Sztuka świadomego życia

Jak przestać się martwić

Współczesna kobieta (człowiek?) ma wiele ulubionych dyscyplin sportowych. Siatkówkę – gdy nadszedł czas na zakupy, koszykówkę – gdy trzeba wyrzucić śmieci, wielobój – gdy zajmuje się dzieckiem, no i oczywiście maraton – każdy dzień to długa trasa, na końcu której czeka zasłużony odpoczynek. Choć zanim ten odpoczynek nadejdzie, kobieta musi oddać się jeszcze jednemu ukochanemu sportowi, który przyprawia ją o okropne zakwasy i zmęczenie – martwienie się.

Oczywiście mężczyźni też się martwią, ale mam wrażenie, że o wiele rzadziej, choć może też nieczęsto o tym mówią. Niemniej jednak kobiety martwią się wszem i wobec na potęgę – o dzieci, pracę, swoją figurę, że mają za mało czasu, że mają czas, a go marnują, że nie dość osiągnęły, że są zbyt zmęczone, żeby rozwijać swój potencjał, że nie starczy im do pierwszego, że raty kredytu rosną i zostało ich jeszcze tak dużo, albo że sytuacja polityczna w ich kraju robi się nie do wytrzymania (tak, są kobiety, które się o to martwią!). Zdarza mi się czasem też popaść w kołowrotek zmartwień, kiedy to nachodzą mnie strasznie pesymistyczne wizje, odbierając radość życia i przyprawiając o zadyszkę. Od zawsze szukałam sposobu na poradzenie sobie z tym i pozbycie się zmartwień. Jednym z kroków w tę stronę była “Książeczka o zadowoleniu” Leo Babauty, która sporo mi dała, ale może była zbyt krótka, żeby rozwiać wszystkie wątpliwości. W poszukiwaniu dalszych odpowiedzi wpadłam na książkę starą, sprzed epoki łykania pseudoporadników niczym suplementów diety, a jednak ratującą mnie przed utratą równowagi psychicznej.
źródło: http://www.abebooks.co.uk/servlet/BookDetailsPL?bi=16356012574

“Jak przestać się martwić i zacząć żyć” Dale’a Carnegiego – bo o tę książkę chodzi – to pozycja przede wszystkim stara, bo pierwsze wydanie ukazało się w USA w 1948 roku! Wtedy ludzie mieli wiele tak zwanych prawdziwych zmartwień – powojenna rzeczywistość nie napawała optymizmem, bieda była na porządku dziennym, a sytuacja polityczna nie grzeszyła stabilnością. Sam Carnegie mówił, że napisał ją, bo był sfrustrowany i nieszczęśliwy, ciągle się martwił i szukał wyjścia z tej sytuacji. Zaczął więc szukać odpowiedzi, rozmawiać z ludźmi, czytać książki i znalazł rozwiązanie. Poparł je mnóstwem przykładów, co znacznie ułatwiło przekonanie mnie do swoich tez. Jak więc przestać się martwić? Otóż:

1. Pierwsza i najważniejsza zasada to żyj odgrodzony od przeszłości i przyszłości. Czyli ni mniej ni więcej niż bardzo popularna teraz uważność – mindfulness – istnieje tylko tu i teraz, więc nie ma co się zamartwiać ani tym, co było (i tak nie mamy na to wpływu, a możemy się tylko wrzodów żołądka nabawić), ani tym, co będzie (jeżeli możemy coś zrobić, żeby przyszłość sobie uprzyjemnić, to zróbmy to, ale nie martwmy się na zapas, bo wrzody nie śpią :)). Autor podkreśla też, żeby nie odkładać życia na później, bo to zwyczajnie głupie – życie jest krótkie, najprawdopodobniej tylko jedno, więc drugiej szansy na działanie może nie być.

“Większość z nas popełnia ten sam błąd. Żałujemy, że czegoś nie zjedliśmy wczoraj, albo zamartwiamy się tym, co będziemy jeść jutro, zamiast po prostu zjeść kromkę chleba suto posmarowaną masłem dzisiaj, tu i teraz.”Dale Carnegie


2. Jak w praktyce pozbyć się danego zmartwienia? Najpierw trzeba zastosować formułę niejakiego Willisa H. Carriera:
1. Zadaj sobie pytanie, co najgorszego może ci się przydarzyć?
2. Przygotuj się na przyjęcie tego, jeśli będzie trzeba.
3. Potem spokojnie wychodząc od najgorszego, zacznij ratować, co tylko się da.

Proste? Pozornie tak, ale znów wymaga uważności – trzeba się na chwilę w swoim martwieniu się zatrzymać, przeanalizować sytuację na chłodno i pomyśleć, co dalej. Do tego służy kolejna metoda, tym razem Galena Litchfielda:
Zadaj sobie następujące pytania:
1. Czym właściwie się martwię?
2. Co mogę zrobić w tej sprawie?
3. Co zamierzam zrobić?
4. Kiedy zamierzam zacząć to robić? 
(odpowiedź: NATYCHMIAST)

3. Carnegie nazywa zamartwianie się nałogiem i myślę, że to trafna obserwacja. Kojarzy mi się głównie ze starszymi kobietami, które siedzą na gankach starych domów/wystają przez okna mieszkań i jojczą, a co je strzyknie w boku, to już są chore. Autor książki mówi, że martwi się ten, kto ma na to czas, czyli jeżeli nie chcemy nurzać się w odmętach zmartwień – weźmy się do roboty. Tak jak w filozofii kaizen tak i tutaj zmiana złych nawyków (również umysłowych) wymaga działania, czasem nawet jakiegokolwiek, byleby odwrócić myśli od tego, co nas przygnębia.

