Audrey Cafe

Rewolucyjna dieta pięciopączkowa!

Dziś Tłusty Czwartek, dzień wszelkiej obfitości i przesytu. Niedługo po nim nadejdzie czas wszechobecnego odchudzania i zmieniania się na lepsze. Jako że czasem łatwo się pogubić w świecie diet, zaleceń i przepisów, postanowiłam poszperać w internecie i innych zasobach i przedstawić dietę pięciopączkową, której skutkiem ubocznym będzie…zmienianie świata.
Wszyscy chcemy żyć we wspaniałym, sprawiedliwym i równym świecie. Zamiast tego dobijają się do nas wiadomości o wojnie w Syrii, fali uchodźców, kryzysie gospodarczym, dziwacznej sytuacji politycznej w Polsce. To wszystko nie wygląda dobrze i na pewno znajdą się tacy, którzy chcieliby to zmienić, ale nie czują się władni. Rezygnują więc, stwierdzając, że zajmie się tym ktoś inny – politycy, celebryci, działacze… Zmienianie świata brzmi przerażająco i kusząco zarazem. Wygląda na zadanie bardzo trudne, przytłaczające i odbierające radość życia. Wymaga dużo odwagi, wyjścia poza strefę komfortu. Pewnie trzeba się będzie do tego użerać z malkontentami, smutasami i konformistami. 
A co, jeżeli zmienianie świata nie będzie głównym celem, a efektem ubocznym? Prawda jest taka, że samo nasze bycie w świecie już na niego wpływa. Nasz sposób życia, odżywiania, spędzania wolnego czasu, podróżowania – wszystko ma znaczenie. Może więc warto spróbować?
Jeżeli odpowiedź jest twierdząca, zapraszam do zapoznania się z moją autorską dietą pięciopączkową 🙂
GŁOSUJ!

Patrząc na obecną sytuację w Polsce można stwierdzić, że ten pączek powinien być naszym daniem głównym. Grzech zaniechania w tym przypadku mści się okrutnie i do tego długoterminowo. Frekwencja w zeszłorocznym referendum na temat m.in. jednomandatowych okręgów wyborczych wyniosła 7,8%, a w wyborach parlamentarnych – 50%, a tymczasem w takiej np. Danii – 85%! Jeżeli więc nie chcemy, żeby ktoś za nas decydował – zróbmy to sami. Czasem zasięg danej decyzji jest niewielki, ale każdy nasz głos ma znaczenie, choćby dla nas i naszego samopoczucia.

POMAGAJ!

Pomaganie jest dobre bez względu na jego skalę. Nie każdy może wyjechać na rok do Afryki, żeby tam budować studnie czy spędzać większość popołudni w hospicjum jako wolontariusz. Prawda jest jednak taka, że pomagając – oprócz rzeczywistej poprawy czyjejś sytuacji – czujemy się lepiej, bardziej wartościowo i radośnie. Tak, pomaganie bywa egoistyczne, ale w dobrym sensie – czujemy się lepiej, ktoś inny czuje się lepiej, a ogólna suma dobra na świecie rośnie. Zasada “win-win” obowiązuje.

DBAJ!

O siebie – swoje samopoczucie, sposób odżywiania, to, jak spędzasz czas i czemu poświęcasz swoją uwagę. ROZWIJAJ SIĘ! O innych – najpierw najbliższych – czy jest im dobrze? Czy możesz coś zrobić, żeby czuli się lepiej? Czy chcą więcej twojej uwagi? O tych nieco dalszych – znajomych, sąsiadów, kolegów z pracy. Czy możesz coś zrobić, żeby lepiej wam się żyło? Czasem wystarczy uśmiech i…pączek 🙂 W końcu o tych nieznajomych, mijanych na ulicy czy stojących w tej samej kolejce w sklepie. Bądź uważny, uczynny, bezinteresowny – wiem, że to brzmi jak z dziewiętnastowiecznej czytanki, ale nic lepszego od tej pory ludzkość nie wymyśliła dla dobra współżycia społecznego.

