechodzi dość dokuczliwie. Charczy, kaszle, katar mu się leje – takie tam przyjemności. Śpi z nami, więc gdy już go uśpię, siłą rzeczy zostaje sam w ogromnym łóżku, obłożony poduszkami z brzegów i tak dalej (jak by to czytał ktoś z opieki społecznej – nie, nie zrzucam dzieci z wysokości i nie każę im co noc ryzykować życia, jesteśmy w miarę normalną rodziną ;p). Tego dnia byłam jednak mocno zmęczona i po uśpieniu malucha zapomniałam położyć jedną – jak się okazało kluczową – poduszkę. Efekt był taki, że po jakiejś godzinie z sypialni dobiegł nas straszny histeryczny płacz malucha, który zsunął się oczywiście w tym jednym jedynym niezabezpieczonym miejscu…

Nic się nikomu nie stało, choć ja też zalałam się łzami w pierwszym odruchu – mimo, że nic złego nie zrobiłam, poczułam się jak najgorszy śmieć. Co za rodzic pozwala, żeby jego czteromiesięczne dziecko spadło z łóżka? Uprzedzając krytykę – podjęliśmy już środki zapobiegawcze, aby więcej do takich sytuacji nie doszło, maluch jest cały i zdrowy (poza katarem), ale mnie to nauczyło trzech rzeczy. Choć wciąż przewijają się gdzieś tam w moim życiu, tym razem dotarły do mnie z całą mocą i już mnie nie opuszczą. Oto trzy rzeczy, które zrozumiałam, gdy moje dziecko spadło z łóżka.

1. Uważność buduje, nieuważność rujnuje

Wszyscy jesteśmy bardzo zajęci. Szczególnie tyczy się to matek, które co dzień żonglują obowiązkami, zadaniami, powinnościami i terminami. Pochłonięte codziennością, często nie zauważamy tego, co najważniejsze lub tego, co choć wydaje się drobnym szczegółem, okazuje się bardzo istotne. Jak ta jedna poduszka, która zaważyła na całej sytuacji. Zdarza nam się żyć z kimś pod jednym dachem, a w wirze codziennych obowiązków nie dostrzec, że jest smutny lub ma kłopoty, którymi nie chce nam zaprzątać głowy. Zdarza nam się rozmawiać z kimś codziennie, ale tak naprawdę nie wiedzieć, czym ta osoba żyje. Zdarza nam się patrzeć na dziecko i włączać w głowie zniechęcenie tym, że znowu czegoś chce, zamiast naprawdę je zobaczyć. Znów będzie pewnie banalnie, ale żyjemy i tego życia często nie dostrzegamy. Wciąż realizując cele, gubimy drogę, która jako jedyna ma tak naprawdę znaczenie.

Moja sytuacja ze spadającym maluchem w roli głównej postawiła mnie pod ścianą – nie mogłam zrzucić na nikogo winy, byłam nieuważna, zmęczona, zniechęcona, co nie znaczy, że tej właśnie chwili nie należała się uwaga. Pomyślałam sobie, jak często zdarza się, że bardziej skupiam się na swojej interpretacji sytuacji, niż na jej doświadczaniu w pełni i ile przez to tracę. Teraz jeszcze lepiej dostrzegam, jak istotna jest uważność na co dzień.

2. Nie można mieć wszystkiego

W książce “Jedna rzecz” jej autorzy piszą:

(…) sukces sprowadza się do prostej zasady: robienia tego, co właściwe, w odpowiedniej chwili. Jeśli będziesz mógł szczerze przyznać sam przed sobą: “Jestem tu, gdzie właśnie teraz powinienem być, i robię dokładnie to, co konieczne”, odkryjesz świat niezwykłych możliwości”.

I jeszcze:

Ponadprzeciętne rezultaty zależą głównie od tego, jak dobrze potrafisz ukierunkować swoje działania. Umiejętna selekcja stanowi najskuteczniejszy sposób na osiągnięcie najlepszych efektów w pracy i w życiu.”