“Sekret bycia nieszczęśliwym polega na posiadaniu wolnego czasu, który możemy poświęcić na zastanawianie się, czy jesteśmy szczęśliwi, czy też nie.” Bernard Shaw


4. Pozostałe rady autora są proste i słyszymy je pewnie bardzo często, a przez to wciąż nam umykają. Każe nam dbać o siebie i odpoczywać, zanim się zmęczymy (czytaj: znajdować czas dla siebie, żeby ładować akumulatory zanim zupełnie się wyczerpią, czyli codziennie). Do tego nie być małostkowym – nie martwić się drobiazgami, tylko rozróżniać to, co ważne i na tym się skupiać. Nie płakać nad rozlanym mlekiem, tylko wyciągać wnioski z niepowodzeń i iść dalej. Dbać o słynną już la joie de vivre – radość życia.

Wszystko to brzmi znajomo, bo teraz w każdym (pseudo)poradniku psychologicznym można znaleźć takich i podobnych rad na pęczki. Carnegie, posługując się słowami praktyków, ale i filozofów starożytnych, przemawia do mnie jednak bardziej, bo jego książka wynikła z prawdziwej potrzeby pomocy, także samemu sobie. Na koniec przytoczę tekst Sibyl F. Partridge, który on również cytuje, a który moim zdaniem najlepiej oddaje filozofię niemartwienia się, uważności i radości życia. Szczerze mówiąc, gdyby rozprowadzać je w szkołach, sejmach i zakładach pracy, mogłoby nam się żyć o wiele lepiej… 

WŁAŚNIE DZIŚ
1. Właśnie dziś będę szczęśliwy. (…) Szczęście przychodzi z wewnątrz. Nie zależy od czynników zewnętrznych.
2. Właśnie dziś spróbuję dostosować się do tego, co jest, zamiast usiłować dostosować wszystko wokół do moich własnych życzeń. Przyjmę swoją rodzinę, pracę i los takimi, jakie są, i dopasuję się do nich.
3. Właśnie dziś zadbam o swoje ciało. Będę je gimnastykować, dbać o nie i pielęgnować, nie nadużyję go ani nie zaniedbam, aby stało się perfekcyjnym mechanizmem pracującym dla mnie.
4. Właśnie dziś zadbam o swój umysł. Nauczę się czegoś pożytecznego. Nie będę umysłowym leniem. Przeczytam coś, co wymaga wysiłku i koncentracji.
5. Właśnie dziś na trzy sposoby będę ćwiczyć mego ducha: Zrobię dla kogoś coś dobrego i nie pozwolę, aby odkrył, że to ja. Zrobię co najmniej dwie rzeczy, których nie chcę robić (…).
6. Właśnie dziś będę miły, Będę wyglądał najlepiej, jak potrafię, będę mówił powoli, działał uprzejmie, nie będę szczędził pochwał i nie będę niczego krytykował ani nikogo za nic winił: nie będę próbował ulepszać i uczyć innych.
7. Właśnie dziś spróbuję żyć tylko dzisiejszym dniem i nie będę usiłować rozwiązywać wszystkich życiowych problemów na raz.(…)
8. Właśnie dziś będę działał planowo. Napiszę, co chcę robić w ciągu każdej godziny. (…) Pozbędę się dwóch wad gorszych niż plagi: pośpiechu i niezdecydowania.
9. Właśnie dziś poświęcę pół godziny tylko na wypoczynek. (…)
10. Właśnie dziś nie będę się bał być szczęśliwy, cieszyć się tym, co piękne, kochać i wierzyć, że ci, których kocham, też mnie kochają.