KUPUJ ŚWIADOMIE!

Nasz pieniądz wpuszczany do obrotu podczas zakupów ma znaczenie! Nawet jeżeli to tylko złotówka czy dwie, w skali globalnej nabiera ogromnej wartości. Żywność, ubrania, gazety, książki, a potem samochody, domy, mieszkania… Raty, kredyty, wynajem, leasing, kupno – opcji jest wiele, a każdy nasz wybór wywrze jakiś wpływ na sporą liczbę ludzi. Wybieranie miejscowych producentów, wspieranie sprawiedliwego handlu czy kupowanie rzeczy wyprodukowanych w sposób przyjazny środowisku – to wszystko ma znaczenie! Czytanie etykiet, metek, pytanie o pochodzenie produktu wymaga nieco czasu i energii, ale w ogólnym rozrachunku wychodzi wszystkim na dobre.

DZIAŁAJ!

Wiem, że brzmi to czaso-, uwago- i energochłonnie, ale to znów nie muszą być duże rzeczy. Czasem wystarczy wrzucić szklaną butelkę do kosza, żeby jakiś pies nie przeciął sobie łapy albo przepuścić kobietę z małym, płaczącym jej na rękach dzieckiem w sklepie. Znów banał z podręcznika dla sześciolatków, ale status quo nigdy się nie zmieni, jeżeli my nie zaczniemy. Warto alarmować, gdy widzimy/wiemy, że dzieje się coś złego. Nie wszystko damy radę zrobić samemu, warto namawiać więc innych do pomocy. Zmienianie świata na tym właśnie polega – zaczynaniu od siebie i stopniowym kroczeniu naprzód.

Smacznego!

