Szłam sobie wczoraj po pobliskim centrum handlowym w poszukiwaniu czegoś tak wyrafinowanego, jak dobry chleb. Pchałam przed sobą wózek, a że ubrana na cebulkę byłam, zapewne nie wyglądałam jak jeden z aniołków z Victoria’s Secret. Niemniej jednak tragedii nie było. Idę więc sobie, dziecko zainteresowane otoczeniem gada do siebie, aż tu nagle nadchodzi cios ze strony pryszczatego chłopaczka objuczonego torbą typu fitness. “Dzień dobry, mam dla Pani specjalną promocję karnetu na siłownię. Mogę Pani zająć chwilę?”. Hmm, jedno pytanie, a tyle ukrytych treści. Że co, ja nie wyglądam jakbym karnetu na siłownię używała rano i wieczorem? Że niby potrzebuję go podstępnie w promocji dostać? Jednym słowem, przydałaby mi się siłownia? Wrr. W miarę uprzejmie poinformowałam chłopaczka, że gardzę poceniem się na siłowni (nie umniejszając fanom tejże rozrywki), co bardzo go zdziwiło. Na koniec rzucił, że teraz przecież trzeba być fit, więc jakbym się rozmyśliła, to on tu będzie jeszcze stał. Zdania oczywiście nie zmieniłam, ale cała sytuacja dała mi sporo do myślenia.
Kiedy w najpopularniejszą wyszukiwarkę wpisze się hasło “jak być fit”, wyskakuje ponad 400 tysięcy odpowiedzi. Prowadzenie zdrowego stylu życia, bycie fit, czyli szczupłym i wysportowanym, to tematy, które wielu spędzają sen z powiek, oczywiście głównie kobietom. Czemu oczywiście? Błagam, wszyscy przecież wiedzą, że dobra kobieta to kobieta szczupła, młoda i wysportowana. Tylko taka gwarantuje (podobno) sukces rozrodczy, czytaj: jest odpowiednią partnerką dla naszych (podobno) samców alfa. Pozostawmy jednak te seksistowskie rozważania i spójrzmy na to naukowo.
Całkiem niedawno trafiłam w sieci na pracę naukową Agnieszki Borowiec i Izabelli Lignowskiej pt. “Czy ideologia healthismu jest cechą dystynktywną klasy średniej w Polsce?”. Wiem, brzmi strasznie, ale jak się bliżej przyjrzeć, to badanie wykonane przez panie okazuje się bardzo ciekawe. Najpierw wyjaśnijmy, co to healthism. Otóż, jak już wspominał pryszczaty chłopaczek, “teraz trzeba być fit” i o tym właśnie mówi ta ideologia – cytując autorki, jest to “szczególny rodzaj koncentracji na zdrowiu, które stanowi podstawę definiowania i osiągania dobrostanu, a jednostka może je sobie zapewnić przez zmianę stylu życia”. Ważne jest tu podkreślenie odpowiedzialności osobistej, czyli jeżeli jesteś chory, to twoja wina, a jak zdrowy – zasługa. W toku badań panie potwierdziły tezę, że polska wciąż tworząca się klasa średnia (prywatni przedsiębiorcy, pracownicy umysłowi, wolne zawody, tzw. profesjonaliści) kieruje się w swoich działaniach ideologią healthismu, czyli uzależnia poczucie szczęścia i spełnienia od bycia zdrowym. Z jednej strony, to zrozumiałe, bo przecież nikt nie chce chorować, ale z drugiej – potrafi przybrać formy wynaturzone, a do tego otwiera ogromny rynek usług i akcesoriów dla aspirujących do bycia fit. Choćby siłownia, do której namawiał mnie nieszczęsny chłopaczek – działa 24 godziny na dobę! Pomijając skrajne przypadki osób pracujących w dziwnych godzinach, kto inny mógłby wpaść na pomysł, żeby iść ćwiczyć np. o 3 w nocy?! Dla mnie to zupełne ignorowanie własnego zegara biologicznego, który wyznacza najlepsze godziny do snu, pracy umysłowej, wysiłku fizycznego czy regeneracji. Albo interaktywny widelec, który włącza alarm, gdy zbyt szybko jemy (serio). Albo niezliczone poradniki o zdrowiu, byciu fit, dietetycznym gotowaniu itp. itd. Rynek jest ogromny i nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Dobrze jest być zdrowym. To fakt. Dobrze jest też jednak zachować równowagę i nie dać się ideologii – nie wszystko i nie wszyscy muszą być fit, żeby być szczęśliwymi i dobrymi ludźmi. W tym zakresie bardzo przemawia do mnie sposób Francuzek, które zazwyczaj gardzą siłowniami i klubami fitness na rzecz aktywności fizycznych, które po prostu lubią. Starają się więc jak najczęściej przemieszczać po mieście pieszo lub rowerem, chodzą na zakupy, a nie zamawiają produktów do domu, czy cieszą się ruchem, który daje im poczucie szczęścia (taniec, pływanie, spacery). Bez szaleństwa, przymusu i potrzeby wykazania się przed kimś. A gdy jednego dnia zdarzy im się zjeść zbyt dużo słodkiego czy tłustego, następnego dnia jedzą mniej i bilans się wyrównuje.
W naszej kulturze, czyli jak na razie kulturze zachodniej, ciało staje się celem samym w sobie. Poświęcamy mu wiele uwagi, chcąc, by było jak najpiękniejsze, najszczuplejsze i najgiętsze. Dla mnie ciało jednak to przede wszystkim narzędzie do funkcjonowania, życia i czerpania ze świata tego, co najlepsze. Staram się dbać o to, by było zdrowe, ale nie z przymusu, a chęci zapewnienia sobie optymalnego funkcjonowania. Warto o tym pamiętać i nie dać się zwariować – bycie fit nie oznacza bycia szczęśliwym, szczupli nie zawsze są zdrowi, a marketing i promocja stawiają na “fitness”, bo za tym idą ogromne pieniądze. Jak być fit i nie zwariować? Cóż, jak dla mnie, to żyć tak jak się chce, starając się zachować równowagę między tym, co zdrowe i niezdrowe, ale przyjemne. W końcu żyje się raz 🙂 A nieprzekonanym polecam ten filmik – kto powiedział, że grubi nie potrafią tańczyć? 🙂
Please follow and like us:
Audrey Girl