Miłego dnia 🙂

Jak być fit i nie zwariować

Szłam sobie wczoraj po pobliskim centrum handlowym w poszukiwaniu czegoś tak wyrafinowanego, jak dobry chleb. Pchałam przed sobą wózek, a że ubrana na cebulkę byłam, zapewne nie wyglądałam jak jeden z aniołków z Victoria’s Secret. Niemniej jednak tragedii nie było. Idę więc sobie, dziecko zainteresowane otoczeniem gada do siebie, aż tu nagle nadchodzi cios ze strony pryszczatego chłopaczka objuczonego torbą typu fitness. “Dzień dobry, mam dla Pani specjalną promocję karnetu na siłownię. Mogę Pani zająć chwilę?”. Hmm, jedno pytanie, a tyle ukrytych treści. Że co, ja nie wyglądam jakbym karnetu na siłownię używała rano i wieczorem? Że niby potrzebuję go podstępnie w promocji dostać? Jednym słowem, przydałaby mi się siłownia? Wrr. W miarę uprzejmie poinformowałam chłopaczka, że gardzę poceniem się na siłowni (nie umniejszając fanom tejże rozrywki), co bardzo go zdziwiło. Na koniec rzucił, że teraz przecież trzeba być fit, więc jakbym się rozmyśliła, to on tu będzie jeszcze stał. Zdania oczywiście nie zmieniłam, ale cała sytuacja dała mi sporo do myślenia.
Kiedy w najpopularniejszą wyszukiwarkę wpisze się hasło “jak być fit”, wyskakuje ponad 400 tysięcy odpowiedzi. Prowadzenie zdrowego stylu życia, bycie fit, czyli szczupłym i wysportowanym, to tematy, które wielu spędzają sen z powiek, oczywiście głównie kobietom. Czemu oczywiście? Błagam, wszyscy przecież wiedzą, że dobra kobieta to kobieta szczupła, młoda i wysportowana. Tylko taka gwarantuje (podobno) sukces rozrodczy, czytaj: jest odpowiednią partnerką dla naszych (podobno) samców alfa. Pozostawmy jednak te seksistowskie rozważania i spójrzmy na to naukowo.
Całkiem niedawno trafiłam w sieci na pracę naukową Agnieszki Borowiec i Izabelli Lignowskiej pt. “Czy ideologia healthismu jest cechą dystynktywną klasy średniej w Polsce?”. Wiem, brzmi strasznie, ale jak się bliżej przyjrzeć, to badanie wykonane przez panie okazuje się bardzo ciekawe. Najpierw wyjaśnijmy, co to healthism. Otóż, jak już wspominał pryszczaty chłopaczek, “teraz trzeba być fit” i o tym właśnie mówi ta ideologia – cytując autorki, jest to “szczególny rodzaj koncentracji na zdrowiu, które stanowi podstawę definiowania i osiągania dobrostanu, a jednostka może je sobie zapewnić przez zmianę stylu życia”. Ważne jest tu podkreślenie odpowiedzialności osobistej, czyli jeżeli jesteś chory, to twoja wina, a jak zdrowy – zasługa. W toku badań panie potwierdziły tezę, że polska wciąż tworząca się klasa średnia (prywatni przedsiębiorcy, pracownicy umysłowi, wolne zawody, tzw. profesjonaliści) kieruje się w swoich działaniach ideologią healthismu, czyli uzależnia poczucie szczęścia i spełnienia od bycia zdrowym. Z jednej strony, to zrozumiałe, bo przecież nikt nie chce chorować, ale z drugiej – potrafi przybrać formy wynaturzone, a do tego otwiera ogromny rynek usług i akcesoriów dla aspirujących do bycia fit. Choćby siłownia, do której namawiał mnie nieszczęsny chłopaczek – działa 24 godziny na dobę! Pomijając skrajne przypadki osób pracujących w dziwnych godzinach, kto inny mógłby wpaść na pomysł, żeby iść ćwiczyć np. o 3 w nocy?! Dla mnie to zupełne ignorowanie własnego zegara biologicznego, który wyznacza najlepsze godziny do snu, pracy umysłowej, wysiłku fizycznego czy regeneracji. Albo interaktywny widelec, który włącza alarm, gdy zbyt szybko jemy (serio). Albo niezliczone poradniki o zdrowiu, byciu fit, dietetycznym gotowaniu itp. itd. Rynek jest ogromny i nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Dobrze jest być zdrowym. To fakt. Dobrze jest też jednak zachować równowagę i nie dać się ideologii – nie wszystko i nie wszyscy muszą być fit, żeby być szczęśliwymi i dobrymi ludźmi. W tym zakresie bardzo przemawia do mnie sposób Francuzek, które zazwyczaj gardzą siłowniami i klubami fitness na rzecz aktywności fizycznych, które po prostu lubią. Starają się więc jak najczęściej przemieszczać po mieście pieszo lub rowerem, chodzą na zakupy, a nie zamawiają produktów do domu, czy cieszą się ruchem, który daje im poczucie szczęścia (taniec, pływanie, spacery). Bez szaleństwa, przymusu i potrzeby wykazania się przed kimś. A gdy jednego dnia zdarzy im się zjeść zbyt dużo słodkiego czy tłustego, następnego dnia jedzą mniej i bilans się wyrównuje.
W naszej kulturze, czyli jak na razie kulturze zachodniej, ciało staje się celem samym w sobie. Poświęcamy mu wiele uwagi, chcąc, by było jak najpiękniejsze, najszczuplejsze i najgiętsze. Dla mnie ciało jednak to przede wszystkim narzędzie do funkcjonowania, życia i czerpania ze świata tego, co najlepsze. Staram się dbać o to, by było zdrowe, ale nie z przymusu, a chęci zapewnienia sobie optymalnego funkcjonowania. Warto o tym pamiętać i nie dać się zwariować – bycie fit nie oznacza bycia szczęśliwym, szczupli nie zawsze są zdrowi, a marketing i promocja stawiają na “fitness”, bo za tym idą ogromne pieniądze. Jak być fit i nie zwariować? Cóż, jak dla mnie, to żyć tak jak się chce, starając się zachować równowagę między tym, co zdrowe i niezdrowe, ale przyjemne. W końcu żyje się raz 🙂 A nieprzekonanym polecam ten filmik – kto powiedział, że grubi nie potrafią tańczyć? 🙂

Jak zmienić świat – przewodnik dla leniucha

Uff, znów chwilę mnie nie było – życie młodej mamy z chorowitym maluchem to jednak nie jest bułka z masłem 🙂 Na szczęście idzie ku dobremu, więc mogę wyjść z domowych pieleszy i zająć się rzeczami równie ważnymi, jak np. ratowaniem świata od zagłady 🙂
 
Tym razem słowa, które tu zamieszczę będą tłumaczeniem, bo ktoś inny napisał mądrze, więc nie będę po nim poprawiać – jak wiadomo lepsze jest wrogiem dobrego. Otóż niedawno na stronie ONZ ukazał się świetny i przystępny dla czytelnika przewodnik dla leniucha, który chce zmienić świat wokół siebie. Pozwoliłam się sobie nim zafascynować, przetłumaczyć i puścić dalej w eter. W końcu czy dzień bez odrobiny wysiłku w kierunku ulepszenia świata nie jest dniem straconym?
Skończyć z ekstremalną biedą. Zwalczyć nierówność i niesprawiedliwość. Spowolnić zmiany klimatyczne. Wow. Globalne Cele Rozwoju są ważne, mają zmieniać świat i będą wymagać współpracy pomiędzy rządami, organizacjami międzynarodowymi i ważnymi decydentami. Wydaje się, że zwykły człowiek nie ma na to wszystko żadnego wpływu. Czy w takim razie trzeba się poddać?
 
