…czyli rozdawnictwo w nowym wydaniu? Niestety, nie tym razem 🙂 Tym razem będzie to opowieść o moim romansie z…literaturą kobiecą. No dobra, wszyscy wiemy, że nie chodzi w niej o przeżycia duchowe, a o romantyzm, przyjemność estetyczną i nieco pieprzu. Nie należy jednak przeceniać wartości tzw. chick lit, ponieważ jej popularność i umiejętność docierania „pod strzechy” daje jej spory wpływ na czytelniczki i kształtowany obraz związków damsko-męskich. Są to pozycje raczej lekkie, dość łatwe i w miarę przyjemne i zazwyczaj po nie nie sięgam, tym razem jednak było nieco inaczej. Zaintrygowana bowiem tytułem książki, o której będzie mowa nawiązałam kontakt z Wydawnictwem Publicat i otrzymałam od niego egzemplarz recenzencki. Zapraszam więc na krótką podróż po prozie Beaty Majewskiej.

Nie oceniam książki po okładce, ale taki prezencik nie może się nie spodobać 🙂

Książka Beaty Majewskiej „Konkurs na żonę” to opowieść o pewnym zblazowanym, bogatym mężczyźnie, którego wujek zapisuje mu w testamencie swój majątek pod warunkiem, że ten do trzydziestki ożeni się i spłodzi dziecko. On oczywiście nie ma wyjścia i na to przystaje, bo majątek jest nieprzyzwoicie obfity, a i warunek nie taki najgorszy do zniesienia. Choć czuje się „pusty w środku” i jest pewny, że się nie zakocha, z pomocą przyjaciela rozpoczyna poszukiwania żony. Odbywają się one na uniwersytecie, ponieważ – uwaga, tu punkt dla wszystkich książkoholiczek – według jednego z bohaterów „najlepszą kandydatkę na żonę znajdziesz w bibliotece albo kręcącą się przy dzieciach czy pracującą jako wolontariuszka w fundacji”. Czytając te słowa śmiesznie się poczułam, bo w pewnym momencie życia spełniałam wszystkie te warunki, więc wzięłam to nieco do siebie – najlepsza kandydatka tu oznacza „cichą, spokojną, ułożoną i niezmanierowaną młodą dziewczynę”, przeciwstawioną „preferującym swobodny styl życia singielkom, uprawiającym fitness, clubbing i seks bez zobowiązań pięć razy w tygodniu (…)”. No cóż, odrobina męskiego szowinizmu nie zaszkodzi, więc witaj, Panie Szary (Mr Grey) 😉

Nasz bohater ogłasza więc na uczelni konkurs na artykuł, w którym jedną z nagród zdobywa główna bohaterka, skromna dziewczyna z podtarnowskiej wsi. Spotykają się przy odbiorze nagrody, ją trafia grom z jasnego nieba, a jego myśl, że z nią się uda spełnić warunki wujka. Po trzeciej randce (!) on ją prosi o rękę, a ona się zgadza. Tutaj jednak kurtyna jeszcze nie spada, bo po drodze bohaterowie napotykają wiele przeciwności losu, aż wystarczy na kolejne tomy (bo zakończenie jest nierozstrzygające, więc pewnie będzie kontynuacja). Czy wszystko prowadzi do szczęśliwego finału? Nie wiem. Czy opowieść jest dość schematyczna i momentami krzywdząca poprzez postrzeganie bohaterów przez pryzmat stereotypów na ich temat? Tak. Czy jest w tej książce coś, co mnie do niej przyciąga? Owszem.

Idealne majowe popołudnie

Co mi się podoba w „Konkursie na żonę”?

Pewnie to zaskakujące, ale podobają mi się bardzo ładnie i zręcznie opisane sceny…seksu. Tak jest, oto ja, mamuśka, której podoba się czytanie o seksie 😉 A co, niech rzuci kamieniem ta, która nie lubi chociażby o „tym” czytać. W literaturze kobiecej pełno jest takich scen, ale nie zawsze są one dobrze napisane. Przez to np. ominęła mnie historia z Greyem – nie mogłam zdzierżyć tragicznego języka, jakim cała saga została napisana. Tu wszystkie sceny tego typu, czy to zbliżenia, czy kontaktu cielesnego ogólnie (same sobie dopowiedzcie, o co chodzi) są zręczne, zmysłowe i działające na wyobraźnię.

