Audrey Cafe

Dbaj o siebie!

Wakacje, lato, upały. Kurz, pot i dużo ruchu. Słońce, woda, relaks. Z tym zazwyczaj kojarzy się lipiec, który dla mnie w tym roku był jednym z najbardziej pracowitych miesiąców w roku, ale przyniósł dobre efekty. Jako że pracowałam bardzo intensywnie, mając jednocześnie pod opieką dwa maluchy, które zaliczyły dwie infekcje i psa, który zaliczył jedną, a do tego cały czas karmię piersią, mogę powiedzieć, że się zmęczyłam, no i oczywiście w tym wszystkim zapomniałam o tym, o czym na co dzień zapomina wiele z nas. O najważniejszym przykazaniu miłości – DBAJ O SIEBIE. Dlatego, kiedy wpadła mi w ręce książka pod takim tytułem, ochoczo poświęciłam jej tak zwany “międzyczas” i dobrze mi to zrobiło.

Dlaczego nie dbamy o siebie?

Z moich obserwacji wynika, że kobiety dzielą się na dwie grupy – te, które chwalą się tym, jak o siebie dbają i te, które starają się ukryć, że o siebie nie dbają. Sporo w tym psychologii i zaszłości z okresu dzieciństwa, kiedy to, albo jesteśmy oceniane jako te, które się “pindrzą”, albo “chłopaczary”. Społeczeństwo w postaci naszych matek i koleżanek stanowi swoisty organ kontrolny, który zamiast nauczyć nas, czym jest naprawdę dbanie o siebie, stara się zadbać o to, żebyśmy nie były zbyt egoistyczne/przeczulone/wypielęgnowane/”zrobione”. Kiedy spytałam na moim fan page‘u o to, dlaczego o siebie nie dbamy, odpowiedzi jakoś specjalnie mnie nie zaskoczyły – brak czasu i brak przestrzeni. Choć tak naprawdę, gdyby nam zależało na tym bardziej, to wiadomo, że ten czas i przestrzeń by się znalazły.

Niektóre/niektórzy z nas zdają się czerpać pewną satysfakcję ze swojego “zaniedbania”. Pewnie, że nie chodzimy brudni i śmierdzący, ale często darujemy sobie przemyślane stylizacje (np. siedząc w domu z dziećmi) czy makijaż (to samo), pięciominutowe sesje ćwiczeń (nie mam siły) czy choćby umycie włosów co drugi dzień (been there, done that). Wygoda, lenistwo, chęć okazania się “ponad to” (zarobiona jestem), znajdowanie cnoty w braku myślenia o sobie…To wszystko dość fałszywe przesłanki, bo o wiele szlachetniej jednak jest dbać o siebie i pokazywać światu przysłowiową już “najlepszą wersję siebie” danego dnia, niż mieć wszystko gdzieś.

Niemal cały lipiec przechodziłam bez makijażu, pół dnia w okularach, pół dnia w soczewkach, z bladym spojrzeniem i podkrążonymi oczami. Co więcej, uznałam, że ten swoiście pojęty minimalizm wcale mi nie przeszkadza, ale gdzieś w głębi duszy, oglądając różnorakie profile na Instagramie stwierdziłam, że może da się inaczej? Da się połączyć dbanie o siebie i intensywne życie? Bo jeżeli nie teraz, to kiedy? Prawda jest taka, że nasze życie zazwyczaj zawiera wiele list rzeczy do zrobienia, nieoczekiwanych zdarzeń i naglących deadline’ów, więc jeżeli wtedy się o siebie nie dba, to co, jeżeli potem będzie za późno? No i wtedy właśnie wpadła mi w ręce książka sióstr, Nadii Narrain i Katii Narrain Phillips. Na szczęście!

Dbaj o siebie!

Książka pod tym tytułem jest podobno kultowa. Poleca ją Kate Moss, Reese Whiterspoon i Sienna Miller, więc w takim gronie trudno przegrać. Założenie tego błyskawicznie czytającego się poradnika jest jedno:

Jeżeli jesteś najlepszą wersją siebie, możesz dać więcej ludziom i światu.

Mogę o tym zaświadczyć nogami i rękami – dobrze wiem, że zapracowana, niewyspana i niezadbana jestem mocno sfrustrowana, zaczynam na wszystkich warczeć, czego bardzo nie lubię i wtedy dochodzi do mnie, że nadszedł “mój” czas. O tym też piszą autorki – w codziennej gonitwie zapominamy, że jeżeli ciągle o kogoś dbamy, pomijając siebie, w końcu nasze zasoby się wyczerpią i nic dobrego z tego nie będzie. Tymczasem mamy wobec siebie obowiązek…miłości, o którym często zapominamy. Kochając siebie, łatwiej przychodzi nam kochanie innych i wszyscy na tym korzystają.

“Dbaj o siebie” prowadzi nas przez różne aspekty okazywania sobie miłości, pomijając proste rady pod tytułem “zmywaj makijaż” i “nawilżaj cerę”. Rozdziały noszą tu nazwy związane z najważniejszymi sferami naszego życia – jest więc miłość, nadzieja, spokój, radość i światło i duuuuużo drobnych elementów, które można wdrażać każdego dnia. Zacząć trzeba oczywiście od początku – od zastanowienia się nad tym, co lubimy, jak najlepiej odpoczywamy, czego nie chcemy w życiu, kiedy czujemy się najbardziej komfortowo. Ta pochwała pozytywnego egoizmu, o którym też pisałam tutaj, a którego wciąż mamy za mało moim zdaniem. To namowa, żeby nie tracić siebie z oczu niezależnie od wydarzeń, również tych przykrych. Autorki poruszają bowiem też trudne tematy, jak rozstanie, żałoba, choroba – dzięki temu nie jest to zwykły, lekki poradnik, ale raczej przypominajka na lepsze i gorsze czasy, aby ZAWSZE PAMIĘTAĆ O SOBIE. A konkrety?

5 najważniejszych rad autorek książki “Dbaj o siebie”

Co by Was na czas mojego urlopu nie zostawić w niepewności – oto pięć moich ulubionych wskazówek w książce “Dbaj o siebie”, które niniejszym również staram się wdrażać i dobrze mi to robi na duszy i ciele 🙂

Zacząć należy od prostej informacji – dbanie o siebie to nasz obowiązek!

Chodzi nam o to, być zaakceptowała, że jesteś człowiekiem, w całym swym pięknie i ze wszystkimi wadami, że zasługujesz na szczęście i dobre samopoczucie. I żebyś zrobiła wszystko, co możesz i kiedy możesz, by do tego dojść.

1. Zwracaj na siebie uwagę.

No banał, wiem, ale jak wiele z nas o tym zapomina? Jak wiele z nas słucha swojego ciała i daje mu to, czego potrzebuje, a nie to, co go ucisza? Jak wiele z nas wypoczywa w taki sposób i tak długo, jak naprawdę lubi? Autorki każą nam więc słuchać siebie, nie ignorować tego, co ciało do nas mówi, relaksować się, żeby miało nam kiedy o tym powiedzieć i szanować siebie. Warto zrobić sobie listę tego, co pomaga nam dbać o siebie (u mnie np. joga, taniec, wieczór z książką), a co nie, i co jakiś czas sprawdzać, jak nam idzie. Czy robimy to, czego rzeczywiście potrzebujemy, czy pozwalamy sobie samym zakrzyczeć własne potrzeby?

2. Myśl o sobie dobrze

Kolejny banał, ale jak patrzę po swoim otoczeniu, bardzo trudno jest myśleć o sobie dobrze. Część z nas ma wdrukowane negatywne przekonania jeszcze z czasów dzieciństwa, inni “po drodze” zaczęli się obwiniać za różne błędy (a trzeba pamiętać, że błądzić jest rzeczą ludzką ;)) i pełni są negatywnych emocji. Autorki każą nam rozprawić się z tym i nauczyć sobie radzić z negatywnymi myślami, aby nie katować się swoimi błędami i budować pozytywny obraz siebie. Prawdą jest bowiem, że jeżeli my nie myślimy o sobie dobrze, to kto będzie? Trzeba też nauczyć się żyć z tym, czego się w sobie nie lubi (moje uda!), a doceniać się za to, co się lubi (moje oczy!) – proste i trudne zarazem.

Co się dzieje, gdy naprawdę wierzysz, że z tobą wszystko w porządku? Coś cudownego. Bardziej lubisz siebie i to widać. Ludzie to zauważają. Dobrze się czujesz w swojej skórze i ze swoimi myślami, a to niezwykle atrakcyjna cecha. Niedoskonałość to nie słabość.

3. Zadbaj o swój pokarm

Dosłownie i w przenośni. Jedz to, po czym się dobrze czujesz, czego potrzebuje Twoje ciało. Podawaj ładnie do stołu, nawet jeżeli to tylko zwykłe kanapki. Wyłącz telewizor, włóż kwiaty do wazonu, delektuj się smakiem i obecnością bliskich – lub swoją własną. Nie jedz przy komputerze (ech…), nie opychaj się, staraj się jeść zdrowo. Dbaj o pokarm duszy – czytaj, oglądaj to, co wartościowe, słuchaj tego, co sprawia ci przyjemność. Bądź estetką swojego życia (Audrey Coelho ;)).

4. Nie porównuj, a jeżeli już porównujesz się z innymi, stosuj antidotum – WDZIĘCZNOŚĆ

Kiedyś łapałam się na tym, że po większości sesji przeglądania Facebooka czy Instagrama czułam się zdołowana. Wszystkie blogerki miały więcej followersów i piękniejsze życie, znajomi jeździli na wspaniałe wakacje, a ja siedziałam przed kompem i zastanawiałam się, gdzie w tym wszystkim jestem? Na szczęście przyszło otrzeźwienie, kilka sesji detoksu cyfrowego i spora dawka poczucia własnej wartości i teraz już podchodzę do tematu zupełni inaczej. Jeżeli zdarza Ci się porównywać do innych (a wszystkim nam się zdarza, nie oszukujmy się), stosuj doskonałe antidotum – wdzięczność. Co dzień licz swoje błogosławieństwa, dziękuj za to, co masz i delektuj się tym, bo nigdy nie wiadomo, kiedy może przyjść zmiana, której wcale nie chcemy i zabrać nam to, co tak cenimy.

5. Dbaj o więzi

Najlepiej dbasz o siebie, jeśli wszystkie twoje relacje są oparte na wzajemnej miłości i życzliwości i mają jasno wytyczone granice. Więzi rodzinne trudniej poukładać, ale również do nich stosuje się zasada dobrej przyjaźni: jeśli nie pozwalasz na coś przyjacielowi, to nie pozwalaj też członkowi rodziny.