Nie! Zmiana zaczyna się od Ciebie. Poważnie. Każdy człowiek na Ziemi – nawet ten najbardziej obojętny i leniwy – jest odpowiedzią na problemy. Na szczęście są pewne bardzo łatwe rzeczy, które każdy może robić bez wysiłku. Poniżej znajdziesz kilka z nich – tak na dobry początek 🙂
Poziom 1 – na tapczanie siedzi…gwiazda

Co można zrobić z wysokości kanapy?
– Oszczędzaj prąd, podłączając wszystkie urządzenia do listwy zasilającej i wyłączaj je całkowicie, gdy z nich nie korzystasz. Komputer też!
– Zrezygnuj z otrzymywania papierowych wyciągów bankowych, płać rachunki przez Internet lub telefon. Bez papieru = bez niszczenia lasu!
– Udostępniaj, a nie tylko klikaj lajki. Jeżeli widzisz ciekawy post w mediach społecznościowych o prawach kobiet czy zmianach klimatu, udostępnij go, aby Twoi znajomi też mieli szansę go zobaczyć. (ps. udostępnianie moich postów też się liczy :))
– Nie drukuj. Znalazłeś online materiał, który chcesz zapamiętać? Zanotuj sobie jego adres w notesie albo na komputerze i ogranicz w ten sposób zużycie papieru.
– Wyłącz światła. Telewizor czy komputer też emituje delikatne światło, więc jeżeli nie potrzebujesz innych jego źródeł – po prostu je wyłącz.
– Pobuszuj trochę po Internecie i kupuj tylko od firm, które postępują zgodnie z zasadami zrównoważonego rozwoju i nie niszczą środowiska.
– Zgłaszaj internetowych trolli. Jeżeli na tablicy na portalu społecznościowym czy w pokoju tematycznym na czacie zobaczysz szkodliwą wiadomość – zgłoś tę osobę.
– Szukaj informacji. Bądź na bieżąco z wiadomościami lokalnymi i z Globalnymi Celami Rozwoju online lub w mediach społecznościowych.
– Informuj o swoich działaniach na rzecz Globalnych Celów Rozwoju, używając hashtaga #globalgoals w mediach społecznościowych.
– Zmniejsz zużycie dwutlenku węgla! Oblicz swój ślad węglowy (np. tutaj) i działaj, jeżeli jest za duży.
Poziom 2 – czyli zostań bohaterem we własnym domu 🙂
 
Co można zrobić w domu?
– Susz na powietrzu. Pozwól swoim włosom i ubraniom schnąć naturalnie, bez użycia suszarek. Jeżeli robisz pranie, dbaj o to, żeby cała była wypełniona ubraniami.
– Bierz krótkie prysznice. Kąpiele w wannie oznaczają o wiele większe zużycie wody niż 5-10 minut prysznica.
– Jedz mniej mięsa, drobiu i ryb. Do ich produkcji potrzebnych jest więcej zasobów niż w przypadku roślin.
– Zamrażaj świeże produkty i resztki, jeżeli nie zdążysz ich zjeść. To samo możesz zrobić z jedzeniem na wynos, jeżeli wiesz, że następnego dnia go nie spałaszujesz. Zaoszczędzisz żywność i pieniądze.
– Papier, plastik, szkło i aluminium pochodzące z recyklingu pozwalają ograniczać ilość odpadów.
– Kupuj produkty możliwie najmniej zapakowane.
– Unikaj wstępnego nagrzewania piekarnika. Jeżeli to możliwe, rozpocznij pieczenie w momencie włączenia piekarnika.
– Uszczelnij okna i drzwi.
– Wyreguluj termostat.
– Wymień stare urządzenia na modele energooszczędne.
– Jeżeli jest taka możliwość, zamontuj panele słoneczne w domu. Dzięki nim rachunek za prąd będzie niższy!
– Połóż dywan na podłodze. Dywany i wykładziny zatrzymują ciepło w domu i ograniczają konieczność jego ogrzewania.
– Nie płucz. Jeżeli używasz zmywarki do naczyń, nie płucz ich przed włączeniem urządzenia.
– Wybierz lepszą opcję pieluchową dla dziecka. Otulaj swojego malucha pieluchami wielorazowymi lub jednorazowymi, ale ekologicznymi.
– Odśnieżaj ręcznie. Unikaj mechanicznych odśnieżarek i trochę się poruszaj.
– Używaj zapałek zamiast plastikowych, wypełnionych gazem zapalniczek.

Poziom 3 – Dobry sąsiad

Co można zrobić poza domem?
– Kupuj lokalnie. Wsparcie firm z sąsiedztwa daje ludziom zatrudnienie i pozwala ograniczyć transport na duże dystanse.
– Kupuj sprytnie – planuj posiłki, używaj list zakupów i unikaj kupowania pod wpływem impulsu. Nie daj się sztuczkom marketingowym, przez które kupisz więcej, niż potrzebujesz. Jak wyrzucisz, to i tak nie zaoszczędzisz.
– Idąc do restauracji i składając zamówienie na owoce morza, zapytaj, czy pochodzą ze zrównoważonego źródła. Tylko takie kupuj też w sklepie.
– Używaj roweru, chodź lub korzystaj z transportu publicznego. Samochodu używaj, gdy przemieszczasz się razem z pasażerami.
– Używaj wielorazowych butelek na wodę. W ten sposób zmniejszysz ilość produkowanych odpadów.
– Idąc na zakupy weź własną torbę. Zrezygnuj z reklamówek na rzecz toreb bawełnianych.
– Bierz mniej serwetek – czyli weź tylko tyle, ile naprawdę zużyjesz.
– Kupuj rzeczy z drugiej ręki. Produkty fabrycznie nowe nie zawsze są najlepsze.
– Oddaj to, czego już nie używasz. Lokalne organizacje charytatywne z radością przyjmą lekko zużyte ubrania, książki i meble.
– Szczep siebie i dzieci. Ochrona Twojej rodziny przed chorobami oznacza też lepsze zdrowie publiczne.
– Dbaj o samochód. Auto w dobrym stanie to lepsze parametry dla środowiska.
– Korzystaj z prawa głosu podczas wyborów władz lokalnych i państwowych.
 
