Audrey Cafe

O tym, co łączy małpy Yunnan z Dniem Kobiet

Photo by Ecointersect
W sobotę zdarzyło się coś dziwnego – obejrzałam film przyrodniczy i mnie wciągnął. Nie wiem, czy to kwestia pałętających się po moim organizmie resztek hormonów, czy też po prostu brak pozytywnych obrazów dookoła, ale był to film dobry i ciekawy. Jego tytuł mówił o “małpach z Shangri-La”, czyli fikcyjnej krainy będącej synonimem harmonii i ogólnej szczęśliwości. Małpy te są dla siebie dobre, często się przytulają i dbają o siebie nawzajem, co nie jest częste w świecie zwierzęcym, nie mówiąc o ludzkim. Potrafią też stawiać młodym granice i dbać o swój komfort, co już mocno mnie natchnęło. Nawet młode, które straciło ojca, a mamę miało tylko przez chwilę, nie zginęło, bo reszta stada o nie dbała, jednocześnie pozwalając mu na naukę samodzielnego radzenia sobie z życiem.
Gdy film się skończył, pomyślałam sobie, że może moje marzenia o życiu w miłej atmosferze i wśród życzliwych ludzi nie jest aż takie naiwne – skoro nawet małpy potrafią… Tak się zwykło u nas mówić. Ludzkie poczucie wyższości nad innymi stworzeniami to zresztą temat na całkiem inną opowieść. Nawiązując do niego, można inaczej zerknąć na Dzień Kobiet – dzień, w którym wszystkie kobiety chodzą z przyklejonym uśmiechem i (nie)szczerze dziękują za ochłapy kwiatów, jakie im rzucono w nieeleganckiej folii. Żeby ten uśmiech był nieco szczerszy, wyszukałam kilka kolejnych sposobów na robienie zakupów (i prezentów!) z jednoczesnym dbaniem o świat wokół nas.
1. Skoro zaczęłam od zwierząt, to polecam akcję charytatywną Mokobelle. Z każdej sprzedanej sztuki biżuterii przeznaczonej na tę akcję aż 60% jej wartości trafia do organizacji zajmującej się psami oraz do Akcji dla Zwierząt Viva! Są to głównie naszyjniki i bransoletki, między innymi z symbolami psimi i kocimi, czyli dla miłośniczek zwierząt idealne pod każdym względem.
2. Moje nowe odkrycie to portal FaniMani. Umożliwia on dokonywanie zakupów na dotychczasowych wybranych przez nas stronach, ale za swoim pośrednictwem, dzięki czemu bez żadnych dodatkowych kosztów część wartości kupionych przez nas przedmiotów trafia do wybranej organizacji. Organizację można za każdym razem wybrać inną, a opcji jest mnóstwo, więc na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Dobry sposób na pomaganie BEZ wysiłku.
3. Na nieco podobnej zasadzie działa portal Do More, z tym że tutaj jest to jedna z opcji – cashback podczas zakupów na współpracującej z portalem stronie. Do tego można kupić konkretne rzeczy dla konkretnej organizacji lub przekazać datek, także do wyboru do koloru.
4. Ostatnia opcja, z której również zdarzyło mi się skorzystać, to Charytatywni Allegro. Zasad chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć – wybieramy cel i przedmiot z jednej z aukcji do niego przypisanych i kupujemy. Proste, szybkie i skuteczne.
Do pomagania wcale nie trzeba okazji, czasem trzeba przypomnienia. Jeżeli więc chcecie być o jeden krok bliżej do Shangri-La, warto go po prostu zrobić 🙂

Minimalizm a rodzina

“Rodzina, ach, rodzina… Rodzina nie cieszy, nie cieszy, gdy jest, lecz kiedy jej ni ma, samotnyś jak pies…” Tutututu, tutututu. Tak sobie ostatnio podśpiewywałam przy okazji kolejnego rodzinnego posiłku, spędzonego w atmosferze miłej, bo chwilowej. Tekst napisany tak dawno, a jednak aktualny nad wyraz, skłonił mnie do zastanowienia się nad minimalizmem w tej właśnie sferze życia.
Kiedy byłam młodsza i mieszkałam z rodzicami, w naszym mieszkaniu było mnóstwo rzeczy. Nic konkretnego i nic czym można się było pochwalić, a jednak wyglądały z każdego kącika i zbierały kurz. Miałam mało ubrań, książek, nie mówiąc o takich luksusach jak płyty czy komputer. Tak jak spora część pokolenia mojego i moich rodziców cierpiałam na poczucie braku. Moi rówieśnicy mieli fajne nowe ubrania – ja znałam wszystkie lumpeksy w okolicy. Moi rówieśnicy mieli nowe rowery, rolki itp. – ja pasjonowałam się tańcem i mnóstwo czytałam. Wyrobiłam w sobie dbałość o świat wewnętrzny, skoro zewnętrzny niezbyt mi odpowiadał. Dzięki temu udało mi się nie utożsamiać wartości człowieka z wartością np. tego, w co jest ubrany. Nie zrozumcie mnie źle – nie skarżę się ani nie narzekam, po prostu tak nam się wtedy układało i z tej perspektywy próbuję zrozumieć, dlaczego dla moich rodziców wyrzucenie czegoś do śmieci zamiast wyniesienia do piwnicy na wieczne nienaprawienie było małą tragedią. To historia naszego kraju i jego obyczajowość, przymus wyrobienia w sobie umiejętności godnych Adama Słodowego (choćby słynne punkty repasacji pończoch) sprawiły, że moi dziadkowie, a potem rodzice szanowali wszystko, co udało im się zdobyć, z niechęcią myśląc o pozbyciu się tego. Właśnie – zdobyć. W dzisiejszej kulturze nadmiaru ciężko jest to w ogóle pojąć.