Fakt, rodziny się nie wybiera i niektóre z nas potrzebują porządnej psychoterapii, żeby wygrzebać się z mroków własnego dzieciństwa. Nasi rodzice wyszli z czasów, które poraniły ich też psychicznie i niestety w wielu przypadkach swoje traumy i frustracje przelali na nas. Pytanie, co z tym zrobimy. Ważne, żeby się chronić przed złymi relacjami, manipulacjami, graniem na emocjach, nawet za cenę oddalenia od bliskie osoby. Po to dano nam życie, żebyśmy je przeżywali, a nie egzystowali po cichu, starając się nie ranić czyichś uczuć. Ważne jest też dbanie o relacje z innymi ludźmi – przyjaciółmi, znajomymi, którzy tworzą nasze tzw. “plemię” – grupę, w której czujemy się dobrze i od której zawsze możemy uzyskać wsparcie. A jeżeli jesteście rodzicami – dbajcie nie tylko o szczęście swoich dzieci (tak, a nie o przyszłość, bo ona jest niepewna, a to, co tu i teraz, namacalne), ale i swoje, żeby nie pogrzebać siebie samych w górze zabawek i innych dziecięcych gadżetów. Nieśmiertelna metafora: w samolocie rodzic ma założyć maskę tlenową najpierw sobie, a dopiero potem dziecku, bo martwy nikomu nie pomoże…

Jeżeli zaciekawiła Was książka, to gorąco polecam, bo warto mieć przy sobie taką przypominajkę, aby o siebie dbać, gdyż wciąż za mało w nas pozytywnego egoizmu. Makijaż to jedno – piękne wnętrze to drugie 🙂

Spokojnie, to tylko panika!

Internet pełen jest różnych wyzwań, doznań, przeżyć, dźwięków i wpływów. Wszyscy jednak mamy głód autentyczności, w którą za wszelką cenę chcemy wierzyć. Szukacie szczerości? Oto ona.

SPOKOJNIE, to tylko panika!

Jestem panikarą. Zawsze mnie tak określano. Dodawano jeszcze “histeryczka”, “neurotyczka” i “introwertyczka”. Uff, sporo etykietek jak na jedną nastolatkę. Musicie jednak wiedzieć, że niemal całe moje dzieciństwo i okres dojrzewania przeżyłam przy bardzo wysokim poziomie stresu. Zupełnie nie potrafiłam sobie z nim radzić, a pomoc znikąd nie nadeszła. Przez to wszystko dorobiłam się stanu przedwrzodowego, przy okazji którego miałam jeden jedyny kontakt z psycholożką. Było to w szpitalu, gdzie trafiłam w celach diagnostycznych. Miałam 12 lat, a wiecie, co ona napisała mi w zaleceniach? “Osobowość neurotyczna, nadwrażliwa, znerwicowana. Zalecenia: zapewnić spokój”.

Cóż, o rodzicielstwie bliskości nikt wtedy nie słyszał, więc i spokoju nikt mi nie zapewniał, dopiero jako osoba dorosła nauczyłam się sobie z tym jako tako radzić, ale łatka panikary wlokła się za mną przez cały czas. Tyle, że w moim wnętrzu, bo na zewnątrz byłam silna. Starałam się nie okazywać negatywnych (czytaj: niewygodnych) emocji, bo jak chyba każda nastolatka pragnęłam akceptacji i normalności, cokolwiek miała by ona znaczyć. Nikt mi nie pomógł zrozumieć, co to właściwie znaczy ta nerwica i neurotyczność (nie, Internetu nie było, ale dinozaurów już też nie ;)), ani jak sobie z nimi radzić. Przyjęłam więc strategię “udaję, że jestem normalna, może nikt się nie zorientuje”, która – o dziwo – działała, choć tylko do pewnego momentu.

Spokojnie, to tylko PANIKA!

Dobrze pamiętam pierwszy atak paniki. Byłam wtedy w liceum, a do szkoły dojeżdżałam codziennie 30 minut zatłoczonym tramwajem. Któregoś ranka, po mocno stresującym domowym wieczorze, wsiadłam normalnie do tramwaju, gdy nagle poczułam, że robi mi się bardzo słabo, jestem cała mokra od potu, jest mi niedobrze i zaraz zemdleję. Szybko wysiadłam na najbliższym przystanku i zamiast pojechać do szkoły wróciłam zapłakana piechotą do domu. Myślałam, że umieram, że dzieje się coś strasznego. I działo się, ale tylko w mojej głowie. Tak zaczął się mój prywatny koszmar. Niemal nie byłam w stanie jeździć komunikacją miejską. Samo stanie na przystanku wywoływało szybsze bicie serce i spłycenie oddechu. Teraz już wiem, że to hiperwentylacja i można jej łatwo zaradzić. Wtedy wszystkie te przeżycia powodowały tylko wstyd i lęk…przed lękiem. Miałam regularne ataki paniki, za które obwiniałam siebie, przez które cierpiał mój żołądek, relacje z ludźmi, ale za to zyskała figura – nigdy w życiu tyle nie chodziłam na piechotę…

Taki stan trwał kilka lat. Nie rozumiał mnie nikt, komu odważyłam się o tym opowiedzieć, a nie było to szerokie grono. W końcu jak można się bać jazdy tramwajem? Poradzenie sobie z atakami paniki wymagało z mojej strony ogromnej pracy nad sobą, przeczytania wielu książek, analiz źródeł paniki, przezwyciężenia uczucia osamotnienia i zmuszenia się do wyjścia “do ludzi”. Idąc tą drogą, odkryłam jogę, która wzmocniła moje ciało i pozwoliła w brzuchu szukać poczucia równowagi i pewności, a nie chaosu i lęku. Tak też odkryłam uważność – dzięki Jonowi Kabatowi Zinnowi. Jego program leczenia depresji i neuroz za pomocą ćwiczeń z uważności bardzo mi pomógł i pozwolił nauczyć się patrzeć na świat inaczej – nie jak na zagrożenie, a na szansę. Pokochałam rower, a bardzo malutkimi kroczkami nauczyłam się z powrotem jeździć tramwajami i autobusami. Ba, nawet leciałam samolotem 🙂

Spokojnie, to TYLKO panika!

Czemu o tym piszę? Pisanie o mówienie o problemach psychicznych to nadal pewne tabu. Depresja, stany lękowe, nerwica? To przecież dotyczy tylko słabych. Błąd! Takie podejście potęguje tylko dolegliwości, bo człowiek nie tylko cierpi, ale też wstydzi się, że cierpi, przez co cierpi jeszcze bardziej… Uff, dużo tego cierpienia, ale wiecie co? Takie jest życie. Oprócz tego, że jest jedno, piękne i niepowtarzalne, bywa też okrutne, niesprawiedliwe i smutne. Po co ukrywać, że jest inaczej?

Przez całe dzieciństwo mówiono o mnie, że jestem przewrażliwiona. Teraz to się nazywa “wysoka wrażliwość” i przy odpowiednim podejściu rodziców może być ogromną zaletą. Skąd o tym wiem? Cóż, historia zatoczyła koło i teraz ja wychowuję małego wrażliwca. Dostrzegam u niego cechy, które w moim przypadku były obiektem drwin, krytyki i niezrozumienia. Wiem, że czeka mnie mnóstwo pracy, bo przecież chcę wychować szczęśliwego człowieka.

Nadal zdarzają mi się ataki paniki, ale tylko wtedy, gdy jestem obciążona innymi sprawami, bardzo zmęczona, pozbawiona “wentyla bezpieczeństwa”, a moje ciało nie ma jak się odprężyć. Teraz jednak rozumiem to i wiem, jak sobie z tym radzić. Trzeba panikę zrozumieć i zaakceptować, a wtedy można iść dalej. Nieśpiesznie i uważnie, ale bez nadmiernego chuchania i dmuchania.

Nasze społeczeństwo potrzebuje wrażliwych liderów. Potrzeba nam empatii, uważności i serdeczności. Czy moje na coś się przydadzą? Zobaczymy, a na razie zostawiam Was z cytatem:

Nie doczekasz świtu, nie odbywszy drogi przez noc.

Guillaume Musso“Ponieważ Cię kocham”

Pełnia Twoich możliwości – da się?

Nie przepadam za współczesną modą na coaching. Coaching związku, diety, kariery, a nawet dziecięcy – wszystko to tylko czeka na niedowartościowane Polki (głównie), które tak kochają poczucie rozwoju i tego, że ktoś o nas dba. Może trochę też tak mam, dlatego zdarzają mi się krótkie skoki w boki z różnymi poradnikami. Wśród nich jest wiele pozycji bezwartościowych, wtórnych, niepotrzebnych, ale jest też kilka perełek. Dzisiaj kilka słów o takiej perełce.

“Pełnia Twoich możliwości”

Właśnie o tę książkę chodzi. Jej podtytuł to “Jak dać z siebie wszystko, osiągnąć cel i uniknąć wypalenia” – brzmi dość coachingowo, prawda? Na szczęście tylko tak brzmi, bo autorzy poradnika, Brad Stulberg i Steve Magness, zadbali o to, by wszystkie porady, jakie w nim zamieścili miały poparcie naukowe, dzięki czemu nie ma tu typowego “możesz wszystko”, a za to jest “możesz dużo pod warunkiem, że będziesz przestrzegał kilku zasad”. Książka opiera się nie tylko na badaniach naukowych, ale też na doświadczeniu własnym autorów oraz osób powszechnie uznawanych za odnoszące sukces i zachowujące równowagę w życiu. To też odróżnia tę pozycję od typowych poradników na temat optymalizacji działań czy osiągania sukcesu – można tu znaleźć same twarde fakty i nic ponad to.

Na samym początku autorzy – obaj specjaliści w zupełnie różnych dziedzinach – zadają sobie pytanie, czy osiąganie znakomitych wyników w sposób zdrowy i trwały jest w ogóle możliwe? Cóż, skoro napisali na ten temat całą książkę, to można się domyślić, że odpowiedź jest twierdząca, z cicho dodanym “ale”.

Powszechnie uważa się, że sukces osiąga się dzięki talentowi oraz ciężkiej pracy – w różnych proporcjach. Jak wynika z badań naukowych, nie wystarczy wiedzieć, że można i ciężko pracować, trzeba jeszcze pracować mądrze oraz skupiać się na tym, co ważne. Bez tego wypalenie gotowe. Nie uda się to bez wyznaczenia sobie celu. Jak mówią autorzy:

Wyznaczanie sobie celów na granicy tego, co uważamy za kres własnych możliwości, a potem systematyczne dążenie do osiągnięcia tych celów to jeden z najwspanialszych przejawów człowieczeństwa – i daje największą satysfakcję.

Trzeba więc zacząć od celu, który nie będzie ani zbyt ambitny, ani zbyt łatwy. Ma wywoływać w nas entuzjazm i musimy wiedzieć, co dzięki niemu uzyskamy. Do tego ciężka praca i skupienie na działaniu, które nas do niego doprowadzi. A co dalej?

Równanie rozwoju, czyli sekret trwałego sukcesu

Ciężka praca w łatwy sposób prowadzi niestety do wypalenia. Wiedzą to najlepsi sportowcy, twórcy, ale i “zwykli” pracownicy etatowi, którzy dzień w dzień poświęcają kawał życia na pracę dla realizacji czyichś celów. Na podstawie badań naukowych autorzy książki stwierdzają, że równanie gwarantujące rozwój BEZ wypalenia wygląda tak:

Obciążenie + odpoczynek = rozwój.

To równanie sprawdza się niezależnie od tego, jaką cechę czy umiejętność próbujemy rozwinąć.

Niby proste, a jednak… Jak wiele razy zdarza nam się narzekać na to, że nie mamy czasu odpocząć? Siedzimy po nocach lub wstajemy bladym świtem tylko po to, żeby nadrobić, jeszcze trochę popracować. Tymczasem autorzy książki pokazują, że jest to… zupełnie bez sensu. Zmęczenie i przysłowiowy już brak czasu nie są powodem do chwały, a głupotą. Bez odpoczynku i tak zwanego ładowania baterii NIE DA SIĘ pracować efektywnie. Ludzki organizm potrzebuje nicnierobienia, zdrowego snu i relaksu, bo bez tego nie potrafi się zregenerować, a co za tym idzie, skuteczność i wydajność spadają, frustracja rośnie. Najbardziej efektywny wypoczynek to taki, który następuje po bardzo intensywnej pracy, czyli sytuacja znana przed urlopem, że wszystko wydaje się nawarstwiać i nie wiemy, w co ręce włożyć jest paradoksalnie dobra, bo potęguje przyjemność płynącą z późniejszego wypoczynku.

