Audrey Cafe

Hygge – co to znaczy?

 

Szczęście. Czym jest? To temat na wieeele postów, ale dziś popatrzę na niego od strony…lokalizacji. Od roku 2012 Sustainable Development Solutions Network (SDSN) oraz Earth Institute Uniwersytetu Columbia przygotowują raport szczęścia, szeregujący 156 krajów świata według poziomu zadowolenia ich obywateli. Wynika z niego niezbicie, że jak powtarzają nam od dawna pieniądze szczęścia nie dają, a robi to…równość społeczna, zaufanie do państwa i ogólnie silne więzi społeczne. Dlatego też w tym roku na pierwszym miejscu jest Dania. To może się wydawać zagadkowy wybór – pogoda okropna, wieczory przydługie, a podatki najwyższe na świecie. O co więc chodzi?
Nigdy nie byłam w Danii ani nawet nigdy nie pomyślałam, żeby tam pojechać. Poza tym, że jak widać jest to kraj ludzi szczęśliwych, jest w nim coś jeszcze, o czym przeczytałam niedawno na stronie The Guardian, a co stanowi klucz do poczucia szczęścia tego narodu. Jest to coś, co od dawna do mnie przemawiało, choć nie wiedziałam, że w takim języku. Zawsze myślałam, że to słabość do pewnej znanej firmy meblarskiej, ale teraz już wiem, że chodzi o coś więcej, a na imię mu hygge.
Hygge to w wolnym tłumaczeniu miła atmosfera, co w dużej mierze oddaje sens tego pojęcia. Jest to zasada, którą – podobno – kieruje się większość Duńczyków: ma być miło i przytulnie, niezależnie od okazji i okoliczności. Jak pisze w książce “The Little Book of Hygge” Meik Wiking, hygge to coś więcej niż przedmioty, którymi się otaczamy (choć ponoć bez świec jest to trudne) – atmosfera i doświadczenie, bycie z ludźmi, których się kocha, poczucie bezpieczeństwa i “bycia u siebie w domu”. Hygge to bardziej styl życia niż przedmioty.
Teraz bardzo na czasie jest minimalizm. W warstwie duchowej – chcieć mniej, w warstwie materialnej – surowsze wnętrza, sporo kolorów podstawowych, mało dodatków, czyli “less is more”. Hygge jest niejako w opozycji do tego trendu, pokazując, że to w dodatkach właśnie tkwi siła. W warstwie duchowej – w cieszeniu się małymi rzeczami, drobnymi chwilami, gestami. Wiking tłumaczy hygge jako “sztukę tworzenia atmosfery intymności”, czyli tak naprawdę poszukiwania  – lub kreowania okazji do – szczęścia w każdej chwili,
Polska jest dla wielu krajem zimnym, o długich, jesienno-zimowych wieczorach. Dlaczego więc u nas nie rozwinęła się taka koncepcja? No cóż. Jedni powiedzą, że dlatego, iż Polacy od lat walczyli o siebie, o kraj, wolność, godność, życie, a nie siedzieli pozawijani w koce przy świeczkach z gorącym kakao w dłoniach. Drudzy powiedzą, że to dobre dla mięczaków, a Polska to od zawsze kraj twardzieli, co to herbatę, świeczki i bycie miłym mają w głębokim poważaniu. Właśnie bycie miłym może się tu okazać kluczowe. W Danii więzy społeczne są bardzo silne. Ludzie ufają sobie nawzajem, jak też swojemu państwu. Mają opiekę społeczną na wysokim poziomie, dbają o ekologię i zdrową demokrację. Wynika to oczywiście jak niemal zawsze z uwarunkowań historyczno-geopolitycznych, no ale ile można ubolewać nad polską historią? Jej już nie zmienimy, ale nasze społeczeństwo niestety z traumy historycznej wyjść nie umie i zaufać mało komu potrafi.
Czy można zmieścić więcej świeczek na zdjęciu? 🙂
Jak podaje Wiking, przeciętny Duńczyk zużywa sześć kilo świec rocznie i to – uwaga! – nie zapachowych, bo takie uważa za sztuczne, a naturalnych i organicznych. Siedzą więc w domach, knajpach o ciepłym oświetleniu, popijają różne dobre rzeczy i rozmawiają z przyjaciółmi o tym, jakie życie jest piękne. Chciałabym to jakoś znielubić, ale nie mogę. Za każdym razem, gdy wchodzę do najsłynniejszego szwedzkiego sklepu meblowego ogarnia mnie błogie uczucie (tak, wiem, że to marketingowa iluzja), któremu chętnie się poddaję. Nie robię tego często i nie jestem zakupoholiczką, ale idea sprawiania, żeby każda chwila była najmilsza, jak to tylko możliwe, przemawia do mnie. Picie kawy w surowym wnętrzu a picie kawy w miłej atmosferze, podkręconej przydymionym światłem świec to zupełnie inne rzeczy i chyba jednak w tym drugim klimacie odnajdę się lepiej. Czy to się rzeczywiście tak bardzo kłóci z minimalizmem?

Offline is a new online

Dla początkującej blogerki z aspiracjami to pewnie posunięcie niezbyt marketingowo korzystne (o ile w moim przypadku można mówić o jakimś marketingu), ale przechodzę na dwa tygodnie w stan offline. Wyłączam wtyczkę, wracam dokładnie 1 września z nieco zmienioną koncepcją bloga, dzięki czemu będzie on lepszy i ciekawszy, a ja bardziej twórcza, a na pewno odświeżona. Na ten czas życzę wszystkim łapania chwil oddechu i dystansu do codzienności.

Do następnego przeczytania!

