Statystyczna kobieta. Istota ludzka niezmiennie nastawiona na odbiór rzeczywistości, przefiltrowanie jej przez własne przekonania i kompleksy i wyplucie dalej. Osoba, która musi czuć się pewnie, żeby wydawać się pewną, poddająca się stale w wątpliwość i sprawdzająca, czy wszystko z nią w porządku. Nierzadko cierpiąca na syndrom “ona ma lepsze nogi i więcej zarabia”, rzadko z siebie zadowolona. Czasem chce walczyć o swoje prawa, a czasem nie ma na to siły. Interesuje się tym, co się dookoła niej dzieje, ale nie uważa, by mogła wiele z tym zrobić. Kupuje wciąż nowe poradniki, zamiast szukać mądrości i wartości w sobie.

Ciało statystycznej kobiety. Nigdy idealne, zawsze coś można w nim ulepszyć, wygładzić, poprawić. Czasem wysportowane, czasem noszące ślady intensywnej eksploatacji, rzadko w odczuciu kobiety po prostu piękne. Włosy nie takie – a to za mysi kolor/zbyt się falują/proste jak druty/za mało/za dużo/za krótkie/za długie, skóra nie taka – zbyt napięta/za obwisła/za jasna/za ciemna/zbyt nierówna/za mało błyszcząca/ciągle się świeci, oczy nie odpowiadają – za małe/za duże/za głęboko osadzone/nieodpowiedni kolor… Uff, bycie takim ciałem to ciężka praca. Ciągle trzeba coś ze sobą robić, nie można po prostu być i cieszyć się życiem, bo zawsze jest coś do poprawki.

Mój dwuletni syn kilka dni temu – założyłam mu koszulkę i powiedziałam, że świetnie wygląda. Podszedł do lustra, popatrzył na siebie i się uśmiechnął…
Nieustannie zaskakuje mnie fakt, że tak wiele kobiet, wykształconych, spełniających się w pracy i innych sferach, mądrych, myślących itp. tak rzadko akceptuje swoje ciało, nie mówiąc o kochaniu go. Wciąż się cenzurują (to uwydatni moje wielkie ramiona, a w tym widać tylko moje zbyt szerokie biodra) i marnują czas na umartwianiu się dla piękna, urody, podziwu, zamiast po prostu korzystać z ciała i się nim cieszyć. Czemu mówię “one”? Ha, bo też taka byłam, ale szczęśliwie już sobie z tym poradziłam, a że teraz “ciałopozytywność” w cenie, postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze w tym temacie.

Droga do ciała

Wyjaśnijmy sobie jedno – nie jestem idealna, tak jak i moje ciało. Mogłabym wyliczać jego niedoskonałości, ale po co? Zasada numer 1 akceptowania siebie – ideał nie istnieje! Po prostu. Można mieć różne wizje piękna, aspirować do niedoścignionych wzorców, ale to tylko strata czasu. Największa wartość, a jednocześnie najtrudniejsza do przyjęcia? Bycie sobą.

Historia mojego ciała nie jest łatwa ani przyjemna. Było wiele momentów, kiedy go nienawidziłam, takich, w których jako bardzo młoda dziewczyna leczyłam je w szpitalach i aptekach, ale też takich, w których tzw. koleżanki informowały mnie, dlaczego nie pasuje do zdjęć z “Bravo”. Robiły to zresztą dość brutalnie – tłumacząc, że nie powinnam na przykład odsłaniać uszu, bo mam je jak Dumbo, czy nosić getrów, bo jestem za chuda. Okres dojrzewania oczywiście niczego nie ułatwiał, ale to przechodził akurat każdy. Było też tak, że moje ciało musiało się bronić przed światem zewnętrznym i myślało, że musi bronić też mojej duszy. Spinało się, chroniło przed ciosami, a ja miałam mu za złe, że robi to za słabo.

Potem zaczęła się “prawdziwa” kobiecość, czyli wejście w świat relacji damsko-męskich, który bywa jeszcze okrutniejszy niż liceum w najgorszej dzielnicy miasta. To świat, w którym nie bierze się jeńców, a każda uwaga czy krzywe spojrzenie może w jednej chwili zabić pewność siebie. To świat, w którym trzeba być najlepszym strategiem – wiedzieć, co ubrać, a czego broń Boże nie zakładać, żeby nikt nie pomyślał, że jesteś “łatwa”. To świat, w którym odsłonięcie ramion lub pomalowanie ust potrafi zdecydować o dalszych losach i ciągle trzeba się mieć na baczności. Przynajmniej kiedyś tak myślałam. Byłam chuda, ładna, niepewna siebie. Wtedy przyszedł on – ten, który chciał to siłą wykorzystać, ale któremu uciekłam. Moje ciało po tym wydarzeniu zamknęło się w sobie, ale potem przyszedł moment olśnienia – to nie moja wina! Dlaczego mam udawać, że nie mam ciała, skoro ono jest dla mnie, dla mojego czerpania z życia!

Wtedy przyszedł bunt wobec tej rzeczywistości, a wraz z nim “prawdziwy” życiowy feminizm. Metodą prób i błędów zaczęłam uczyć się swojego ciała, tego, co mi daje, a czego nigdy mi nie da. Jak wiele innych ciał musiało poddać się wielu zabiegom medycznym, ale doceniam je za to, że im podołało. Potem zrobiło coś niesamowitego – dało mi macierzyństwo i za to pokochałam je już na 100%. Teraz zapowiada się powtórka z rozrywki i choć jest nam – mi i ciału – nieco trudniej, każdy dzień to nowa okazja do pogłębiania tej relacji. Nie jest bowiem tak, że ciało zawsze łatwo kochać, o nie. Czasem słabnie, gdy ja chcę biec dalej, albo każe się położyć, gdy mam jeszcze tysiąc planów. Zazwyczaj ma rację, czym mnie wkurza, ale jakoś sobie wspólnie radzimy.

Jak nauczyłam się kochać swoje ciało?

Całkiem zwyczajnie – popatrzyłam na nie uważnie w lustrze i gdy już miałam zacząć wyliczać jego wady, uśmiechnęłam się do siebie i pogłaskałam. Zrezygnowałam z samobiczowania, a zamiast tego zaczęłam o siebie dbać tak, jak mi to odpowiada, a nie jak mówi mainstream. Chcę być zdrowa i silna, ale po to, by czerpać z życia garściami, a nie dobrze prezentować się na selfie. Tak, wiem, że to brzmi tkliwie i niepoważnie, ale sama sprawa jest poważna. Pokochanie swojego ciała wiele ułatwia – oszczędza się na przeróżnych smarowidłach do najmniejszych nawet niedoskonałości, oszczędza się czas i przestrzeń na myślenie o prawdziwych wyzwaniach, no i żyje się po prostu lżej. Patrząc na okładki pism kobiecych nie czuję już żalu i smutku, ale radość – ja jestem prawdziwa, one są pokiereszowane fotoszopem i innymi odsysaczami tłuszczu.

Uważam, że zbyt wiele energii poświęcamy my – kobiety statystyczne – na kompleksy, porównywanie się z innymi i kreowanie swojego wizerunku, jak się to teraz modnie nazywa. Styl mieć warto, to jasne, ale spędzać godziny przed lustrem i wciskać się w majtki wyszczuplające? Dziękuję, wolę prawdziwe życie i prawdziwych ludzi. A prawda nie zawsze jest łatwa 😉

 

Please follow and like us:
Audrey Cafe