Gdybym miała osiem rąk, wszystkimi bym się pod tym podpisała. Z jednej strony nauczyłam się już, że nie można mieć wszystkiego, więc życie to po prostu sztuka wyboru i akceptacji, rezygnacji z innych rzeczy w danym momencie. To kwestia decyzji, jakie są moje priorytety i poświęcenia im uwagi, aby naprawdę miały szansę na realizację. Nie wierzę już w tak zwany work-life balance, bo wiem, że nie można tych dwóch najważniejszych sfer życia zrównoważyć. Są chwile, w których jedna z nich jest ważniejsza i wtedy poświęcam jej więcej uwagi, a są takie, gdy mogę przełączyć się na tryb praca i czerpać z tego ogromną satysfakcję. Zrozumiałam, że kluczem do sukcesu i poczucia satysfakcji rzeczywiście jest poświęcenie uwagi jednej rzeczy na raz – stąd chociażby moje wyzwanie na FB, które wzięło się z dostrzeżenia, że uciekam w social media, żeby na chwilę pobyć w “bezmyślności”. Typowa ucieczka od rzeczywistości, która nic nie daje – teraz wybieram konfrontację z chwilą obecną, by potem na chwilę zanurzyć się – sensownie – w świat mediów chociażby. Nie robię dwóch rzeczy na raz, na czym korzystają moje relacje z dziećmi i mężem, a także pozbyłam się wreszcie tego strasznego uczucia rozedrgania pomiędzy przeczytaniem komentarza na FB a odpowiedzią dziecku na pytanie. To bardzo uwalniające doświadczenie.

Piękne kwiaty dla wszystkich czytelniczek 😉

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

3. Warto celebrować sztukę życia codziennego

Wiem, że to nudne, ale chyba jeszcze za mało to sobie powtarzam. Wszyscy mamy tendencję do przyzwyczajania się do statusu quo – rutyna, choć bywa irytująca, daje poczucie bezpieczeństwa i wygodę niemyślenia. Ot, wstajemy rano i z niemal stuprocentową pewnością wiemy, co się dalej wydarzy. Chyba, że właśnie wydarza się coś zupełnie niespodziewanego, co wymaga zmiany planów, podejścia, a nawet życia. To może być banał – czekają mnie dwa deadline’y do skończenia, aż tu nagle słyszę rano z dziecięcego pokoju dwa straszne kaszle (true story z tego tygodnia) i już wiem, że ten dzień będzie wyglądał całkiem inaczej. Albo mąż wraca z pracy na rowerze i po drodze wpada pod samochód. Czekam i się denerwuję, bo znów jest późno i nie odbiera telefonu, aż tu nagle dzwonią ze szpitala (no nie tak do końca true story, bo skończyło się na małym spóźnieniu i stłuczeniu stopy, ale mogło być o wiele gorzej…). Zawsze w takich sytuacjach myślę, czemu nie doceniałam tej codzienności, za którą przy zmianie tak bardzo tęsknię. Codzienność to w końcu najczęstsza forma życia, z jaką mamy do czynienia. Dlaczego tak jej nie wartościujemy?

Dominique Loreau w “Sztuce minimalizmu w codziennym życiu” pisze:

 Czy możesz wyobrazić sobie cały dzień bez myślenia choć jeden raz o sobie? Dzień, podczas którego nic by Cię nie uraziło, nic by Ci nie przeszkadzało, nic by Cię nie rozzłościło? Jeden dzień, podczas którego nie zastanawiałbyś się, dlaczego nie jesteś bogatszy, lepiej traktowany, doceniany? Jeden dzień, podczas którego nie porównywałbyś się do innych i niczego byś od nich nie oczekiwał? Jeden dzień, podczas którego czerpałbyś radość i satysfakcję z chwili obecnej?

Mogę powiedzieć więcej – przestaję sobie wyobrażać dni bez tego. Wymaga to ogromnej pracy, bo jednak nawyki myślowe i behawioralne ciągną w stronę egocentryzmu, lekkiego negatywizmu i frustracji, ale z kolei korzyści ze zmiany podejścia są o g r o m n e. Poczucie radości z życia, satysfakcji z doświadczania chwili, choćby najbardziej banalnej, poczucie szczęścia bez interpretowania przez zmanierowany umysł tego, co się właśnie dzieje – to wspaniała umiejętność, której wciąż się uczę, ale która powoli jawi mi się jedyną drogą życiową, jakiej chcę nauczyć swoje dzieci.  Tego też mnie nauczyło moje spadające dziecko – doceniaj, matko, tę chwilę, która właśnie jest, celebruj ją i traktuj jak dar, bo za chwilę może się coś zmienić i będziesz za nią tęsknić, wyrzucając sobie, czemu bardziej się nią nie cieszyłaś. Nie marudź, że znów musisz mnie usypiać, bo za kilka lat będziesz to wspominać z rozrzewnieniem. Obserwuj co dzień, jak rosnę i się zmieniam, uśmiechaj się do mnie, bo nie wiadomo, ile wspólnego czasu jest nam dane (to nie pesymizm, to realizm ;).