Uff, to tylko niektóre z rzeczy, które każdy z nas może robić. Dla zainteresowanych polecam stronę ONZ, z której tekst pochodzi, a gdzie znajdziecie wiele innych informacji. Mamy przed sobą nieco dłuższy weekend, który sprzyjać może “dobrym zmianom”. No, to do roboty 🙂
 

 

Być jak Audrey Hepburn

Z niekłamaną, ogromną przyjemnością chciałam Was poinformować, że jeżeli macie chwilę wolnego i ochotę na miłą lekturą przy kawie, to możecie przeczytać mój pierwszy e-book!
Jest on dostępny po zapisaniu się na newsletter naszego bloga, co stanowi drugą nowość, z której jestem dumna, bo ciężko było przebrnąć przez techniczne zawiłości 🙂 No, ale do rzeczy:
Co mi da newsletter?
Informacje o nowych notkach, dodatkowe ciekawe linki i bliższy kontakt z autorką bloga (hmm), a dodatkowo dostęp do mojego pierwszego autorskiego e-booka!
O czym jest ten e-book?
Jak sam tytuł wskazuje jest to skondensowane przedstawienie moich najważniejszych źródeł inspiracji związanych z Audrey Hepburn, bez lania wody i przydługich opisów. Jest kilka fajnych zdjęć i cytatów, a do tego praktyczne wskazówki. Krótko, prosto i na temat.
Czy mnie to zainteresuje?
Jeżeli jesteś kobietą, to właściwie w 100% procentach mogę strzelać, że tak 🙂 Jeżeli jesteś mężczyzną – możesz e-booka podesłać koleżance/żonie/mamie/dziewczynie/siostrze, a ja się na pewno nie pogniewam 🙂
Jak to zrobić?
Najprościej jak się da: zapisz się na newsletter, a po potwierdzeniu subskrypcji otrzymasz wiadomość z linkiem do pliku PDF.
A co, jeżeli mi się nie spodoba?
Cóż, z newslettera możesz się wypisać w każdej chwili, PDF wyrzucić do czarnej wirtualnej dziury, a mnie skrytykować, ile wlezie pod tym postem, choć – błagam! – konstruktywnie. Daj znać, co o tym myślisz.
Uff, to ja nie będę już przedłużać, bo wiem, że śpieszysz się zapisać do newslettera 🙂 Do zobaczenia we wtorek! (poniedziałek – pamiętacie – strajk :))

O dobrej zmianie, czyli filozofia kaizen

Mówi się, że jedyną pewną rzeczą w życiu jest zmiana. W naszym kraju zmian teraz nie brakuje, ale tych najgorszego sortu – szybkich, nieprzemyślanych, silących się na rewolucyjność i odbywających się bez konsultacji z kimkolwiek spoza pewnego kręgu. Ja na szczęście odkryłam niedawno świat całkiem innych zmian, o których naprawdę można powiedzieć, że są dobre, i to bez cudzysłowu.
Pewnego pięknego dnia oczom moim ukazał się nowy numer magazynu kobiecego, którego jeszcze nigdy w życiu nie czytałam (no może raz u fryzjera, ale to się nie liczy :P). Z ciekawości i akuratnej chwili wolnego sięgnęłam po niego i w środku odkryłam artykuł, który mnie zaciekawił, więc postanowiłam poszukać dalszych informacji. Artykuł ten dotyczył filozofii kaizen, w którą teraz chcąc nie chcąc wsiąkłam.
Sam termin “kaizen” może się korpoludko-podobnym kojarzyć z zarządzaniem i różnymi ple-ple właściwymi dla tego świata. Tym razem jednak nie o biznes chodzi, a o coś ważniejszego – samo życie.
W swojej książce “Filozofia kaizen” dr Robert Maurer, amerykański psycholog, opowiada o tej genialnej w swej prostocie koncepcji. Jej sens w zasadzie oddaje polski podtytuł książki: “Jak mały krok może zmienić Twoje życie”. A wszystko zaczęło się od Japonii…
Po zakończeniu drugiej wojny światowej Japonia musiała się jakoś pozbierać – poniosła porażkę militarną, a uzyskanie przez nią silnej pozycji gospodarczej miało być dla Amerykanów gwarancją obrony przed komunistyczną Koreą Północną. Stąd też postanowiono pożyczyć wywodzącą się w istocie z USA koncepcję małych kroków, której nadano japońską nazwę kaizen. Z powodu zniszczeń wojennych Japończycy i tak nie mieli możliwości wprowadzenia od razu ogólnej restrukturyzacji i rewolucji przemysłowej, więc postanowili iść powoli, małymi krokami, korzystając z już posiadanych zasobów. I to zadziałało. Zainspirowany tym Robert Maurer postanowił przenieść tę koncepcję na grunt psychologii i człowieczego życia codziennego i oto jest.
Autor wychodzi z założenia, że każda zmiana, nawet pozytywna, budzi lęk. Nasz mózg bowiem traktuje ją jako stresor i dobiera do niej reakcję “walka lub ucieczka”, więc jeżeli nie jesteśmy dość silni, by się jej przeciwstawić, rezygnujemy. Stąd miliony składanych postanowień noworocznych, których realizacja kończy się po trzech tygodniach nowego roku, tysiące niezrzuconych kilogramów, setki wypalonych papierosów itp. itd. Znamy to chyba wszyscy – coś sobie obiecujemy (od pierwszego, od poniedziałku, od urodzin…) i mamy ogromną wolę zmiany, ale… na tym się kończy. Mnie niestety też się to tyczy, więc teraz wezmę to na klatę i przechodzę na kaizen.
Jak w praktyce ma wyglądać zmiana w ujęciu kaizen? W skrócie: na robieniu możliwie najmniejszych kroków po to, aby mózg “nie zorientował się”, że powinien się bać. No dobrze, ale jak się do tego zabrać?
1. Zadawaj małe pytania – sobie samemu, żeby się dowiedzieć, jakie działania najlepiej byłoby podjąć. Jeżeli np. chcemy schudnąć, pytamy siebie: jak mogę wprowadzić więcej ćwiczeń w ciągu dnia? I tyle, czekamy co nam mózg podpowie. Do momentu uzyskania odpowiedzi od siebie samego zadajemy sobie to wybrane pytanie codziennie. (Uwaga: pytania autoagresywne typu “czemu jestem taka gruba?” wyrzucamy za burtę.) A potem – wdrażamy je w życie.
2. Kształtuj umysł – Maurer nazywa to “rzeźbieniem umysłu”. Wybieramy coś, co chcemy od dawna zrobić, ale brakuje nam odwagi/chęci/energii itp. Dajemy sobie miesiąc zanim rzeczywiście zaczniemy działać w tym kierunku. Przez ten czas TYLKO myślimy, ale codziennie – przez 30 sek., może minutę dziennie wyobrażamy sobie, że wykonujemy daną rzecz. Kiedy już czujemy się na siłach wziąć się do działania, robimy to zgodnie z zasadą:
3. Działaj metodą małych kroków – żadnych spektakularnych metamorfoz, rewolucji i innych takich. Powoli, ale do przodu – tak mamy większą gwarancję, że działanie doprowadzimy do końca, bez ucieczki, rezygnacji, a więc i poczucia porażki. Można zacząć nawet od działania trwającego minutę, ale wykonywanego codziennie. W ten sposób nasz apetyt na zmianę będzie rósł, a wraz z nim szanse na sukces.
Zgodnie z tą koncepcją można wszystko – rzucić nałóg, schudnąć, zdać egzamin, a nawet – podobno – znaleźć męża/żonę. Chodzi o to, żeby całość działań była doskonale przemyślana i przećwiczona “na sucho”, aby zminimalizować niechęć umysłu do zmian i wygrać ze sobą samym.
Maurer mówi też o jednej ciekawej rzeczy, jaką jest rozwiązywanie problemów w momencie, gdy są jeszcze małe. Nasze kłopoty zazwyczaj narastają przez jakiś czas, wysyłając sporo znaków ostrzegawczych, które z różnych powodów ignorujemy. Dotyczy to zarówno tak trywialnego zjawiska, jakim jest bałagan w domu, jak i poważnych kryzysów w firmach. Im szybciej zareagujemy, tym mniej energii i środków trzeba będzie poświęcić na ratunek. Dodaje też drugą rzecz – przyznawanie sobie małych nagród za małe działania-sukcesy. Każda wykonana przez nas czynność, którą sobie zaplanowaliśmy w drodze do celu powinna wiązać się z małą nagrodą. To może być zarówno kostka czekolady, jak i gorąca kąpiel czy wieczór filmowy. Wszystko, co jest dla nas przyjemne, a nie wymaga zadłużenia na karcie kredytowej, czyli jest małe 🙂
Filozofia kaizen jest spójna, przystępna i przejrzysta. Maurer przytacza w książce wiele przykładów z życia wziętych, w których przyniosła bardzo pozytywne rezultaty, a że właściwie nie ma tu nic do stracenia, to i ja zamierzam spróbować. Kto wie, może wkrótce będę mogła się czymś pochwalić?
Czego sobie i Państwu życzę 🙂