 

Rok temu sama zostałam mamą. O ile udało mi się nie oszaleć podczas ciąży na punkcie wszystkich “słodkich” ubranek i tysiąca gadżetów, o tyle po pojawieniu się malucha na świecie nieco zwariowałam. Głównie na punkcie książeczek (chyba mam to w genach) i kilku (no dobrze, kilkunastu) zabawek, jak się okazało pseudoedukacyjnych. Kilka miesięcy i wyciągów z konta później otrzeźwiałam i z przerażeniem spojrzałam na miejsce zabaw synka w domu – było pełne plastiku (ale pozbawionego BPA – to zło), porzuconych klocków i niekompletnych samochodzików. Zrozumiałam, że przelałam częściowo moje dziecięce poczucie braku na pierworodnego. Zbiegło się to w czasie z szybszym rozwojem malucha i moim ponownym odkryciem minimalizmu. Skutki? Natychmiastowe.
Po kilku lekturach i wielu przemyśleniach dotarło do mnie, że:
1. W rodzinie zawsze znajdą się jakieś wyrzuty, ale choćby nie wiadomo, co robić, nie da się jej członków wymienić (poza członkami nabytymi typu mąż :p), więc dla ułożenia cywilizowanych relacji i dla dobra spożywania wspólnych posiłków w spokoju, trzeba zrezygnować ze swoich oczekiwań, pretensji i roszczeń wobec nich. Jeżeli coś nas męczy, warto zdobyć się na szczerą rozmowę. Jeżeli nawet niczego nie zmieni, nam będzie o wiele lżej i przynajmniej będziemy uczciwi wobec siebie. W przypadkach skrajnej niereformowalności – po prostu zamilknąć i zająć się sobą 🙂
2. Dziecku nie zależy na zabawkach, za to zależy mu na rozwoju i bliskości. Do obu tych rzeczy wcale nie potrzeba 15 książeczek edukacyjnych, trzech hulikul ani pięciu piłeczek – wystarczą dwie, a do tego dużo pomysłowości, otwarcia, ciekawości i miłości. Powinno wystarczyć przynajmniej do drugich urodzin 🙂
3. Każdy z nas ma limitowany czas obecności na świecie. W dodatku już na początku ląduje w rodzinie, której nie wybierał, ale którą uczy się kochać i doceniać, i vice versa. Nie zawsze się to udaje i ludzie wychodzą z tego mniej lub bardziej potłuczeni, ale warto pamiętać, że…to się kiedyś skończy. W mojej rodzinie zdarzyło się już kilka przedwczesnych odejść i zawsze wiązały się z żalem, że czegoś nie zdążyło się zrobić. Warto o tym pamiętać przy kolejnej kłótni czy licytacji, kto ile zrobił i dla kogo.
4. Nasz świat mocno pędzi do przodu i ciągle czegoś od nas chce, a przynajmniej tak nam się wydaje. Dla bliskich, znajomych, przyjaciół, dzieci mamy wiecznie reglamentowany czas, w dodatku dzielony między komórkę, telewizor i nasze problemy. A gdyby tak spotykając się z kimś czy spędzając z nim czas po prostu być? Wyłączyć telewizor, odrzucić męczące myśli i wyłączyć powiadomienia w komórce? Dwie godziny takiego bycia “z” kimś są więcej warte niż pół dnia z komórką w ręku. W dodatku dzieci choćby ciągle nas obserwują i uczą się, jak się przebywa z innymi ludźmi, więc pytanie, jak chcemy, żeby kolejne pokolenie spędzało wspólnie czas? To się zaczyna teraz.