Kierując się w praktyce tą zasadą, warto pamiętać o dobroczynności przerw w pracy. Czasowo wygląda to różnie, w zależności od potrzeb indywidualnych, ale praca “cięgiem”, bez choćby przerwy na kawę czy herbatę to jedynie złudzenie pracowitości – tak naprawdę pozbawiamy się szansy nabrania oddechu, odpoczynku i nie pozwalamy umysłowi się zregenerować, przez co kreatywność bardzo spada, a my zaczynamy popełniać głupie błędy.

Stres nasz codzienny

Popularny obecnie nurt “slow life” (w którym też płynę jedną nogą) zdaje się obarczać stres całym złem tego świata. To prawda, że stres jest coraz częstszą przyczyną chorób psychicznych i fizycznych, ale demonizując go, wylewamy dziecko z kąpielą. Otóż, jak wynika z badań naukowych, stres jest potrzebny jako bodziec stymulujący wzrost lub adaptację. Mobilizuje, wspomaga kreatywność i wzmacnia. Oczywiście pod warunkiem, że o tym wiemy i potrafimy to wykorzystać, stosując jego odpowiednią dawkę. Naukowcy twierdzą bowiem, że

Rozwój zaczyna się w punkcie oporu. Umiejętności rodzą się z wysiłku.

Jeżeli więc ktoś eliminuje ze swojego życia wszystkie źródła stresu, pozbawia się ważnego bodźca do rozwoju. Droga do sukcesu to wyznaczanie sobie zadań NA GRANICY WYKONALNOŚCI, czyli bardzo trudnych, ale nie niemożliwych.

Ważne jest też nastawienie psychiczne – to, czy postrzegamy stres lub jakieś konkretne zadanie jako wyzwanie, zagrożenie, coś, co nas przerasta, czy normalny element pracy. Warto więc dbać o to, jak patrzymy na świat i robić to świadomie.

Cel i jeszcze raz cel

Co jeszcze można wdrożyć w codziennej pracy, to naukowe odkrycie, że mając cel, skuteczniej działamy. Wiem, że nie jest to odkrywcze stwierdzenie, ale innowacyjne może być jego zastosowanie. Czy nie ciekawiej wyglądałoby życie, gdybyśmy wyznaczali sobie cele nie tylko w życiu zawodowym czy pasji, ale w życiu codziennym też? Każda sesja robocza, każde działanie bowiem będzie ciekawsze, bardziej motywujące, jeżeli będziemy wiedzieć, po co je wykonujemy. Przestrzeganie tej zasady wytyczania sobie celów pomoże też przetrwać czynności żmudne czy rutynowe, które zazwyczaj nie wiążą się z entuzjazmem czy poczuciem jakiegoś osiągnięcia. Warto też pamiętać o innej prostej zasadzie, która, jak się okazuje, również ma poparcie w faktach:

Rób tylko jedną rzecz w danym czasie…

“…i unikaj rozpraszaczy”

Tu głównymi winowajcami są smartfony (no tak), media społecznościowe (hm…), internet w ogóle (ano). Wiadomo, że zupełnie nie da się ich uniknąć, ale warto przyjąć ramy czasowe ich używania. Np. w pracy chowam smartfona i wyciągam dopiero przed wyjściem do domu, albo korzystam z mediów społecznościowych tylko o pełnych godzinach, albo pracuję 50 minut, a 10 minut mogę spędzić na surfowaniu po internecie (choć tego akurat autorzy by nie zalecali, gdyż najlepszy odpoczynek między sesjami roboczymi to spacer na świeżym powietrzu lub chociaż na balkonie).

“…i rób przerwy”

Szczególnie, kiedy przed Tobą zadanie wymagające kreatywności, a Ty czujesz blokadę. Wyjdź na spacer, posprzątaj, poczytaj, weź prysznic, pobaw się z psem – zrób cokolwiek, co nie będzie związane z tym zadaniem, pozwól umysłowi odpocząć i czekaj na efekt “Eureka!”, czyli stare dobre olśnienie 🙂

Pełnia Twoich możliwości – da się!

Człowiek to stworzenie niesamowite, zdolne do wielu niezwykłych osiągnięć, pod warunkiem, że ich chce i zamiast kryć się za wymówkami, bierze się do roboty. Książka “Pełnia Twoich możliwości” to doskonała propozycja dla każdego, kto chce osiągać więcej i “bardziej”, ale nie za cenę dłuższych godzin pracy. Jeżeli jesteś jedną z takich osób, oto podsumowanie wybranych rad autorów, które mogą się baaardzo przydać:

No to do dzieła!

Wyzwanie i co z niego wynikło

Lubimy wyzwania. Internet lubi wyzwania. Media społecznościowe lubią wyzwania. Blogerzy i blogerki lubią wyzwania, bo jednoczą, dają wspólny cel i poczucie, że nie jest się samemu. Wyzwania są też modne – dobrze jest ogłosić, że się w nich bierze udział, bo to zawsze przysparza choćby nowych czytelników. Idąc tym tropem też ogłosiłam swoje wyzwanie, ale nie było ono zbyt medialne. Nie miało też takie być, bo w zamierzeniu chodziło mi tylko o mnie, a że przy okazji jeszcze ktoś dołączył – to już bardzo dużo. Trwało 21 dni, bo jak wieść gminna niesie tyle potrzeba do wykształcenia nowego nawyku. Jako że szczęśliwie dobiegło końca 10 dni temu, niniejszym śpieszę donieść, jakie przyniosło skutki.

Geneza, czyli skąd pomysł na wyzwanie?

Dawno, dawno temu nie było komórek, internetów i social media. Ludziom żyło się nieco wolniej, nieco mniej kolorowo, ale jakby bliżej siebie. Potem nastała era cyfrowa i sporo się zmieniło. Ludzie są ze sobą, ale obok siebie. Nagminnym widokiem w restauracjach czy innych kawiarniach są telefony na stole, zaraz obok filiżanki z kawą, której zdjęcie już zbiera lajki na Instagramie. Nie da się ukryć, że powrotu do epoki sprzed wybuchu rewolucji cyfrowej nie ma, ale trudno też udawać, że w tym przypadku rewolucja nie pożera własnych dzieci.

Stosunki między ludźmi ulegają zmianie. Nasze relacje są płytsze, ale dzięki social media jest ich więcej. Mamy kontakt ze sobą 24 godziny na dobę, ale to kontakt bardzo powierzchowny, zapełniony emotikonami i skrótami myślowymi. Jest też bardziej realna strona tego zjawiska. Czy wiecie, że według danych Centers for Disease Control and Prevention codziennie ponad dziewięć osób ginie, a ok. 1150 odnosi obrażenia w wypadkach samochodowych z udziałem kierowców, których uwaga była rozproszona? (dane za autorami książki “Pełnia Twoich Możliwości”). Przyczyny to głównie jednoczesne prowadzenie pojazdu i pisanie SMS-a, sprawdzanie Facebooka i maili. Przestaliśmy też umieć się nudzić. Wystarczy wejść do pierwszej lepszej poczekalni w przychodni czy na przerwę do szkoły – wszędzie w rękach są telefony, a kciuki tylko migają. Czy to źle? Dobrze, ale tylko do momentu, w którym wszyscy są z tego powodu szczęśliwi. Jeżeli ktoś już nie umie przestać, robi się problem.

Brad Stulberg i Steve Magness w swojej książce “Pełnia Twoich Możliwości” (o której wkrótce napiszę) mówią wprost o uzależnieniu od smartfonów, które działa na takiej samej zasadzie jak uzależnienie od hazardu. Po pierwsze, jest miło (zazwyczaj), kolorowo, ciekawie. Po drugie, każde włączenie Facebooka czy Instagrama wiąże się z radosnym oczekiwaniem, czy dostałam nowe lajki, czy ktoś mnie docenił, co w oczywisty sposób podnosi samoocenę użytkowników (a czasem brak lajków lub tzw. hejt potrafią doprowadzić do decyzji o samobójstwie – niestety).  Po trzecie, jest jeszcze coś takiego jak FOMO, czyli lęk przed tym, że gdy nie jesteśmy akurat online, coś ważnego nas omija, zostajemy więc na marginesie społeczeństwa. Kiedy robiłam sobie weekendy offline, zdarzało mi się taki podskórny lęk odczuwać. Zawsze tłumaczyłam sobie, że przecież korzystanie z social media to dla blogerki must-have sezonu, ale zaobserwowałam też u siebie wzrost pasywnego przeglądania stron. Od czasu do czasu lajk, mało głębszych treści, jałowość… Świadoma więc tych mechanizmów i powoli zaczynająca obserwować je u siebie, postanowiłam działać łagodnie, ale radykalnie zarazem. Stąd właśnie wzięło się wyzwanie “Wychodzimy z FOMO i negatywizmu”.

Wyzwanie “Wychodzimy z FOMO i negatywizmu”

W skład wyzwania wchodziły trzy działania na trzech najtrudniejszych dla mnie polach:

  • zero narzekania w wirtualu i realu,
  • przeglądanie mediów społecznościowych TYLKO o pełnych godzinach,
  • zero pustych lajków – albo dodaję jeszcze komentarz, albo nie daję w ogóle lajka (to z inspiracji działalnością @manufakturasplotow na Instagramie, która taki eksperyment przeprowadziła u siebie i również u niej przyniósł niespodziewane rezultaty).

Co okazało się najtrudniejsze? Narzekanie w realu oraz kontrolowanie się, żeby wchodzić na FB czy Instagram tylko o pełnych godzinach. Okazało się, że nawyk sprawdzania w tzw. przerwie, co tam panie w social media jest BAAARDZO silny i trzeba się fizycznie zmuszać, żeby tego nie robić. Najbardziej pozytywne efekty – a nawet wymierne – przyniosła ostatnia część wyzwania, ale po kolei. Jakie wnioski wyciągnęłam z wyzwania?

Wnioski z wyzwania

1. Narzekanie to nawyk i można się go oduczyć, ale trzeba w to włożyć mnóstwo wysiłku

Jak wiecie, jestem młodą mamą, a co za tym idzie, bardzo często się nie wysypiam. Szczególnie ostatnio, bo powoli wchodzimy w fazę ząbkowania, a jeszcze nie wyszliśmy z fazy “infekcja goni infekcję”, więc bywa wesoło. Jednocześnie też prowadzę firmę, bloga, mam w domu przedszkolaka (nie, nie mowa o mężu ;p) i chciałabym robić coś dla siebie. Doba nie jest z gumy i żonglowanie tymi wszystkimi powinnościami jest bardzo trudne, ale spodziewałam się, że tak będzie. Mimo to złapałam się na tym, że gdy ktoś mnie pyta, co u mnie albo jak sobie radzę, zamiast dostrzegania dobrych stron wciąż narzekam. A to, jak mi ciężko, jak nikt mnie nie docenia itp. itd. Tym samym roztaczam wokół siebie negatywną energię i takowa do mnie wraca, więc nie przynosi mi to niczego dobrego. Stąd pomysł na umieszczenie w wyzwaniu tego punktu, i o ile bardzo łatwo przyszło mi nienarzekanie w wirtualu, to w realu ponosiłam często porażki, ale nie rezygnowałam.

