Kiedy piszę te słowa, przez media przetacza się wszem i wobec „Piasecki Gate”, czyli bardzo smutna historia rodziny, w której pan bił panią, a pani to po kilku latach upubliczniła i zrobił się dym. Najsmutniejsze w tej historii jest to, że nie jest wyjątkiem, a także, że stanowi niezłe pole popisu dla hejterów wszelkiej maści, spieszących z mądrościami typu „jak się kobiety nie bije, to jej wątroba gnije” i tak dalej. W Polsce kobietę stawia się na piedestale w Dzień Kobiet i w Dzień Matki, a w pozostałe – gwałtu, rety. Tym razem nie o tym jednak chciałam, a o tym, dlaczego sprawa przemocy domowej w wydaniu rodziny Piaseckich ujrzała światło dzienne po kilku latach, a w wielu innych rodzinach w ogóle nie zostanie ujawniona. Jednym z czynników jest oczywiście strach, wstyd i poczucie osaczenia oraz niemocy, ale jest jeszcze coś, co w mniejszym lub większym stopniu jest obecne w wielu związkach, które znam i o których czytam – to syndrom kochania za bardzo.

Bo to zła kobieta była

Pani Karolina – żona niesławnego już byłego radnego PiS – wydostała się w końcu z domu pełnego przemocy, zabierając z niego córki. Jednak wszystko ciągnęło się przez lata, zostawiając trwały ślad w psychice dzieci, czego już nikt nie zmieni. Na stronie programu „Uwaga TVN” znajduję takie słowa tej pani:

Był taki moment w 2013 roku, że mój mąż użył siły wobec mojej mamy, na oczach dzieci. Stwierdziłam, że nie można na to pozwolić. Wyprowadziłam się na krótki moment do rodziców. Kiedy maż zniszczył samochody moich rodziców, popisał je sprayem, założyłam niebieską kartę. On nalegał bym ją zamknęła. Przed zespołem psychologów zachowywał się tak, żeby wszyscy widzieli, że jest idealnym mężem. I niebieska karta została zamknięta. Ja się zgodziłam na to, bo też chciałam walczyć o to, by mieć pełną rodzinę.

Co z tego wynika? Jej bliscy wiedzieli, co się dzieje, a pani chciała walczyć o pełną rodzinę, nawet jeżeli oznaczało to życie z agresywnym despotą pod jednym dachem! Działanie wbrew logice, wbrew zdrowemu rozsądkowi, ale zgodnie z oczekiwaniami społecznymi i wewnętrzną chęcią zachowania spójności, czyli skoro raz zdecydowałam, że chcę z nim spędzić życie, to nie mogę teraz pokazać, ze to była zła decyzja i muszę wytrwać choćby nie wiem co.

Niestety takich osób – głównie kobiet – jest całe dzikie mnóstwo. One kochają za bardzo, a co to znaczy?

Kochać za bardzo…czyli jak?

Wyobraźmy sobie dziecko dorastające w domu, w którym wciąż jest niespokojnie. Rodzina może być dysfunkcyjna z wielu powodów. A to alkohol lub inne nałogi, nieobecny któryś z rodziców, przemoc (nie tylko fizyczna, ale też psychiczna, ekonomiczna, werbalna…) – każda sytuacja, w której potrzeby emocjonalne dziecka nie są zaspokajane. Nie czuje się bezpiecznie, nie czuje się kochane takie, jakie jest, podlega ciągłej ocenie i rygorowi, kombinuje, jak nie podpaść, żeby nie doznać srogiej kary. Wciela się w różne role, gra, jest w nieustannym stresie, a potem idzie w świat i wtedy zaczynają się kłopoty…