 

5. Prawdziwe jest równanie mniej rzeczy = więcej czasu. Wyrzucenie czegoś nie oznacza końca świata, rezygnacja z bardzo angażującego zlecenia na rzecz pójścia z kimś bliskim do teatru nie oznacza porażki zawodowej, a sprawdzanie poczty co godzinę zamiast co 15 minut pozwala się skupić na tym, co prawdziwe – na życiu. Nasze pokolenie nie musi zdobywać, ale wciąż dokonuje wyboru, jaką rzecz “zaprosi” do siebie, więc warto to robić spokojnie i mądrze.
Czego sobie i Państwu życzę 🙂

Jak ugryźć minimalizm cz. 2 – Książeczka minimalisty by Leo Babauta

Minimalizm. Dobrze się kojarzy, wydaje się łatwy w obsłudze, nie wymaga wiele (jak sama nazwa wskazuje). Samo słowo zdaje się wprowadzać pewien spokój. Ta swego rodzaju filozofia życiowa jest popularna już od kilku dobrych lat, więc jestem w jej odkrywaniu nieco opóźniona, ale za to podchodzę do niej z gorliwością neofity. Na razie bardziej się to tyczy teorii niż praktyki, ale wszystko przede mną.
Blog Zen Habits funkcjonuje już od kilku lat i cały czas cieszy się niesłabnącą popularnością. Polecają go wszyscy zainteresowani minimalizmem, a więc i ja chciałam go poznać. Jako że jednak lepiej czuję się obcując ze słowem drukowanym niż elektronicznym, sięgnęłam po książkę autora bloga, Leo Babauty, pod tytułem “Książeczka minimalisty. Prosty przewodnik szczęśliwego człowieka”. 
Książka w porównaniu z wcześniej recenzowaną “Sztuką umiaru” Dominique Loreau jest pisana bardzo prostym, rzeczowym i zrozumiałym językiem. Powiedziałabym nawet minimalistycznym. Jak sam tytuł mówi, jest to swoista instrukcja dla każdego, kto chce swoje życie uprościć w dowolnym jego aspekcie. Znajdziemy tu więc porady dotyczące minimalizmu w domu, pracy, pielęgnacji osobistej, finansach, podejściu do życia, wychowywania dzieci, jedzenia, ćwiczeń fizycznych, a nawet podróżowania. Choć wszystkie instrukcje można uprościć (!) do sentencji: pozbądź się tego, co niepotrzebne, a ciesz się tym, co lubisz, to książka ta może się okazać naprawdę przydatna.
Leo Babauta zawarł w swojej niewielkiej objętościowo publikacji bardzo ciekawe porady, które mogą się przydać każdemu. Mi na przykład bardzo spodobał się pomysł pozbycia się wszelkich ikon z pulpitu komputera, a zamiast tego używanie opcji wyszukiwania. Sprawdziłam – to naprawdę upraszcza i pozwala się skupić na zadaniu, które jest do zrobienia od razu po włączeniu komputera. Świetna jest także rada związana z pozbywaniem się bałaganu z domu (dziesięciominutowe sety każdego dnia ułatwiają sprawę).
W “Książeczce minimalisty” Babauta radzi digitalizację wszelkich dokumentów i pozbycie się ich papierowej wersji (w granicach dozwolonych prawem jestem jak najbardziej na tak), ale ta sama rada dotyczy też książek. Zamiast korzystania z wersji drukowanych radzi więc przerzucić się na e-booki. Z tym mam największy problem, bo nadal bardzo sobie cenię książkę klasyczną, szeleszczącą papierem i pachnącą farbą drukarską i nie mogę się przełamać, więc w moim domu regał to nadal dość przysadzisty mebel.
Minimalizm jest dobry dla środowiska, ekologiczny i stanowi idealne rozwiązanie dla zmagających się ze zgiełkiem i wrzaskiem pędzącego świata. Książka Babauty pełna jest praktycznych porad pozwalających na ułatwienie sobie życia, a skorzystanie choćby z części z nich robi prawdziwą różnicę. Polecam więc wszystkim, którzy interesują się tematem i lubią książki napisane prosto, jasno i na temat. Leo Babauta nazywa swój poradnik “przewodnikiem szczęśliwego człowieka” i coś w tym jest. Przygodę z minimalizmem radzi zacząć od uświadomienia sobie, że mamy już wszystko, czego potrzebujemy, jeżeli jednak nie macie jeszcze tej książki, to serdecznie polecam 🙂

Rewolucyjna dieta pięciopączkowa!

Dziś Tłusty Czwartek, dzień wszelkiej obfitości i przesytu. Niedługo po nim nadejdzie czas wszechobecnego odchudzania i zmieniania się na lepsze. Jako że czasem łatwo się pogubić w świecie diet, zaleceń i przepisów, postanowiłam poszperać w internecie i innych zasobach i przedstawić dietę pięciopączkową, której skutkiem ubocznym będzie…zmienianie świata.
Wszyscy chcemy żyć we wspaniałym, sprawiedliwym i równym świecie. Zamiast tego dobijają się do nas wiadomości o wojnie w Syrii, fali uchodźców, kryzysie gospodarczym, dziwacznej sytuacji politycznej w Polsce. To wszystko nie wygląda dobrze i na pewno znajdą się tacy, którzy chcieliby to zmienić, ale nie czują się władni. Rezygnują więc, stwierdzając, że zajmie się tym ktoś inny – politycy, celebryci, działacze… Zmienianie świata brzmi przerażająco i kusząco zarazem. Wygląda na zadanie bardzo trudne, przytłaczające i odbierające radość życia. Wymaga dużo odwagi, wyjścia poza strefę komfortu. Pewnie trzeba się będzie do tego użerać z malkontentami, smutasami i konformistami. 
A co, jeżeli zmienianie świata nie będzie głównym celem, a efektem ubocznym? Prawda jest taka, że samo nasze bycie w świecie już na niego wpływa. Nasz sposób życia, odżywiania, spędzania wolnego czasu, podróżowania – wszystko ma znaczenie. Może więc warto spróbować?
Jeżeli odpowiedź jest twierdząca, zapraszam do zapoznania się z moją autorską dietą pięciopączkową 🙂
GŁOSUJ!