Efekt: bardziej zmobilizowana i ogarnięta ja oraz bardziej zadowolona rodzina, w dodatku chętniejsza do współpracy. Czyli warto było i ten punkt na pewno wdrożę dalej.

2. Media społecznościowe pełne są pustych, powierzchownych treści.

Wiem, że Ameryki nie odkryłam, ale zmuszenie się do kontrolowanego korzystania z social media sprawiło, że popatrzyłam na nie niejako z boku. I co dostrzegłam? Ludzi, którzy ze wszelkich sił starają się zaistnieć, ale w tym celu robią wiele rzeczy na pokaz (czyli tzw. pozerów), ludzi, którzy chętnie dają lajki, ale nic za tym nie idzie, ludzi, którzy udostępniają różne rzeczy, ale właściwie nie wiadomo po co, ludzi, którzy prześlizgują się przez poważne kwestie, ludzi, którzy szukają możliwości zarobku i robią to często w dość ordynarny sposób itd. itp. Ile typów ludzkich, tyle rodzajów użytkowników, ale przecież każdy ma wybór i sposób konsumpcji nie musi zakładać “łykania” wszystkiego, jak leci. Często wchodzenie do mediów społecznościowych stanowi ucieczkę – od nudy, kłopotów w realu, ważnego zadania. Często jest elementem prokrastynacji, a czasem wyrazem tego, w jak bardzo niewłaściwym miejscu w życiu właśnie się znajdujemy. Słowem, stanowi katalizator przeżyć w realu i warto mieć tego świadomość. Wiadomo, wylewanie dziecka z kąpielą też nie jest rozwiązaniem, dlatego nie uciekam z social media, ale narzucam sobie ograniczenia, aby było to korzystanie świadome i sensowne.

3. Pisanie komentarzy towarzyszących lajkom MA OGROMNY SENS.

To była chyba najmilsza i najbardziej zaskakująca część wyzwania. Po pierwsze, musiałam się wysilić. Gdy np. jakieś zdjęcie mi się spodobało, zanim kliknęłam na przysłowiowe serduszko musiałam sama się zastanowić, dlaczego w ogóle mi się podoba, co jest w nim wyjątkowego i czy jest na tyle, żeby dawać lajka, no i jak to odpowiednio ubrać w słowa. Po drugie, okazało się, że gdy swój wybór trzeba uzasadnić, staje się on bardziej ekskluzywny. Pewne lenistwo umysłowe, które idzie za bezmyślnym klikaniem “Lubię to” też okazuje się nawykiem i to męczącym. Kiedy zdecydowałam, że każdemu lajkowi musi towarzyszyć komentarz, okazało się, że:

  • nawiązuję nowe relacje właściwie bez wysiłku,
  • ludzie czują się docenieni, co zawsze niesie ze sobą dobro,
  • moje konta mają więcej użytkowników,
  • czuję się lepiej, gdy mówię ludziom pozytywne rzeczy, bo poprawiam ich samopoczucie, a więc i swoje,
  • social media zaczynają nabierać sensu…

To jest kolejna rzecz, która zostaje ze mną po wyzwaniu i którą bardzo gorąco Wam polecam – dawajcie komentarze, jeżeli dajecie lajka. Ludzie poczują się docenieni, Wam będzie milej i w ogólnym rozrachunku wszyscy na tym dobrze wyjdą. A gdy nie potraficie wymyślić odpowiedniego komentarza, to znaczy, że i lajk się nie należy.

Podsumowanie podsumowania

Jestem bardzo zadowolona z wyzwania. Nauczyło mnie wiele i przyniosło właściwie samo dobro. Może nie są to rzeczy wymierne (no, poza nowymi followersami ;p), ale trwałe i wartościowe. Wniosek nasuwa się pewnie dość nudny – że uważność i ŚWIADOME korzystanie z narzędzi internetowych są warte wysiłku i przynoszą pozytywne efekty. Czyli znów to samo – świadome życie = lepsze życie 🙂

Nawet Samba się uśmiecha 🙂

Trzy rzeczy, które zrozumiałam, gdy moje dziecko spadło z łóżka*

Na osłodę dramatycznego początku 🙂

*spokojnie, na poduszki 😉

Świat mediów społecznościowych lubi perfekcjonizm i idealne wizerunki idealnie pięknych kobiet. Cóż, będzie musiał sobie ze mną poradzić, bo ja taka nie jestem. Najlepiej o tym świadczy sytuacja, która przytrafiła mi się w tym tygodniu. Otóż musicie wiedzieć, że jestem wielką fanką współspania z dzieckiem – jednym, choć ostatnio w bonusie tupta do nas również drugie starsze. Ale do rzeczy. Otóż ostatnio moje maluchy męczy zapalenie gardła, co szczególnie młodsze przechodzi dość dokuczliwie. Charczy, kaszle, katar mu się leje – takie tam przyjemności. Śpi z nami, więc gdy już go uśpię, siłą rzeczy zostaje sam w ogromnym łóżku, obłożony poduszkami z brzegów i tak dalej (jak by to czytał ktoś z opieki społecznej – nie, nie zrzucam dzieci z wysokości i nie każę im co noc ryzykować życia, jesteśmy w miarę normalną rodziną ;p). Tego dnia byłam jednak mocno zmęczona i po uśpieniu malucha zapomniałam położyć jedną – jak się okazało kluczową – poduszkę. Efekt był taki, że po jakiejś godzinie z sypialni dobiegł nas straszny histeryczny płacz malucha, który zsunął się oczywiście w tym jednym jedynym niezabezpieczonym miejscu…

Nic się nikomu nie stało, choć ja też zalałam się łzami w pierwszym odruchu – mimo, że nic złego nie zrobiłam, poczułam się jak najgorszy śmieć. Co za rodzic pozwala, żeby jego czteromiesięczne dziecko spadło z łóżka? Uprzedzając krytykę – podjęliśmy już środki zapobiegawcze, aby więcej do takich sytuacji nie doszło, maluch jest cały i zdrowy (poza katarem), ale mnie to nauczyło trzech rzeczy. Choć wciąż przewijają się gdzieś tam w moim życiu, tym razem dotarły do mnie z całą mocą i już mnie nie opuszczą. Oto trzy rzeczy, które zrozumiałam, gdy moje dziecko spadło z łóżka.

1. Uważność buduje, nieuważność rujnuje

Wszyscy jesteśmy bardzo zajęci. Szczególnie tyczy się to matek, które co dzień żonglują obowiązkami, zadaniami, powinnościami i terminami. Pochłonięte codziennością, często nie zauważamy tego, co najważniejsze lub tego, co choć wydaje się drobnym szczegółem, okazuje się bardzo istotne. Jak ta jedna poduszka, która zaważyła na całej sytuacji. Zdarza nam się żyć z kimś pod jednym dachem, a w wirze codziennych obowiązków nie dostrzec, że jest smutny lub ma kłopoty, którymi nie chce nam zaprzątać głowy. Zdarza nam się rozmawiać z kimś codziennie, ale tak naprawdę nie wiedzieć, czym ta osoba żyje. Zdarza nam się patrzeć na dziecko i włączać w głowie zniechęcenie tym, że znowu czegoś chce, zamiast naprawdę je zobaczyć. Znów będzie pewnie banalnie, ale żyjemy i tego życia często nie dostrzegamy. Wciąż realizując cele, gubimy drogę, która jako jedyna ma tak naprawdę znaczenie.

Moja sytuacja ze spadającym maluchem w roli głównej postawiła mnie pod ścianą – nie mogłam zrzucić na nikogo winy, byłam nieuważna, zmęczona, zniechęcona, co nie znaczy, że tej właśnie chwili nie należała się uwaga. Pomyślałam sobie, jak często zdarza się, że bardziej skupiam się na swojej interpretacji sytuacji, niż na jej doświadczaniu w pełni i ile przez to tracę. Teraz jeszcze lepiej dostrzegam, jak istotna jest uważność na co dzień.

2. Nie można mieć wszystkiego

W książce “Jedna rzecz” jej autorzy piszą:

(…) sukces sprowadza się do prostej zasady: robienia tego, co właściwe, w odpowiedniej chwili. Jeśli będziesz mógł szczerze przyznać sam przed sobą: “Jestem tu, gdzie właśnie teraz powinienem być, i robię dokładnie to, co konieczne”, odkryjesz świat niezwykłych możliwości”.

I jeszcze:

Ponadprzeciętne rezultaty zależą głównie od tego, jak dobrze potrafisz ukierunkować swoje działania. Umiejętna selekcja stanowi najskuteczniejszy sposób na osiągnięcie najlepszych efektów w pracy i w życiu.”

Gdybym miała osiem rąk, wszystkimi bym się pod tym podpisała. Z jednej strony nauczyłam się już, że nie można mieć wszystkiego, więc życie to po prostu sztuka wyboru i akceptacji, rezygnacji z innych rzeczy w danym momencie. To kwestia decyzji, jakie są moje priorytety i poświęcenia im uwagi, aby naprawdę miały szansę na realizację. Nie wierzę już w tak zwany work-life balance, bo wiem, że nie można tych dwóch najważniejszych sfer życia zrównoważyć. Są chwile, w których jedna z nich jest ważniejsza i wtedy poświęcam jej więcej uwagi, a są takie, gdy mogę przełączyć się na tryb praca i czerpać z tego ogromną satysfakcję. Zrozumiałam, że kluczem do sukcesu i poczucia satysfakcji rzeczywiście jest poświęcenie uwagi jednej rzeczy na raz – stąd chociażby moje wyzwanie na FB, które wzięło się z dostrzeżenia, że uciekam w social media, żeby na chwilę pobyć w “bezmyślności”. Typowa ucieczka od rzeczywistości, która nic nie daje – teraz wybieram konfrontację z chwilą obecną, by potem na chwilę zanurzyć się – sensownie – w świat mediów chociażby. Nie robię dwóch rzeczy na raz, na czym korzystają moje relacje z dziećmi i mężem, a także pozbyłam się wreszcie tego strasznego uczucia rozedrgania pomiędzy przeczytaniem komentarza na FB a odpowiedzią dziecku na pytanie. To bardzo uwalniające doświadczenie.

Piękne kwiaty dla wszystkich czytelniczek 😉

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

3. Warto celebrować sztukę życia codziennego

Wiem, że to nudne, ale chyba jeszcze za mało to sobie powtarzam. Wszyscy mamy tendencję do przyzwyczajania się do statusu quo – rutyna, choć bywa irytująca, daje poczucie bezpieczeństwa i wygodę niemyślenia. Ot, wstajemy rano i z niemal stuprocentową pewnością wiemy, co się dalej wydarzy. Chyba, że właśnie wydarza się coś zupełnie niespodziewanego, co wymaga zmiany planów, podejścia, a nawet życia. To może być banał – czekają mnie dwa deadline’y do skończenia, aż tu nagle słyszę rano z dziecięcego pokoju dwa straszne kaszle (true story z tego tygodnia) i już wiem, że ten dzień będzie wyglądał całkiem inaczej. Albo mąż wraca z pracy na rowerze i po drodze wpada pod samochód. Czekam i się denerwuję, bo znów jest późno i nie odbiera telefonu, aż tu nagle dzwonią ze szpitala (no nie tak do końca true story, bo skończyło się na małym spóźnieniu i stłuczeniu stopy, ale mogło być o wiele gorzej…). Zawsze w takich sytuacjach myślę, czemu nie doceniałam tej codzienności, za którą przy zmianie tak bardzo tęsknię. Codzienność to w końcu najczęstsza forma życia, z jaką mamy do czynienia. Dlaczego tak jej nie wartościujemy?

Dominique Loreau w “Sztuce minimalizmu w codziennym życiu” pisze:

 Czy możesz wyobrazić sobie cały dzień bez myślenia choć jeden raz o sobie? Dzień, podczas którego nic by Cię nie uraziło, nic by Ci nie przeszkadzało, nic by Cię nie rozzłościło? Jeden dzień, podczas którego nie zastanawiałbyś się, dlaczego nie jesteś bogatszy, lepiej traktowany, doceniany? Jeden dzień, podczas którego nie porównywałbyś się do innych i niczego byś od nich nie oczekiwał? Jeden dzień, podczas którego czerpałbyś radość i satysfakcję z chwili obecnej?

Mogę powiedzieć więcej – przestaję sobie wyobrażać dni bez tego. Wymaga to ogromnej pracy, bo jednak nawyki myślowe i behawioralne ciągną w stronę egocentryzmu, lekkiego negatywizmu i frustracji, ale z kolei korzyści ze zmiany podejścia są o g r o m n e. Poczucie radości z życia, satysfakcji z doświadczania chwili, choćby najbardziej banalnej, poczucie szczęścia bez interpretowania przez zmanierowany umysł tego, co się właśnie dzieje – to wspaniała umiejętność, której wciąż się uczę, ale która powoli jawi mi się jedyną drogą życiową, jakiej chcę nauczyć swoje dzieci.  Tego też mnie nauczyło moje spadające dziecko – doceniaj, matko, tę chwilę, która właśnie jest, celebruj ją i traktuj jak dar, bo za chwilę może się coś zmienić i będziesz za nią tęsknić, wyrzucając sobie, czemu bardziej się nią nie cieszyłaś. Nie marudź, że znów musisz mnie usypiać, bo za kilka lat będziesz to wspominać z rozrzewnieniem. Obserwuj co dzień, jak rosnę i się zmieniam, uśmiechaj się do mnie, bo nie wiadomo, ile wspólnego czasu jest nam dane (to nie pesymizm, to realizm ;).

Jeżeli moje spadające dziecko mogło mnie czegoś nauczyć, to zrobiło to naprawdę genialnie. Na koniec życzenia dla wszystkich Mam, Mamuś, Mum-to-be-or-not-to-be – bądźcie szczęśliwe i nauczcie tego swoje dzieci. Nie ma ważniejszej rzeczy na tym świecie!

Moje 3 najbrzydsze nawyki + wyzwanie

Nie ma ludzi idealnych. Tak, to szok, ale i najprawdziwsza prawda. Odkąd poważnie nad sobą pracuję, świadomość ta jest coraz większa i pozwala mi nieco inaczej patrzeć na innych. Wszyscy mamy swoje dziwne nawyki, rytuały, uprzedzenia, lęki. Żadne z nich nie są gorsze ani lepsze, dziwniejsze czy normalniejsze. Po prostu są i można się nauczyć z nimi żyć, albo też je zmieniać, a tym samym ułatwiać sobie życie. Pod wpływem niedawnych lektur postanowiłam i ja powalczyć ze swoimi niefajnymi nawykami, które często mi i moim bliskim uprzykrzają życie. Zapraszam na wyprawę do wnętrza mojej duszy, a przynajmniej do świata moich utrudniających normalne funkcjonowanie nawyków.

Moje 3 najbrzydsze nawyki

1. Narzekanie – wyrzekanie – żalenie się

Zawsze marzyłam o tym, żeby być pozytywną osobą. Uśmiechać się bez powodu, radośnie patrzeć w przyszłość i widzieć tylko jasne aspekty rzeczywistości. Niestety, moje usposobienie sprawia, że bywam taka, ale wobec innych, a dla siebie jestem po prostu marudą. A przynajmniej byłam do tej pory, bo postanowiłam to zmienić. Może stopień zaawansowania tej dolegliwości jest mniejszy niż u smerfa Marudy, ale za to robienie z siebie ofiary i narzekanie, jak to mam pod górkę mam przećwiczone.

Dlaczego ludzie narzekają? Żeby zwrócić na siebie uwagę, wzbudzić litość, dla czystej, masochistycznej przyjemności, żeby nie musieć nic zmieniać, z lenistwa, z wygody* (*niepotrzebne skreślić). Czasem jest to mechanizm obronny, a czasem sposób na obrzydzenie innym życia. Dlaczego ja narzekam? Po przemyśleniu sprawy stwierdziłam, że z nawyku. Zazwyczaj są to ciągle te same sprawy, których sprawstwo (nomen omen) przypisuję komuś innemu, przez co pozbawiam siebie pola do działania. Bo przecież zły ZUS, a nie moje niedopatrzenie, kiepski system, a nie moje zapominalstwo i brak uważności itp. itd. Choć nie robię tego nagminnie, przyłapałam się na tym, że czasem narzekam, żeby ktoś inny poczuł się lepiej. Wiem, że to chore, na szczęście, dlatego postanowiłam zerwać z narzekaniem. A jak? Czasem tylko radykalne środki skutkują, a mój obrany opisuję dalej.

2. FOMO, albo lęk przed tym, że coś mnie omija, gdy nie korzystam z mediów społecznościowych

FOMO to podobno bolączka naszych czasów. Użytkownicy mediów społecznościowych rzadko kiedy się z nich wylogowują, przez co nawet gdy akurat z danego portalu nie korzystają – w każdej chwili mogą. Nawykowe sprawdzanie, co tam słychać, ile mam lajków i kto co napisał przechodzi w uzależnienie, stopniowo kradnąc coraz więcej czasu. Przyłapałam się na tym już jakiś czas temu. Nie jest to może bardzo intensywny problem u mnie, ale nie będę kłamać, że w ogóle mnie nie dotyczy. Najpierw urządziłam sobie weekend z detoksem od social media, potem całe święta i mimo lekkiego drżenia rąk dałam radę. Na co dzień jednak spędzam sporo czasu w mediach społecznościowych, a często jest to czas po prostu stracony. Widoczki znad kawusi, słodkie kotki i artykuły o najnowszych trendach w świecie mody to coś, bez czego naprawdę mogę żyć, a jako mama dwójki maluchów muszę swój czas bardziej cenić.

Skąd się bierze FOMO? Zazwyczaj z braku czegoś lepszego do roboty lub z ucieczki od tego, co się powinno robić. Z braku poczucia szczęścia i chęci zdołowania się jeszcze bardziej (oj, lubimy to sobie robić). Ludzie wchodzą do social media, gdy się obudzą, przed pójściem spać, podczas posiłków, spotkań ze znajomymi (o zgrozo!), w toalecie, w kościele…Uciekamy od rzeczywistości w czyjąś rzeczywistość, która zazwyczaj wcale nią nie jest. Pokazujemy innym ułamki swojego życia, które chcemy, wybieramy to, czym możemy się pochwalić, a reszta pozostaje w ukryciu. (dla anglojęzycznych tutaj znajdziecie świetny, prosty artykuł na ten temat). Wniosek? W social mediach nie znajdziesz szczęścia, lajki są jak głaski, a wszystko to lep dla osób niepewnych siebie, z chwiejnym poczuciem własnej wartości. Co robić, jeżeli nie chcemy zupełnie z nich zrezygnować, ale je opanować na swoją korzyść? Trzeba włączyć uważność, badać swoje motywy, dlaczego akurat teraz siedzę i przeglądam np. fejsa (nuda, ucieczka, chęć poprawienia sobie samopoczucia, smutek i chęć pognębienia siebie…), a do tego narzucić sobie sztywne zasady korzystania z mediów. Moje będą niżej.

3. Bierność

W realu jestem aktywna. Zazwyczaj. Gdy mi coś przeszkadza, staram się to zmienić. Gdy ktoś mnie obraża, przeciwstawiam się temu. Gdy ktoś próbuje mnie do czegoś zmusić, nie daję się. Gdy widzę jakiś problem, szukam jego rozwiązania. Nie jestem jednak tak aktywna, jak bym chciała. Czasem padam ze zmęczenia i godzę się na najłatwiejsze rozwiązanie albo po prostu rezygnuję. Przejawia się to też w mojej aktywności w Internecie. Blog od czasu do czasu podupada, bo nie jestem na nim dość aktywna, tak jak i w social mediach, z których powinnam korzystać rzadziej, ale intensywniej i mądrzej. Skąd bierze się bierność? Czasem jest to wycofanie się, aby zrobić miejsce komuś innemu, kogo uważamy za lepszego/mądrzejszego/bardziej wartościowego. Tym samym oznacza postawienie się na gorszej pozycji, a więc brak wiary w siebie. Lęk przed konfrontacją z opinią innych o nas to silne ograniczenie, ale wystarczy zacząć patrzeć w siebie i na siebie, żeby tej opinii nie przydawać zbyt wielkiego znaczenia. Znów chodzi o poczucie własnej wartości – to na nim skupia się większość problemów w interakcjach z ludźmi.

Jak zamierzam z tym walczyć? Zaczynam powoli, od małej rzeczy – od Internetu zalanego chamstwem, hejtem, głupotą i bezmyślnością (jednak narzekanie to nawyk :p). Natchnął mnie eksperyment autorki profilu Manufaktura Splotów na Instagramie, a szczegóły poniżej 😉

Wyzwanie!

Nie lubię tych swoich 3 najbrzydszych nawyków – utrudniają mi życie i sprawiają, że nie tak miło się ze mną żyje, jak bym chciała, również mnie samej. Stąd pomysł na wyzwanie trwające 21 dni – podobno tyle potrzeba, żeby wykształcić nowy nawyk, a ja jestem zdeterminowana, więc do dzieła!