 Kochać za bardzo to być w związku, w którym nie jest się szczęśliwym, spełnionym, bezpiecznym, pewnym, ale być w związku, w którym cierpienie, gry, przerzucanie się winą i chorobliwa zazdrość są na porządku dziennym. Kochać za bardzo to pozostawać z kimś, kto nie daje nam nic dobrego, nie docenia nas, nie dzieli się z nami swoim życiem, ale krytykuje, manipuluje i wyśmiewa. To także bycie w związku z kimś, kto używa wobec nas jakiejkolwiek przemocy, a my się na to godzimy, żeby tylko z kimś być/bo co ludzie powiedzą/bo tyle lat z nim byłam, więc jak odejdę, to będzie oznaczać porażkę/bo nikt inny mnie nie będzie chciał itp. itd. To również bycie w związku z kimś, dla kogo nie jest się jedyną partnerką, nie tylko w znaczeniu „kochanki”, ale także w kontekście pracoholizmu czy patologicznego uwielbienia dla własnej pasji. Kochać za bardzo to ciągle iść na kompromisy w nadziei, że pewnego dnia partner to doceni i w końcu zacznie nas traktować jak księżniczkę. Jednym słowem kochać za bardzo to być z kimś, kto pod pewnym względem jest niedostępny (z powodów formalnych, emocjonalnych itp.) z nadzieją, że któregoś dnia dzięki naszym wysiłkom, miłości i wytrwałości to się zmieni.

Uzależnienie od miłości

W kochaniu za bardzo najważniejsza jest miłość. Działa jak haj, a bez niej życie jest puste. Uzależnienie od miłości to poczucie wewnętrznego przymusu do jej odczuwania i „praktykowania”. Na co dzień przejawia się choćby w przekonaniu, że kobieta bez mężczyzny usycha, czy że naprawdę w pełni żyje się dopiero „z kimś”, a nie samemu. Tymczasem prawda jest taka, że tylko osoba „pełna”, bez niedoborów miłości i podziwu, może wejść w prawdziwy, dobry związek (dobry = nie toksyczny, twórczy, a nie niszczący). Jeżeli więc tego dopełnienia szuka się wciąż na zewnątrz, wpada się w błędne koło i traci z oczu to, co najważniejsze, czyli…siebie.

Skąd ja to wszystko wiem? Choć nie jestem psychologiem, temat odkryłam i dogłębnie (w teorii i praktyce) zbadałam sama kilka lat temu. Wszystko zaczęło się od książki Robin Norwood „Kobiety, które kochają za bardzo”, którą z czystym sumieniem polecam każdej osobie podejrzewającej, że problem jej dotyczy. Autorką jest psychoterapeutka z ogromnym doświadczeniem, która na podstawie historii i przeżyć swoich pacjentów i pacjentek opracowała pełny program terapeutyczny w tym zakresie.

No dobrze, dość teorii – najpierw byłaś sceptyczna, a teraz zastanawiasz się, czy to może dotyczyć również ciebie? Sprawdźmy.

Szachy, Miłość, Historia

 Kochasz za bardzo, jeżeli:

  1. Poświęcasz się – dla dobra dzieci, swojego, związku, rodziny, kariery itp. itd. Starając się zmienić partnera, czekasz, aż stanie się dobry i kochający, zrzucając winę na jego stresującą pracę, nieszczęśliwe dzieciństwo itp. Czyjeś dobro jest zawsze ważniejsze niż twoje, a dla swojego partnera jesteś matką/opiekunką/terapeutką/coachem/menedżerką itd.
  2. Masz poczucie winy – nie czujesz się dość dobra, by zasłużyć na jego pełną miłość. Nie jesteś dość atrakcyjna, zdolna, pracowita itp., aby on chciał być dla ciebie takim partnerem, o jakim marzysz. Ciągle coś jest z tobą nie tak, a przynajmniej tak czujesz.
  3. Twoje zachowanie w związku cechuje obsesja, kontrola i lęk przed odrzuceniem – może to znasz – zakreślanie fragmentów w książce, które mu pomogą, niekończące się rozmowy z przyjaciółką o tym, dlaczego on zrobił tak, a nie inaczej, albo myślenie o tym, czego on potrzebuje. Robienie mu prezentów-niespodzianek, w proporcjach stawiających cię na straconej pozycji. Dbanie o jego dobry nastrój, nawet kosztem swojego. Słowem – traktowanie go jako pana i władcy, a jednocześnie nieporadnego chłopczyka, którym trzeba pokierować.
  4. Boisz się bliskości, a z drugiej strony samotności.
  5. Zatracasz się – nie potrafisz wyjść ze związku, który nic dobrego ci nie daje, nie chcesz być sama i żyjesz nadzieją, że może wszystko się jakoś ułoży. Boisz się przemocy, ale nie widzisz drogi wyjścia. Cierpisz, ale nic z tym nie robisz. Stawiasz siebie na szarym końcu łańcucha pokarmowego – nie walczysz o swoje szczęście, bo uważasz, że wszystko stracone i nie ma co marzyć o dobrym życiu.