Uwaga! Czyli o uważności na co dzień

Uważność, mindfulness, bycie tu i teraz. Oto aktualny trend w rozwoju osobistym, remedium na wszelkie stresy i stany lękowe. Nie pędź myślami do przodu, nie analizuj trzech kroków w przód, a zatrzymaj się, odetchnij i pomyśl, co się dzieje TERAZ, co czujesz, czego chcesz. Koncepcja w swej istocie słuszna, bo przecież i tak nie da się być w kilku miejscach i datach jednocześnie, więc po co się stresować czymś, co jeszcze nie nastąpiło?
Koncepcja uważności, czy jak kto woli mindfulness, jest bardzo prosta (choć oczywiście można znaleźć trenerów, którzy pomogą nam osiągnąć ten stan) i rzeczywiście pomocna chociażby przy radzeniu sobie ze stresem. Pozwala skoncentrować się na faktycznym problemie, uspokoić gonitwę myśli i odetchnąć. Jak wspominałam wcześniej, jest to koncepcja rozwoju osobistego, nakierowanego na “ja”. Ostatnio dotarły do mnie dwie wiadomości, które natchnęły mnie do zastanowienia się, co się stało z uważnością na “ty”.
Sytuacja pierwsza. Informacja z Wrocławia – w szpitalu psychiatrycznym na oddziale, na którym cały czas leżą pacjenci odbywa się remont. Trwa malowanie ścian, wymiana wanien na kabiny prysznicowe itp. Jak tłumaczy dyrektor oddziału, farby są nietoksyczne, a SANEPID wyraził zgodę na prowadzenie prac. Niby wszystko w porządku, ale co mają do powiedzenia pacjenci, zmagający się ze swoimi dolegliwościami w oparach farby i przy stuku młotków? Nie wiadomo, bo nikt ich o zdanie nie spytał. Zostali zdegradowani do roli pionków przesuwanych przez decydentów na szachownicy. Choć sprawa wydaje się błaha, gdy spojrzy się głębiej, można dostrzec, jakie lekceważenie, brak szacunku do człowieka się tu kryje. Na oddziałach leczenia chorób innych niż psychiczne nigdy nie dopuszczono by do takiej sytuacji z wiadomych względów. A tu? Jak ponownie tłumaczy dyrektor, nie dało się tego zrobić bez obecności pacjentów, bo na oddział jest tylu chętnych, że nie ma czasu na jego zamknięcie. Pozornie zwykła informacja, a pod nią cała masa ludzkiego nieszczęścia.
Sytuacja druga. Wszyscy już są zmęczeni informacjami o uchodźcach. “Problem” się pojawił, przeszkadza w dobrym europejskim samopoczuciu i zaczyna podśmierdywać. Tymczasem przez media przemknęła informacja o tym, że ok. 10 tysięcy dzieci będących uchodźcami zaginęło bez śladu w Europie. Niewielka część została przygarnięta przez inne rodziny imigrantów, ale większość padła ofiarą handlarzy ludźmi. W naszej wielkiej cywilizacji, która tak boi się, że uchodźcy naruszą jej status quo i zaczną dopominać się o kawałek tortu też dla siebie, jest mnóstwo dorosłych, którzy wykorzystują dzieci uchodźców – słabe, przestraszone, często nieznające języka i bez grosza przy duszy. Ktoś na tym korzysta, ktoś to widzi i nie reaguje. Dziesięć tysięcy dzieci, nawet małych, nie może zniknąć bez śladu. Czy może? Czy my to dostrzegamy? Czy nasza uważność sięga tak daleko?
W latach 1942-45 na terenie Łodzi funkcjonował nazistowski obóz dla dzieci w wieku od dwóch do 16 lat. Szacuje się, że trafiło do niego 10-12 tysięcy dzieci, czyli tyle, ile dzieci imigrantów brakuje w Europie. Czy wystarczy nam na to uważności?
My, tak zwani milenialsi, wiemy, że kluczem do zdrowia i dobrego samopoczucia jest odpowiednia dieta, ruch, dbanie o związki i spokojne podejście do życia, najlepiej realizowane poprzez jogę, medytację i praktykę uważności. Mamy też to do siebie, że często marudzimy na to, że ci starsi od nas ustawiają nam świat według siebie, rządzą nami, nakładając na nas masę obowiązków i obciążeń. Emerytury, renty, publiczna służba zdrowia – niedługo wszystko to będzie polegać tylko na nas. Chyba nadszedł już czas wzięcia spraw w swoje ręce, zajęcia się “naszym” światem. Czy będzie to miejsce, w którym dzieci giną bez śladu, a osoby chore na depresję wpatrują się w ścianę, z której właśnie zdrapuje się starą warstwę farby? To zależy tylko od nas. Być może pora przenieść naszą uważność na świat dookoła i zająć się nim. Tak, wiem, że nie da się zrobić tak, żeby wszyscy byli zadowoleni, ale czy my jesteśmy?
Mindfulness to cudowna koncepcja i praktyka, która wiele daje, a w zamian zabiera stres. Praktykując ją, nie wylewajmy jednak dziecka z kąpielą. Moja koleżanka, milenials z tendencją roszczeniową, na pytanie, czy czytała o czymś tam w gazecie odpowiedziała, że ona w ogóle nie czyta wiadomości, bo “woli nie wiedzieć”. Tak zwane “zmienianie świata” zawsze zaczyna się od jednego gestu, kroku, słowa. Pozostaje tylko zakrzyknąć “Uwaga!”.

