Białe trampki z najlepszej skóry, zegarek ze złotą tarczą i świetnej jakości portfel na białym tle. Albo spódnica z fantastycznej wełny, zamszowe kozaki, które przetrwają lata i filcowy kapelusz oraz markowe okulary słoneczne. Ewentualnie filiżanka z najdelikatniejszej porcelany wypełniona kawą z markowego ekspresu i ręcznie robionym ciastem bez niczego – bez glutenu, mleka, jajek, cukru, no i bez smaku. Oto minimalizm w wydaniu instagramowo-marketingowym, który zwłaszcza teraz – w okresie świątecznej bieżączki atakuje jako przeciwwaga dla plastikowego “chłamu”, wciąż jednak namawiając do wydawania pieniędzy. Patrząc na ceny tych produktów z tzw. wyższej półki muszę spytać – czy minimalizm to przywilej?

Minimalizm w świecie maksymalizmu

Podoba mi się idea minimalizmu, o czym pewnie już wiecie z treści bloga. Szczególnie teraz, gdy zewsząd atakują świąteczne promocje, a pod przykrywką rodzinnej atmosfery namawia się nas do wydawania pieniędzy na mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Minimalizm daje od tego wytchnienie, jest jak chłodny prysznic w gorący dzień, zdający się mówić “spokojnie, nie musisz mieć wszystkiego, wybierz sobie kilka rzeczy i zadbaj, żeby były jak najlepszej jakości”. To ma sens i na co dzień i od święta, gdyż każe analizować, dokonywać świadomego, uważnego wyboru na przekór owczemu pędowi, któremu łatwo się poddać w pierwszej lepszej galerii handlowej. Coraz częściej natykam się jednak na pułapki, które minimalizm zdaje się zastawiać na mnie w codziennym życiu.

Są wśród nas blogerzy i blogerki, którzy na haśle “minimalizm” zjedli zęby i doczekali się internetowej sławy jako eksperci w jego sprawie. Zdarza mi się ich czytać i wtedy przychodzi mały “zonk”. Otóż w imię tejże idei często zamieszczają oni – a jeszcze częściej one – poradniki zakupowe w duchu – a jakże – minimalistycznym. Jakież bywa moje zdziwienie, gdy widzę tam swetry kaszmirowe za 300 zł czy wełniane płaszcze za 800 zł. Pewnie, że są od polskich producentów lub świetnych zagranicznych marek, w trakcie ich produkcji nie zginęło żadne zwierzę, a one same odpowiednio pielęgnowane przetrwają nawet nasze wnuki. Wciąż jest to 800 zł za płaszcz, podczas gdy tak zwany normalny człowiek w życiu takich pieniędzy na okrycie wierzchnie nie wyda. Ja również. Patrząc na te poradniki zakupowe zaczęłam się więc zastanawiać, czy minimalizm to przywilej?

Minimalizm, czyli nuda za średnią krajową?

Z czym kojarzy się minimalizm? Z bielą, przestrzenią, doskonałą jakością i uważnością. Dla zwykłego śmiertelnika trochę trąci nudą i niewyróżnianiem się. Większość z nas żyje inaczej – kupujemy to, na co nas stać, myśląc raczej o bieżącej perspektywie finansowej, a nie inwestycjach i o tym, co jest dostępne, a nie wydumane, snobistyczne, a nawet etyczne. Robiąc zakupy kierujemy się wygodą i bieżącym stanem portfela, czasem planując wydatki, czasem nie. Przepadamy też za posiadaniem rzeczy, które widzieliśmy w reklamie, a nawet – szczególnie ostatnio – za przytulnością, ciepłem (świece, tkaniny, koce, kubki – marzenie marketingowca), czyli hygge. Nic z tych rzeczy nie odpowiada duchowi minimalizmu, co każe sobie zadać pytanie – dla kogo jest ta idea?