Oczywiście pomiędzy tymi zachowaniami i odczuciami jest też pełna gama szarości, ale jak się temu przyjrzeć, to naprawdę można znaleźć wiele przykładów wokół siebie, a może i w sobie? Zjawisko to jest tak częste, bo utrwalają go normy społeczne, a także tzw. teksty kultury. Ot choćby taka „Piękna i Bestia” – on ją więzi, jest okropny, a ona doszukuje się w nim piękna i marzy o tym, by go zmienić. W końcu jej się udaje, ale w prawdziwym życiu najczęściej bestia pozostaje bestią, chyba że sama zaczyna pragnąć transformacji.

Jak sobie pomóc?

Tym razem nie będzie dobrych rad. Pierwszy krok jest taki jak przy każdym uzależnieniu – trzeba sobie uświadomić, że ma się problem i chcieć to zmienić. Bez tego żadne działanie nie przyniesie skutku. A potem warto skorzystać z pomocy specjalistów, ale spokojnie, nie trzeba się od razu kłaść na kozetce i wypominać, jak to matka się nie uśmiechnęła na powitanie. Zainteresowanych odsyłam do wspomnianej już książki Robin Norwood, a także na portal Fundacji Kobiece Serca – to organizacja, która powstała specjalnie z myślą o pomocy w uzależnieniu od miłości, a na swojej stronie i blogu zamieszcza mnóstwo przydatnych tekstów, ćwiczeń i rad. Można tam też znaleźć test kochania za bardzo i przekonać się, czy obiektywnie również mamy problem.

Śmiem twierdzić, że gdyby pani Piasecka uświadomiła sobie, że ma problem z uzależnieniem od bycia w związku z agresywnym mężem, szybciej by zakończyła całą tę tragedię. Pamiętajmy, że nigdy nie jest za późno na zmiany i na zadbanie o siebie! A w związku warto być z partnerem/partnerką, a nie klientem czekającym na metamorfozę.

Ps.1 Pisząc ten post, poza wyżej wymienionymi źródłami korzystałam ze strony kingasluzynska.pl, na której również można znaleźć rzetelny artykuł o kochaniu za bardzo.

Ps.2 Wszelkie odniesienia w niniejszym poście do płci należy traktować umownie – problem dotyczy kobiet i mężczyzn w różnych konfiguracjach, co trzeba mieć na uwadze.

Author

2 komentarze

  1. Jestem uzalezniona od miłości, choć nie doświadczyłam jeszcze problemu „kochania za bardzo”. Nie udało mi się nigdy być w związku z osobą, którą pokochałam, a były na razie takie dwie. Moje pozostałe związki były podyktowane strachem przed samotnością, pustką, potrzebą wypełnienia ich, co oczywiście zawsze kończyło się cierpieniem strony, która kochała mnie i moimi wyrzutami sumienia. Teraz postanowiłam z tym skończyć. Cierpię będąc sama, nie mogę funkcjonować normalnie, nie czuję się spełniona w żadnej dziedzinie jeśli nie jestem w związku, ale nie wejdę w żaden jeżeli nie będzie z osobą, którą pokocham. Czy jeśli to się w końcu uda, choć nic na to nie wskazuje, wpadnę w „kochanie za bardzo”? Liczę na to, że nie. Chciałabym po prostu kochać całą sobą, dojrzale, czuć się pełna i się tą pełnią po prostu dzielić z ukochanym.

    • Przyznanie tego przed sobą i tutaj wymaga sporej odwagi, której Ci gratuluję! Świadomość tego wszystkiego może Cię uchronić przed wejściem w taki „uzalezniony” związek na rzecz dobrej relacji. Moja rada? Ogromna uwaznosc wobec każdej podejmowanej decyzji w tej sferze. Mi pomogło. Pozdrawiam!

Write A Comment