W ramach wyzwania przez 21 dni:

  • powstrzymam się od narzekania – w pracy, w życiu osobistym, w Internecie. Albo konstruktywnie, albo pozytywnie, albo w ogóle;
  • będę wchodzić na media społecznościowe TYLKO o pełnych godzinach – wiem, że to brzmi jak żadne wyzwanie, ale dla mnie będzie na pewno. Kontrola i planowanie czasu, wyznaczanie priorytetów, rezygnacja z marnowania czasu – oto sposób na mój brzydki nawyk numer dwa.
  • w mediach społecznościowych nie będę zostawiać samych “lajków” czy serduszek, ale jeżeli się zdecyduję takowe kliknąć, zawsze udzielę komentarza – żeby walczyć z biernością, dawać ludziom więcej z siebie i zobaczyć, co mi to przyniesie. Będzie to wymagało większego przemyślenia, uważności i…czasu, więc będzie moim zdaniem bardziej wartościowe. Zbyt często ograniczamy się do bezmyślnego klikania “Lubię to”, rezygnując z bezpośredniej interakcji, a przecież ta otwiera wiele nowych możliwości. Zobaczymy 🙂

Masz ochotę dołączyć? W kupie raźniej! A może masz inne nawyki, z którymi chcesz walczyć? Zapraszam Cię do wspólnej walki z nimi – dla naszego wspólnego dobra 🙂

https://www.facebook.com/events/101394297408922/

M jak Miłość, czyli o paradoksie wolności

Był piękny majowy poranek, a ja ze wszystkich sił starałam się opanować zawroty głowy. Oto przede mną czas próby – badanie krwi, które miało pokazać, czy w moim wnętrzu kiełkuje jakieś nowe życie. Ukłucie, atak mdłości szczęśliwie opanowany i potem już “tylko” kilka godzin niepewności – oczekiwania na wyniki. W końcu oddech ulgi – wygląda na to, że się udało…

Nikt, kto nie starał się o dziecko dłużej niż kilka miesięcy nie zrozumie, co wtedy czułam. Lata walki, niepewności, frustracji, lęku, beznadziei, ale w tym jednym momencie, kiedy naszym oczom ukazały się wysokie wartości HCG – hormonu świadczącego o ciąży – wszystko, co złe odeszło w niepamięć, a nasze serca wypełniły się radością i miłością do tego nowego, który miał w naszej rodzinie zawitać. Jednak trzy lata i dwoje dzieci później bywa, że zastanawiam się, po co nam to było. Wiadomo, dzieci to cudowna sprawa. Zazwyczaj…

M jak Miłość

Miłość do dziecka nie zawsze pojawia się od razu. Niektórym zabiera to chwilę, a są kobiety, które nigdy nie są w stanie pokochać tak naprawdę, choć bardzo się starają. Zdarza się. U mnie – być może z racji trudności, jakie musiałam przejść, aby to przeżyć – była to miłość od pierwszego ujrzenia dwóch kresek na teście ciążowym. Potem, gdy maluch w wielkich trudach już pojawił się na świecie i otrząsnęłam się po pierwszym szoku, zrobiło się nieco trudniej. No wiecie, ząbkowanie, katarki, wybijanie się na niezależność i te sprawy. Najgorzej było mi jednak znieść to, że nie mogę ot tak wyjść sobie z domu, umówić się z kimś na mieście czy zarwać nocy na pracę (oj, zdarzało się), bo jest taki mały człowiek, który beze mnie nie da sobie rady. Miłość weszła w konflikt z wolnością.

Erich Fromm w swoim traktacie “O sztuce miłości” pisze:

Miłość dziecięca trzyma się zasady: „ Kocham, ponieważ jestem kochany”. Natomiast miłość dojrzała twierdzi: „Jestem kochany, ponieważ kocham”. A Niedojrzała miłość mówi: „Kocham cię, ponieważ cię potrzebuję”. Dojrzała miłość powiada: „Potrzebuję cię, ponieważ cię kocham”.

Z tego, co widzę w internetach i wokół siebie, kobiety uwielbiają się rozwijać. Inwestują w szkolenia, coachingi, udzielają się w różnych grupach i zdają się zawsze chcieć więcej. Czy rozwój równa się dojrzałości? Czy można powiedzieć, że każda kobieta dorosła potrafi kochać dojrzale? Co to, to nie – niestety, ale tyczy się to również miłości macierzyńskiej. Znam wiele dziewczyn, które warunkują swoją miłość do dzieci, wyznaczają im cele, nie pytając o zdanie i szukają ucieczki od lepkich malutkich rączek, które potrafią być równie słodkie, co… upierdliwe, lub traktują maluchy jako modny dodatek i scenerię do zdjęć na Instagram. Miłości dojrzałej trzeba się uczyć, wymaga wysiłku i treningu. Jest po prostu trudna. Co w niej przeszkadza?

Ucieczka od wolności

Kiedy byłam w pierwszej ciąży, myślałam sobie, że nie będę taka jak inne dziewczyny, które właściwie zniknęły dla świata po urodzeniu dziecka – mimo malucha w domu będę prowadzić intensywne życie towarzyskie, wychodzić z nim do muzeów i galerii, wszechstronnie się rozwijać i kwitnąć. Że będę jak Martyna Wojciechowska, która mając ośmiomiesięczne niemowlę w domu wyjechała na dłuższy czas zdobywać kolejne niezdobyte. Niestety, rzeczywistość okazała się brutalna. Babcie nie były aż tak chętne na budowanie więzi z maluchem, nie mogłam zostawić klientów (czyli praca, praca, praca), a zmęczenie nie pozwalało nawet pomyśleć o wyjściu z domu. Potem zrobiło się nieco lepiej, aż z pięciomiesięczniakiem pojechaliśmy na urlop do Włoch i okazało się, że można. Zaczęliśmy chodzić razem na basen, na zajęcia z dziećmi i powoli wszystko zaczynało się normować. Aż tu nagle znalazłam się w drugiej ciąży i od trzech miesięcy, odkąd drugi maluch jest na świecie, czuję się jak w złotej klatce.

Od Matki Polki oczekuje się, że urodzi szybko i bezboleśnie, z uśmiechem na twarzy i uduchowieniem w sercu. Potem jej dziecko ma być idealnie zdrowe i nie zajmować dłużej miejsca w szpitalu, broń Boże nie powinno mieć żółtaczki niemowlęcej, łapać wszystkich wirusów świata i powstrzymać się od płaczu w miejscu publicznym. Nie powinno również robić kup, których nie da się wywabić najlepszym proszkiem świata z ubranek, a co najważniejsze, nie powinno chcieć jeść w miejscach, które mogłyby nie daj Boże kogoś urazić. To samo jednak dzieje się dalej – dzieci mają rosnąć zdrowo i nas kochać, ale najlepiej niech od maleńkości umieją się bawić same i niech nie marudzą. Niech będą blisko, ale nie za blisko. Niech rosną, ale nie za szybko, niech kochają, ale nie za mocno, żeby była przestrzeń. Niech będą niezależne, ale niech nie wpadają w histerię, gdy z jakiegoś powodu nie może być tak, jak chcą. I niech, na Boginię, ciągle czegoś od nas nie chcą, bo człowiek kawy ciepłej wypić nie może i człowiek cierpi.

No cóż, też wpadłam w tę pułapkę. Chciałam mieć dzieci, ale nie chciałam też tracić tożsamości, tymczasem okazało się, że wolność, którą tak sobie ceniłam, już nie istnieje. Nie oszukujmy się – jeżeli człowiek ma dwoje dzieci, a nie stać go na wieczorną pracę niani, babcia jest daleko, to życie towarzyskie zamiera, telefon dzwoni coraz rzadziej i trudno o zrozumienie wśród ludzkości. Może stąd wzięła się popularność blogów parentingowych? Łatwiej o wsparcie w wirtualu niż w realu.

No więc straciłam wolność, ale ją odbudowuję. Powoli ogarniam sytuację, maluch rośnie, starsze coraz rzadziej chce się przytulać. Czas budować nową tożsamość. Wszystkie nasze przejścia, wspólne chwile wiele mnie nauczyły, również o sobie samej. Jestem w stanie wiele znieść, potrafię się poświęcać, a jednocześnie nie tracę wrażliwości na wewnętrzny głos mówiący “a ty? gdzie jesteś? czego chcesz? czy świat się skończy, jeżeli o to zawalczysz?”. Łatwo nie jest, ale tak naprawdę dopiero teraz rozumiem, czym jest wolność wewnętrzna. Nie jest tożsama ze swobodą, ale ze słuchaniem siebie samego i postępowaniem według tego głosu z uważnością na innych, szczególnie tych najmłodszych.

M jak miłość macierzyńska

W innym miejscu tego samego eseju Erich From pisze:

Miłość zaczyna się rozwijać dopiero wówczas, gdy kochamy tych, którzy nie mogą się nam na nic przydać.

Myślę, że to jest właśnie esencja miłości macierzyńskiej – kochać dzieci i niczego od nich nie oczekiwać (poza myciem zębów i takie tam ;)), nie zaspokajać się ich uwielbieniem, nie uzależniać swojego samopoczucia od ich charakteru, losów, decyzji, zachowań. Pozwolić im na bycie sobą, ale i być sobą. Nauczyć je, że dojrzałość oznacza odwagę decydowania o sobie z uważnością na innych, robienie przestrzeni dla siebie, ale przyjaznej dla bliskich – bez budowania fortecy, a bardziej może ogródka kawarnianego, w którym dobrze się pracuje przy kawie, ale i na pogaduchy można wpaść…

Własny pokój

Wyobraź sobie ponurej urody kobietę w średnim wieku, siedzącą w czarnej sukni przy świeczce i piszącą coś na kartce papieru. Pokój, w którym siedzi jest ciemny i malutki, bo mieści właściwie tylko biurko, krzesło i niewielki regał, ale kobieta wydaje się być zadowolona, a wręcz natchniona. Popatrz jej przez ramię – kilka słów i już wiesz, że właśnie pisze jeden z najważniejszych esejów w dziejach feminizmu, a mimo to kiepsko skończy. Jednak teraz to nieważne, bo jest rok 1929, przy biurku siedzi Virginia Woolf, a spod jej pióra powstaje “Własny pokój”, jeden z najbardziej inspirujących tekstów, po który powinna moim zdaniem sięgnąć każda świadoma kobieta.

Własny pokój Virginii Woolf

Własny pokój u Virginii Woolf to zarazem metafora, ale i rzeczywista propozycja. W tym bardzo inteligentnym i ciekawie napisanym eseju główna teza mówi, że kobiety od zarania dziejów były traktowane jako gorsze, często ubezwłasnowolnione, długo bez prawa do posiadania własnych pieniędzy czy rzeczy materialnych, skazane na kojarzone małżeństwa i rodzenie dzieci do utraty tchu, dlatego też, aby to zmienić, muszą mieć swoje miejsce – oazę, w której mogą tworzyć, pracować, być sobą. Pokój, który mogą zamknąć od środka na klucz, aby życie rodzinne, społeczne i towarzyskie nie ingerowało w to, co robią, aby macierzyństwo nie przesłaniało całego świata, aby mogły się realizować. Woolf mówi też, że w końcu nadchodzi ku wewnętrznemu wyzwoleniu kobiet odpowiedni moment, w czym pomogła choćby I wojna światowa. Sprawiła, że mężczyzn w różnych zawodach zaczęło zwyczajnie brakować, a kobiety niejako naturalnie zajmowały ich miejsce. Wywalczyły sobie prawo głosu, wywalczyły sobie prawo posiadania, a teraz przyszedł czas na samorealizację – wybór własnej drogi, prawo podejmowania decyzji, nawet tak trudnych jak nienaturalna dotąd rezygnacja z macierzyństwa.

Esej Woolf jest czasem nazywany utopią feministyczną. Mówi o świecie, który dla kobiet stanie się przyjazny, jeżeli się odważą tego domagać. Pokazuje rzeczywistość wymagającą wysiłku, wyjścia poza schemat, ale potrafiącą to sowicie wynagrodzić. Czasem bowiem trzeba włożyć nieco pracy w to, żeby wygospodarować w domu pokój dla kobiety, choćby gabinecik, w którym zmieści się jedynie biurko i krzesło, ale warto, bo wtedy kobieta może się skonfrontować ze swoim życiem i zacząć tworzyć, jeżeli tylko tego chce.

Po co własny pokój?

Virginia Woolf mówi:

(…) Napoleon i Mussolini dlatego tak dobitnie upierają się przy niższości kobiet, bo gdyby nie odznaczały się one niższością, przestałyby ich “powiększać”. To częściowo wyjaśnia, dlaczego kobiety tak często są mężczyznom niezbędne. (…)

I jeszcze:

Wolność intelektualna zależy od rzeczy materialnych. Poezja zależy od wolności intelektualnej. A kobiety zawsze były ubogie.