Patrząc na obecną sytuację w Polsce można stwierdzić, że ten pączek powinien być naszym daniem głównym. Grzech zaniechania w tym przypadku mści się okrutnie i do tego długoterminowo. Frekwencja w zeszłorocznym referendum na temat m.in. jednomandatowych okręgów wyborczych wyniosła 7,8%, a w wyborach parlamentarnych – 50%, a tymczasem w takiej np. Danii – 85%! Jeżeli więc nie chcemy, żeby ktoś za nas decydował – zróbmy to sami. Czasem zasięg danej decyzji jest niewielki, ale każdy nasz głos ma znaczenie, choćby dla nas i naszego samopoczucia.

POMAGAJ!

Pomaganie jest dobre bez względu na jego skalę. Nie każdy może wyjechać na rok do Afryki, żeby tam budować studnie czy spędzać większość popołudni w hospicjum jako wolontariusz. Prawda jest jednak taka, że pomagając – oprócz rzeczywistej poprawy czyjejś sytuacji – czujemy się lepiej, bardziej wartościowo i radośnie. Tak, pomaganie bywa egoistyczne, ale w dobrym sensie – czujemy się lepiej, ktoś inny czuje się lepiej, a ogólna suma dobra na świecie rośnie. Zasada “win-win” obowiązuje.

DBAJ!

O siebie – swoje samopoczucie, sposób odżywiania, to, jak spędzasz czas i czemu poświęcasz swoją uwagę. ROZWIJAJ SIĘ! O innych – najpierw najbliższych – czy jest im dobrze? Czy możesz coś zrobić, żeby czuli się lepiej? Czy chcą więcej twojej uwagi? O tych nieco dalszych – znajomych, sąsiadów, kolegów z pracy. Czy możesz coś zrobić, żeby lepiej wam się żyło? Czasem wystarczy uśmiech i…pączek 🙂 W końcu o tych nieznajomych, mijanych na ulicy czy stojących w tej samej kolejce w sklepie. Bądź uważny, uczynny, bezinteresowny – wiem, że to brzmi jak z dziewiętnastowiecznej czytanki, ale nic lepszego od tej pory ludzkość nie wymyśliła dla dobra współżycia społecznego.

KUPUJ ŚWIADOMIE!

Nasz pieniądz wpuszczany do obrotu podczas zakupów ma znaczenie! Nawet jeżeli to tylko złotówka czy dwie, w skali globalnej nabiera ogromnej wartości. Żywność, ubrania, gazety, książki, a potem samochody, domy, mieszkania… Raty, kredyty, wynajem, leasing, kupno – opcji jest wiele, a każdy nasz wybór wywrze jakiś wpływ na sporą liczbę ludzi. Wybieranie miejscowych producentów, wspieranie sprawiedliwego handlu czy kupowanie rzeczy wyprodukowanych w sposób przyjazny środowisku – to wszystko ma znaczenie! Czytanie etykiet, metek, pytanie o pochodzenie produktu wymaga nieco czasu i energii, ale w ogólnym rozrachunku wychodzi wszystkim na dobre.

DZIAŁAJ!

Wiem, że brzmi to czaso-, uwago- i energochłonnie, ale to znów nie muszą być duże rzeczy. Czasem wystarczy wrzucić szklaną butelkę do kosza, żeby jakiś pies nie przeciął sobie łapy albo przepuścić kobietę z małym, płaczącym jej na rękach dzieckiem w sklepie. Znów banał z podręcznika dla sześciolatków, ale status quo nigdy się nie zmieni, jeżeli my nie zaczniemy. Warto alarmować, gdy widzimy/wiemy, że dzieje się coś złego. Nie wszystko damy radę zrobić samemu, warto namawiać więc innych do pomocy. Zmienianie świata na tym właśnie polega – zaczynaniu od siebie i stopniowym kroczeniu naprzód.

Smacznego!

Uwaga! Czyli o uważności na co dzień

Uważność, mindfulness, bycie tu i teraz. Oto aktualny trend w rozwoju osobistym, remedium na wszelkie stresy i stany lękowe. Nie pędź myślami do przodu, nie analizuj trzech kroków w przód, a zatrzymaj się, odetchnij i pomyśl, co się dzieje TERAZ, co czujesz, czego chcesz. Koncepcja w swej istocie słuszna, bo przecież i tak nie da się być w kilku miejscach i datach jednocześnie, więc po co się stresować czymś, co jeszcze nie nastąpiło?