Jak ugryźć minimalizm cz. 1 – Sztuka umiaru

Minimalizm jest modny. Minimalizm jest trendy. Minimalizm pozwala zaoszczędzić czas, pieniądze i energię. Lekarstwem zapisywanym na recepcie każdego chorego na wybujały konsumpcjonizm jest właśnie minimalizm. Teraz pełno go wszędzie – w modzie, na blogach, w poradnikach. Wydaje się, że skoro to minimalizm, to cały przemysł wokół niego powinien być…minimalny, ale tak nie jest. Sama się o tym przekonałam, próbując poszerzyć swój stan wiedzy na ten temat. Jeżeli więc chcecie spróbować, czym jest minimalizm nie wydając przy tym pieniędzy na źródła, wpadajcie tu – ja je już wydałam 🙂
Dla humanistki każda przygoda z nową koncepcją zaczyna się od książek. Tak jest i teraz. Choć książką, od której wszystko zaczęło się u mnie jest “Sztuka prostoty” Dominique Loreau, to ma ona już tyle recenzji, że moja byłaby raczej wtórna. Polecę Wam zatem inną książkę tej samej autorki, która jest nieco praktyczniejsza, a dla mnie trafia w punkt.
Jeżeli mieliście kiedykolwiek do czynienia z pisarstwem pani Loreau, znany Wam jest zapewne jej dość egzaltowany styl, przypominający momentami grafomaństwo. W “Sztuce umiaru” jest podobnie, ale praktyczność treści pozwala to znieść. Pojawiają się wprawdzie sformułowania typu “dźwięk ziaren łuskanego groszku opadających na misę z laki przypomina o sensie życia”, jednak da się to wytrzymać.
Głównym tematem książki jest…umiar. Tak, to zaskakujące 🙂 Otóż autorka widzi w umiarze (tutaj w odniesieniu do jedzenia i picia) jedyny sposób na poradzenie sobie ze wszechobecnym marnotrawstwem, obżarstwem, otyłością i złym samopoczuciem. Przypomina, że człowiek nie potrzebuje jeść wiele, ale za to pokarmy dobrej jakości, spożywane świadomie (a nie połykane przed ekranem komputera) i najlepiej przygotowane samemu (na szczęście dla mnie Loreau pozwala na gotowanie z półproduktów). Radzi, jak przywrócić odpowiednie proporcje, cieszyć się jedzeniem i piciem i czerpać z tego radość życia.
“Sztuka umiaru” wpasowuje się w znany i lubiany u nas trend “francuskości”, a jeszcze lepiej “paryżankowatości”. Nacisk na małą ilość i wysoką jakość, rozkoszowanie się samą czynnością jedzenia i celebrowanie każdego posiłku znajdziemy też choćby u Mireille Guilano w książce “Francuzki nie tyją”. Tutaj jednak sporo jest rad praktycznych, począwszy od minimalnego wyposażenia kuchni, przez zalecane produkty, których posiadanie w lodówce czy szafce zawsze pozwoli na wyczarowanie zdrowego posiłku, po garść przepisów i cennych wskazówek typu “jedz mniej, ale zdrowiej”. Podkreśla znaczenie zmniejszenia porcji, słuchania swojego ciała i jedzenia po to, żeby być zdrowym i silnym. To bardzo zdroworozsądkowy sposób patrzenia na odżywianie, który rzeczywiście wydaje się być remedium na nasze konsumpcyjne rozpasanie i jednoczesne narzekanie na ciągle rosnącą wagę.
Do czego przydała mi się “Sztuka umiaru”? Przede wszystkim przypomniała, że ciało nie lubi opychania się, a szczególnie byle czym. Że czasem w porządku jest gotowanie z półproduktów, ale ważne jest GOTOWANIE w ogóle. Od jakiegoś czasu mam z tym problem, bo jako młodej, dość zapracowanej mamie ciężko mi odnaleźć przyjemność w gotowaniu, dlatego lubię, gdy ktoś – jak Dominique Loreau – mądrze mi przypomina, że warto. Polecam zatem każdemu, kto chce zmienić podejście do jedzenia, a w konsekwencji i do życia.
Znacie jakieś ciekawe książki na podobne tematy? A może chcielibyście tu znaleźć recenzję innych tytułów? Zapraszam do zostawiania propozycji w komentarzach 🙂