5 sposobów na odzyskanie energii

Czyś dzieciaty, czyś kociata, czyś po prostu popadł w pracoholizm i przez pół nocy obmyślałeś plan działania na jutro, może się zdarzyć, że nocka zarwana, a funkcjonować trzeba. Nawet najlepszym się zdarza, a jako że mnie dziś dopadł właśnie ten stan, dzielę się niniejszymi pomysłami na walkę z okropnym samopoczuciem, chęcią przyłożenia głowy do jakiejkolwiek powierzchni płaskiej i zapadnięcia w dobroczynnie działający sen, gdyby komuś były akurat potrzebne. Nigdy nie wiadomo, kiedy się coś takiego trafi i wszelkie plany zechce popsuć. Od czego zacząć? Najlepiej od początku, czyli od tego, czym jest energia życiowa.
Na pewno to znacie – wychodzicie wypluci, przemęczeni z pracy/domu/sklepu, bierzecie głęboki oddech i już o wiele lepiej. Tak, tak. Powietrze daje nam energię życiową i przybliża nas do jej definicji – energia życiowa to przepływ, poczucie, “że nam się chce”, ruch, dynamika, możliwość podjęcia decyzji o tym, co CHCĘ teraz robić, a nie, co JESTEM W STANIE robić. Bez energii nie ma działania, a więc i życia. To tak zwane z angielska “flow”, które dodaje człowiekowi skrzydeł (przypadkowe skojarzenie z pewną reklamą?!) i popycha do przodu. Jak więc widać, kiepsko się bez energii funkcjonuje, zatem zabierzmy się do odzyskiwania optymalnego dla nas dziś jej poziomu.
Sposób nr 1 – Oddech na świeżym powietrzu (lub w razie konieczności na balkonie czy po prostu przy otwartym oknie)
Nic tak nie dodaje człowiekowi energii, jak porządna sesja spaceru na świeżym powietrzu. Choć co prawda coraz rzadziej możemy powiedzieć, że to, co nas otacza jest świeże, to i tak ma swoje profity. Oddech jest kluczowy podczas porodu, głęboki oddech pomaga, gdy chwyta nas nagły ból, oddechem osiąga się w medytacji czy jodze pożądane efekty. Oddech oznacza przepływ tlenu przez cały organizm, a co za tym idzie – dodanie mu sił i chęci do ruchu. Nic dziwnego, że w sytuacji stresowej zapominamy o oddychaniu, przez co cały organizm się spina i może tylko walczyć lub uciekać – innych opcji brak. Wystarczy jedna krótka sesja oddechowa, żeby od razu poczuć się lepiej. Nic, tylko głęboko odetchnąć!
Sposób nr 2: kawa.
No dobra, wiem. W sytuacjach ekstremalnych nie działa, w za dużej ilości podnosi poziom stresu, a taka zalewana wodą ze słoiczka po prostu nie ma swoich właściwości. Mimo wszystko jednak dla mnie działa jak placebo zastrzyku energetycznego – może nie zawsze fizycznie działa, ale czuję się po niej znacznie lepiej. Poza tym nic tak nie poprawia humoru jak zapach świeżo zaparzonej kawy. I już.
Sposób nr 3: ruch.
Ruch oznacza szybsze krążenie krwi w organizmie, a tym samym większe jego dotlenienie i voila – energia na zawołanie jak w punkcie nr 1. Czasem ciężko się do tego zmusić, gdy tak naprawdę jedyne, o czym marzymy to kawałek kanapy i poduszki, ale nie trzeba wiele. Wystarczy krótki spacer, kilka skłonów czy krążeń ramion, przejście po schodach – drobiazgi, a od razu można się lepiej poczuć.
Sposób nr 4: drzemka.
Kiedy naprawdę już na nic nie ma siły, nawet na oddychanie, pozostaje drzemka. To idealny i szybki sposób na odzyskanie choć części utraconej energii. Ale uwaga – żeby zadziałała odpowiednio, nie powinna trwać dłużej niż 20 min. i najlepiej poprzedzić ją wypiciem kawy. Tak dowiedli amerykańcy naukowcy, a kto chciałby się z nimi kłócić 🙂 Poza tym, czy może być coś przyjemniejszego, jeżeli ktoś ma dla siebie pół godziny? Chyba nie.
Sposób nr 5: zimny prysznic.
Trochę się wymądrzam, bo sama zimnych pryszniców nie cierpię i nie biorę, ale dobra wiadomość jest taka, że może być też chłodny 🙂 Mechanizm znów jest ten sam – chłodna woda pobudza krążenie krwi, a tym samym dotlenienie całego organizmu i w efekcie powera do działania.
Do tego wszystkiego na pewno nie można zapomnieć o piciu wody – nawodnienie to energia, nie inaczej! Tak, wiem, że to wszystko naraz dość banalne się wydaje, ale uwierzcie mi – czasem człowiek jest tak zmęczony, że jedyne, na co ma siłę, to przeczytać i wdrożyć w życie coś prostego. Mi od pisania co prawda energii znacząco nie przybyło, ale zaraz biegnę pooddychać, co i Państwu polecam 🙂

