AUDREY CAFE

Cztery przełomy roku 2020

Za oknem pada śnieg, dookoła cisza i spokój, gdzieś w tle słychać stukot klawiszy komputerów uwięzionych w pracy zdalnej. Moje poranki rozciągnęły się do przedpołudnia i dają w końcu upragniony oddech. Możliwość wsłuchania się w swoje myśli i pragnienia. Niby banał, a tak łatwo z tego zrezygnować na rzecz ciągłej bieganiny. Dzięki chwili spokoju można uzyskać dystans i wgląd w życie, które przecież nadal jest czasownikiem, a nie rzeczownikiem.

Cztery przełomy roku 2020

Photo by Sandy Millar on Unsplash

Gdyby poszczególne lata miały być warzywami, rok 2020 byłby zgniłą brukselką. Nie ma chyba osoby, której nie pokrzyżował planów i nie pokazał, jak iluzoryczne jest uznanie naszego stylu życia za oczywistość. Upragniona „normalność”, czegokolwiek by nie oznaczała, może jeszcze chwilę nie nadejść. Pozbawieni więc „normalnej” bieganiny możemy przyjrzeć się nitkom, z których tkamy swój świat. Oczywiście nie każdy ma na to ochotę, ale ja nie wyobrażam sobie bez tego życia, więc na przekór ciężkim czasom chcę pokazać cztery przełomy, jakie przyniósł mi rok 2020.

1. Zmiana podejścia – brak oczekiwań

Jeżeli coś połączyło ludzkość w ostatnim czasie, to pewnie fakt, że rok 2020 przeszedł wszystkie jej najśmielsze oczekiwania. Powiedzmy to sobie szczerze – chyba żaden tak jeszcze nie pokazał, że możemy sobie nasze plany schować głęboko. Do tej pory myślałam, że wiele już osiągnęłam, jeżeli chodzi o tak zwany rozwój osobisty. Przełamałam wiele ograniczeń i lęków, uzyskałam jako taki spokój, który daje uważność i wdzięczność. Nie zrobiłam jednak jednej bardzo istotnej rzeczy – nie pozbyłam się oczekiwań. To przyniosła mi tak naprawdę końcówka roku 2020, kiedy zrozumiałam – dzięki kilku ważnym lekturom – że oczekiwania dotyczące przyszłości, bliskich osób i ogólnie życia nie dają niczego poza cierpieniem, rozczarowaniem i frustracją. Piszę to również w kontekście zmagań z niepełnosprawnością synka – wcale nie jest łatwo zrezygnować z codziennego biczowania się, że jest jak jest na rzecz powolnej budowy wdzięczności „mimo wszystko” oraz doceniania każdej chwili. Prawda jest taka, że życie, świat, inni ludzie wcale nie istnieją po to, by spełniać nasze oczekiwania, tym bardziej jeżeli są one źródłem negatywnego nastawienia. Świat jest taki, jakim chcemy go widzieć. Gdy pozbędziemy się oczekiwań co do tego, jaki ma być i co ma nam przynieść na rzecz koncentracji na tu i teraz, możliwie najlepszym działaniu i zaufaniu, że będzie dobrze (choć nie wiadomo do końca jak), uda nam się poczuć wewnętrzny spokój i radość. Jak mawiają informatycy – u mnie działa 🙂

A, trzeba zaznaczyć, że brak oczekiwań absolutnie nie oznacza pasywności i rezygnacji. Wręcz przeciwnie – chodzi o działanie, ale bez spinania się co do konkretnego efektu, bo tego nie da się do końca przewidzieć. Trzeba po prostu działać i wierzyć, że będzie ok, a reszta jest tak naprawdę poza nami.

Jeszcze jedna ważna rzecz, gdy chodzi o oczekiwania – bardzo mi w tym procesie pomaga ograniczenie mediów społecznościowych. Stwierdzenie, że sam bezkrytyczny odbiór social media i ciągłe zanurzanie się w treściach, jakie za sobą niosą wprawia wiele osób w stan frustracji i niezadowolenia z siebie nie jest odkrywcze, jednak sporo z nas zdaje się to ignorować. Niesamowite jest też to, że spędzamy na portalach społecznościowych tak dużo czasu, karmiąc się treściami i właściwie nic ciekawego nie wnosząc w ten świat. Przez to staje się to po prostu nałogiem, czaso-umilaczem lub zapychaczem. Trzeba na to mocno uważać, żeby nie tracić czasu, którego już przecież nigdy nie odzyskamy.

