Znów to samo. Idę do kiosku, patrzę na nadreprezentację pism kobiecych i myślę sobie “nie dam im zarobić”, aż mój wzrok pada na wyrazistą okładkę jednego z miesięczników, obiecującego, że cały numer został przygotowany przez kobiety o kobietach dla kobiet. Że niby #poweredbywoman, co dla mnie jednoznacznie kojarzy się z wymiarem feministycznym, czyli miód na moje serce. No dobra, to dam im szansę. I co? Ano znów to samo, tylko tym razem z pytaniem, które mnie dobija:

 

Umówmy się – jest popkultura i kultura wysoka, jest filozofia i popfilozofia, a więc jest feminizm i popfeminizm, o którym pisałam choćby tutaj. Wiem już, że wiele się nie można po nim spodziewać, ale tym razem było nieco inaczej – jeżeli wpływowy międzynarodowy magazyn dla kobiet przekonuje mnie na okładce, że nie jesteśmy słabszą płcią, a ciuchy mają manifestować osobowość, no to oczekiwania rosną, prawda? Niestety, otrzeźwienie przychodzi już w tzw. wstępniaku, w którym PANI redaktor naczelna “Glamour” – bo o to pismo chodzi – opowiada najpierw, jak to była na gali, na której wszyscy ją komplementowali za piękny wygląd, z czego się cieszyła, ale potem do niej dotarło, że gdyby była facetem, to nikt by się raczej do jej wyglądu nie odnosił. Zastanawia się, dlaczego komplementy mają płeć, co jak dla mnie jest w 100% pytaniem, które zadaje feministka. Tymczasem jakież było moje zdziwienie, gdy przeczytałam dalej:

Wielokrotnie słyszę od młodych dziewczyn (…),  że kobiecość to atrakcyjny wygląd i myślę, że czas zastanowić się, na czym polega nasze piękno? Czy na pewno na perfekcyjnie wyretuszowanych brwiach? Czy raczej na wewnętrznej sile, empatii, odwadze i konsekwencji (…)? Nie czuję się feministką. Jestem kobietą i jestem z tego dumna. Nie chcę walczyć z facetami ich narzędziami.

Cóż, nie wiem, czy pani naczelna rozumie, co pisze, ale dla informacji jej i wszystkich, którzy mają wątpliwości:

  1. Feminizm nie polega na walce z mężczyznami.
  2. Feminizm to przekonanie, że kobieta i mężczyzna są sobie równi, mają równe prawa i zasługują na szacunek oraz godne – równe – traktowanie.
  3. Feminizm to również bycie dumną z tego, że jest się kobietą.
  4. Stwierdzenie, że ktoś nie czuje się feministką, ale jest dumny z bycia kobietą to w świetle tych punktów wewnętrzna sprzeczność.

Nie wiem, skąd ta potrzeba/skłonność do demonizowania feminizmu, ale to się powoli robi nudne. Mimo to za każdym razem czuję nieodpartą potrzebę polemiki z takim jego postrzeganiem, więc i tu nie mogłam się powstrzymać 🙂 Zresztą po wstępniaku jest już nieco lepiej – jest i Martyna Wojciechowska ze swoją siłą, wolnością i determinacją, jest i historia wolontariuszki opiekującej się (a jakże) dziećmi w Indiach, są i przekazy od mamy do córki. Co więcej – jest nawet o podziale obowiązków w związku i raport o kobietach, a w nim o seksizmie, ciałopozytywności i kobiecych idolkach. Apetyt wzrósł już do granic możliwości. Wystarczy, by na koniec przedstawić piękne zdjęcia pod hasłem “Jak wygląda feministka?”. No właśnie… Kiedyś było wiadomo, że powinna wyglądać tak:

Czyli po męsku. Tak powstał stereotyp, z którym teraz i legion Wonder Woman nie byłby w stanie wygrać. A zatem kochane “Glamour” informuje, że w tym sezonie projektanci ubrali feministki w “męski look”. A jakże. Brawa, aplauz, teza o babochłopach i niegoleniu pach sama się potwierdza, kurtyna. Ręce opadają. Droga feministko, masz się zatem ubierać w obszerne i idiotycznie drogie rzeczy, przypominające raczej kilka przypadkowo zszytych szmatek niż w cokolwiek, co lubisz, żeby wpasować się w schemat. Do tego nie zapomnij o dziwnych, rozczochranych lub nadmiernie przylizanych włosach i agresywnym makijażu lub jego całkowitym braku – przecież nie chcesz, żeby ktoś pomyślał, że dbanie o siebie i wyglądanie “stylowo” jest dla ciebie jakkolwiek istotne.

Artykuł ilustrowany jest zdjęciami atrakcyjnych kobiet deklarujących się jako feministki – nie modelek, ale artystek, projektantek itp. Wszystkie one dały się ubrać w naprawdę dziwaczne ciuchy, aby w pięciu linijkach opowiadać, czym jest dla nich kobiecość – nie feminizm wprost. Przekaz? Być może feminizm nie jest taki zły, ale wiadomo, że najważniejsza jest duma z bycia kobietą, bez agresji i radykalizmu, fajne (czytaj drogie) ciuchy i ogólne poczucie “glamour”.

W tym samym numerze Martyna Wojciechowska mówi:

Nie utożsamiam się z agresywnym feminizmem. Nie jestem za tym, żebyśmy domagały się swoich praw, używając języka mężczyzn: aroganckiego i pełnego siły. Nie jest nam potrzebny, bo mamy wiele wspaniałych cech, z których powinniśmy korzystać: empatię, miękkość, umiejętność prowadzenia dialogów (…)

Znów przekaz jest jednoznaczny: nie krzycz, nie domagaj się, nie oburzaj się, tylko miękko zaoponuj, gdy ktoś łamie Twoje prawa czy Cię obraża, wykaż się empatią, a nie złością. Ech…

Jak wygląda feministka?

Tak jak ja, Ty, nasze koleżanki. Czasem wyróżnia się z tłumu, a czasem w nim znika. Lubi róż albo go nienawidzi, ukrywa się w czerni albo w niej odsłania, maluje się lub nie, chodzi do fryzjera lub tego nie cierpi. Jest człowiekiem, kobietą, może matką, a może nie, ma chłopaka/dziewczynę/męża/partnera, kredyt/pracę/marzenia/pasję/plany/cele. Czasem choruje, a czasem ubiera leginsy i idzie poćwiczyć. Ma konto na FB, gdzie wkurza się na dyskryminację kobiet lub gardzi mediami społecznościowymi i działa gdzieś indziej. Jednym słowem – jest normalna, a jednak wszyscy chcą jej przypisać różne cechy aktualnie pasujące do wizerunku, który zostaje jej narzucony. Nie dajmy się propagandzie – nie dajmy sobie wmówić, że feministka to “coś” obrzydliwego, wstydliwego, podrzędnego. Bądźmy z siebie dumne, bo wyróżnia nas jedno – mamy odwagę sprzeciwiać się nierównemu traktowaniu i zabierać głos tam, gdzie inne dziewczyny typu glamour milkną i wbijają wzrok w podłogę. Zdobywajmy się częściej na odwagę i walczmy o siebie!

Please follow and like us:
Audrey Cafe