O tym, dlaczego nie wzięłabym udziału w Powstaniu Warszawskim

Kadr z filmu “Robota Wawerska”, źródło: http://www.info-pc.home.pl
Jest ósmy dzień sierpnia. 74 lata temu o tej porze w Warszawie toczyły się walki – młodzi, rozpaleni entuzjazmem laicy kontra doświadczeni żołnierze o nieporównywalnie większym uzbrojeniu. Ciężkie walki toczyły się na Ochocie, Stare Miasto było bombardowane, a Niemcy nacierali na Ratusz, używając w charakterze żywych tarcz kobiet z dziećmi.
Obejrzałam wczoraj film Jana Komasy “Miasto 44”. Długo mi to zabrało, film nie jest taki nowy, to prawda, ale z uwagi na jego duży realizm, nie miałam odwagi zrobić tego wcześniej. Samemu obrazowi mam niestety trochę do zarzucenia – głównie ukłon w stronę popkultury i efekciarstwo – ale nie można mu odebrać tego, że robi wrażenie. Wprawił mnie w nastrój, którym dla zachowania jako takiego zdrowia psychicznego postanowiłam się podzielić. Otóż doszłam do wniosku, że nie wzięłabym udziału w Powstaniu Warszawskim, gdyby przyszło mi taką decyzję podejmować. Niełatwo się do tego przyznać, szczególnie biorąc pod uwagę ogromną pseudopopularność znaku Polski Walczącej, zbanalizowanego do granic możliwości (iluż dużych chłopców już widziałam z Kotwicą Państwa Podziemnego dumnie prężącą się na umięśnionej łydce…), czy sporej niechęci do tekstów Marii Peszek, która w utworze “Sorry, Polsko” śpiewa, że “Gdyby była wojna, (…) Nie oddałabym ci Polsko, ani jednej kropli krwi”, ale tak właśnie jest.
W Polsce wiele się mówi na temat Powstania Warszawskiego, choć niestety rzadko kiedy są to dyskusje merytoryczne. Politycy starają się ogrzać w świetle jupiterów skierowanych na starych, często schorowanych weteranów Powstania. Jak odgarnąć na bok tę śmietankę polityki, w każdej rozmowie, artykule czy filmie można dostrzec przebijający się wniosek o braku wystarczających podstaw do podjęcia decyzji przez kierownictwo Armii Krajowej o rozpoczęciu walk. Krótko mówiąc – liczono na to, że jak Polacy ruszą do boju, przyjdzie Armia Czerwona i im pomoże, choć jednocześnie politycznie chciano pokazać Związkowi Radzieckiemu, że umiemy sami wywalczyć sobie wolność. Czyli liczyliśmy na pomoc, ale żeby zachować twarz, nasi dowódcy wcale jej nie chcieli. Nie jestem historykiem ani politologiem, ale znając się co nieco na tematyce przywództwa czy liderowania wiem, że nikt rozsądny, a odpowiedzialny za innych, nie podejmuje ważnych decyzji, zakładając, że “będzie dobrze”, w ogóle nie wspominając o sytuacjach, gdy chodzi o życie ludzkie. Nie będę się też wdawać tu w rozważania nad (bez)sensem Powstania, ale chcę się przyjrzeć tematowi z punktu widzenia obecnego “cywila”. O co chodzi?
Przez dość wiele lat byłam harcerką. Czasem nadal się nią czuję, stąd pewnie sformułowanie, że harcerzem jest się całe życie. W harcerstwie, a przynajmniej w organizacji, w której ja byłam, panuje niesamowity kult Powstania Warszawskiego, Akcji pod Arsenałem i niepodważalnego bohaterstwa osób biorących udział w tych wydarzeniach, jak i we wszystkich pozostałych działaniach Polski Podziemnej. Jasne, brali w nim udział moi i moich harcerzy rówieśnicy, robili niesamowite rzeczy, nie mając w ogóle wsparcia ani środków i przy tym byli hardzi. Nigdy mnie to jakoś nie mierziło – brałam udział w grach terenowych, miejskich na ten temat, ba, nawet inscenizacjach. Jako że opiekowałam się dziećmi w wieku podstawówkowym, często uderzały mnie ich słowa, gdy – będąc pod wrażeniem kolejnej, dość wiernie oddającej realia Powstania gry terenowej – na koniec dnia mówiły o tym, że gdyby teraz była wojna, to one też by do niej poszły, Patrząc zresztą realistycznie, pewnie w jakiś sposób i oni, i my bylibyśmy wtedy zmobilizowani, ale od tego czasu oblicze wojny się zmieniło (czytaj: odhumanizowało, o ile to w ogóle możliwe) i raczej nie byłoby już takiej konieczności. Mimo to jednak te dzieciaki, pochodzące zazwyczaj z trudnych, niezbyt bogatych domów, będąc pod wpływem emocji deklarowały chęć udziału w działaniach wojennych! Na pierwszy rzut oka można to nazwać sukcesem polityki patriotycznej, ale jak się bliżej przyjrzeć, można niestety dostrzec brak myślenia krytycznego i niezależności w podejmowaniu decyzji. U dzieci to zresztą norma, ale zajęcia dla nich prowadzili przecież głównie dorośli, którzy świadomie kształtowali znak równości pomiędzy pójściem z tłumem w imię patriotyzmu a prawością człowieka.
Małe zdjęcie Małego Powstańca
Żeby było jasne – doceniam bohaterstwo Powstańców, ich odwagę i poświęcenie. Wkurza mnie jednak to, że decyzje podejmowali ludzie niemający do tego kompetencji, w ten sposób ważąc o czyimś życiu i śmierci. Mając dziecko i patrząc na dzieci cierpiące podczas innych konfliktów zbrojnych toczących się teraz na świecie wiem, że mimo ogromnej chęci włączenia się w walkę powstańczą, nie zrobiłabym tego, kierując się rozsądkiem i dbałością o dziecko. Czy to działanie egoistyczne? Pewnie wielu powie, że tak, ale moim zdaniem byłby to mądry egoizm, wynikający z miłości do życia i rodziny. Odwieczne pytanie, co jest ważniejsze – rodzina czy ojczyzna, w Polsce wałkowany przez legiony uczniów ściągających od siebie wypracowania na ten temat – obecnie niesie dla mnie inną odpowiedź niż jeszcze 10 lat temu. A czemu o tym piszę? Bo nawet w trudnych, bogoojczyźnianych tematach powinno się mieć własne zdanie i nie bać się go wypowiadać głośno. Bo każdy, kto myśli inaczej niż mainstream, musi mieć odwagę, by o tym powiedzieć. Bo gdy się nadal rozmawia o wydarzeniach z historii, szczególnie najnowszej, one mają znaczenie i oddaje im się tak ceniony przez niektórych hołd. Bo w naszym kraju od słuchania, co się powinno myśleć są według wielu dzieci, ale dorośli akurat powinni zacząć myśleć po swojemu.
Audrey Hepburn, pytana o swoje doświadczenie jako Ambasadorka UNICEF-u powiedziała, że:
“Opieka nad dziećmi nie ma nic wspólnego z polityką. Być może z czasem, zamiast upolitycznienia pomocy humanitarnej, nastanie epoka ucywilizowania polityki”.
Czego sobie i Państwu życzę.

Nie zasypiać gruszek w popiele, czyli znów o kobietach, mężczyznach i władzy

Dawno, dawno temu, bo jeszcze w podstawówce brałam udział w konkursie matematycznym. Byłam wtedy młoda, ambitna i naiwna (co akurat trochę mi zostało). Razem z wieloma chłopakami z całej szkoły i jedną dziewczyną stanęliśmy w konkury, co by się dostać do etapu dzielnicowego. Okazało się, że świetnie mi poszło i razem z kolegą z innej klasy mieliśmy iść dalej. Niestety, nagle przyszła wiadomość, że dalej może przejść tylko jedno z nas, więc pani matematyczka podeszła do mnie i powiedziała, żebym zrezygnowała, bo i tak dalej nie zajdę, a chłopak jak to chłopak ma przecież predyspozycje do matematyki. PANI matematyczka! Okrutnie się wtedy zdenerwowałam, ale jedyne, co potrafiłam z tym zrobić, to wypłakać się do poduszki. Matematyki już nigdy potem nie pokochałam, do nauczycielki żywiłam najgorsze uczucia, a chłopak i tak poległ na kolejnym etapie konkursu.
Mój ostatni post o kobiecym przywództwie wywołał spore zainteresowanie i bardzo emocjonalne komentarze na moim profilu na FB. Zdziwiło mnie to głównie dlatego, że wydawało mi się, że temat jest już stary jak świat, przegadany, przekrzyczany i pielęgnujemy tak zwany status quo, więc nic się nie dzieje. Okazało się jednak, że – co akurat mnie cieszy – jestem w błędzie i nadal kwestie płci, równouprawnienia itp. wywołują kontrowersje. Dlaczego mnie to cieszy? Głównie dlatego, że uważam, iż jest jeszcze wiele do zrobienia w tych sprawach, a więc ważne, by ludzi to obchodziło. Poza tym są jeszcze inne dowody na aktualność tego tematu.
Źródło: un.org
1 stycznia br. w życie weszło 17 Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ, które w założeniu mają być osiągnięte do roku 2030 i znacznie poprawić kondycję naszego świata. Celem numer pięć jest równość płci (gender equality) co poświadcza moje przekonanie o istotności tej kwestii 🙂 W ramach realizacji tego celu powołano do życia kampanię HeForShe, której twarzą jest Emma Watson, a zadaniem – popularyzacja tematu równouprawnienia płci, a także konkretne działania na rzecz “dobrej zmiany” w tym zakresie. Jak można przeczytać na stronie ONZ dotyczącej tego celu, “zapewnienie kobietom i dziewczynkom równego dostępu do edukacji, opieki zdrowotnej, porządnej pracy i udziału w procesach podejmowania decyzji w zakresie polityki i gospodarki przyczyni się do zrównoważonego rozwoju i przyniesie wiele korzyści społeczeństwom i ludzkości w ogóle”. Czy jakikolwiek myślący człowiek może się z tym nie zgodzić? Moim zdaniem nie, gdyż nie ma w tym stwierdzeniu niczego, co nakazywałoby komukolwiek cokolwiek, a przecież przed tym najbardziej się bronimy. To raczej przypomnienie, że ludzie rodzą się równi i do takiego życia mają prawo. Znane już hasło “demokracja bez kobiet to pół demokracji” mówi o tym samym, choć pewnie bardziej kontrowersyjnie dla niektórych.
Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że to tylko szczytne założenia biurokratów, którzy na papierze snują wizje niewykonalne w codziennym życiu. Fakty jednak mówią same za siebie. Niedawno, bo 30 lipca obchodziliśmy Światowy Dzień Przeciwko Handlowi Ludźmi. Czy wiecie, że 80% osób będących “przedmiotem” handlu żywym towarem to kobiety? A czy wiecie, że w Polsce w ciągu tygodnia giną trzy kobiety z powodu przemocy domowej? To twarde liczby, które nawet kiepskim matematykom mogą powiedzieć, że coś jest nie tak.
W każdym tunelu na szczęście można znaleźć jakieś światełko, Nie dalej jak wczoraj na portalu wirtualnemedia.pl znalazłam informację o byłym już prezesie słynnej agencji reklamowej Saatchi&Saatchi, którego zwolniono z pracy za to, co powiedział na temat kobiet. Poszło o to, że w wywiadzie dla jednego z magazynów stwierdził, iż problem z równouprawnieniem płci w branży reklamowej wynika z braku ambicji kobiet, które same nie chcą podejmować funkcji kierowniczych, mimo że im się to proponuje. Na koniec bardzo elegancko stwierdził, że “ta pieprzona debata jest skończona”. Cóż, wychodzi na to, że wcale skończona nie jest, bo prezesa zwolniono po 19 (!) latach pracy, po tym, jak jego wypowiedź wywołała ogromne oburzenie i krytykę ze wszystkich możliwych stron. Sama agencja odżegnuje się od takich poglądów i chwali tym, że 60% jej zespołu to kobiety (co jednak, jak wiadomo, wiosny nie czyni).
Posądzono mnie ostatnio, że chcę wszystkie kobiety pchać na siłę do władzy, w górę, na wyższe stanowiska, żeby po prostu przejęły władzę nad światem. Jednocześnie zarzuca się mi, że ignoruję mężczyzn i cenę, jaką niejednokrotnie płacą za swoje sukcesy, choćby w sferze rodzinnej czy osobistej. Otóż nie, żadne z tych stwierdzeń nie jest prawdą. Uważam, że każdy ma wybór, jaką drogą chce iść. Jeżeli jednak jest na pozycji mniej uprzywilejowanej i ma obiektywne trudności w zdobyciu pozycji, jaką chce, w przypadku posiadania odpowiednich narzędzi należy mu pomóc. Tak działają ścieżki menedżerskie dla kobiet, ale też urlopy tacierzyńskie dla ojców. Dla wszystkich zainteresowanych podniesieniem alarmu, że “ta wojująca feministka znów gada, że kobiety mają gorzej, a przecież mają lepiej”, śpieszę poinformować, że feminizm to według wielu definicji przekonanie, że kobiety i mężczyźni są równi i działanie na tę rzecz, a ja z wielką przyjemnością będę nadal gadać na ten temat. Jak na razie nie ma równości między obiema płciami, ale pozostaje mieć nadzieję, że przy odrobinie wysiłku uda się to zmienić.

