W tym miejscu miała się znaleźć porażająca intelektualnie polemika z artykułem autorstwa pewnego filozofa polityki, który ukazał się w ostatnim dodatku “Plus Minus” do “Rzeczpospolitej”. Ukazał się i przeorał Internet, powodując bardzo zróżnicowane reakcje. Polemika znaleźć się miała, ale tego nie zrobi, gdyż świat wirtualny dał mi bolesną nauczkę pod tytułem “im dłużej zwlekasz, tym więcej dobrych artykułów na ten temat się ukaże i unieważni sens twojej pisaniny”. No więc właśnie. Artykuł “Klaps to obowiązek rodziców” wzbudził ogromne kontrowersje, których pokłosiem jest choćby świetny artykuł na stronie Tygodnika Powszechnego (tutaj).
W komentarzach po wielu mniejszych i większych postach i artykułach odnośnie tego wątpliwej wartości dzieła mylenia wniosków i przesłanek da się zauważyć dwie postawy: klaps to zło i “ja dostawałem w skórę i wyszedłem na ludzi”. Co ciekawe, ta druga postawa najczęściej występuje w rodzaju męskim. Ja jednak opowiem się za postawą numer jeden, wszem i wobec ogłaszając, iż klaps nie jest obowiązkiem rodziców, a za to jest samym złem. Tak, samym.
Dlaczego klaps jest zły? Bo jest. Bo stawia dziecko w pozycji przedmiotu, a nie podmiotu, o czym prosto i jasno mówi Marek Michalak – Rzecznik Praw Dziecka – choćby tutaj. Bo pozwala silniejszemu wykorzystać swoją siłę, aby coś wymóc na słabszym. Jednym słowem jest przemocą, ale schowaną pod przebraniem “niepanowania nad emocjami”, rzekomego kierowania się wyższym dobrem (jak go trzepnę po tyłku, to zapamięta, żeby nie bić dzieci łopatką), Nieważne, czy zdarzy się raz, dwa czy pięć, zawsze boli i niszczy zaufanie do rodzica.
Znam rodzinę, w której pojawiło się nowe dziecko, a “stare” zaczęło walczyć o uwagę w niezbyt sympatyczny sposób, o czym je informowano w postaci głośnych krzyków, wyzwisk i klapsów. Znam ludzi, którzy doświadczyli przemocy w domu i zdarzyło im się sprzedać klapsa swojemu dziecku niejako odruchowo. Znam rodzeństwo, które leje się równo, projektując na siebie to, jak traktują je rodzice. Znam dorosłych tak zranionych po trudnym dzieciństwie z przemocą w tle, że poprzysięgli sobie nigdy nie mieć dzieci. Problem cały czas jest, dotyka pokolenia po pokoleniu i nigdy nie znika sam.
Jak uczy filozofia kaizen, o której pisałam tutaj, duże problemy biorą się z pomijania małych sygnałów, że coś jest nie tak. W naszym świecie przemocy jest mnóstwo – w życiu społecznym, w polityce, mediach, rozrywce, używanym słownictwie. To się nie zmieni, dopóki nie zaczniemy zwracać na nią uwagi w życiu codziennym i u źródeł – czyli u samych siebie i w swoim otoczeniu – się jej pozbywać. Stąd między innymi wzięła się kampania Rzecznika Praw Dziecka “Reaguj na przemoc wobec dzieci. Masz prawo”. Niereagowanie na te najdrobniejsze sytuacje to tak naprawdę przyzwalanie na nie i nie ma tu żadnego wytłumaczenia. Reagowanie nie oznacza też wchodzenia z butami w czyjeś życie czy – uwaga – używania przemocy, żeby zatrzymać przemoc. Na stronie kampanii można znaleźć rzeczowe informacje na temat tego, jak mądrze reagować na przemoc, a także jak wychowywać bez używania siły. Ponadto jest tam też deklaracja o reagowaniu na wszelkie przejawy przemocy wobec dzieci – ja już podpisałam.
Przemoc wobec dzieci – nieważne, czy ma formę klapsa, szarpnięcia za rękę czy obrzucania wyzwiskami – bolała, boli i boleć będzie. Dziecko może mieć większą lub mniejszą na nią odporność, ale bez względu na to, co twierdzi teraz, w momencie jej doświadczenia cierpiało i nie potrafiąc jej zrozumieć, starało się ją zracjonalizować. Stąd te wszystkie szumne “ja dostawałem pasem i nic mi nie jest” czy “zakaz bicia dzieci to lewactwo”. Rodzic ma dziecko kochać, chronić i przygotowywać do samodzielnego życia, a nie wyładowywać na nim swoje emocje i frustracje. W końcu kształtujemy teraz przyszłe pokolenie, a jeżeli nic się nie zmieni, to jak ono będzie wyglądało?
Please follow and like us:
Audrey Girl