Jeżeli moje spadające dziecko mogło mnie czegoś nauczyć, to zrobiło to naprawdę genialnie. Na koniec życzenia dla wszystkich Mam, Mamuś, Mum-to-be-or-not-to-be – bądźcie szczęśliwe i nauczcie tego swoje dzieci. Nie ma ważniejszej rzeczy na tym świecie!

Moje 3 najbrzydsze nawyki + wyzwanie

Nie ma ludzi idealnych. Tak, to szok, ale i najprawdziwsza prawda. Odkąd poważnie nad sobą pracuję, świadomość ta jest coraz większa i pozwala mi nieco inaczej patrzeć na innych. Wszyscy mamy swoje dziwne nawyki, rytuały, uprzedzenia, lęki. Żadne z nich nie są gorsze ani lepsze, dziwniejsze czy normalniejsze. Po prostu są i można się nauczyć z nimi żyć, albo też je zmieniać, a tym samym ułatwiać sobie życie. Pod wpływem niedawnych lektur postanowiłam i ja powalczyć ze swoimi niefajnymi nawykami, które często mi i moim bliskim uprzykrzają życie. Zapraszam na wyprawę do wnętrza mojej duszy, a przynajmniej do świata moich utrudniających normalne funkcjonowanie nawyków.

Moje 3 najbrzydsze nawyki

1. Narzekanie – wyrzekanie – żalenie się

Zawsze marzyłam o tym, żeby być pozytywną osobą. Uśmiechać się bez powodu, radośnie patrzeć w przyszłość i widzieć tylko jasne aspekty rzeczywistości. Niestety, moje usposobienie sprawia, że bywam taka, ale wobec innych, a dla siebie jestem po prostu marudą. A przynajmniej byłam do tej pory, bo postanowiłam to zmienić. Może stopień zaawansowania tej dolegliwości jest mniejszy niż u smerfa Marudy, ale za to robienie z siebie ofiary i narzekanie, jak to mam pod górkę mam przećwiczone.

Dlaczego ludzie narzekają? Żeby zwrócić na siebie uwagę, wzbudzić litość, dla czystej, masochistycznej przyjemności, żeby nie musieć nic zmieniać, z lenistwa, z wygody* (*niepotrzebne skreślić). Czasem jest to mechanizm obronny, a czasem sposób na obrzydzenie innym życia. Dlaczego ja narzekam? Po przemyśleniu sprawy stwierdziłam, że z nawyku. Zazwyczaj są to ciągle te same sprawy, których sprawstwo (nomen omen) przypisuję komuś innemu, przez co pozbawiam siebie pola do działania. Bo przecież zły ZUS, a nie moje niedopatrzenie, kiepski system, a nie moje zapominalstwo i brak uważności itp. itd. Choć nie robię tego nagminnie, przyłapałam się na tym, że czasem narzekam, żeby ktoś inny poczuł się lepiej. Wiem, że to chore, na szczęście, dlatego postanowiłam zerwać z narzekaniem. A jak? Czasem tylko radykalne środki skutkują, a mój obrany opisuję dalej.

2. FOMO, albo lęk przed tym, że coś mnie omija, gdy nie korzystam z mediów społecznościowych

FOMO to podobno bolączka naszych czasów. Użytkownicy mediów społecznościowych rzadko kiedy się z nich wylogowują, przez co nawet gdy akurat z danego portalu nie korzystają – w każdej chwili mogą. Nawykowe sprawdzanie, co tam słychać, ile mam lajków i kto co napisał przechodzi w uzależnienie, stopniowo kradnąc coraz więcej czasu. Przyłapałam się na tym już jakiś czas temu. Nie jest to może bardzo intensywny problem u mnie, ale nie będę kłamać, że w ogóle mnie nie dotyczy. Najpierw urządziłam sobie weekend z detoksem od social media, potem całe święta i mimo lekkiego drżenia rąk dałam radę. Na co dzień jednak spędzam sporo czasu w mediach społecznościowych, a często jest to czas po prostu stracony. Widoczki znad kawusi, słodkie kotki i artykuły o najnowszych trendach w świecie mody to coś, bez czego naprawdę mogę żyć, a jako mama dwójki maluchów muszę swój czas bardziej cenić.