Jak być super

Świat pędzi. Czasem do przodu, czasem na boki, ale zawsze szybko. Albo po prostu nam się tak wydaje, gdy na chwilę się gdzieś zatrzymamy – wszyscy idą, biegną, są w ruchu, zajęci, zaaferowani swoimi sprawami. Kiedy uda się już zatrzymać, szuka się kontaktu ze światem wirtualnym, bo tak to już teraz jest – biegłam, a w tym czasie inni też nie próżnowali, więc warto zobaczyć, gdzie teraz są. Otwiera się więc jeden, drugi serwis społecznościowy, a tam wszyscy w biegu od jednego świetnego miejsca do drugiego, wszyscy tacy super.
Właściwie nie mam nic do bycia super w takim rozumieniu. Nawet sama chciałabym taka być. Czasem, bo kiedy indziej mam tego dość i chcę być do niczego, trzasnąć drzwiami i krzyknąć “Radźcie sobie sami”. Świat jednak tego nie lubi, bo preferuje “superowość”. W sumie słusznie. Być super to mieć większe szanse na przetrwanie, dostawać lepsze kąski ze stołu i cieszyć się większą liczbą przyjemności. Przy okazji można jednak wpaść też w pułapkę. 
Pułapkę tę dostrzegło ostatnio polskie wydanie “Elle“, w którym znalazł się artykuł o odpuszczaniu i wyluzowywaniu. Zainspirował mnie do przemyśleń, szczególnie że tak jak jego bohaterki łączę na co dzień wiele ról i czasem troszkę się gubię.
Rzeczony artykuł można streścić stwierdzeniem, że wcale nie musisz być we wszystkim najlepsza, więc zrezygnuj z perfekcjonizmu, odpuść i ciesz się życiem. No tak, łatwo powiedzieć, a trudniej zrobić. Zazwyczaj pracować trzeba, żeby mieć pieniądze na podstawowe potrzeby i jeszcze jakąś “górkę” na przyjemności. Pracując zapomina się jednak o przyjemnościach i wpada w kocioł terminów, zobowiązań i zmartwień. Potem po pracy jest dom. W zależności od jego składu liczebnego i rodzajowego (ostrzegali mnie: duży pies – duży kłopot) zajęcie się nim jest mniej lub bardziej absorbujące. W moim przypadku – dość. Do tego dochodzą nieodzowne dzisiaj pasje, hobby i rozwój. Na koniec jeszcze pozostaje życie towarzyskie – koleżanki, przyjaciele, rodzina (nie daj Boże jeszcze zobowiązań wobec nich). Już, już wszystko zaliczone, z ostatnim tchnieniem tego dnia padasz na kanapę, żeby sobie o tym wszystkim pomyśleć, a tu przychodzi… mąż. No tak, przecież jeszcze jakieś życie związkowe by się przydało. A doba ma tylko 24 godziny i ciągle walczysz o te osiem do przespania.
Zazwyczaj przy takich podsumowaniach przychodzi ktoś życzliwy i mówi: a doba Beyonce też ma tylko 24 godziny. Hm, no tak, a ja się postawię i powiem, że nie można mieć wszystkiego i życie to sztuka wyboru. Zrozumienie tego zajęło mi chwilę, ale – hello! – udało się. Beyonce też nie ma wszystkiego i raczej jej to nie przeszkadza. Znam ludzi, którzy mniej pracują w tygodniu, a za to przez weekend biegają po warsztatach i spotkaniach, a dziecko wtedy robi coś innego. Znam takich, którzy długo siedzą w pracy, bo nie mają pomysłu, co robić w domu. Są też inni, którzy po pracy biegną jak najszybciej do domu, żeby zaliczyć jeszcze kilka gier i zabaw z dziećmi, a wieczorem pobiec na fitness. Znam kobiety i mężczyzn, którzy utyskują na swoją pracę, ale od lat jej nie zmieniają. Znam też takich, którzy swoją pracę uwielbiają i stoją w strasznym rozkroku, bo żeby być w niej coraz lepsi, muszą kraść czas np. dzieciom. I jak tu być super?
Tym razem nie będzie żadnych wyliczanek, bo bycie super to coś, co nie ma jednej definicji ani kilku określonych metod. Dla mnie bycie super to czucie się tak, a zazwyczaj doświadczam tego, gdy robię to, co kocham w sposób, który uwielbiam i w towarzystwie, którego chcę. Zależnie od pory dnia i roku będzie to coś innego, ale jedno się nie zmieni – będę wtedy w zgodzie ze sobą.
Żadne Instagramy ani inne Snapchaty nie powiedzą nam, czy jesteśmy super, bo to akurat zależy od tego, czy tacy się czujemy. Poczucie własnej wartości, podążanie w wytyczonym sobie kierunku i w SWOIM tempie – oto moja odpowiedź. Lajkowanie samego siebie w granicach rozsądku i czerpanie z życia, ile wlezie, to również. Jest to też swoiste bycie w ciągłym ruchu, ale innym – na zasadach, które sami wytyczamy.
Czego sobie i Państwu życzę 🙂

Wieprzowino i wołowino – żegnaj!

Czy te oczy mogą kłamać? Chyba nie… Kontrowersyjnie piękne zwierzę, cudowne okoliczności przyrody. Czego chcieć więcej? No najwięcej to chyba żyć, i oto właśnie się tym razem rozchodzi.