(więcej…)

Jak ugryźć minimalizm cz. 1 – Sztuka umiaru

Minimalizm jest modny. Minimalizm jest trendy. Minimalizm pozwala zaoszczędzić czas, pieniądze i energię. Lekarstwem zapisywanym na recepcie każdego chorego na wybujały konsumpcjonizm jest właśnie minimalizm. Teraz pełno go wszędzie – w modzie, na blogach, w poradnikach. Wydaje się, że skoro to minimalizm, to cały przemysł wokół niego powinien być…minimalny, ale tak nie jest. Sama się o tym przekonałam, próbując poszerzyć swój stan wiedzy na ten temat. Jeżeli więc chcecie spróbować, czym jest minimalizm nie wydając przy tym pieniędzy na źródła, wpadajcie tu – ja je już wydałam 🙂
Dla humanistki każda przygoda z nową koncepcją zaczyna się od książek. Tak jest i teraz. Choć książką, od której wszystko zaczęło się u mnie jest “Sztuka prostoty” Dominique Loreau, to ma ona już tyle recenzji, że moja byłaby raczej wtórna. Polecę Wam zatem inną książkę tej samej autorki, która jest nieco praktyczniejsza, a dla mnie trafia w punkt.
Jeżeli mieliście kiedykolwiek do czynienia z pisarstwem pani Loreau, znany Wam jest zapewne jej dość egzaltowany styl, przypominający momentami grafomaństwo. W “Sztuce umiaru” jest podobnie, ale praktyczność treści pozwala to znieść. Pojawiają się wprawdzie sformułowania typu “dźwięk ziaren łuskanego groszku opadających na misę z laki przypomina o sensie życia”, jednak da się to wytrzymać.
Głównym tematem książki jest…umiar. Tak, to zaskakujące 🙂 Otóż autorka widzi w umiarze (tutaj w odniesieniu do jedzenia i picia) jedyny sposób na poradzenie sobie ze wszechobecnym marnotrawstwem, obżarstwem, otyłością i złym samopoczuciem. Przypomina, że człowiek nie potrzebuje jeść wiele, ale za to pokarmy dobrej jakości, spożywane świadomie (a nie połykane przed ekranem komputera) i najlepiej przygotowane samemu (na szczęście dla mnie Loreau pozwala na gotowanie z półproduktów). Radzi, jak przywrócić odpowiednie proporcje, cieszyć się jedzeniem i piciem i czerpać z tego radość życia.
“Sztuka umiaru” wpasowuje się w znany i lubiany u nas trend “francuskości”, a jeszcze lepiej “paryżankowatości”. Nacisk na małą ilość i wysoką jakość, rozkoszowanie się samą czynnością jedzenia i celebrowanie każdego posiłku znajdziemy też choćby u Mireille Guilano w książce “Francuzki nie tyją”. Tutaj jednak sporo jest rad praktycznych, począwszy od minimalnego wyposażenia kuchni, przez zalecane produkty, których posiadanie w lodówce czy szafce zawsze pozwoli na wyczarowanie zdrowego posiłku, po garść przepisów i cennych wskazówek typu “jedz mniej, ale zdrowiej”. Podkreśla znaczenie zmniejszenia porcji, słuchania swojego ciała i jedzenia po to, żeby być zdrowym i silnym. To bardzo zdroworozsądkowy sposób patrzenia na odżywianie, który rzeczywiście wydaje się być remedium na nasze konsumpcyjne rozpasanie i jednoczesne narzekanie na ciągle rosnącą wagę.
Do czego przydała mi się “Sztuka umiaru”? Przede wszystkim przypomniała, że ciało nie lubi opychania się, a szczególnie byle czym. Że czasem w porządku jest gotowanie z półproduktów, ale ważne jest GOTOWANIE w ogóle. Od jakiegoś czasu mam z tym problem, bo jako młodej, dość zapracowanej mamie ciężko mi odnaleźć przyjemność w gotowaniu, dlatego lubię, gdy ktoś – jak Dominique Loreau – mądrze mi przypomina, że warto. Polecam zatem każdemu, kto chce zmienić podejście do jedzenia, a w konsekwencji i do życia.
Znacie jakieś ciekawe książki na podobne tematy? A może chcielibyście tu znaleźć recenzję innych tytułów? Zapraszam do zostawiania propozycji w komentarzach 🙂

Szejming, czyli kobiety, które nienawidzą kobiet

W całym Internecie co jakiś czas przetaczają się różne burze związane z różnymi zjawiskami społecznymi. Jako że od roku mam przywilej bycia młodą mamą, po prostu nie mogłam się nie spotkać ze zjawiskiem zwanym “mum shaming”, czyli mówiąc elegancko wskazywaniem młodym mamom elementów do poprawy, aby mogły się przybliżyć do idealnego wzorca matki z Sevres pod Paryżem. Jak ona wygląda, to do końca nie wiadomo – na pewno ma płaski brzuch, błysk w oku, na ręku karmione piersią idealnie grzeczne dziecko, w drugiej ręce odkurzacz i komputer, z którego właśnie wysyła ważne zlecenie dla nowo pozyskanego klienta. Pewna użytkowniczka Facebooka postanowiła podzielić się z innymi swoim zdaniem na ten temat i oczywiście wywołała burzę (patrz np. tu)
Są kobiety, które nienawidzą innych kobiet. Znamy je wszyscy. Znalazłam nawet naukową analizę tego zjawiska, badanego już w XIX wieku przez szacownych filozofów! Otóż kobieta powodowana własną niepewnością/poczuciem zagrożenia/brakiem świadomości siebie/brakiem poczucia własnej wartości/brakiem lepszych rzeczy do roboty upatruje sobie w drugiej kobiecie problem. Często jest to niestety kobieta jej bliska, a prawdziwy dramat dzieje się, gdy jest to córka lub synowa. Jeszcze większy dramat spotyka ją, gdy pojawia się nowe dziecko. Poprawianie sobie samopoczucia pogarszaniem go drugiej osobie – jakże częsty scenariusz, a kopanie leżącego to już prawdziwa radość. To samo dotyczy współpracowniczek w firmie, najlepszych przyjaciółek (nie oszukujmy się) czy uczestniczek zajęć pilatesu – zawsze znajdzie się pole do porównań i poprawienia sobie samopoczucia.
Nie dalej niż chwilę temu na  stronie Gazety Wyborczej znalazłam artykuł, w którym szacowna aktorka Krystyna Janda wytyka innej Krystynie – Pawłowicz, że ta zachowuje się tak, jak się zachowuje z powodu ostrego stadium klimakterium. Ratunku! Nie cierpię tej drugiej pani, ale czy to jest argument na jakimkolwiek poziomie? Tu przypomina mi się niezwykle wyświechtany cytat Madeleine Albright: “W piekle jest specjalne miejsce dla kobiet, które nie wspierają innych kobiet”. Nie chodzi o to, by kochać swoje oponentki czy wstrzymywać się od dyskusji, ale by używać argumentów merytorycznych, a nie związanych z biologią. Niby takie proste…
Tak zwany “szejming” nie dotyczy tylko zwykłych młodych mam. Przedmiotem krytyki może być np. postawa wobec ekologii, dieta, wygląd, styl, zasobność portfela, sposób wypowiadania się, ruszania, hobby lub jego braku, stan wiedzy, inteligencja itp. itd. Słowem wszystko! Smutna prawda jest taka, że w kobiecym/feministycznym dążeniu do równości, same kopiemy pod sobą dołki. Jak młoda matka może z radością wracać na rynek pracy i jednocześnie wychowywać w miarę szczęśliwe dziecko, jeżeli jej własna teściowa ciągle jej coś wytyka? Jak synowa, które ma problemy z zajściem w ciążę może sobie z tym radzić, jeżeli jej mama co miesiąc pyta, czy już się udało? Jak kobiety mogą funkcjonować w świecie i dążyć do jego zmiany, jeżeli pod ostrzałem krytycznych spojrzeń innych kobiet spędzają czas na wmasowywaniu kremu w miejsca dotknięte cellulitem? 
Mówi się, że kobiety są bardziej empatyczne, wrażliwe, uczuciowe. Być może chodzi o postawę wobec zwierząt, dzieci, mężczyzn (kolejność nieprzypadkowa), bo jeżeli chodzi o inne kobiety, to mamy jeszcze dużo do zrobienia. Zatem jeżeli jesteś kobietą – pomyśl o tym, gdy następnym razem spotkasz się z inną bliską ci kobietą. Pomoc możesz znaleźć nawet tu: Jak przestać nienawidzić kobiety 🙂 A jeżeli jesteś mężczyzną – ciesz się i wspieraj swoją kobietą w pozytywnym patrzeniu na siebie samą, bo też czasem potrafisz dolać oliwy do ognia.

