Moje roczne dziecko ma nowotwór. Albo miało. W każdym razie guz wycięto, „została” rehabilitacja i kontrola. To już za 20 dni. Właściwie do tej pory nie miałam miejsca na refleksję na ten temat, a przecież nowotwór to diagnoza, która powala. Mojego dziecka nie powaliła i mam nadzieję, że tak pozostanie.

Ludzie mierzą się w życiu z różnymi trudnościami. Zazwyczaj są to drobne rzeczy, które urastają do rangi problemów życiowych. Brzydka pogoda, nudna praca, przeziębienie, korki – to wszystko są sprawy, które mogą uprzykrzyć życie, ale nie stawiają go na ostrzu noża. Sprawy trudne, ostateczne, jak poważna choroba, zdrada, przemoc, depresja, to nie są rzeczy medialne, o których można pisać w mediach społecznościowych. No chyba, że zrobi się z nich swój przymiot. Taka depresja jeszcze może być pociągająca – w sensie przyciągania obserwatorów. To jak z patrzeniem na auta po wypadku samochodowym, gdy się koło nich przejeżdża. Ciężko oprzeć się pokusie wojeryzmu.

Zupełnie inaczej sprawa się ma z taką choćby chorobą dziecka. Znajomi, którzy nie mają dzieci nie rozumieją tego strachu, choć się starają. Jednak pochłonięci swoim życiem, powoli tracą cię z oczu, bo jesteś w innym klimacie. Znajomi, którzy mają dzieci współczują, ale powoli, niemal niezauważalnie odsuwają się, żeby się nie zarazić. To irracjonalne, dziwne i niezrozumiałe, ale prawdziwe. Jeszcze jak jesteś w szpitalu, w ferworze walki pomiędzy operacjami, diagnostyką itp. kibicują ci, bo chcą, żebyś czuła wsparcie. Jednak kiedy już wyjdziesz i zostajesz sama z koniecznością znalezienia odpowiedniej rehabilitacji, powrotu do pracy po traumie, jaką przeszłaś i ogarnięcia rozsypanej rodziny, wokół ciebie robi się pusto. Nikt cię nie zaprasza na kawę, nie proponuje pogaduszek, bo o czym z tobą rozmawiać, skoro przeszłaś na inny poziom trudności życiowych?


Photo by Daiga Ellaby on Unsplash

Zastanawiasz się, czy to z tobą jest coś nie tak. Sprawdzasz SMSy, czy nie byłaś zbyt dramatyczna, nie narzekałaś, ale nie – przecież wszyscy pisali ci, że będzie dobrze, więc nikomu nie płakałaś w słuchawkę, zamiast tego płacząc w poduszkę. Wszyscy wokół ciebie, nawet najbliżsi, przecież też się bardzo stresowali, a teraz jest luz. Każdy wrócił do swojego życia, wyszedł do biura, poszedł na imprezę, a ty zostałaś z gorsetem, cewnikiem i strachem, że twoje dziecko ryzyka przekroczy tę cienką linię, która dzieli je od niepełnosprawności. Walczysz i zagrzewasz najbliższych do walki, a nikt nie widzi w tobie strachu, patrząc tylko na lwicę, którą się stałaś. Ale ty się boisz. Boisz się z każdym przytuleniem, przewinięciem, uśmiechem, że czeka was coś jeszcze gorszego.

Nauczyłaś się modlić, ale nikomu o tym nie mówisz, żeby się z ciebie nie śmiał. Wiadomo – jak trwoga, to do Boga. Zresztą komu miałabyś mówić, skoro nikt nie chce słuchać o nieszczęściu. Właściwie na razie nie jest najgorzej, jest szansa, że nowotwór nie wrócił, że rezonans wyjdzie czysty, ale o tym przekonasz się dopiero za trzy tygodnie. Na razie jest strach i walka. Wszystko, co stawia cię do pionu jest dobre. Wyjście do przychodni, szukanie tańszych cewników, konieczność kupienia ciepłych rękawiczek. Konkret. Tylko czasem patrzysz na swoje odbicie w lustrze i zastanawiasz się, kto to jest?

Stan twojego konta po niemożności pracy przez niemal trzy miesiące jest taki, jak temperatura za oknem – bliski zeru. Stan zainteresowania tobą twoich „przyjaciółek”, kiedy minęło bezpośrednie zagrożenie tragedią – podobny. Starasz się wiązać koniec  z końcem i nie zauważać, jak inni dyskretnie robią krok w tył. Najpierw przestają dzwonić, potem pisać, aż w końcu ograniczają się do życzeń na święta. Nie możesz ich za to winić. Raczej szukasz winy w sobie. Zrozum, ludzie mają swoje życie, a ich problemy są dla nich ważniejsze. To normalne. Każdy musi sobie radzić, więc dlaczego z tobą miałoby być inaczej? Przecież zawsze sobie radziłaś, nie robiłaś nikomu problemu, trzymaj tak dalej! A że masz trudniej niż inni? To jest kapitalizm, kochanie. Słabsi i smutniejsi zostają z tyłu. W przyjaźni jest tak samo – wszystko ma swoją cenę.

Szukasz wszystkiego, co nie pozwoli ci spaść w otchłań. Czytasz książki, po które wcześniej nigdy byś nie sięgnęła, na chwilę wracasz do alkoholu (ale tylko po wieczornym karmieniu), tylko po ty, by stwierdzić, że nie tędy droga. Nie emanujesz entuzjazmem, a twoja charyzma jest bliska zeru, ale się nie poddajesz. Przestałaś liczyć na ludzi, ale nie wierzyć w ludzkość. Każdego dnia starasz się wykorzystać czas jak najlepiej, odbudowywać swój świat, nadając mu nieco inny kształt. Szukasz dobra, pielęgnujesz wdzięczność, chcesz żyć, a nie tylko trwać. Uczysz się intensywnego życia również dla niego – by podskórnie czuł, że to wszystko nie przekreśla jego cudownej przyszłości, jaka – masz nadzieję – na niego czeka. Czytasz ogłoszenia o zbiórkach pieniędzy dla chorych dzieci, po raz pierwszy w życiu naprawdę współ-czujesz, ale i tak modlisz się o to, żebyś któregoś dnia nie musiała sama tego robić. Nawet za cenę zainteresowania znajomych.

W mediach społecznościowych nie dostaje się lajków za zdjęcie gorsetu ortopedycznego, ale pięknego krajobrazu, cudownej kompozycji czy ślicznego makijażu. Nikt cię nie pyta, jak minął dzień, bo chce ci pokazać jak minął mu jego. Nikt nie słucha, każdy mówi. Łatwo się od tego uzależnić.

Empatia to zarówno błogosławieństwo, jak i przekleństwo. Stajesz się inna, szukasz siebie na nowo, odbudowujesz się, ale przeszkadza ci czarna dziura wokół. Uczysz się opierania się tylko na sobie, ale wiesz, że z takim stanem konta i tak jesteś zdana na pomoc innych. Na razie najbliższych, których i tak nie cierpisz prosić, ale cóż, siła wyższa. Piszesz więc tekst prosto z serca w nadziei, że dzięki niemu choć jedna osoba bardziej zainteresuje się kimś mniej szczęśliwym wokół siebie, zaproponuje mu kawę albo coś. Uśmiechnij się do kogoś, kto ma gorzej, to wcale nie umniejszy twoim trudnościom. Warto dbać o siebie nawzajem, bo wtedy wszystkim się lepiej żyje.

Prawda?

Please follow and like us:
Audrey Cafe