Był sobie człowiek (a wcześniej było sobie życie, ale to inna historia). Człowiek chodził po świecie, aż zrobił się głodny. Zaczął więc chodzić po to, by znaleźć pożywienie i zapewnić je sobie na przyszłość. Tu skubnął jagódkę, tam sięgnął do drzewka, ale jeszcze mu nie starczało. Zobaczył biegnące zwierzę i pomyślał, że to może być odpowiedź na jego problemy. Skrzyknął więc kolegów i razem, sporym wysiłkiem, udało im się zwierzę osaczyć, zabić i zawlec do domu, gdzie jego kobieta czym prędzej zwierzę oporządziła i przyrządziła, nazywając je mięsem. Człowiek zjadł, smakowało, więc postanowił polować dalej. Aż rozwinął się do tego stopnia, że nie musiał już na zwierzęta polować, tylko sam je hodował, zabijał, a kobieta nadal oporządzała i przyrządzała. Minęło jeszcze trochę czasu i człowiek osiągnął taki etap rozwoju, że zwierzęta do zjedzenia gromadził w ogromnych halach, żeby już zawsze mieć mięsa pod dostatkiem, wymyślił masowe metody hodowli i zabijania (eufemistycznie nazywanego ubojem), a kobietę zastąpiła maszyneria i komputery. Tak oto powstała przemysłowa produkcja mięsa.
Kiedyś byłam wegetarianką. Niestety były to czasy chmurne i durne, a mój wegetarianim polegał po prostu na odstawieniu mięsa i spożywaniu sporej ilości ziemniaków i innych warzyw, co skończyło się ostrą anemią i nakazem powrotu do diety mięsnej. Od tego czasu dietetyka i przede wszystkim wiedza o wegetarianizmie mocno się rozwinęły, więc wszystko wydaje się łatwiejsze, a produkty bardziej dostępne.
Kiedyś pisałam pracę magisterską, a że zawsze lubiłam wkładać kij w mrowisko, moja magisterka dotyczyła m.in. tematu praw zwierząt. Tak, wiem, jak to brzmi, ale wbrew pozorom okazało się mieć sens – w gruncie rzeczy chodziło o to, czy zwierzęta mają prawo do życia i dobrostanu, a że udowodniono, iż czują (przynajmniej ssaki), odpowiedź była pozytywna. Podczas obrony profesorowie (sami mężczyźni po pięćdziesiątce) z ironicznym uśmiechem pytali, czy moim zdaniem zwierzęta powinny mieć prawo do udziału w wyborach (czy to takie głupie pytanie…), ale w końcu stopień naukowy przyklepali.
Pisząc magisterkę czytałam bardzo dużo Petera Singera – filozofa – guru wegetarian i wszelkich innych “wariatów”. Wielokrotnie zdawał się stawiać mnie – czytelniczkę – pod ścianą, pytając “a ty co zrobiłaś dla zwierząt?” i “skoro wiesz, jakie są realia hodowli i uboju zwierząt, jak możesz w tym uczestniczyć?”.
No właśnie, zawsze miałam problem z odpowiedzią na to pytanie. Najpierw była anemia, potem ciąża i karmienie, a teraz? Teraz moje dziecko najbardziej na świecie fascynuje się książeczkami, w których występują świnki, krówki i inne zwierzątka, więc niedługo nadejdzie czas niewygodnych pytań. Tak się bujałam w tej moralnej dwuznaczności aż do wczoraj, kiedy to – zupełnym przypadkiem – natknęłam się na film dokumentalny o australijskich fermach trzody chlewnej “Lucent” i stało się. Trachnęło mnie, ruszyło, wstrząsnęło, a do tego dziwnie mi się zestawiło z moją obecną lekturą (“Jakbyś kamień jadła” Wojciecha Tochmana), dotyczącą wojny w Bośni i Hercegowinie. Tam niewypowiedziane okropieństwa wyrządzali sobie nawzajem ludzie, tutaj – ludzie zwierzętom. Czy to taka duża różnica?
Fakty są takie, że człowiek według najróżniejszych wyliczeń zjada w ciągu swojego życia blisko siedem tysięcy zwierząt! Do tego przemysłowa hodowla zwierząt w 18% (dane FAO z roku 2006) odpowiada za zmiany klimatu z powodu ogromnej emisji dwutlenku węgla. Mimo to szacuje się, że jedynie 5-6% populacji świata to roślinożercy, a popyt na mięso – szczególnie w krajach rozwijających się – ma rosnąć aż do roku 2050. Czy w tym szaleństwie jest jednak jakaś metoda?
Nie wiem. Wiem jednak, że nie jestem w stanie dłużej tego ignorować i postanawiam spróbować. Tym samym chcę tu publicznie zadeklarować, że od tej pory kończę z jedzeniem wieprzowiny i wołowiny oraz wszelkich produktów zawierających ich elementy! Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że świata nie zmienię, ale dla dobra swojego, mojego dziecka i naszego sumienia nie będę w milczeniu ignorować cierpienia tysięcy zwierzęcych istnień.
Złośliwcy i sceptycy powiedzą, że na pewno są jakieś badania wykazujące, że rośliny też czują, a poza tym co z drobiem? Powoli, być może i do tego dojdę. Z doświadczenia wiem, że nie warto robić nic wbrew sobie, bo taka zmiana jest niewiele warta. Dlatego zaczynam nowy – pozbawiony wieprzowiny i wołowiny – rozdział w życiu i bardzo jestem ciekawa, co mi przyniesie.