Skąd się bierze FOMO? Zazwyczaj z braku czegoś lepszego do roboty lub z ucieczki od tego, co się powinno robić. Z braku poczucia szczęścia i chęci zdołowania się jeszcze bardziej (oj, lubimy to sobie robić). Ludzie wchodzą do social media, gdy się obudzą, przed pójściem spać, podczas posiłków, spotkań ze znajomymi (o zgrozo!), w toalecie, w kościele…Uciekamy od rzeczywistości w czyjąś rzeczywistość, która zazwyczaj wcale nią nie jest. Pokazujemy innym ułamki swojego życia, które chcemy, wybieramy to, czym możemy się pochwalić, a reszta pozostaje w ukryciu. (dla anglojęzycznych tutaj znajdziecie świetny, prosty artykuł na ten temat). Wniosek? W social mediach nie znajdziesz szczęścia, lajki są jak głaski, a wszystko to lep dla osób niepewnych siebie, z chwiejnym poczuciem własnej wartości. Co robić, jeżeli nie chcemy zupełnie z nich zrezygnować, ale je opanować na swoją korzyść? Trzeba włączyć uważność, badać swoje motywy, dlaczego akurat teraz siedzę i przeglądam np. fejsa (nuda, ucieczka, chęć poprawienia sobie samopoczucia, smutek i chęć pognębienia siebie…), a do tego narzucić sobie sztywne zasady korzystania z mediów. Moje będą niżej.

3. Bierność

W realu jestem aktywna. Zazwyczaj. Gdy mi coś przeszkadza, staram się to zmienić. Gdy ktoś mnie obraża, przeciwstawiam się temu. Gdy ktoś próbuje mnie do czegoś zmusić, nie daję się. Gdy widzę jakiś problem, szukam jego rozwiązania. Nie jestem jednak tak aktywna, jak bym chciała. Czasem padam ze zmęczenia i godzę się na najłatwiejsze rozwiązanie albo po prostu rezygnuję. Przejawia się to też w mojej aktywności w Internecie. Blog od czasu do czasu podupada, bo nie jestem na nim dość aktywna, tak jak i w social mediach, z których powinnam korzystać rzadziej, ale intensywniej i mądrzej. Skąd bierze się bierność? Czasem jest to wycofanie się, aby zrobić miejsce komuś innemu, kogo uważamy za lepszego/mądrzejszego/bardziej wartościowego. Tym samym oznacza postawienie się na gorszej pozycji, a więc brak wiary w siebie. Lęk przed konfrontacją z opinią innych o nas to silne ograniczenie, ale wystarczy zacząć patrzeć w siebie i na siebie, żeby tej opinii nie przydawać zbyt wielkiego znaczenia. Znów chodzi o poczucie własnej wartości – to na nim skupia się większość problemów w interakcjach z ludźmi.

Jak zamierzam z tym walczyć? Zaczynam powoli, od małej rzeczy – od Internetu zalanego chamstwem, hejtem, głupotą i bezmyślnością (jednak narzekanie to nawyk :p). Natchnął mnie eksperyment autorki profilu Manufaktura Splotów na Instagramie, a szczegóły poniżej 😉

Wyzwanie!

Nie lubię tych swoich 3 najbrzydszych nawyków – utrudniają mi życie i sprawiają, że nie tak miło się ze mną żyje, jak bym chciała, również mnie samej. Stąd pomysł na wyzwanie trwające 21 dni – podobno tyle potrzeba, żeby wykształcić nowy nawyk, a ja jestem zdeterminowana, więc do dzieła!

W ramach wyzwania przez 21 dni:

  • powstrzymam się od narzekania – w pracy, w życiu osobistym, w Internecie. Albo konstruktywnie, albo pozytywnie, albo w ogóle;
  • będę wchodzić na media społecznościowe TYLKO o pełnych godzinach – wiem, że to brzmi jak żadne wyzwanie, ale dla mnie będzie na pewno. Kontrola i planowanie czasu, wyznaczanie priorytetów, rezygnacja z marnowania czasu – oto sposób na mój brzydki nawyk numer dwa.
  • w mediach społecznościowych nie będę zostawiać samych “lajków” czy serduszek, ale jeżeli się zdecyduję takowe kliknąć, zawsze udzielę komentarza – żeby walczyć z biernością, dawać ludziom więcej z siebie i zobaczyć, co mi to przyniesie. Będzie to wymagało większego przemyślenia, uważności i…czasu, więc będzie moim zdaniem bardziej wartościowe. Zbyt często ograniczamy się do bezmyślnego klikania “Lubię to”, rezygnując z bezpośredniej interakcji, a przecież ta otwiera wiele nowych możliwości. Zobaczymy 🙂