Szejming, czyli kobiety, które nienawidzą kobiet

W całym Internecie co jakiś czas przetaczają się różne burze związane z różnymi zjawiskami społecznymi. Jako że od roku mam przywilej bycia młodą mamą, po prostu nie mogłam się nie spotkać ze zjawiskiem zwanym “mum shaming”, czyli mówiąc elegancko wskazywaniem młodym mamom elementów do poprawy, aby mogły się przybliżyć do idealnego wzorca matki z Sevres pod Paryżem. Jak ona wygląda, to do końca nie wiadomo – na pewno ma płaski brzuch, błysk w oku, na ręku karmione piersią idealnie grzeczne dziecko, w drugiej ręce odkurzacz i komputer, z którego właśnie wysyła ważne zlecenie dla nowo pozyskanego klienta. Pewna użytkowniczka Facebooka postanowiła podzielić się z innymi swoim zdaniem na ten temat i oczywiście wywołała burzę (patrz np. tu)
Są kobiety, które nienawidzą innych kobiet. Znamy je wszyscy. Znalazłam nawet naukową analizę tego zjawiska, badanego już w XIX wieku przez szacownych filozofów! Otóż kobieta powodowana własną niepewnością/poczuciem zagrożenia/brakiem świadomości siebie/brakiem poczucia własnej wartości/brakiem lepszych rzeczy do roboty upatruje sobie w drugiej kobiecie problem. Często jest to niestety kobieta jej bliska, a prawdziwy dramat dzieje się, gdy jest to córka lub synowa. Jeszcze większy dramat spotyka ją, gdy pojawia się nowe dziecko. Poprawianie sobie samopoczucia pogarszaniem go drugiej osobie – jakże częsty scenariusz, a kopanie leżącego to już prawdziwa radość. To samo dotyczy współpracowniczek w firmie, najlepszych przyjaciółek (nie oszukujmy się) czy uczestniczek zajęć pilatesu – zawsze znajdzie się pole do porównań i poprawienia sobie samopoczucia.
Nie dalej niż chwilę temu na  stronie Gazety Wyborczej znalazłam artykuł, w którym szacowna aktorka Krystyna Janda wytyka innej Krystynie – Pawłowicz, że ta zachowuje się tak, jak się zachowuje z powodu ostrego stadium klimakterium. Ratunku! Nie cierpię tej drugiej pani, ale czy to jest argument na jakimkolwiek poziomie? Tu przypomina mi się niezwykle wyświechtany cytat Madeleine Albright: “W piekle jest specjalne miejsce dla kobiet, które nie wspierają innych kobiet”. Nie chodzi o to, by kochać swoje oponentki czy wstrzymywać się od dyskusji, ale by używać argumentów merytorycznych, a nie związanych z biologią. Niby takie proste…
Tak zwany “szejming” nie dotyczy tylko zwykłych młodych mam. Przedmiotem krytyki może być np. postawa wobec ekologii, dieta, wygląd, styl, zasobność portfela, sposób wypowiadania się, ruszania, hobby lub jego braku, stan wiedzy, inteligencja itp. itd. Słowem wszystko! Smutna prawda jest taka, że w kobiecym/feministycznym dążeniu do równości, same kopiemy pod sobą dołki. Jak młoda matka może z radością wracać na rynek pracy i jednocześnie wychowywać w miarę szczęśliwe dziecko, jeżeli jej własna teściowa ciągle jej coś wytyka? Jak synowa, które ma problemy z zajściem w ciążę może sobie z tym radzić, jeżeli jej mama co miesiąc pyta, czy już się udało? Jak kobiety mogą funkcjonować w świecie i dążyć do jego zmiany, jeżeli pod ostrzałem krytycznych spojrzeń innych kobiet spędzają czas na wmasowywaniu kremu w miejsca dotknięte cellulitem? 
Mówi się, że kobiety są bardziej empatyczne, wrażliwe, uczuciowe. Być może chodzi o postawę wobec zwierząt, dzieci, mężczyzn (kolejność nieprzypadkowa), bo jeżeli chodzi o inne kobiety, to mamy jeszcze dużo do zrobienia. Zatem jeżeli jesteś kobietą – pomyśl o tym, gdy następnym razem spotkasz się z inną bliską ci kobietą. Pomoc możesz znaleźć nawet tu: Jak przestać nienawidzić kobiety 🙂 A jeżeli jesteś mężczyzną – ciesz się i wspieraj swoją kobietą w pozytywnym patrzeniu na siebie samą, bo też czasem potrafisz dolać oliwy do ognia.