(tłum. własne)

Nie, wcale nie chodzi tu o stereotypowe feministyczne przeciwstawienie sobie kobiet i mężczyzn, ani też o twierdzenie, że faceci są be, a kobietki super. O nie. Tu chodzi o coś więcej – tu chodzi o władzę i pieniądze, a więc atrybuty stereotypowo uważane za męskie. Stereotyp ten nie bierze się znikąd – dopiero w XX w. sytuacja kobiet na świecie zaczęła się poprawiać, jeżeli chodzi o prawo, administrację i edukację, ale niestety do równości NADAL nam DALEKO. Oczywiście, możemy pracować i zarabiać, a nawet wydawać, jak nam się podoba, ale nasze decydowanie o sobie dalej jest ograniczone, a stosunki społeczne często wręcz wymuszają silny podział płci. Dość wspomnieć choćby o trwającej walce o prawo do aborcji, o dostęp do środków antykoncepcyjnych, o edukację seksualną, a raczej jej brak, czy promowanie tradycyjnego modelu rodziny itp. itd. Zaczyna się wcześnie – najczęściej od przedszkola, gdzie dziewczynki ubrane od stóp do głów na różowo w prezencie otrzymują zabawkową kuchnię, a chłopcy klocki. Pewnie, że się to wszystko powoli zmienia, ale ciężko zmienić to, co najważniejsze – zawartość naszych polskich głów, które niestety zbyt rzadko myślą krytycznie i mają odwagę wyjść z głównego nurtu, aby zobaczyć, jak ciekawie może być na poboczu.

Na szczęście zmienia się kultura. Wokalistki zarabiają wielkie pieniądze, aktorki walczą o to, by otrzymywać równe gaże co aktorzy, a reżyserki są coraz częściej nagradzane prestiżowymi wyróżnieniami. Seriale – często pokazujące postacie kobiece jako główne – to również doskonałe miejsce do promowania kobiet silnych, mądrych, a co najważniejsze samodzielnych. Dla Virginii Woolf zapewne spełnieniem marzeń byłaby Carrie Breadshaw…

Kobieta ambitna, samodzielna, wyzwolona, inteligentna, zarabiająca na życie pisaniem i wydająca pieniądze według jedynie własnych potrzeb. Oto spotkanie idealne – Carrie jako “role model” wielu młodych dziewczyn staje się ucieleśnieniem feministycznego marzenia o niezależności i sile kobiet. Oczywiście byłoby to połączenie idealne, gdyby nie fakt, że większość rozterek Bradshaw wiązała się z mężczyznami i problemami sercowymi, zamiast z kwestiami ważnymi dla losów świata, a przynajmniej jego “piękniejszej” połowy, no ale nie można mieć wszystkiego…

Po co MI własny pokój?

Jako dziecko, nastolatka, studentka nigdy nie miałam własnego pokoju. Możliwości mieszkaniowe mojej rodziny były ograniczone i dopiero gdy się wyprowadziłam, mogłam decydować o tym, jak mieszkam. Niestety i nasze wspólne małżeńskie życie odbywało się głównie na małych przestrzeniach, aż do teraz. Tak, kupiliśmy mieszkanie i tak, wygospodarowałam tam dla siebie miejsce. Do tej pory jako freelancerka miewałam biuro, ale nigdy własne i nigdy (wiem, jak to brzmi) zamykane od środka! Wywalczyłam sobie wewnętrznie prawo do gabinetu, który choć przejściowy (nim dzieci urosną i zaczną potrzebować większej przestrzeni) i dość ciasny, jest własny. Co ciekawe, do tej pory rozkładałam się ze swoim miejscem pracy zazwyczaj w kuchni lub w salonie, czyli tradycyjnie jak dla kobiety 😉 Teraz mam swoje biurko, regał, a nawet stołek – czego można chcieć więcej? A po co mi to?

Najpierw myślałam, że po nic, ale potem coś się zmieniło. Po skończonej pracy mogłam nie sprzątać komputera, mogłam zamknąć drzwi, gdy dziecko głośno krzyczało, ale akurat nie mi było temu zaradzić, mogłam po prostu posiedzieć i pomyśleć patrząc w okno bez narażania się na natarczywe pytania trzylatka “mama, co robisz?”. Mała rzecz, ale wyzwalająca i dająca nadzieję, że w końcu uda mi się rozwinąć skrzydła twórcze i zawodowe. Muszę więc przyznać rację Virginii Woolf – jeżeli kobieta chce być twórcza, musi mieć własny pokój lub “kąt” w mieszkaniu i musi mieć możliwość zarabiania własnych pieniędzy, a co najważniejsze – ich wydawania bez tłumaczenia się komukolwiek. Sama kwestia pieniędzy w małżeństwie to temat na odrębny wpis, ale tutaj poprzestanę jedynie na własnym manifeście – kobieto, uniezależnij się w domu, a życie wszystkich kobiet stanie się odrobinę lepsze! Znajdź własne miejsce, w którym nikt nie będzie ci przeszkadzał, a sytuacja społeczna się poprawi! To naprawdę tak działa. Zresztą od czasów starożytnych wiadomo, że to, jak wygląda przestrzeń wokół nas, wpływa na to, jak żyjemy i kim jesteśmy. To dlatego najbardziej wyzwalająco działa WŁASNA przestrzeń – walczmy więc o nią i prowadźmy emancypację życia codziennego 🙂

Festiwal pogardy, albo o aborcji raz jeszcze

W naszym kraju zaczęła się kolejna odsłona wojny światopoglądowej – oto walka postu z karnawałem, czy jak kto woli walka o “zakaz dyskryminacji ze względu na niepełnosprawność (…) w zakresie prawa do życia”, czyli kolejna próba ograniczenia, czy wręcz zlikwidowania, prawa do aborcji. Nie ma tu żadnych świętości (poza opacznie pojętym życiem), bo cel uświęca środki, za to pojawia się wiele pomieszań pojęć, demagogii i pogardy. Skąd się to wszystko bierze? O co chodzi? A przede wszystkim skąd ta pogarda względem osób chcących decydować o własnym życiu? Te pytania zadaję sobie i ja.

Prawo do życia

Problem prawa do aborcji jest osią konfliktu od bardzo dawna i chyba najstarsi górale już nie pamiętają, dlaczego budzi on takie kontrowersje. W czasach PRL-u aborcja w Polsce była legalna i wykonywana bardzo często, potem Kościół pomógł opozycji w pokonaniu komunistycznego aparatu władzy i w ramach wymiany “coś za coś” prawo do aborcji zostało bardzo mocno ograniczone, zyskując miano “kompromisu aborcyjnego”. Niestety kobiet nikt o zdanie nie pytał i choć brały udział w działaniach opozycyjnych na równi z mężczyznami, podczas podejmowania decyzji o tymże kompromisie ich głosu nikt słuchać nie chciał. Nagle prawo do życia znalazło się na ustach wszystkich…panów, którzy uwielbiają nim szafować, choć ostatecznie decyzja nie uderza w nich. Paradoks ten nie przestaje mnie dziwić, tak samo jak przekonanie o tym, że życie “bytu” nienarodzonego jest ważniejsze od tego, które już żyje. Pozostawiając kwestie bioetyczne (ogromnie ciekawe) na boku, można spytać, kto ma o tym decydować – grono mężczyzn w sukienkach i garniturach czy para (lub sama kobieta), której to dotyczy?

Oczywiście można powiedzieć, że dla społeczeństwa prawo do aborcji jest złe, bo działa przeciwko niemu. Ogranicza liczbę potencjalnych obywateli, pozwala członkom społeczeństwa na przedkładanie własnego dobra nad dobro ogółu. Może tak powiedzieć jednak tylko społeczeństwo, które gwarantuje pomoc w przypadku decyzji innej – czy jeżeli zdecyduję się urodzić dziecko chore lub niechciane i będzie ono potrzebować wsparcia, leczenia, zabezpieczenia na poziomie, jakiego bym sobie dla niego życzyła, państwo mi je zapewni? Być może w Szwecji, bo na pewno nie w Polsce i nie znam nikogo, kto z pełną odpowiedzialnością mógłby twierdzić inaczej.

Jesteś za aborcją?

Gdy chodzi o etykę, teoria sobie, a praktyka sobie. Można snuć koncepcje (bio)etyczne i robić eksperymenty myślowe, jednak gdy przyjdzie co do czego, człowiek pozostaje sam ze swoim wyborem i ponosi za niego pełną odpowiedzialność. Nie cierpię sformułowania “być za aborcją”, bo uważam je za krzywdzący skrót myślowy i oznakę braku racjonalnego myślenia. Aborcja sama w sobie jako zabieg medyczny nie podlega ocenie moralnej i nie można być za nią czy przeciw niej. To tak jakby uważać, że ludzie nie powinni dawać wyrywać sobie chorych zębów czy usuwać uszkodzonej śledziony. Aborcja to zabieg polegający na usunięciu płodu – tylko tyle i, jak się okazuje, aż tyle. Zdarza się, że ratuje życie kobiety, ale też zdarza się, że wynika z pobudek ocenianych przez opinię publiczną jako egoistyczne. Jak wielkie kontrowersje potrafi wzbudzić pokazuje słynna już sprawa Natalii Przybysz sprzed dwóch lat, gdy przyznała się w wywiadzie dla “Wysokich Obcasów” do poddania się zabiegowi aborcji, bo nie chciała trzeciego dziecka i mieszkanie miała za małe. Wylało się na nią wiadro pomyj, wszyscy wprost prześcigali się w ocenach moralnych jej decyzji. Dlaczego? Bo kobieta podejmująca samodzielnie taką decyzję jest postrzegana jako zagrożenie dla społeczeństwa, szczególnie w kraju nazywającym się katolickim. Jak mówi sama Przybysz:

To indywidualna sprawa i każda kobieta powinna móc zadecydować o tym sama – czy chce urodzić, czy nie. A to, jak do tego potem podchodzimy, czy to był problem, czy nie, to też nasza sprawa – jakie ceremonie będziemy chciały odprawiać, by sobie z tym poradzić. To nie sprawa mężczyzn w rządzie i w Kościele.

Nie jestem więc “za aborcją”, ale za prawem wyboru. Aborcja powinna moim zdaniem być dozwolona jako zabieg medyczny mający też konsekwencje etyczne dla osoby, która się mu poddaje, ale poza oceną społeczeństwa. Musimy zacząć traktować jednostkę w społeczeństwie jako zdolną do podejmowania decyzji o sobie, bo inaczej obudzimy się w dystopii, pozbawieni praw, za to obarczeni setkami obowiązków. Obywatel nie służy wyłącznie do płacenia podatków i utrzymywania aparatu władzy, ale to tenże aparat powinien służyć obywatelowi, aby ten na jego terytorium mógł się realizować i być szczęśliwy. Wiem, że to naiwna i utopijna wizja, ale czy to znaczy, że mam z niej rezygnować?

Festiwal pogardy

A jednak, mężczyźni w rządzie i w Kościele uwielbiają decydować o innych, samemu stojąc niejako ponad prawem. Władza daje ludziom poczucie, że nie muszą się liczyć z nikim, kogo postrzegają jako podległego, przez co czyni ich aroganckimi i pozbawia odpowiedzialności za słowa. Oczywiście nie dotyczy to osób o mocnym kręgosłupie moralnym i poczuciu odpowiedzialności społecznej, ale wydaje się, że nie ma ich za wiele w naszym Sejmie i klerze. Nie dalej jak wczoraj odbyło się posiedzenie sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, na którym dyskutowano m.in. o decyzji zmierzającej do dalszego ograniczenia prawa do aborcji w Polsce. Brały w nim udział również kobiety – polityczki, działaczki Strajku Kobiet i organizacji pozarządowych. Jak donosi portal OKO.press, zostały potraktowane obcesowo, bez szacunku (należnego nie kobietom, a ludziom w ogóle) i poniżająco. Przykłady?