Brr, czyli o kobiecym przywództwie

Spełnia nam się życzenie “Obyś żył w ciekawych czasach”. Na całym świecie dzieje się, oj dzieje. Nic tylko patrzeć i komentować, choć nie każdego to się tyczy. A już na pewno nie każdej. Do czego piję? Otóż popatrzcie na przykład na to zdjęcie:
Źródło: http://www.nato.int
A teraz pytanie: ile widać na nim kobiet? Krótka chwila zastanowienia i oto mamy odpowiedź: cztery. Tak jest! Cztery kobiety rządzące krajami na 52 uczestników szczytu NATO, który odbył się w tym roku w Warszawie. Niewiele, prawda? No ale, może ktoś powiedzieć, to przecież normalne, bo kobiet w polityce jest dużo, tylko nie zawsze je widać. Pełnią funkcje pomocnicze, są od “brudnej” roboty. lub po prostu pełnią inne funkcje. Zresztą temat braku widoczności kobiet w polityce jest dość ograny i właściwie wszystko już na ten temat powiedziano. Czyżby?
Całkiem niedawno w tygodniku “Wprost” popełniono artykuł o rosnącej feminizacji polityki. Na dowód przytoczono przykłady nowej pani premier Wielkiej Brytanii, Theresy May, Angeli Merkel rywalizującej z liderką populistycznej partii AFD czy żądnej władzy Marine Le Pen. Rzeczywiście, patrząc na Europę można odnieść wrażenie, że kobiety przejmują coraz więcej władzy, jednak to tylko pozory. Wszystkie te panie zmieściłyby się w jednym małym gabineciku, co nie umniejsza oczywiście ich pojedynczym wpływom. Niestety, zupełnie nie przekłada się to na sytuację tak zwanych zwykłych kobiet. A patrząc na polskie podwórko, poza kobietami-paprotkami w PiS-ie inne panie polityczki zmagają się z uprzedzeniami, seksizmem czy wręcz wrogością. Jak na łamach portalu natemat.pl opowiadała ostatnio posłanka Scheuring-Wielgus, jedną z pierwszych rzeczy, jakie usłyszała na korytarzach sejmowych były słowa “niezła z ciebie dupeczka” (cały artykuł tu).
Tymczasem kobiety radzą sobie całkiem nieźle. Być może niejako przyzwyczajone do zmagania się z “męskim” światem wyrobiły w sobie nawyk zmierzania w stronę nadkompetencji – żeby nikt (w domyśle żaden mężczyzna) nie mógł im zarzucić braku przygotowania, doświadczenia czy słynnego już otrzymania pracy “przez łóżko”. Zdarza się więc, że tak jak Aung San Suu Kyi czy Hillary Clinton po wieloletnich staraniach odnoszą wreszcie spektakularny sukces. I co wtedy? Na przykład to:
Źródło: http://www.washingtonpost.com
O co chodzi? Otóż widzicie na zdjęciach Hillary? No właśnie, “Washington Post”, “Wall Street Journal” i kilka innych dużych gazet w Stanach nie okrasiło artykułu informującego o pierwszej w historii nominacji do kandydowania na urząd prezydenta USA kobiety jej zdjęciami. Sytuacja ta wywołała duże zamieszanie w mediach społecznościowych i choć gazety próbowały się tłumaczyć (tym, że samej Hillary na konwencji nie było), to jednak pozostał spory niesmak. W naszych – jak już ustaliliśmy – ciekawych czasach liczy się obecność w mediach. Im więcej, tym zazwyczaj lepiej. Tym samym niezamieszczenie czyjegoś wizerunku jest już działaniem na czyjąś niekorzyść. Co będzie dalej? Można się domyślać, że dalsza kampania wyborcza nie będzie łatwa, choć już teraz Clinton (Hillary, nie Bill) może mówić o ogromnym sukcesie. 
Mocno już wyświechtane powiedzenie głosi, że mężczyzna jest głową, a kobieta szyją, która nią kręci. Kryje się za tym przekonanie, że żaden pan nie podejmie ważnej decyzji bez akceptacji czy wręcz inicjatywy pani, ale niestety ta jakże urocza zasada odnosi się właściwie tylko do świata domowego. Tam kobiety mogą liderować, ile chcą, dążąc do perfekcji, ekologii i oszczędności. W świecie publicznym jest o wiele gorzej. Dość popatrzeć na niesmaczną batalię o prawo do DECYZJI o aborcji w Polsce. Mężczyźni (również przedstawiciele kleru), tłumacząc się dobrem kraju i troską o duszę/sumienie kobiety/lekarza/dziecka/płodu (niepotrzebne skreślić), w toporny sposób zmierzają do odebrania kobietom prawa do decydowania o sobie. Stąd wzięła się kontr-inicjatywa Ratujmy Kobiety i choć ją wsparłam, obawiam się, że nie będzie na tyle silna, by przeciwstawić się walczącym o tak zwane prawo do życia pod sztandarem okrutnych plakatów przedstawiających poronione płody.
Fakty mówią same za siebie – według badania przeprowadzonego przez firmę Zenger/Folkman kobiet-liderów jest nadal mniej niż mężczyzn, a im wyżej w hierarchii, tym gorzej dla płci pięknej. Co ciekawe jednak, kobiety są postrzegane jako liderzy bardziej skuteczni, prawi i sprawiedliwi (!) czy częściej podejmujący inicjatywę. Można mieć w związku z tym nadzieję, że jeżeli każda kobieta zainteresowana jakąkolwiek pozycją o charakterze okołoprzywódczym (poza domem oczywiście) będzie dbać o swoje kompetencje, rozwój i budowanie relacji, jest szansa, że mężczyźni w końcu się posuną i zrobi się dla nas więcej miejsca.
Źródło: http://www.telegraph.co.uk
Na koniec truizm – kobietom w dzisiejszych czasach nie jest łatwo, ale jak na to popatrzeć z większego dystansu nigdy nie było łatwo i zapewne nie będzie. Jednak nawet najwięksi konserwatyści nie są w stanie zatrzymać zmian następujących na całym świecie, co pozwala mieć nadzieję, że kobiet-liderek będzie coraz więcej. Dużo też w tej kwestii zależy od nas samych i naszej siły przebicia. Funkcjonując od kilku dobrych lat w biznesie wiem, że nad większością postaw można pracować, a poczucie kompetencji i doświadczenie dodają pewności siebie. Nie każda z nas musi być przedsiębiorczynią, polityczką czy liderką, ale każda z nas zasługuje na to, by realizować się w wybranej sferze działalności i być traktowaną z szacunkiem. A wywalczenie sobie tego świadczy o cechach przywódczych 🙂

O patriotyzmie lokalnym słów kilka

Photo by Aleksander Szczygieł
Wrocław. Oto moje miasto – pełne sprzeczności, uroku, zgiełku i korków. Znajdziesz tu zarówno smog, jak i piękne parki, zapchane do granic możliwości szerokie ulice, jak i urokliwe zaułki, zabieganych, zapracowanych dorosłych, jak i roześmiane dzieci pozujące do zdjęć z jednym z symboli miasta – skrzatem. Kiedyś spędzanie wakacji w mieście było dla mnie synonimem nudy, monotonii i najgorszego nieszczęścia, jakie może spotkać dziecko. Teraz, gdy sama mam dziecko, widzę, że wakacje w mieście (choć nie dobrowolnie wybrane, a niejako przymusowe) to jednak może być niesamowita frajda, szczególnie w TAKIM mieście.
Takim, czyli jakim? Co takiego jest w tym mieście, że warto o nim napisać? Teraz nietrudno je lubić, bo jak pewnie większość z Was wie, Wrocław jest Europejską Stolicą Kultury i w związku z tym faktem dzieje się tu wiele, choć nie zawsze na temat. Natchnienie do napisania tego postu spłynęło na mnie, gdy w zeszłym tygodniu pokonywałam w upalnym słońcu na rowerze drogę praca-dom, mijając wiele roześmianych młodych osób, goszczących tu w ramach Światowych Dni Młodzieży. Wyprzedzającym mnie kierowcom niezbyt się spieszyło, podobnie jak mi. Wiatr we włosach, piękne budynki dookoła i poczucie, że wszystko się może zdarzyć (na rowerze to nie zawsze dobrze :p) napełniły mnie pozytywnymi emocjami.

Źródło: bikepretty.com
No, ale miało być o mieście. Otóż Wrocław jest niesamowity i wyjątkowy i nie piszę tego wcale po to, żeby się nim wyłącznie chwalić, ani też nikt mi za to nie płaci. The Guardian wyróżnił je jako jedno z 10 miast w Europie, które warto odwiedzić w roku 2016, zaraz obok Marsylii czy Girony. Wybór ten oparto głównie na bogatej ofercie kulturalnej, począwszy od teatrów alternatywnych, po festiwal T-Mobile Nowe Horyzonty czy megawidowisko operowe “Zarzuela”. Nie samą kulturą jednak człowiek żyje. Co jeszcze można tu znaleźć?

Photo by Aleksander Szczygieł

Jak w każdym starym mieście o bogatej historii – zabytki, piękną zabudowę Rynku, mnóstwo kościołów, stare, duże parki, wielu studentów i dobre uczelnie, mądrych ludzi, powoli odrestaurowywane kamienice, piękną operę, kilka pałaców, niezliczone mosty, kładki, rzeki i rzeczki, pamiętający XIX wiek, ale na szczęście odremontowany dworzec. A także spory polityczne, korki, smog, niekończące się remonty, brud, smród i ubóstwo, żebraków, powydziwiane osiedla itp. Wszystko to jednak w dziwny sposób do siebie pasuje i tworzy niepowtarzalną całość. Miasto cały czas się rozwija, również gospodarczo, powoli zagarniając do siebie okoliczne miejscowości i tworząc Aglomerację Wrocławską. Niegdyś zaniedbane z powodu ciągłego zagrożenia jego oderwaniem od macierzy przez Niemcy, teraz zadziwia dynamiką i energią mieszkańców. Właśnie energia jest moim zdaniem sekretem sukcesu.
Kilka lat temu wraz z koleżanką bardzo chciałam się włączyć w tę energię i stworzyć coś sensownego, co pomoże uratować świat od zagłady. Wymyśliłyśmy więc stowarzyszenie, które, dzielnie przebrnąwszy przez biurokrację, założyłyśmy, obierając sobie za cel edukację społeczną, i prowadziłyśmy dobre cztery lata. W tym czasie miałyśmy szansę poznać mieszkańców od tak zwanej podszewki. Dowiedziałyśmy się, że młodzież ma świetne pomysły, ale często nikt jej nie słucha, że dzieciaki ze świetlic środowiskowych są mocno zaniedbane wcale nie z powodu biedy, ale tego, że ich rodzice nie chcą o nie dbać, że układy i znajomości rządzą niemal w każdym urzędzie, że pieniądze dla NGO trzeba sobie niejako “wychodzić”, wreszcie że im ktoś bogatszy, tym mniej mu się chce. Dowiedziałyśmy się też, że jest wielu pozytywnie zakręconych ludzi zainteresowanych wymianą myśli i samorozwojem, że czasem wystarczy chcieć i wykazać się determinacją, a pieniądze same się znajdują, no i że we Wrocławiu jest wiele problemów, których na pierwszy rzut oka nie widać.
Choć miasto to ma bogatą historię i tradycję “multikulti” (to teraz nie najładniejsze słowo, więc trzeba uważać), to nadal jest tu sporo osób przejawiających postawy bliskie rasizmowi, antysemityzmowi, a nawet faszyzmowi. Choć mamy tu dwie synagogi, a gmina żydowska zrzesza jedynie ok. 300 osób, wciąż na murach znaleźć można wymowne “Jude raus” lub swastyki. Co więcej, to tu spalono niesłynną kukłę Żyda (info choćby tu). Mimo że przyjeżdża do nas wielu turystów z zagranicy, a co roku uczelnie wypełniają się studentami z obcych krajów, nie zmieniło to postawy wielu zwolenników hasła “Polska dla Polaków”. W takich chwilach bardzo mi wstyd za moje miasto, choć wiem, że przecież bardzo się stara, tylko nie zawsze mu wychodzi. 
Photo by Aleksander Szczygieł
Patriotyzm jest teraz modny – można nawet wypić patriotyczny napój energetyczny, choć akurat ta inicjatywa mnie mierzi. Jednak teraz, gdy spory polityczne przybierają na sile, rządząca “elita” ucieka się do obrzydliwych słów i gestów, nie potrafię się zdobyć na patriotyzm ogólnokrajowy. Wolę od niego ten lokalny, który łatwiej praktykować na każdym kroku. Jak? Ano banalnie – sprzątanie po psie, sprzątanie po sobie, angażowanie się w sprawy miasta, rezygnacja z pasywności, gdy coś mnie irytuje lub wiem, że łatwo można to zmienić, interesowanie się lokalną kulturą i uczestniczenie w niej. Wszystko to jest istotne nie tylko dla mojego miasta, które bez tego pewnie by przeżyło, ale dla jakości mojego życia w nim, co ma większe znaczenie.
Wiem, że w Polsce jest wiele pięknych miast, miasteczek i wsi. Ba, podejrzewam, że są nawet ładniejsze niż Wrocław. Jak na razie jednak nie zamieniłabym go na żadne inne, nawet biorąc pod uwagę, że do najbliższego parku mam 30 min. spacerem. Moje dziecko uwielbia tramwaje, gwar Rynku i wszechobecne zwierzęta (zoo!). Ja kocham dojazdy do pracy w Rynku na rowerze, to, że zawsze można znaleźć ciekawy sposób spędzania czasu i realizować przeróżne pasje. Mogę potwierdzić, że zgodnie ze znanym sloganem promocyjnym miasta, Wrocław to prawdziwe miejsce spotkań. I tylko do morza daleko…
Photo by Aleksander Szczygieł
Ps. Wszystkie zdjęcia (poza Audrey oczywiście ;p) przedstawiają Wrocław, a ich autorem jest mój brat 🙂

Je suis Paris/Nice/Dhaka/Istanbul/Baghdad/Medina, mais je ne suis pas un terrorist

Źle się dzieje w naszym świecie. W świecie bogatego, przeważnie najedzonego, zdrowego, zapracowanego Zachodu, który biegnie do przodu i co jakiś czas dostaje prztyczka w nos w postaci ataku agresji. Kuli się wtedy z bólu, płacze nawet nieco teatralnie, ukradkiem spoglądając po twarzach zgromadzonych obserwatorów, czy jego tragedia jest odpowiednio dowartościowana. Od strony Wschodu słychać jeszcze głośniejsze krzyki, ale są tak częste, że właściwie już nikt nie zwraca na nie uwagi. Wszyscy skupiają się na Zachodzie, bo przecież do tej pory siedział cicho i grzecznie sobie pracował nad dobrobytem, aż tu nagle ktoś siłą wtargnął do jego piaskownicy, zburzył zamek z piasku, zabrał zabawki i uciekł. Może odrobinę przesadzam, a na pewno nie dezawuuję tragedii ofiar wszystkich dotychczasowych zamachów terrorystycznych, ale czy w tym szaleństwie jest jeszcze jakaś metoda?
Dla mediów czy tak zwanej opinii publicznej terrorystą jest każdy o ciemniejszej karnacji lub odpowiednio tajemniczym ubraniu. Jest nim też każda osoba dokonująca czynu wykraczającego poza normalne zasady życia społecznego.- napaści, morderstwa, porwania. Jednocześnie w USA nastąpiła seria zdarzeń o podłożu rasowym jak się twierdzi – oto “czarni” atakują “białych”, a właściwie “niebieskich”, bo głównie o policjantów chodzi. Całkiem przypadkiem giną też “czarne” kobiety z rąk tych “niebieskich”, ale czy płacz ich rodzin ktoś słyszy? W naszym pięknym kraju natomiast, jak dotąd szczęśliwie niedoświadczonym bezpośrednim aktem terrorystycznym, politycy prawicy śmigają jak delfiny na falach niepokoju społecznego, przekrzykując się na argumenty o niebezpieczeństwie multikulti i lekce sobie ważąc wszelkie zasady poprawności politycznej (jako te, które pośrednio przyczyniły się do obecnych problemów społeczno-politycznych).
Znamienne jest to, z jakim upodobaniem politycy wypowiadający się na temat aktów agresji robią to w sposób agresywny właśnie. Ciekawe jest też to, że dostrzegają źdźbło w oku przeciwnika, a w swoim belki nie tylko nie widzą, ale nawet odmawiają faktu posiadania oka. Polacy wyjeżdżają z kraju na potęgę, zasilając kapitał ludzki głównie w Niemczech i Wielkiej Brytanii, ale to przecież nie jest tak groźne zjawisko, jak podróże “ciapatych” po Europie w celu wybrania najbogatszego kraju goszczącego, wgryzienia się w jego socjal i wykorzystywanie biednych “białych”, pracujących od rana do nocy na kawałek chleba z masłem.
No dobrze, to politycy, a ja trochę przesadzam. O co mi więc chodzi? O to:
Jak powtarzają mi moi bliscy, zawsze byłam naiwna. Obawiam się, że tak mi zostało. W życiu swoim jeszcze nie aż tak długim wielokrotnie doświadczyłam przemocy i wiem, że w zależności od bieżącej siły ofiary oraz od jej konstrukcji psychicznej może na nią zareagować jak każde porządne zwierzę – walką albo ucieczką. Tak samo dzieje się w życiu społecznym. Grupy, które w jakiś sposób ucierpiały wskutek bezkompromisowego dążenia innych grup do globalnej dominacji i swojego dobrobytu czasem chowają głowę w piasek, licząc na odszkodowania i inne jałmużny, a inne nie wytrzymują i zaczynają walkę. Niestety, najczęściej jest to walka podjazdowa z zastosowaniem metod terrorystycznych. Każda przyczyna ma swój skutek. Z tej idei wzięła się koncepcja Porozumienia bez przemocy, z którą zainteresowani mogą zapoznać się we własnym zakresie. Nie chcę nikogo indoktrynować, ale w skali mikro chyba wiem, co zrobić 🙂
Byłam niedawno z moim maluchem w piaskownicy. Inne dziecko bardzo chciało przechwycić nasze wiaderko do piasku, a jak wiadomo w świecie dziecięcym jest to czyn równy próbom atomowym przeprowadzanym przez Koreę Północną. Mama tego chłopca w końcu zareagowała, podchodząc do niego i mówiąc: “Nie zachowuj się jak terrorysta!”. Wtedy dotarło do mnie, że w tym właśnie leży tajemnica pokoju. Terroryzm nasz codzienny przybiera różne formy – to “strzelanie focha” w celu uzyskania potrzebnej nam reakcji, krzyczenie na dziecko, żeby się pospieszyło, nie wspominając o klapsach, opryskliwe traktowanie klientów/sprzedawców/współpracowników/meneli, popularne dziś hejtowanie, czy pospolity szantaż emocjonalny. W skrócie wszelkie siłowe działanie w celu wymuszenia odpowiedniej reakcji. Terroryzm = agresja. Odpowiedź na to może być tylko rodem ze świata Troskliwych Misiów..
Miłość. Na świecie nigdy nie będzie równości, wolności dla każdego czy idealnego pokoju. Aż tak naiwna to nawet ja nie jestem. Wystarczy jednak, że tak po hippisowsku, a jednocześnie chrześcijańsko-muzułmańsko-buddyjsku będziemy się nawzajem szanować.
Podejmuję więc wyzwanie i mówię “Je ne suis pas un terroriste”. Łamaną francuszczyzną oświadczam, że rezygnuję ze wszelkich form przemocy i podążam wolnym krokiem w stronę chodzenia po wodzie i mnożenia chleba. A tak serio – moim zdaniem im więcej uwagi i wysiłku poświęcimy temu, aby nasze wypowiedzi nie były agresywne, ale konstruktywnie krytyczne, aby druga osoba poczuła się wysłuchana, a nie zaszczuta, aby nasze dzieci beztrosko cieszyły się życiem, zamiast non stop stawiać czoła wygórowanym wymaganiom rodziców, tym większe mamy szanse na braterstwo.
A to już dużo.

Damą – lub “lady” – być

“Tak bym chciała damą być, ach, damą być”. Nuciłam to sobie niegdyś jako mała dziewczynka, wpatrzona w okienko telewizora, w którym przechadzały się wysokie, szczupłe misski. Kiedyś ucieleśnieniem damy były dla mnie właśnie one oraz łyżwiarki figurowe. Teraz wiem, że poza piękną figurą, gracją i dbałością o wygląd niewiele miało to wspólnego ze sobą, ale podejrzewam, że niejedna mała dziewczynka nadal ma podobne marzenia.

Ostatnio “damą-bycie” jest na topie. Piszą o tym na blogach, w książkach (choćby Jennifer L. Scott w przetłumaczonej niedawno na język polski “Szkole wdzięku Madame Chic”), no i nie wolno pomijać telewizji, w której władanie sezonem ogórkowym po Euro 2016 przejął “Projekt Lady”. Ten zbieg różnych okoliczności zastanawia i każe szukać przyczyn.

Metamorfoza – w nauce to proces charakteryzujący się znacznymi zmianami w formie lub strukturze organizmu przechodzącego z jednego stadium rozwojowego do następnego. Metamorfozy są obecnie bardzo popularne i kuszące. W TV, gazetach, internetach – wszędzie można zobaczyć mniej lub bardziej zmanipulowane zdjęcia “przed” i “po”, okraszone emocjonalnym opisem przemiany. Siłą rzeczy zmiany te dotyczą fizyczności, czasem też stylu życia (vide wszelkie fit-ekspertki i ich wyznawczynie). Czemu przebija przez ten opis sceptycyzm? Cóż, jako feministka zawsze mam wątpliwości, gdy ktoś próbuje mi wytłumaczyć, że zmiana kształtów mojego ciała zmieni całe moje życie. W niewielu przypadkach pewnie tak się właśnie dzieje, ale prawdziwa metamorfoza wydarza się gdzie indziej.

W ramach guilty pleasure zdarza mi się podglądać “Projekt Lady”, czyli kolejną spóźnioną nieco pożyczkę z tak zwanej telewizji zachodniej. Program w wersji oryginalnej “Ladette to Lady” (dosłownie “Od imprezowiczki do damy”) wzbudził podobne kontrowersje. Oto pomysł jest prosty – bierzemy grupę skrajnie różnych, najlepiej skąpo ubranych dziewczyn, klnących jak szewc i jedzących niczym tirowiec pod osłoną nocy, nie gardzących piwem ani imprezowaniem do rana, uczymy ich dobrych manier, ścinamy im włosy, odrywamy tipsy i voila! Coś tu jednak nie gra i od ostatniego odcinka wiem już co.

Stereotyp tak zwanej laski każe nam zobaczyć dziewczynę w różu, na wysokich obcasach, z mocnym makijażem i zazwyczaj średnio dobrymi manierami. Jako że to stereotyp, nie każde nam szukać głębiej, a to akurat może się okazać ciekawe. Zdarzało mi się znać takie dziewczyny i wiem, że tak jak w osławionym już programie TV zazwyczaj są to osoby po przejściach. Tak, tak. Ten róż i makijaż to rodzaj zbroi, chroniącej przed poznaniem prawdziwego ja. Trudne dzieciństwo, chęć dopasowania się, problemy z definicją kobiecości, nachalnie kreowany przez media wizerunek kobiety-dzidzi, kobiety-dziuni, kobiety-laski, atrakcyjnej poprzez podkreślenie swoich atutów. Czyli myśmy – społeczeństwo – to uczynili, a teraz zapraszamy dziewczyny do telewizji (w tych czasach przecież bez parcia na szkło się nie da) i uczymy je, że umiejętność grzecznego bycia i funkcjonowania w towarzystwie zmieni ich życie. Jest w tym poczucie wyższości okazywane zazwyczaj przez tak zwane mentorki – kobiety, które z jakichś przyczyn (być może z powodu sztywnego wyglądu) uznano za “ladies”. Wyniosłość. Jest w tym też sporo pogardy niczym dla osób z niższych sfer, które nie mając ogłady godnej arystokracji daleko przecież nie zajdą. Nie ma niestety docenienia i podkreślenia drogi, jaką musiały przejść, aby się tu znaleźć i jak mogą to wykorzystać jako swój kapitał na przyszłość.