Masz ochotę dołączyć? W kupie raźniej! A może masz inne nawyki, z którymi chcesz walczyć? Zapraszam Cię do wspólnej walki z nimi – dla naszego wspólnego dobra 🙂

https://www.facebook.com/events/101394297408922/

M jak Miłość, czyli o paradoksie wolności

Był piękny majowy poranek, a ja ze wszystkich sił starałam się opanować zawroty głowy. Oto przede mną czas próby – badanie krwi, które miało pokazać, czy w moim wnętrzu kiełkuje jakieś nowe życie. Ukłucie, atak mdłości szczęśliwie opanowany i potem już “tylko” kilka godzin niepewności – oczekiwania na wyniki. W końcu oddech ulgi – wygląda na to, że się udało…

Nikt, kto nie starał się o dziecko dłużej niż kilka miesięcy nie zrozumie, co wtedy czułam. Lata walki, niepewności, frustracji, lęku, beznadziei, ale w tym jednym momencie, kiedy naszym oczom ukazały się wysokie wartości HCG – hormonu świadczącego o ciąży – wszystko, co złe odeszło w niepamięć, a nasze serca wypełniły się radością i miłością do tego nowego, który miał w naszej rodzinie zawitać. Jednak trzy lata i dwoje dzieci później bywa, że zastanawiam się, po co nam to było. Wiadomo, dzieci to cudowna sprawa. Zazwyczaj…

M jak Miłość

Miłość do dziecka nie zawsze pojawia się od razu. Niektórym zabiera to chwilę, a są kobiety, które nigdy nie są w stanie pokochać tak naprawdę, choć bardzo się starają. Zdarza się. U mnie – być może z racji trudności, jakie musiałam przejść, aby to przeżyć – była to miłość od pierwszego ujrzenia dwóch kresek na teście ciążowym. Potem, gdy maluch w wielkich trudach już pojawił się na świecie i otrząsnęłam się po pierwszym szoku, zrobiło się nieco trudniej. No wiecie, ząbkowanie, katarki, wybijanie się na niezależność i te sprawy. Najgorzej było mi jednak znieść to, że nie mogę ot tak wyjść sobie z domu, umówić się z kimś na mieście czy zarwać nocy na pracę (oj, zdarzało się), bo jest taki mały człowiek, który beze mnie nie da sobie rady. Miłość weszła w konflikt z wolnością.

Erich Fromm w swoim traktacie “O sztuce miłości” pisze:

Miłość dziecięca trzyma się zasady: „ Kocham, ponieważ jestem kochany”. Natomiast miłość dojrzała twierdzi: „Jestem kochany, ponieważ kocham”. A Niedojrzała miłość mówi: „Kocham cię, ponieważ cię potrzebuję”. Dojrzała miłość powiada: „Potrzebuję cię, ponieważ cię kocham”.

Z tego, co widzę w internetach i wokół siebie, kobiety uwielbiają się rozwijać. Inwestują w szkolenia, coachingi, udzielają się w różnych grupach i zdają się zawsze chcieć więcej. Czy rozwój równa się dojrzałości? Czy można powiedzieć, że każda kobieta dorosła potrafi kochać dojrzale? Co to, to nie – niestety, ale tyczy się to również miłości macierzyńskiej. Znam wiele dziewczyn, które warunkują swoją miłość do dzieci, wyznaczają im cele, nie pytając o zdanie i szukają ucieczki od lepkich malutkich rączek, które potrafią być równie słodkie, co… upierdliwe, lub traktują maluchy jako modny dodatek i scenerię do zdjęć na Instagram. Miłości dojrzałej trzeba się uczyć, wymaga wysiłku i treningu. Jest po prostu trudna. Co w niej przeszkadza?