Prezenty bez pudła, biżuteria z sensem

Piątkowe słoneczne przedpołudnie, lekki mróz i trochę śniegu – czego chcieć więcej? W tak miłych okolicznościach przyrody chciałoby się, żeby więcej ludzi na świecie miało powody do radości. Niektórzy mówią, że aby jedni mieli lepiej, drudzy muszą mieć gorzej. To bardzo okrutne i mówię temu stanowcze “nie”. Pewnie naiwnie, ale myślę, że dobro i radość się sumują i mnożą, a nie dzielą. Na potwierdzenie moich słów chcę Wam pokazać możliwość do potwierdzania tego w praktyce, z której sama od jakiegoś czasu korzystam. 
Okazji do dawania prezentów nie brakuje. Poza świętami osobistymi typu urodziny czy imieniny wkrótce czekają nas (znienawidzone przez niektórych) Walentynki, potem Dzień Kobiet itp. itd. No i nie zapominajmy o najlepszej okazji, czyli…o braku okazji. Dawanie prezentów ot tak, również sobie samemu, jest cudownym sposobem na wyrażanie miłości, również do siebie 🙂 Poniżej znajdziecie kilka propozycji ode mnie. Wszystkie sprawdzone w praktyce.
Jest to inicjatywa UNICEF-u, która umożliwia zakup praktycznych i bardzo potrzebnych rzeczy dla osób potrzebujących (głównie w Afryce) w ramach prezentu dla kogoś nam bliskiego. To bardzo proste. Zwyczajnie wybieramy konkretny prezent (znajdzie się coś na każdą kieszeń – od koca, przez zestawy szczepionek, po rower), kupujemy go, a w zamian otrzymujemy certyfikat zakupu Prezentu bez Pudła w imieniu bliskiej nam osoby. Nie dostaje ona konkretnego przedmiotu, tylko świadomość, że w jej imieniu potrzebujący otrzymali pomoc. To zapewne opcja dla wybranych, ale naprawdę polecam. Są też opcje na szczególne okazje – ślub, baby shower, urodziny, także jest w czym wybierać.
Biżuteria z sensem – Polska Akcja Humanitarna
Polską Akcję Humanitarną znają chyba wszyscy. To organizacja, która z wielkim sensem pomaga potrzebującym w różnych częściach świata. Jeżeli chcecie ich wspomóc, a nie możecie wyjechać jako wolontariusz do Afryki lub zwyczajnie lubicie piękną, oryginalną biżuterię – oto opcja dla Was! Można tu znaleźć bransoletki i naszyjniki, a nawet tanzański zestaw naszyjnik+bransoletka wykonany przez Tanzanki. Cały dochód ze sprzedaży biżuterii jest przeznaczany na realizację celów statutowych PAH, czyli m.in. dożywianie polskich dzieci, budowę studni w Sudanie czy wsparcie lokalnych społeczności w Afryce. Sama mam ich kilka i mogę szczerze polecić. Do każdej bransoletki dołączany jest specjalny certyfikat.
Bransoletki dla adopcji – Fundacja Rodzin Adopcyjnych
Oto projekt firmowany m.in. przez Magdalenę Różczkę i Pawła Małaszyńskiego. Kupno tych pięknych bransoletek oznacza wsparcie Interwencyjnego Ośrodka Preadopcyjnego w Otwocku, który pomaga maluchom w rehabilitacji i “przystosowaniu” ich do adopcji. Brzmi to może nie najlepiej, ale dla tych dzieci oznacza większe szanse na adopcję. Sama jeszcze nie mam, ale wkrótce to się może zmienić.
A czy Wy znacie jeszcze jakieś akcje z sensem? Takie, które obie strony pozostawiają w dobrym samopoczuciu? Zapraszam do dzielenia się informacjami i pomagania, bo to uskrzydla i wtedy wygląda się tak:

O babci i odkrywaniu swojego potencjału

Dawno, dawno temu była sobie pewna dziewczynka. Przyszło jej dorastać w nieciekawych czasach i w dość nieciekawym miejscu, które na swój cel terytorialny upatrzyli sobie źli Niemcy. Pewnego dnia przyszli i powiedzieli dziewczynce, że ma opuścić swoją mamę i udać się do obozu pracy w Dzierżąznej (swoją drogą ciekawe, jak to brzmi po niemiecku…) Dziewczynka, nie mając wyjścia, tak zrobiła i spędziła kilka lat swojego życia kradnąc z głodu kukurydzę i jabłka, obsługując jednocześnie ogromny folwark wraz ze 149 innymi towarzyszkami niedoli. Szczęśliwie przyszedł koniec wojny, dziewczynka już jako dziewczyna wróciła do miejsca, które kiedyś było jej domem, odnalazła swoją mamę i razem – na polecenie jedynie słusznych władz – udały się na Ziemie Odzyskane w poszukiwaniu nowego domu. 
Ta dziewczynka to moja babcia, której niestety już z nami nie ma, ale która zdążyła mi przekazać mnóstwo miłości i czułości. Skąd je w sobie odnalazła po tak ciężkich doświadczeniach? Nie mam pojęcia, ale im jestem starsza, tym bardziej to doceniam. Babcia była kochana i dbała o to, bym taka też się czuła. Gdy już byłam nieco starsza, zaczęła mówić o tym, jak ważne jest odkrywanie w sobie swojego potencjału i rozwijanie go. Namawiała, żebym nie marnowała czasu, tylko rozwijała się poprzez czytanie, pisanie, wyobraźnię, marzenia. Tak, wygląda na to, że babcie wyprzedziła Paolo Coelho 🙂 
Internet jest aż cały obrzmiały od wskazówek, jak odkrywać i rozwijać swój potencjał, a my w większości tkwimy w miejscu, ograniczając się tylko do marzeń, jak pięknie mogłoby być, gdyby tylko… Odkąd zabrakło mojej babci często dopadało mnie to uczucie, że mogłabym tak wiele, ale nie wiem, jak, nie mam zasobów itp., więc nic nie robiłam. Ostatnio udaje mi się to zmienić, z małą pomocą – a jakże – internetów. Jeżeli i Wam przyda się mały kopniak w kierunku odkrywania i realizacji swojego potencjału, oto pięć najczęstszych porad w tym zakresie znalezionych w przepastnych zasobach internetu:
1. Zastanów się nad sobą
Niestety, bez tego się nie obejdzie. Analiza tego, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy itp. jeszcze nikogo nie zabiła, więc do roboty. Kim jestem? Jakie mam mocne i słabe strony? Czego chcę?
2. Postaw sobie cel
Na początek nieważne, czy długo- czy krótkoterminowy, byle by naprawdę odzwierciedlał to, czego chcemy.
3. Realizuj go
Ha! Tego nikt się pewnie nie spodziewał. Ważne, żeby to robić powoli, każdy krok się liczy. A zgodnie z filozofią kaizen (więcej np. tutaj) czasem im mniejszy krok, tym lepiej.
4. Doceniaj swój sukces
Choćby i najmniejszy – ważne, że jest. Zapisz go, pamiętaj o nim, uśmiechaj się na myśl o nim – już nikt Ci go nie odbierze.
5. Nie porównuj się z innymi
Wiem, że to strasznie trudne, często wręcz nawykowe, ale niestety, do niczego nie prowadzi. Zawsze znajdzie się ktoś lepszy lub gorszy od nas. Porównuj się zatem ze sobą samym – doceniaj swoje sukcesy, wyciągaj wnioski z porażek i…avanti!
Wskazówki te można znaleźć m.in na stronie tinybuddha.com, ale i wszędzie indziej. Ważniejsze jednak od ich szukania, jest wcielanie w życie, bez wymówek. Warto też słuchać samego siebie i czasem wrócić myślą do tego, co kiedyś sprawiało nam radość, a czego dawno nie robiliśmy. Życie jest za krótkie, żeby je marnować. 
Niech moc będzie z nami!
Ps. Pozdrowienia dla wszystkich babć! Z nimi niech moc też będzie.

Witajcie w Audrey Cafe

 

WITAJCIE W AUDREY CAFE
Co ma wspólnego ze sobą Audrey Hepburn, francuski chic, minimalizm i uważność? Jeszcze nie wiem, ale zamierzam się dowiedzieć, bo wszystkie te tematy bardzo mnie interesują. Długo zastanawiałam się nad tym, czy warto wydeptać sobie własne miejsce w „sieci”. Zauważyłam jednak, że mimo ogromnej różnorodności stron, portali, blogów, forów i innych aplikacji ludzie nadal szukają jakości, która im odpowiada, stąd więc moja decyzja, a raczej ambitny plan utworzenia takiego miejsca. 
 
Sam pomysł wziął się z inspiracji Audrey Hepburn – tak, wiem, że to aktorka, a więc teoretycznie nikt godny większego zainteresowania poza ładną buzią i piękną figurą. Z Audrey jest inaczej – to naprawdę była mądra, silna kobieta, która za przydające największej urody uważała uśmiech i oczytanie. Czy można się z nią nie zgodzić? Audrey bardzo aktywnie działała na rzecz UNICEF-u, pokazując tym samym zaangażowanie i chęć uczynienia tego świata lepszym niż go zastała. Przeżyła wojnę, głód, rozstania, rozwody, poronienie – to wszystko nie pozbawiło jej pogody ducha i miłości do ludzi. Choć w internecie mnóstwo jest poradników, jak zrobić makijaż upodabniający nas wizualnie do Audrey, to ja zamierzam kontynuować jej inne dzieło – umiłowania mądrości, wiedzy, działania na rzecz innych i zaangażowania. Poza tematami poważniejszymi znajdziecie tu również rozważania o rzeczach może błahych, ale w życiu codziennym istotnych, łapanie chwil i powody do radości. Takie okruchy codzienności, na które warto być moim zdaniem uważnym. Od czasu do czasu pojawią się także recenzje książek w jakiś sposób dla mnie istotnych, więc jeżeli macie jakieś propozycje – zapraszam do podzielenia się nimi.
 
Jako że to początek, warto się poznać, zatem dwa słowa o mnie. Mam na imię Agata, jestem tłumaczką, filozofką, przedsiębiorczynią, młodą mamą, żoną i pasjonatką flamenco. Inspiruje mnie wiele rzeczy i wiele też interesuje, pomyślałam więc o miejscu, w którym mogę się tym dzielić. 
 
Zapraszam do częstego wpadania do mojej wirtualnej kawiarni! A w tak zwanym międzyczasie do eksplorowania bloga i przeczytania Manifestu Audrey Cafe – a nuż jest o Tobie? 🙂


A Wy co chcielibyście znaleźć w menu? Jakich tematów szukacie? Kim jesteście? Zapraszam do dzielenia się tym, co dla Was ważne.