Zdarzyło mi się przejść w życiu kilka zmian wizerunku, ale prawdziwą metamorfozę przeszłam dopiero, gdy wykonałam skok na głęboką wodę i wyjechałam na trzy miesiące do pracy w Szkocji. Doznałam wtedy czegoś w rodzaju szoku estetycznego. Otaczały mnie głównie damy, a nawet “ladies” i to od nich czerpałam wiedzę. Żeby nie bać się ubierać niebanalnie, żeby dowiedzieć się, co mi pasuje i dlaczego nie powinnam nosić nudnych fryzur, żeby nie bać się postawić mężczyźnie, który chce na mnie coś wymusić, żeby umieć docenić wartość drugiej kobiety i troskę o innych. Wróciłam z tego wyjazdu inna i od tej pory moja metamorfoza w stronę kolejnych stadiów rozwoju trwa.
Raczej nie mogło jej tu zabraknąć 🙂
Audrey Hepburn – dama nad damy – powiedziała: “Makijaż może sprawić, że wygląda się pięknie na zewnątrz, ale nie pomoże, jeżeli jest się brzydkim wewnątrz. Chyba że się go zje”. W dość pokręcony sposób jest to dobre podsumowanie całego “Projektu Lady”. “Damą-bycie”, czyli według mnie bycie sobą, radość z tego, ale też dbałość o bycie zawsze najlepszą wersję siebie, to coś więcej niż brak tipsów. Patrząc na tak zwaną polską ulicę i patrząc do lustra wiem, że świat pełen dam – zadbanych, silnych kobiet, potrafiących poprawnie się wysławiać, mówiących “dzień dobry” i takie tam, ale też umiejących zabrać głos w ważnej sprawie, “bezfochowych” i aktywnych – byłby o wiele lepszy. Pewnie, fryzura i makijaż potrafią zdziałać cuda, ale gdy zgasną reflektory telewizyjne, umilkną reklamy i cały szum dookoła, nie wystarczy tylko nowy wizerunek, ale potrzebny jest rozwój. I to moim zdaniem najważniejszy przymiot prawdziwej damy – ciągła chęć rozwoju i bycia najlepszą wersją samej siebie, jaka możliwa jest w danym momencie. Czego sobie i Państwu życzę 🙂


10 myśli na 34 lata, czyli urodziny po mojemu

Jeżeli dziś Dzień Ojca, to znaczy, że mam urodziny. Dualizm tego dnia zawsze stanowił dla mnie gorzką ironię – moje relacje z ojcem pozostawiają wiele do życzenia, przez co nigdy do końca nie potrafiłam się z niego cieszyć. To pewnie zabrzmi jak okropny truizm, ale odkąd jestem nieco starsza czy, jak kto woli, dojrzalsza, nabyłam umiejętność doceniania tego, co jest, zamiast mamienia się tym, co mogło by być. W tym duchu postanowiłam dokonać mini rozrachunku z życiem (ło matko, ale to zabrzmiało!), a że chwilę już jestem na “rynku blogerskim”, wypadałoby przedstawić jakąś wyliczankę – tutaj będzie to 10 myśli na 34 lata 🙂


1. Nieważne, ile masz lat. Ważne, że żyjesz. Każdy chyba przechodzi przez taki okres, kiedy wydaje mu się, że jest na coś za młody/stary/dojrzały/głupi/mały/duży itp. Przychodzi jednak moment konfrontacji z rzeczami ostatecznymi – choroba, czyjaś śmierć, ciężkie przeżycie, niebezpieczeństwo “o włos” i już wiadomo – po pierwsze, życie to skarb, a po drugie – nasze samopoczucie związane z wiekiem zależy, jak sama nazwa wskazuje, od nas. Doceniajmy życie.
2. Jeżeli z kimś się spotykasz, schowaj komórkę. Wiem, że to brzmi jak moralizatorstwo babci Agaty, ale – hello! – to jest tak nagminne, że aż niezrozumiałe. Po co się z kimś spotykać, jeżeli jednocześnie jest się w kilku innych miejscach? Sprawianie wrażenia osoby bardzo zajętej jest mocno passe, a do tego naprawdę beznadziejnie rozmawia się z kimś, kto ciągle zerka na ekran. Umiejętność uważnego słuchania jest nie do przeceniania i fantastycznie świadczy o danej osobie. Jeżeli więc nie jesteś VIP-em, na którego czeka połączenie z prezydentem Obamą – odłóż telefon i pogadaj, skoro już jesteś na spotkaniu. Doceniaj wspólny czas.
3. Jeżeli masz na coś ochotę, zrób to. Tak, wiem, to oczywista oczywistość. Zdążyłam się do tej pory nauczyć, że zmarnowane szanse naprawdę się mszczą, więc – może poza jednorazowymi koszulkami na przecenie za 10 zł – łap okazje i nie bój się iść za swoimi potrzebami.
4. Otaczaj się dobrymi, sprawdzonymi ludźmi. Nie marnuj czasu na osoby, na które nie można liczyć. Po prostu.
5. Pomagaj. Cóż, kolejny truizm – im więcej z siebie i od siebie dajemy, tym więcej dostajemy*. Tylko tyle i aż tyle.
*Uwaga: może dotyczyć wartości innych niż materialne 😉


6. Nigdy, przenigdy, nie mów komuś, kto z jakiegoś powodu cierpi, że będzie dobrze. Po pierwsze, nie wiesz tego na pewno. Po drugie, to straszny śmieć językowy – mówiony po to, żeby coś powiedzieć. Dotyczy to szczególnie sytuacji granicznych – trudnych, stawiających nas w obliczu tak zwanych spraw ostatecznych. Lepiej kogoś przytulić niż karmić go watą psychologiczną.
7. Miej oczy szeroko otwarte. Patrz uważnie, nieco zwolnij, nie zamykaj się na to, czego nie znasz. Nie śpiesz się tak, bo możesz coś istotnego przeoczyć. Czyjś uśmiech, miłe słowo, dotyk, promień słońca, śpiew ptaków, radość dziecka z brodzenia po kałuży (buty wyschną, nie martw się), piękna pełnia. Banał, ale na tym opiera się życie. Każdego dnia daje nam tysiące powodów do zachwytu, a my często wolimy dostrzegać tylko to, co nam przeszkadza. W tym przypadku nauka popłaca.
A propos…
8. Ucz się. Odkrywaj nowe światy, doskonal nabyte już umiejętności, ćwicz, potykaj się, wstawaj i idź dalej. Nie odkładaj wszystkiego na później. Ucz się ludzi, uważności, świata…czego tylko chcesz. Po prostu to rób, a jest szansa, że mentalnie się nie zestarzejesz.
9. Stawiaj sobie wyzwania. Wiele teraz w internetach różnych wyzwań – 30 dni z ćwiczeniami, 14 dni bez cukru, 365 dni z uważnością itp. itd. W tym szaleństwie jest jakaś metoda – w końcu nic tak człowieka nie motywuje jak czyjeś “nie dasz rady”. W tym przypadku może to być jedna część naszej osobowości (chyba że jest ich więcej, ale to już może stanowić pewien problem komunikacyjny). Nie ważne jakie, ważne, że jest gdzieś tam z tyłu głowy i nie daje za bardzo spokoju. Stawiajmy sobie wyzwania i poszerzajmy strefę komfortu, a możemy się bardzo pozytywnie zaskoczyć.
10. Kochaj. Siebie, innych, rodzinę ze wszystkimi wadami i dziwnościami, zwierzęta, życie. Bądź, dawaj, bierz, żyj.

Czego sobie i Państwu w ten piękny dzień życzę 🙂