Ucieczka od wolności

Kiedy byłam w pierwszej ciąży, myślałam sobie, że nie będę taka jak inne dziewczyny, które właściwie zniknęły dla świata po urodzeniu dziecka – mimo malucha w domu będę prowadzić intensywne życie towarzyskie, wychodzić z nim do muzeów i galerii, wszechstronnie się rozwijać i kwitnąć. Że będę jak Martyna Wojciechowska, która mając ośmiomiesięczne niemowlę w domu wyjechała na dłuższy czas zdobywać kolejne niezdobyte. Niestety, rzeczywistość okazała się brutalna. Babcie nie były aż tak chętne na budowanie więzi z maluchem, nie mogłam zostawić klientów (czyli praca, praca, praca), a zmęczenie nie pozwalało nawet pomyśleć o wyjściu z domu. Potem zrobiło się nieco lepiej, aż z pięciomiesięczniakiem pojechaliśmy na urlop do Włoch i okazało się, że można. Zaczęliśmy chodzić razem na basen, na zajęcia z dziećmi i powoli wszystko zaczynało się normować. Aż tu nagle znalazłam się w drugiej ciąży i od trzech miesięcy, odkąd drugi maluch jest na świecie, czuję się jak w złotej klatce.

Od Matki Polki oczekuje się, że urodzi szybko i bezboleśnie, z uśmiechem na twarzy i uduchowieniem w sercu. Potem jej dziecko ma być idealnie zdrowe i nie zajmować dłużej miejsca w szpitalu, broń Boże nie powinno mieć żółtaczki niemowlęcej, łapać wszystkich wirusów świata i powstrzymać się od płaczu w miejscu publicznym. Nie powinno również robić kup, których nie da się wywabić najlepszym proszkiem świata z ubranek, a co najważniejsze, nie powinno chcieć jeść w miejscach, które mogłyby nie daj Boże kogoś urazić. To samo jednak dzieje się dalej – dzieci mają rosnąć zdrowo i nas kochać, ale najlepiej niech od maleńkości umieją się bawić same i niech nie marudzą. Niech będą blisko, ale nie za blisko. Niech rosną, ale nie za szybko, niech kochają, ale nie za mocno, żeby była przestrzeń. Niech będą niezależne, ale niech nie wpadają w histerię, gdy z jakiegoś powodu nie może być tak, jak chcą. I niech, na Boginię, ciągle czegoś od nas nie chcą, bo człowiek kawy ciepłej wypić nie może i człowiek cierpi.

No cóż, też wpadłam w tę pułapkę. Chciałam mieć dzieci, ale nie chciałam też tracić tożsamości, tymczasem okazało się, że wolność, którą tak sobie ceniłam, już nie istnieje. Nie oszukujmy się – jeżeli człowiek ma dwoje dzieci, a nie stać go na wieczorną pracę niani, babcia jest daleko, to życie towarzyskie zamiera, telefon dzwoni coraz rzadziej i trudno o zrozumienie wśród ludzkości. Może stąd wzięła się popularność blogów parentingowych? Łatwiej o wsparcie w wirtualu niż w realu.

No więc straciłam wolność, ale ją odbudowuję. Powoli ogarniam sytuację, maluch rośnie, starsze coraz rzadziej chce się przytulać. Czas budować nową tożsamość. Wszystkie nasze przejścia, wspólne chwile wiele mnie nauczyły, również o sobie samej. Jestem w stanie wiele znieść, potrafię się poświęcać, a jednocześnie nie tracę wrażliwości na wewnętrzny głos mówiący “a ty? gdzie jesteś? czego chcesz? czy świat się skończy, jeżeli o to zawalczysz?”. Łatwo nie jest, ale tak naprawdę dopiero teraz rozumiem, czym jest wolność wewnętrzna. Nie jest tożsama ze swobodą, ale ze słuchaniem siebie samego i postępowaniem według tego głosu z uważnością na innych, szczególnie tych najmłodszych.

M jak miłość macierzyńska

W innym miejscu tego samego eseju Erich From pisze:

Miłość zaczyna się rozwijać dopiero wówczas, gdy kochamy tych, którzy nie mogą się nam na nic przydać.

Myślę, że to jest właśnie esencja miłości macierzyńskiej – kochać dzieci i niczego od nich nie oczekiwać (poza myciem zębów i takie tam ;)), nie zaspokajać się ich uwielbieniem, nie uzależniać swojego samopoczucia od ich charakteru, losów, decyzji, zachowań. Pozwolić im na bycie sobą, ale i być sobą. Nauczyć je, że dojrzałość oznacza odwagę decydowania o sobie z uważnością na innych, robienie przestrzeni dla siebie, ale przyjaznej dla bliskich – bez budowania fortecy, a bardziej może ogródka kawarnianego, w którym dobrze się pracuje przy kawie, ale i na pogaduchy można wpaść…