Koncepcja minimalizmu wywodzi się z Azji, gdzie powszechne jest nie-posiadanie, które jednak stanowi pewną oznakę posiadania. To tak, jakby mówić “mam niewiele, ale gdybym tylko chciał, miałbym wszystko. W ten sposób okazuję swoją wyższość nad szarakami przywiązanymi do rzeczy doczesnych”. Idea ta rozpowszechnia się w krajach tzw. Zachodu, gdzie ludzie mają coraz więcej i chcąc się wyróżnić, starają się mieć coraz mniej. Paradoks ten równoważy głoszone wszem i wobec inwestowanie w doświadczenia i przeżycia. Prawdziwy minimalista wyjedzie raczej na Bali niż kupi nową kanapę, albo raczej kupi dizajnerską kanapę niż taką z meblowej sieciówki. Wybierze przy tym najlepszą jakość, na którą wszędzie kładzie się nacisk. Nie ma w tym oczywiście niczego złego, ale zastanówmy się, kto tak naprawdę może sobie na to pozwolić. Z moich zapewne mało miarodajnych badań wynika, że najczęściej minimalizm w naszym kraju “głoszą” kobiety odnoszące sukcesy zawodowe, zazwyczaj pozbawione załączników w postaci dzieci i znajdujące się w związku nieformalnym. Wakacje spędzają za granicą, fotografując minimalistyczne połączenia bieli i błękitu na pięknych greckich wyspach, a jeżeli w Polsce, to w wyjątkowych miejscach, które już za chwilę staną się bardzo modne, gdyż umożliwiają pełne doświadczenie minimalistyczne za prawdziwie maksymalistyczną kwotę. Cała reszta Polaków będzie wtedy upychać parawan na plaży we Władysławowie.

Minimalizm – tak, ale…

Oczywiście jest to przerysowanie i uproszczenie, ale im więcej szukam informacji czy inspiracji w duchu minimalistycznym, tym częściej się irytuję. Powiększając rodzinę i jednocześnie kredytując się po uszy nie mam ochoty wpadać w sidła żadnych specjalistów od marketingu, łącznie z tymi od minimalizmu. Oni jednak czyhają na każdym rogu, czasem wkładając maski spoko-blogerek, co to wolą doświadczenia od rzeczy. Moja przeklęta i utrudniająca życie skłonność do myślenia krytycznego każe mi więc zapytać, komu minimalizm się opłaca? Firmom, które “robią” w wełnie i kaszmirze, portalom zakupowym, showroomom kuszącym wyjatkowością, producentom szokująco drogich mebli i dodatków do wyposażenia wnętrz oraz białych farb, wreszcie wszystkim, którzy potrafią to sprzedać. Osoby w pewien sposób uprzywilejowane opierają swoje profile instagramowe na minimalistycznych hasłach, przyciągając wielu podglądaczy siedzących w wynajmowanych, byle jak urządzonych mieszkaniach i marzących o tym, że pewnego dnia też będzie ich stać na paprotkę stojącą w ręcznie wyplatanym koszu w stylu skandynawskim na tle białej ściany w niemal pustym salonie.

Nie daję się w to wciągnąć i mówię “nie” poradnikom zakupowym oraz każdemu, kto chce mnie przyciągnąć do swoich produktów wmawiając, że są minimalistyczne. Nie stać mnie na to i wcale się tego nie wstydzę. Żadna idea nie namówi mnie do kupna białej koszulki za 200 zł, jeżeli podobną mogę dostać w tzw. second-handzie za 12 zł. Nikt mi nie powie, że idąc po ulicy w płaszczu za 800 zł robię więcej dla świata niż idąc po tej samej ulicy w kurtce z polskiej sieciówki za 120 zł.

Nie mam zamiaru zaśmiecać swojego mieszkania, a wręcz lubię je regularnie odgruzowywać z nadmiaru rzeczy. Staram się nie kupować dziecku plastiku na rzecz drewna i książek, wolę kupić kilo pysznych pomarańczy niż litr soku z koncentratu. Wybierając rzeczy w sklepie staram się zachować logikę i zdrowe, uważne podejście, co nie oznacza, że nie zdarza mi się kupić słodkiej buły lub jogurtu. Preferuję minimalizm w głowie, a nie na Instagramie, czyli na pokaz. Lubię, gdy wszystko się zgadza i pasuje do siebie stylem, charakterem i wyglądem, co nie oznacza, że będę zaciągać kolejny kredyt tylko po to, by urządzić się idealnie minimalistycznie. Jak we wszystkim i tu potrzebna jest równowaga oraz zdolność krytycznego myślenia, co szczególnie w okresie przedświątecznym może się przydać.

A zatem minimalizm tak, ale z głową i bez nadmiernego klikania w linki afiliacyjne 😉

Please follow and like us:
Audrey Girl