  • poseł Janusz Sanocki zwracający się do obecnych na posiedzeniu kobiet: “Lubię was dziewczynki”
  • poseł Robert Winnicki: “Aborcjonistki są sojuszniczkami nieuporządkowanego życia seksualnego mężczyzn”
  • poseł Marek Jurek : “Co by było, gdyby kobieta odmówiła powinności macierzyńskiej”

Teksty, jakie z powodzeniem mogłyby paść w poprzednim stuleciu, a nie po akcji #metoo i nie w Sejmie, choć jak widać ryba rzeczywiście psuje się od głowy. Pogarda wobec kobiet przebijająca przez te wypowiedzi to objaw przekonania o absolutnej podległości i “gorszości” połowy społeczeństwa, oznaka braku szacunku i odejście od praktyki chrześcijańskiej, która nakazuje, by kochać bliźniego jak siebie samego. Tym samym oznacza podwójne standardy moralne i niszczy wiarygodność tych mężczyzn jako katolików. Czy oni się tym przejmują? A gdzie tam. Są przekonani o swojej absolutnej racji i misji, jaką ma być uczynienie Polski na powrót krajem w pełni katolickim, gdzie szanuje się każde życie, szczególnie to nienarodzone. Gorzej jednak sprawa wygląda z życiem narodzonym i tu pojawia się rola społeczeństwa – zacznijmy myśleć krytycznie, słuchać, a nie tylko słyszeć i puszczać mimo uszu i nie dopuszczajmy arogancji do władzy, bo w ten sposób wystawiamy sobie samym świadectwo. Czy kraj rządzony przez idiotów bez szacunku do drugiej osoby może coś znaczyć w cywilizowanym świecie?

Protesty, protesty

Kobiety nigdy nie poddają się bez walki i choć pojawia się już zmęczenie strajkami, protestami i demonstracjami, wydaje się, że nie można ich zaprzestać. Do czasu urodzenia drugiego malucha również brałam w nich udział, teraz jest nieco gorzej, ale zamierzam walczyć inaczej. Zamierzam szerzyć miłość do krytycznego myślenia i kwestionowania argumentów, z którymi już nikomu nie chce się dyskutować. Zamierzam wspierać inne kobiety w ich wyborach w imię solidarności, aby dać odpór męskiej chęci dominacji. Zamierzam pisać i namawiać za tymi działaniami, bo tylko w tym, w swoistej pracy u podstaw, otwieraniu umysłów postrzegam możliwość wyjścia z impasu, w jakim znalazła się kobieca część społeczeństwa. Bowiem jak można przeczytać w książce Lucy Ribchester “Sufrażystki”:

Problemu nigdy nie stanowią dewianci (…). Nie zapominaj o tym. Prawdziwie niebezpieczni są ludzie o zamkniętych umysłach.

 

Obsesja siły, czyli jak uspokoić wewnętrznego Hitlera

W życiu bym się nie spodziewała, że napiszę kiedyś cokolwiek z Hitlerem w tytule, ale od tego skojarzenia jakoś uciec nie mogę. A zaczęło się od…Dnia Kobiet, kiedy to opublikowałam tu post o ośmiu silnych kobietach. Wzbudził spore zainteresowanie, ale we mnie wzbudził też niejednoznaczne uczucia. Bowiem napisałam o kobietach silnych, ale mających też spore słabości, do których za nic w świecie nie chciały się przyznać czy im poddać. Przejrzałam swojego bloga i odkryłam, że większość wpisów z kategorii Feminizm to wpisy o sile, o tym, żeby się nie dawać itd. Skąd ta obsesja? Czy feministka musi być silna i trzeba to tak akcentować? Skąd się bierze ta ogromna niechęć do słabości? Myślę, że choć w różnej skali, ale problem ten dotyczy całego naszego społeczeństwa. Lęk przed okazaniem niemocy i niechęć do tych, którzy sobie z jakiegoś powodu nie radzą – coś Wam to mówi?

Hitler i obsesja siły

Wszyscy wiemy, kim był Hitler, ale nie każdy pewnie wie, że jego siła brała się z ogromnej niechęci do słabości. Najbardziej “upodobał” sobie Żydów, których uważał za najsłabszych, a przez to obrzydliwych i gorszych. Widział w nich ciągłe niezadowolenie, marudzenie i niedosyt, które to cechy tępił wokół siebie. Być może wzięło się to z jego dzieciństwa, które – według źródeł historycznych – spędził z sadystycznym ojcem i uległą matką, sam niebezpiecznie osuwając się w dół socjopatii. Brak nawiązywania normalnych stosunków z rówieśnikami, wymuszanie posłuszeństwa, a przy tym silna, charyzmatyczna osobowość, et voila – Europa w gruzach.

To, że obsesja siły najczęściej wywodzi się z problemów w dzieciństwie, jest już znaną prawdą psychologiczną. Na podstawie wielu badań wysnuto tezę, że wpływ ma na to głównie ojciec oraz jego relacje z matką dziecka. Często też mówi się o sile w kontekście “zahartowania”, odporności psychicznej na trudności życiowe, której rdzeń również w dzieciństwie powstaje. Jednak odporność psychiczna a niechęć do słabości mają nieco inne zabarwienie emocjonalne – odporność jest dobra, a niechęć zła. Jak to wypośrodkować?

Mój wewnętrzny Hitler

Wyobraźmy sobie małą dziewczynkę, która dorasta w jednym z wielu szarych bloków w jednym z wielu szarych polskich miast. Ma młodsze rodzeństwo, czasy są trudne, pieniędzy mało, dookoła szaleje transformacja i rozpowszechnia się mit “od pucybuta do milionera”. Jej rodzice ciężko pracują, ona często zajmuje się rodzeństwem, organizując domowe życie pod ich nieobecność. Niestety, atmosfera w domu się psuje. Pieniędzy mało, frustracja rośnie. Ojciec ucieka w agresję, matka w niemoc i uległość, co odbija się na tej małej dziewczynce, która musi szybko dorosnąć. Po kilku laniach wyciąga wniosek, że okazywanie słabości – lęku, złego samopoczucia, niepewności – jest natychmiast karane ciosem w plecy, przez co zaczyna kojarzyć siłę (lub jej udawanie) ze spokojem, dobrym samopoczuciem i ulgą. Ciała nie da się jednak oszukać – ono czuje to, czego głowa nie chce przyznać, więc dziewczynka zaczyna mieć różne dolegliwości, głównie związane z brzuchem i jedzeniem. Czasem opiekują się nią dziadkowie, od których słyszy, że ma “nie histeryzować”, “nie mazać się”, a ojciec ma ciężką ręką tylko dlatego, że “wie lepiej”. Nadal więc wewnętrzna potrzeba siły w dziewczynce wzrasta, a niechęć do bólu i upokorzenia związanego z agresją, jakiej doznaje przeradza się w niechęć do słabości. Lata mijają, dziewczynka staje się twardą kobietą i mierzi ją jakiekolwiek okazywanie słabości, również ze strony partnera czy przyjaciół. Chlubi się swoją siłą i tylko w zaciszu własnego pamiętnika przyznaje, jak bardzo boli ją żołądek i jak bardzo się boi, że jednak okaże się słaba.

Nie jest to do końca moja historia, ale doskonale tę dziewczynkę rozumiem. Mówi się, że życie hartuje. Z kolei Friedrich Nietzsche powiedział, że szczęściem jest “(…) uczucie, że moc rośnie, że przezwycięża się opór”. Poczucie siły daje moc, uskrzydla, pozwala zmierzyć się z tym, co wydaje się niemożliwe. Niechęć do słabości potrafi przerodzić się w niechęć do człowieka, który ją przejawia, choć jest to tylko jeden z wielu aspektów jego osobowości. Czasem odczuwam to w sobie i wtedy się boję, że nieświadomie kogoś skrzywdzę, choćby któreś z moich dzieci, dla których przecież słabość jest codziennością. Słabość to niemożliwość poradzenia sobie samemu, czyli immanentna cecha dzieci, zwierząt domowych, osób z jakiegoś powodu niepełnosprawnych czy nieszczęśliwych. Jest ich wokół nas dużo, wiele jest też w moim otoczeniu. Nigdy nie chciałabym ich skrzywdzić, ale czy sama świadomość tego i swojej ułomności w tym zakresie wystarczy?

Żegnaj, obsesjo siły

Każdy z nas ma swoje mocne i słabe strony, każdy bywa bardzo silny, żeby po chwili okazać się bardzo słabym. Każdy czasem potrzebuje wsparcia i życzliwości, każdy zasługuje na zainteresowanie, jak mu mija życie. Panujące dookoła przekonanie, że “możesz wszystko, jeżeli wierzysz, że możesz” czy “jesteś taki, jak ostatnie wyzwanie, któremu stawiłeś czoła” wywołuje w wielu z nas poczucie winy i pewnej przegranej. Coaching rodzicielski, pracowniczy, związkowy czy nawet zdrowotny to nowe trendy psychologiczne, które chcą nas przekonać, że tylko nasza słabość i pasywność trzyma nas w cuglach, bo bez nich każdy dzień byłby nowym osiągnięciem. Wszyscy boimy się pokazania, że w wyścigu szczurów z jakiegoś powodu nie jesteśmy na czele stawki. Czy nam to służy?

Żegnam się z męczącą obsesją siły. Przyznaję, że kobieta silna to kobieta walcząca o siebie, niezłomna, odważna, ale od tej pory to również kobieta, które nie boi się okazać słabości, poprosić o pomoc czy zatrzymać się, by pomóc słabszemu od siebie. To kobieta, której feminizm nie musi koniecznie pchać na barykady, ale która z życzliwością i uśmiechem poświęca czas na to, co kocha i ludziom, którzy są dla niej ważni, wiedząc, że codzienność równouprawnienia i siły społecznej to praca u podstaw i spokojne obstawanie przy swoim. Kobiety i mężczyźni są równi, ale mają różne poziomy siły, a każdy z nich wymaga innego podejścia, lecz nie powinien stać się przedmiotem krytyki. Okazanie słabości, tak jak i przyznanie się do obsesji siły, to nie wstyd, a oznaka…siły psychicznej, pewności, że niczyja krytyka nie jest w stanie mnie zranić, jeżeli na to nie pozwolę.

Siła słabości

Widzicie tę scenę?

Fot. za Facebook (Laura Wolf)

To zdjęcie ukazało się w zeszłym tygodniu na najpopularniejszym portalu społecznościowym. Oto kelnerka Evoni Williams kroi niedołężnemu klientowi, uskarżającemu się na niedowład rąk i ogólnie zły stan (widzicie aparat tlenowy przy jego nogach?), szynkę, z czym on sam miał ogromny kłopot. Zwykły akt dobroci, pochylenia się nad słabością, bez samozachwytu, absolutna skromność tej pani. Oczywiście widoczek ten obiegł świat, a pani dostała od miejscowej uczelni stypendium na naukę na dowolnie wybranym kierunku – w uznaniu jej dobroci! Największa siła to ta, która nie krzyczy na swój temat i nie unosi się wyższością, ta, która słabemu nie daje odczuć, że bez niej by sobie nie poradził. Prawdziwa siła jest kobietą i potrafi być też słabością, co mam na uwadze każdego dnia.