Kadr z filmu “Robota Wawerska”, źródło: http://www.info-pc.home.pl
Jest ósmy dzień sierpnia. 74 lata temu o tej porze w Warszawie toczyły się walki – młodzi, rozpaleni entuzjazmem laicy kontra doświadczeni żołnierze o nieporównywalnie większym uzbrojeniu. Ciężkie walki toczyły się na Ochocie, Stare Miasto było bombardowane, a Niemcy nacierali na Ratusz, używając w charakterze żywych tarcz kobiet z dziećmi.
Obejrzałam wczoraj film Jana Komasy “Miasto 44”. Długo mi to zabrało, film nie jest taki nowy, to prawda, ale z uwagi na jego duży realizm, nie miałam odwagi zrobić tego wcześniej. Samemu obrazowi mam niestety trochę do zarzucenia – głównie ukłon w stronę popkultury i efekciarstwo – ale nie można mu odebrać tego, że robi wrażenie. Wprawił mnie w nastrój, którym dla zachowania jako takiego zdrowia psychicznego postanowiłam się podzielić. Otóż doszłam do wniosku, że nie wzięłabym udziału w Powstaniu Warszawskim, gdyby przyszło mi taką decyzję podejmować. Niełatwo się do tego przyznać, szczególnie biorąc pod uwagę ogromną pseudopopularność znaku Polski Walczącej, zbanalizowanego do granic możliwości (iluż dużych chłopców już widziałam z Kotwicą Państwa Podziemnego dumnie prężącą się na umięśnionej łydce…), czy sporej niechęci do tekstów Marii Peszek, która w utworze “Sorry, Polsko” śpiewa, że “Gdyby była wojna, (…) Nie oddałabym ci Polsko, ani jednej kropli krwi”, ale tak właśnie jest.
W Polsce wiele się mówi na temat Powstania Warszawskiego, choć niestety rzadko kiedy są to dyskusje merytoryczne. Politycy starają się ogrzać w świetle jupiterów skierowanych na starych, często schorowanych weteranów Powstania. Jak odgarnąć na bok tę śmietankę polityki, w każdej rozmowie, artykule czy filmie można dostrzec przebijający się wniosek o braku wystarczających podstaw do podjęcia decyzji przez kierownictwo Armii Krajowej o rozpoczęciu walk. Krótko mówiąc – liczono na to, że jak Polacy ruszą do boju, przyjdzie Armia Czerwona i im pomoże, choć jednocześnie politycznie chciano pokazać Związkowi Radzieckiemu, że umiemy sami wywalczyć sobie wolność. Czyli liczyliśmy na pomoc, ale żeby zachować twarz, nasi dowódcy wcale jej nie chcieli. Nie jestem historykiem ani politologiem, ale znając się co nieco na tematyce przywództwa czy liderowania wiem, że nikt rozsądny, a odpowiedzialny za innych, nie podejmuje ważnych decyzji, zakładając, że “będzie dobrze”, w ogóle nie wspominając o sytuacjach, gdy chodzi o życie ludzkie. Nie będę się też wdawać tu w rozważania nad (bez)sensem Powstania, ale chcę się przyjrzeć tematowi z punktu widzenia obecnego “cywila”. O co chodzi?
Przez dość wiele lat byłam harcerką. Czasem nadal się nią czuję, stąd pewnie sformułowanie, że harcerzem jest się całe życie. W harcerstwie, a przynajmniej w organizacji, w której ja byłam, panuje niesamowity kult Powstania Warszawskiego, Akcji pod Arsenałem i niepodważalnego bohaterstwa osób biorących udział w tych wydarzeniach, jak i we wszystkich pozostałych działaniach Polski Podziemnej. Jasne, brali w nim udział moi i moich harcerzy rówieśnicy, robili niesamowite rzeczy, nie mając w ogóle wsparcia ani środków i przy tym byli hardzi. Nigdy mnie to jakoś nie mierziło – brałam udział w grach terenowych, miejskich na ten temat, ba, nawet inscenizacjach. Jako że opiekowałam się dziećmi w wieku podstawówkowym, często uderzały mnie ich słowa, gdy – będąc pod wrażeniem kolejnej, dość wiernie oddającej realia Powstania gry terenowej – na koniec dnia mówiły o tym, że gdyby teraz była wojna, to one też by do niej poszły, Patrząc zresztą realistycznie, pewnie w jakiś sposób i oni, i my bylibyśmy wtedy zmobilizowani, ale od tego czasu oblicze wojny się zmieniło (czytaj: odhumanizowało, o ile to w ogóle możliwe) i raczej nie byłoby już takiej konieczności. Mimo to jednak te dzieciaki, pochodzące zazwyczaj z trudnych, niezbyt bogatych domów, będąc pod wpływem emocji deklarowały chęć udziału w działaniach wojennych! Na pierwszy rzut oka można to nazwać sukcesem polityki patriotycznej, ale jak się bliżej przyjrzeć, można niestety dostrzec brak myślenia krytycznego i niezależności w podejmowaniu decyzji. U dzieci to zresztą norma, ale zajęcia dla nich prowadzili przecież głównie dorośli, którzy świadomie kształtowali znak równości pomiędzy pójściem z tłumem w imię patriotyzmu a prawością człowieka.
Małe zdjęcie Małego Powstańca
Żeby było jasne – doceniam bohaterstwo Powstańców, ich odwagę i poświęcenie. Wkurza mnie jednak to, że decyzje podejmowali ludzie niemający do tego kompetencji, w ten sposób ważąc o czyimś życiu i śmierci. Mając dziecko i patrząc na dzieci cierpiące podczas innych konfliktów zbrojnych toczących się teraz na świecie wiem, że mimo ogromnej chęci włączenia się w walkę powstańczą, nie zrobiłabym tego, kierując się rozsądkiem i dbałością o dziecko. Czy to działanie egoistyczne? Pewnie wielu powie, że tak, ale moim zdaniem byłby to mądry egoizm, wynikający z miłości do życia i rodziny. Odwieczne pytanie, co jest ważniejsze – rodzina czy ojczyzna, w Polsce wałkowany przez legiony uczniów ściągających od siebie wypracowania na ten temat – obecnie niesie dla mnie inną odpowiedź niż jeszcze 10 lat temu. A czemu o tym piszę? Bo nawet w trudnych, bogoojczyźnianych tematach powinno się mieć własne zdanie i nie bać się go wypowiadać głośno. Bo każdy, kto myśli inaczej niż mainstream, musi mieć odwagę, by o tym powiedzieć. Bo gdy się nadal rozmawia o wydarzeniach z historii, szczególnie najnowszej, one mają znaczenie i oddaje im się tak ceniony przez niektórych hołd. Bo w naszym kraju od słuchania, co się powinno myśleć są według wielu dzieci, ale dorośli akurat powinni zacząć myśleć po swojemu.
Audrey Hepburn, pytana o swoje doświadczenie jako Ambasadorka UNICEF-u powiedziała, że:
“Opieka nad dziećmi nie ma nic wspólnego z polityką. Być może z czasem, zamiast upolitycznienia pomocy humanitarnej, nastanie epoka ucywilizowania polityki”.
Czego sobie i Państwu życzę.
Please follow and like us:
Audrey Girl