Podoba mi się ewolucja głównej bohaterki – od niewinnego, naiwnego i skromnego dziewczątka do świadomej swojej siły i wartości kobiety, bez sprzeniewierzania wyznawanych poglądów i kodeksu etycznego. Podoba mi się też proces jej rozbudzenia seksualnego (znowu ;p) – od dziewicy do namiętnej kobiety. Mało można znaleźć pozycji w literaturze, które by opisywały to przejście w sposób elegancki i…wiarygodny. Ja jej wierzę i mi to pasuje.

Podoba mi się także pokazanie kobiecej siły – w książce sporo jest samotnych matek, które z różnych przyczyn musiały same zająć się potomstwem. Zawsze miały przy tym wsparcie innych kobiet, i choć wolałabym, żeby w literaturze obraz mężczyzny odchodzącego nie był tak częsty (czytaj: wierny rzeczywistości), to doceniam ten akcent.

Co jeszcze zwróciło moją uwagę w „Konkursie na żonę”?

Całkiem niespodziewanie autorka porusza temat, który ostatnio dość żywo był dyskutowany i przyznam szczerze, że nie wyrobiłam sobie jeszcze jednoznacznego poglądu w tej sprawie. Otóż chodzi o tzw. stealthing. Cóż to jest? Ni mniej, ni więcej, tylko zdejmowanie przez mężczyznę prezerwatywy w czasie stosunku BEZ wiedzy i zgody partnerki. Niedawno pewien szwajcarski sąd uznał taką sytuację za gwałt. W polskim prawie tematu nie ma, ale to nie znaczy, że nie ma problemu. Sam proceder wydaje mi się obrzydliwy, okrutny i głupi. Nie tylko naraża kobietę (lub hm mężczyznę) na choroby przenoszone drogą płciową, ale również na niechcianą ciążę. W sieci można znaleźć następujący tekst pewnego mężczyzny na ten temat:

To męski instynkt, wystrzelić spermę w kobietę. Nie powinien być nigdy pozbawiony tego prawa. Gdybym był kobietą, moim obowiązkiem byłoby rozchylenie nóg i pozwolenie na to, by facet we mnie skończył, kiedy tylko ma na to ochotę.

za portalem polki.pl

Hello! Mam nadzieję, że nie tylko ja dostrzegam obrzydliwość takiego podejścia i nigdy nie chciałabym mieć do czynienia z takim partnerem. Nadal mam jednak wątpliwość, czy taki czyn można uznać za gwałt (w świetle prawa oczywiście). Wracając jednak do „Konkursu na żonę” – tam dochodzi do takiej sytuacji i to mnie bardzo zaskoczyło, bo zdarzenie to nie jest w żaden sposób oceniane, a wręcz, gdy bohaterka orientuje się po jakimś czasie (gdy test ciążowy okazuje się pozytywny), co się stało, najpierw się trochę irytuje, ale potem wybacza i przechodzi nad tym do porządku dziennego. Rozumiem, że dziewczyna jest skromna, dobra i jednoznacznie pozytywna, ale jej reakcja mimo wszystko pozostaje dla mnie niepojęta. Moim zdaniem nawet onieśmielona swoją dynamicznie zmieniającą się sytuacją dziewczyna ze wsi nie potraktowałaby takiego czynu lekko, tym bardziej, że jest na studiach, nie chciała jeszcze mieć dziecka i nikt nie pytał jej o zdanie. Ujęcie tego w romansie w taki sposób nadaje mu jednak nieco inny rys, gdyż sprawia, że nie jest to już słodka historia o miłości, ale wzbudzająca emocje opowieść o dojrzewaniu ludzi do miłości, a to już zupełnie inna para kaloszy.

Jeżeli macie ochotę przekonać się na własne oczy, jak przebiega „Konkurs na żonę” autorstwa Beaty Majewskiej – polecam lekturę, szczególnie na leniwe, słoneczne, majowe popołudnia. Zróbcie sobie kawę, usiądźcie wygodnie i nastawcie feministyczny radar, a odczytacie tę książkę nieco inaczej. Jednym słowem – spodziewajcie się niespodziewanego!

Author

Write A Comment