Prezenty bez pudła, biżuteria z sensem

Piątkowe słoneczne przedpołudnie, lekki mróz i trochę śniegu – czego chcieć więcej? W tak miłych okolicznościach przyrody chciałoby się, żeby więcej ludzi na świecie miało powody do radości. Niektórzy mówią, że aby jedni mieli lepiej, drudzy muszą mieć gorzej. To bardzo okrutne i mówię temu stanowcze “nie”. Pewnie naiwnie, ale myślę, że dobro i radość się sumują i mnożą, a nie dzielą. Na potwierdzenie moich słów chcę Wam pokazać możliwość do potwierdzania tego w praktyce, z której sama od jakiegoś czasu korzystam. 
Okazji do dawania prezentów nie brakuje. Poza świętami osobistymi typu urodziny czy imieniny wkrótce czekają nas (znienawidzone przez niektórych) Walentynki, potem Dzień Kobiet itp. itd. No i nie zapominajmy o najlepszej okazji, czyli…o braku okazji. Dawanie prezentów ot tak, również sobie samemu, jest cudownym sposobem na wyrażanie miłości, również do siebie 🙂 Poniżej znajdziecie kilka propozycji ode mnie. Wszystkie sprawdzone w praktyce.
Jest to inicjatywa UNICEF-u, która umożliwia zakup praktycznych i bardzo potrzebnych rzeczy dla osób potrzebujących (głównie w Afryce) w ramach prezentu dla kogoś nam bliskiego. To bardzo proste. Zwyczajnie wybieramy konkretny prezent (znajdzie się coś na każdą kieszeń – od koca, przez zestawy szczepionek, po rower), kupujemy go, a w zamian otrzymujemy certyfikat zakupu Prezentu bez Pudła w imieniu bliskiej nam osoby. Nie dostaje ona konkretnego przedmiotu, tylko świadomość, że w jej imieniu potrzebujący otrzymali pomoc. To zapewne opcja dla wybranych, ale naprawdę polecam. Są też opcje na szczególne okazje – ślub, baby shower, urodziny, także jest w czym wybierać.
Biżuteria z sensem – Polska Akcja Humanitarna
Polską Akcję Humanitarną znają chyba wszyscy. To organizacja, która z wielkim sensem pomaga potrzebującym w różnych częściach świata. Jeżeli chcecie ich wspomóc, a nie możecie wyjechać jako wolontariusz do Afryki lub zwyczajnie lubicie piękną, oryginalną biżuterię – oto opcja dla Was! Można tu znaleźć bransoletki i naszyjniki, a nawet tanzański zestaw naszyjnik+bransoletka wykonany przez Tanzanki. Cały dochód ze sprzedaży biżuterii jest przeznaczany na realizację celów statutowych PAH, czyli m.in. dożywianie polskich dzieci, budowę studni w Sudanie czy wsparcie lokalnych społeczności w Afryce. Sama mam ich kilka i mogę szczerze polecić. Do każdej bransoletki dołączany jest specjalny certyfikat.
Bransoletki dla adopcji – Fundacja Rodzin Adopcyjnych
Oto projekt firmowany m.in. przez Magdalenę Różczkę i Pawła Małaszyńskiego. Kupno tych pięknych bransoletek oznacza wsparcie Interwencyjnego Ośrodka Preadopcyjnego w Otwocku, który pomaga maluchom w rehabilitacji i “przystosowaniu” ich do adopcji. Brzmi to może nie najlepiej, ale dla tych dzieci oznacza większe szanse na adopcję. Sama jeszcze nie mam, ale wkrótce to się może zmienić.
A czy Wy znacie jeszcze jakieś akcje z sensem? Takie, które obie strony pozostawiają w dobrym samopoczuciu? Zapraszam do dzielenia się informacjami i pomagania, bo to uskrzydla i wtedy wygląda się tak:

O babci i odkrywaniu swojego potencjału

Dawno, dawno temu była sobie pewna dziewczynka. Przyszło jej dorastać w nieciekawych czasach i w dość nieciekawym miejscu, które na swój cel terytorialny upatrzyli sobie źli Niemcy. Pewnego dnia przyszli i powiedzieli dziewczynce, że ma opuścić swoją mamę i udać się do obozu pracy w Dzierżąznej (swoją drogą ciekawe, jak to brzmi po niemiecku…) Dziewczynka, nie mając wyjścia, tak zrobiła i spędziła kilka lat swojego życia kradnąc z głodu kukurydzę i jabłka, obsługując jednocześnie ogromny folwark wraz ze 149 innymi towarzyszkami niedoli. Szczęśliwie przyszedł koniec wojny, dziewczynka już jako dziewczyna wróciła do miejsca, które kiedyś było jej domem, odnalazła swoją mamę i razem – na polecenie jedynie słusznych władz – udały się na Ziemie Odzyskane w poszukiwaniu nowego domu. 
Ta dziewczynka to moja babcia, której niestety już z nami nie ma, ale która zdążyła mi przekazać mnóstwo miłości i czułości. Skąd je w sobie odnalazła po tak ciężkich doświadczeniach? Nie mam pojęcia, ale im jestem starsza, tym bardziej to doceniam. Babcia była kochana i dbała o to, bym taka też się czuła. Gdy już byłam nieco starsza, zaczęła mówić o tym, jak ważne jest odkrywanie w sobie swojego potencjału i rozwijanie go. Namawiała, żebym nie marnowała czasu, tylko rozwijała się poprzez czytanie, pisanie, wyobraźnię, marzenia. Tak, wygląda na to, że babcie wyprzedziła Paolo Coelho 🙂 
Internet jest aż cały obrzmiały od wskazówek, jak odkrywać i rozwijać swój potencjał, a my w większości tkwimy w miejscu, ograniczając się tylko do marzeń, jak pięknie mogłoby być, gdyby tylko… Odkąd zabrakło mojej babci często dopadało mnie to uczucie, że mogłabym tak wiele, ale nie wiem, jak, nie mam zasobów itp., więc nic nie robiłam. Ostatnio udaje mi się to zmienić, z małą pomocą – a jakże – internetów. Jeżeli i Wam przyda się mały kopniak w kierunku odkrywania i realizacji swojego potencjału, oto pięć najczęstszych porad w tym zakresie znalezionych w przepastnych zasobach internetu:
1. Zastanów się nad sobą
Niestety, bez tego się nie obejdzie. Analiza tego, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy itp. jeszcze nikogo nie zabiła, więc do roboty. Kim jestem? Jakie mam mocne i słabe strony? Czego chcę?
2. Postaw sobie cel
Na początek nieważne, czy długo- czy krótkoterminowy, byle by naprawdę odzwierciedlał to, czego chcemy.
3. Realizuj go
Ha! Tego nikt się pewnie nie spodziewał. Ważne, żeby to robić powoli, każdy krok się liczy. A zgodnie z filozofią kaizen (więcej np. tutaj) czasem im mniejszy krok, tym lepiej.
4. Doceniaj swój sukces
Choćby i najmniejszy – ważne, że jest. Zapisz go, pamiętaj o nim, uśmiechaj się na myśl o nim – już nikt Ci go nie odbierze.
5. Nie porównuj się z innymi
Wiem, że to strasznie trudne, często wręcz nawykowe, ale niestety, do niczego nie prowadzi. Zawsze znajdzie się ktoś lepszy lub gorszy od nas. Porównuj się zatem ze sobą samym – doceniaj swoje sukcesy, wyciągaj wnioski z porażek i…avanti!
Wskazówki te można znaleźć m.in na stronie tinybuddha.com, ale i wszędzie indziej. Ważniejsze jednak od ich szukania, jest wcielanie w życie, bez wymówek. Warto też słuchać samego siebie i czasem wrócić myślą do tego, co kiedyś sprawiało nam radość, a czego dawno nie robiliśmy. Życie jest za krótkie, żeby je marnować. 
Niech moc będzie z nami!
Ps. Pozdrowienia dla wszystkich babć! Z nimi niech moc też będzie.