2. Medytacja

Photo by Simon Rae on Unsplash

Codzienna lub prawie codzienna medytacja to obecnie podstawa mojego spokojnego i pozytywnego nastawienia do życia. Dzięki niej udało mi się zmienić sposób działania mojego umysłu na tyle, że w końcu, po wieeelu latach niepowodzeń zdałam na prawo jazdy i niemal w ogóle się nie denerwowałam podczas egzaminu! Dzięki medytacji i spokojowi, jaki we mnie wprowadza dni upływają łagodniej, lepiej dogaduję się z bliskimi i łatwiej nadaję priorytet temu, co naprawdę ważne. Pod choinkę zażyczyłam sobie poduszkę medytacyjną i to prawdziwy strzał w dziesiątkę. Nic tak nie ustawia gonitwy myśli i wewnętrznego pomieszania jak te 20 minut dziennie sam na sam ze swoją głową, a poducha przypomina o tym i dodatkowo motywuje. Naprawdę polecam! Jak to wygląda? U mnie na razie króluje medytacja prowadzona w wykonaniu Dagmary Skalskiej, o której już pisałam tu i tu. To medytacje nakierowane na spokój, poczucie szczęścia, wdzięczności oraz na spójność ciała, umysłu i działania. Jeżeli wolicie medytację samodzielną, nic prostszego – wystarczy usiąść w spokojnym miejscu, gdzie nikt wam nie przeszkadza, siadacie z wyprostowanym kręgosłupem, zamykacie oczy i oddychacie. Gdy pojawiają się myśli, obrazy – po prostu pozwalacie im odpłynąć dalej. Prościzna, już nawet mój sześciolatek próbował i żyje 🙂

3. Ruch

Photo by Morgan Petroski on Unsplash

Nie chodzi tylko o wygląd, o nie. Naukowcy ze wszystkich stron przekonują, że codzienna aktywność fizyczna usprawnia pracę układu nerwowego, poprawia zdrowie i samopoczucie, nie mówiąc o kondycji i jakości życia. Wszyscy to oczywiście wiemy, bo dane te bombardują nas ze wszystkich już chyba stron. Influencerki, fit instruktorki i chwilowo bezrobotni trenerzy personalni wyskakują z każdej lodówki, aby pokazać nam, co trzeba, a czego się nie powinno, szczególnie w obecnej sytuacji, gdy zdrowie i odporność to hasła numer jeden. Ruch – szczególnie na ŚWIEŻYM powietrzu – okazał się być bardzo istotny również dla mnie, bo po wielu latach ćwiczenia tańca zapanowała u mnie posucha w tej sferze i ogólne zamrożenie. W roku 2020 odkryłam Martę Henning z Codziennie Fit, której treningi choć niełatwe i niekrótkie dają dużo satysfakcji. Odkryłam również YouTube pod tym względem, rozpływając się w liczbie treningów z obszaru jogi i baletu, czyli tych, które kocham najbardziej. Dodatkowo, jak pewnie wielu Polaków, na nowo rozkochałam się w zwykłych spacerach, bezwzględnie wykorzystując w tym celu psa i dzieci (kolejność przypadkowa). Magia liczenia kroków i dostrzegania zmian pór roku zachwyca mnie niemal każdego dnia. Praktycznie w każdy weekend udaje nam się rodzinnie wybrać “za miasto”, co również wiele daje nam jako ekipie typu rodzinnego. Wszystko to oznacza bardzo istotną poprawę jakości życia, bo zamiast siedzieć i marudzić chodzimy i doceniamy. Znów polecam 🙂

4. Dieta

Nie będę ukrywać, że moje eksperymenty z dietą wzięły się z chęci poprawy sylwetki. Tu i ówdzie zrobiło się mnie nieco więcej i dla własnego zdrowia oraz komfortu zaczęłam się rozwijać w temacie kulinarnym. Wszystko to doprowadziło do ścieżki, o której marzyłam od dawna i chyba po prostu do tej pory brakowało mi odwagi, ale od 15 czerwca 2020 już ją mam – przeszłam na wegetarianizm. To duża i mała zmiana jednocześnie. Choć muszę nieco kombinować w kuchni, by zazwyczaj przygotowywać dania w wariancie mięsnym i bezmięsnym, stałam się o wiele bardziej kreatywna w tej sferze, lżejsza i w końcu spójna. Moja filozofia życiowa od dawna była przeciwko jedzeniu zwierząt, a teraz wszystko się zgadza – to, co myślę, to, co jem i to, co kupuję, dzięki czemu czuję się po prostu lepiej sama ze sobą. Warto też dodać, że kuchnia wegetariańska jest sporo tańsza i zdrowsza od “zwykłej”, więc poza trudnością związaną z odpowiednim bilansowaniem posiłków, żeby nie nabawić się niedoborów, wszystko jest git. O wiele bardziej git niż kiedyś.

To najważniejsze przełomy, jakie przyniósł rok 2020. Będę je na pewno kontynuować w tym roku, a do tego dojdą nowe. O niektórych już wiem, inne dopiero muszę wykoncypować. A u Was jak? Zmiany, zmiany, zmiany?

Jeden komentarz do “Cztery przełomy roku 2020

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *