Jedną z opowieści mojej babci, której nigdy nie zapomnę, jest ta o głodzie. Babcia była wtedy młodą dziewczyną i przebywała w niemieckim obozie pracy pod Łodzią. Był to folwark, na którym więziono nastolatki po to, by pracowały na roli i zapewniały żywność dla macierzystego obozu pracy w Łodzi. Same nie dostawały wiele do jedzenia, ot tyle, żeby przeżyć. Pracowały więc ciężko za talerz marnej, wodnistej zupy z brukwi i nie potrafiły myśleć o czymś więcej niż tylko o tym, aby coś zjeść. Pewnego dnia moja babcia i kilka jej koleżanek wypatrzyły z pola dziką jabłoń, która akurat obrodziła w owoce. Namówiły się więc i postanowiły wybrać się tam, aby nazbierać jabłek dla wszystkich dziewczyn z obozu. Wiedziały, że gdy Niemcy je złapią, zostaną mocno zbite, więc napchały w spodnie poduszek, żeby mniej bolało. Wypad się udał – nazbierały jabłek i zdołały je ukryć tak, żeby je potem rozdać, ale zapłaciły za to bólem i śladami pobicia.

Czy znamy taki głód, który każe kraść?

“Głód” Martina Caparrosa – książka, która wiele zmienia

Nie tak znowu dawno temu obowiązywał podział na trzy światy – Zachód był światem pierwszym, Polska i pozostałe republiki radzieckie – drugim, a cała reszta – trzecim. Trzeci Świat szybko stał się synonimem biedy, chorób, wojen domowych i nagromadzenia najróżniejszych ludzkich nieszczęść. Nazwy dawno się zdezaktualizowały, ale czy podział?

Zastanawia się nad tym Martin Caparros, argentyński dziennikarz, w książce pod wymownym tytułem “Głód”, która doczekała się mnóstwa pozytywnych recenzji i zapisów wstrząsu, jaki wywołała w czytelnikach. Jest to bardzo obszerny reportaż-zapis podróży autora po krainach głodu. Odwiedza Afrykę, Indie, Bangladesz, Argentynę, USA i Madagaskar – wszędzie tam znajduje ludzi głodnych, biednych, nie potrafiących myśleć o niczym innym. Pokazuje nam ich świat – dla nas wciąż Trzeci – i pyta, jak możemy pozwalać na to, by w XXI wieku ludzie nadal umierali z głodu. Niestety, odpowiedzi brak.

Caparros pokazuje, że głód to w dużej mierze problem genderowy – najbardziej cierpią dzieci i ich matki, mężczyźni zdają się sobie jakoś radzić. W wielu rodzinach dotkniętych poważnym niedożywieniem kobiety muszą wybierać, kto zje najpierw i najwięcej. Małe dzieci raczej rzadko wygrywają tę swoistą rosyjską ruletkę. Dość powiedzieć, że według obliczeń Caparrosa co pięć sekund z powodu niedożywienia umiera jedno dziecko.

Jaki Bóg na to pozwala?

Bardzo smutne jest też to, że – jak zauważa autor – wszystkich jego bohaterów cierpiących z powodu głodu łączy wiara w Boga. Czemu smutne? Cóż, po pierwsze, jak okrutny musi być Bóg, który niczemu niewinne dzieci skazuje na powolną, straszliwą śmierć? Po drugie, mam wrażenie, że wiara tutaj jest rodzajem zasłony dymnej, mydleniem oczu naiwnym wiernym, którzy żyją w straszliwych warunkach przekonani, że w niebie czeka na nich za to nagroda. Nie będę dyskutować na temat wiary w Boga, bo to temat-rwąca rzeka, ale czy nie jest to po prostu wymówka?

Północ i Południe

Swego czasu zajmowałam się edukacją rozwojową, czyli prowadziłam wiele warsztatów dla dzieci i młodzieży na takie “lewackie” tematy jak prawa człowieka, Fair Trade czy globalizacja. W tej tematyce nie używa się już określenia Trzeci Świat – zastąpiły go kraje Południa, bo tak właśnie podzielił się teraz świat – na bogatą Północ i biedne Południe. NGO-sy, które tymi tematami się zajmują, starają się przestrzegać dokumentu pt. “Kodeks w sprawie obrazów i wiadomości dotyczących krajów Południa” (dla chętnych więcej tutaj). Chodzi w nim głównie o to, aby nie publikować obrazów “ludzi Południa” bez ich zgody i świadomości. Mówiąc wprost – żeby nie szafować zdjęciami wychudzonych dzieci o wzdętych brzuszkach i wielkich oczach, aby wywołać współczucie i zmotywować do datków. Dlaczego?

Ano dlatego, że niestety datki te nie zawsze idą na cele, na które są zbierane. Wszyscy zapewne spotkaliśmy się z akcjami np. UNICEF-u (ba, sama wielokrotnie je wspierałam) czy widzieliśmy amerykańskich celebrytów szczerze przejętych losem np. głodujących w obozach dla uchodźców w Afryce i mówiących o milionach monet, jakie przeznaczą na ich ratowanie. Czy to źle? Nie, pewnie, że coś to zawsze lepiej niż nic, ale niestety wielkie organizacje i wielkie akcje mają to do siebie, że mają też wielką biurokrację, która pochłania wielkie pieniądze. Skąd więc brać pewność, że nasze 10 zł idzie na głodującego malucha, a nie kawę dla szefa?

Caparros nie daje łatwych odpowiedzi. Nie zamieszcza list 10 sposobów pomocy krajom Południa. Po pierwsze dlatego, że problem jest systemowy, a co za tym idzie – nieogarnialny dla “zwykłego” obywatela. Otóż w grę wchodzą mechanizmy ekonomiczno-polityczne, a wielkie podmioty, takie jako FAO czy ONZ, choć mają narzędzia pomocowe, mają też interesy i ich członkowie również, stąd bierze się wiele głupot. Jak inaczej nazwać fakt, że swego czasu zgodzono się na pomoc żywnościową dla niektórych krajów Afryki pod warunkiem, że nie będą one dotować swoich rolników? Rolnicy w Europie czy Stanach Zjednoczonych otrzymują dotacje, bo produkcja rolna często się “nie opłaca”, a rolnik afrykański znikąd pomocy się nie doczeka. Państwo jest słabe, organizacje międzynarodowe reagują, gdy jest klęska głodu (a nie “zwykły” głód), a jeszcze mogą przyjść i zabrać ziemię, bo brak do niej papierów (ziemię często się dziedziczy, a jakoś tak dokumentów zazwyczaj brak, bo nikt ich kiedyś w Afryce nie wystawiał w tych sprawach). Ziemię często za darmo wydzierżawiają też zagraniczne korporacje (np. na Madagaskarze), aby prowadzić na niej swoje uprawy lub produkcję, a w zamian mają zbudować w wiosce np. szkołę czy przychodnię. No właśnie, mają… Często się z tego nie wywiązują, więc mieszkańcy wioski tracą i ziemię, i nadzieję.

Co dalej?

“Głód” Caparrosa porusza, irytuje, zasmuca i frustruje. Nie daje żadnych łatwych odpowiedzi, a za to opowiada o problemach i mechanizmach, które obecnie wydają się właściwie niezmienialne. Mówi o tym, że na Ziemi jest dość jedzenia dla nas wszystkich, tylko podział jest nierówny. W samej tylko Polsce w ciągu roku marnuje się 9 milionów ton żywności, na świecie – 1,3 miliarda ton. Jednocześnie szacuje się, że 800 milionów ludzi głoduje, więc rachunek jest prosty. Gdyby głodujący dostawali to, co reszta marnuje – problem by się “rozwiązał”, ale to nie takie łatwe.

Autor książki wskazuje, że rozwiązania muszą być lokalne, a nie pisane z pozycji Waszyngtonu czy Brukseli. Muszą uwzględniać lokalne warunki klimatyczne, polityczne itp., a nade wszystko szanować ludzi, dla których są tworzone. Nie traktować ich z zachodnią, kolonialną wyższością. Czy to się uda? Trzeba wzmocnić kobiety – zarówno fizycznie, aby mogły rodzić zdrowe dzieci i karmić je piersią, jak i społecznie – aby mogły stanowić o sobie i z godnością zapewnić rodzinie byt. Trzeba wspierać drobnych rolników, aby mniejszym nakładem sił uzyskiwali większe plony i umieli je zabezpieczyć np. na czas suszy. Trzeba mieć oczy i uszy otwarte na wszelkie nierówności, rasizm, dyskryminację, bo efekt śnieżnej kuli nie każe długo czekać na ich negatywne efekty. Trzeba o tym mówić, trzeba wybierać mądrych polityków, w końcu – trzeba mieć ideały. Trzeba…

Nadzieja?

Caparros wystrzega się nadziei, wydaje się nawet zły na siebie, że w ogóle zaczął ten temat. A ja go podziwiam i bardzo mu dziękuję, bo sprawił, że znów wyszłam ze swojego kręgu problemów i zaczęłam patrzeć dalej, głębiej, szerzej. Pewnie, że można narzekać, marudzić albo po prostu nic nie robić, bo “i tak nic nie zmienię”, “ode mnie nic nie zależy” itp. Jednak wpływ mamy na wiele spraw – na to, co i gdzie kupujemy, co jemy i co robimy z odpad(k)ami, na kogo głosujemy, o czym rozmawiamy, co klikamy w necie… Na koniec posłużę się jeszcze słowami autora, bo ujął to idealnie:

Wyobraźmy więc sobie, jak mógłby wyglądać świat, który nie wywoływałby w nas zażenowania, poczucia winy, zniechęcenia – i zacznijmy myśleć nad tym, jak go odnaleźć.

Jest to krótkie stwierdzenie – może się jednak przekładać na lata, dekady starań, błędy i klęski, i kto wie, co jeszcze.

Krótkie stwierdzenie, historia czyjegoś życia

i życia wielu ludzi.

Obrót dziejów.

Please follow and like us:
Audrey Cafe