Witajcie w Audrey Cafe

 

WITAJCIE W AUDREY CAFE
Co ma wspólnego ze sobą Audrey Hepburn, francuski chic, minimalizm i uważność? Jeszcze nie wiem, ale zamierzam się dowiedzieć, bo wszystkie te tematy bardzo mnie interesują. Długo zastanawiałam się nad tym, czy warto wydeptać sobie własne miejsce w „sieci”. Zauważyłam jednak, że mimo ogromnej różnorodności stron, portali, blogów, forów i innych aplikacji ludzie nadal szukają jakości, która im odpowiada, stąd więc moja decyzja, a raczej ambitny plan utworzenia takiego miejsca. 
 
Sam pomysł wziął się z inspiracji Audrey Hepburn – tak, wiem, że to aktorka, a więc teoretycznie nikt godny większego zainteresowania poza ładną buzią i piękną figurą. Z Audrey jest inaczej – to naprawdę była mądra, silna kobieta, która za przydające największej urody uważała uśmiech i oczytanie. Czy można się z nią nie zgodzić? Audrey bardzo aktywnie działała na rzecz UNICEF-u, pokazując tym samym zaangażowanie i chęć uczynienia tego świata lepszym niż go zastała. Przeżyła wojnę, głód, rozstania, rozwody, poronienie – to wszystko nie pozbawiło jej pogody ducha i miłości do ludzi. Choć w internecie mnóstwo jest poradników, jak zrobić makijaż upodabniający nas wizualnie do Audrey, to ja zamierzam kontynuować jej inne dzieło – umiłowania mądrości, wiedzy, działania na rzecz innych i zaangażowania. Poza tematami poważniejszymi znajdziecie tu również rozważania o rzeczach może błahych, ale w życiu codziennym istotnych, łapanie chwil i powody do radości. Takie okruchy codzienności, na które warto być moim zdaniem uważnym. Od czasu do czasu pojawią się także recenzje książek w jakiś sposób dla mnie istotnych, więc jeżeli macie jakieś propozycje – zapraszam do podzielenia się nimi.
 
Jako że to początek, warto się poznać, zatem dwa słowa o mnie. Mam na imię Agata, jestem tłumaczką, filozofką, przedsiębiorczynią, młodą mamą, żoną i pasjonatką flamenco. Inspiruje mnie wiele rzeczy i wiele też interesuje, pomyślałam więc o miejscu, w którym mogę się tym dzielić. 
 
Zapraszam do częstego wpadania do mojej wirtualnej kawiarni! A w tak zwanym międzyczasie do eksplorowania bloga i przeczytania Manifestu Audrey Cafe – a nuż jest o Tobie? 🙂


A Wy co chcielibyście znaleźć w menu? Jakich tematów szukacie? Kim jesteście? Zapraszam do dzielenia się tym, co dla Was ważne.