Hygge – co to znaczy?

 

Szczęście. Czym jest? To temat na wieeele postów, ale dziś popatrzę na niego od strony…lokalizacji. Od roku 2012 Sustainable Development Solutions Network (SDSN) oraz Earth Institute Uniwersytetu Columbia przygotowują raport szczęścia, szeregujący 156 krajów świata według poziomu zadowolenia ich obywateli. Wynika z niego niezbicie, że jak powtarzają nam od dawna pieniądze szczęścia nie dają, a robi to…równość społeczna, zaufanie do państwa i ogólnie silne więzi społeczne. Dlatego też w tym roku na pierwszym miejscu jest Dania. To może się wydawać zagadkowy wybór – pogoda okropna, wieczory przydługie, a podatki najwyższe na świecie. O co więc chodzi?
Nigdy nie byłam w Danii ani nawet nigdy nie pomyślałam, żeby tam pojechać. Poza tym, że jak widać jest to kraj ludzi szczęśliwych, jest w nim coś jeszcze, o czym przeczytałam niedawno na stronie The Guardian, a co stanowi klucz do poczucia szczęścia tego narodu. Jest to coś, co od dawna do mnie przemawiało, choć nie wiedziałam, że w takim języku. Zawsze myślałam, że to słabość do pewnej znanej firmy meblarskiej, ale teraz już wiem, że chodzi o coś więcej, a na imię mu hygge.
Hygge to w wolnym tłumaczeniu miła atmosfera, co w dużej mierze oddaje sens tego pojęcia. Jest to zasada, którą – podobno – kieruje się większość Duńczyków: ma być miło i przytulnie, niezależnie od okazji i okoliczności. Jak pisze w książce “The Little Book of Hygge” Meik Wiking, hygge to coś więcej niż przedmioty, którymi się otaczamy (choć ponoć bez świec jest to trudne) – atmosfera i doświadczenie, bycie z ludźmi, których się kocha, poczucie bezpieczeństwa i “bycia u siebie w domu”. Hygge to bardziej styl życia niż przedmioty.
Teraz bardzo na czasie jest minimalizm. W warstwie duchowej – chcieć mniej, w warstwie materialnej – surowsze wnętrza, sporo kolorów podstawowych, mało dodatków, czyli “less is more”. Hygge jest niejako w opozycji do tego trendu, pokazując, że to w dodatkach właśnie tkwi siła. W warstwie duchowej – w cieszeniu się małymi rzeczami, drobnymi chwilami, gestami. Wiking tłumaczy hygge jako “sztukę tworzenia atmosfery intymności”, czyli tak naprawdę poszukiwania  – lub kreowania okazji do – szczęścia w każdej chwili,
Polska jest dla wielu krajem zimnym, o długich, jesienno-zimowych wieczorach. Dlaczego więc u nas nie rozwinęła się taka koncepcja? No cóż. Jedni powiedzą, że dlatego, iż Polacy od lat walczyli o siebie, o kraj, wolność, godność, życie, a nie siedzieli pozawijani w koce przy świeczkach z gorącym kakao w dłoniach. Drudzy powiedzą, że to dobre dla mięczaków, a Polska to od zawsze kraj twardzieli, co to herbatę, świeczki i bycie miłym mają w głębokim poważaniu. Właśnie bycie miłym może się tu okazać kluczowe. W Danii więzy społeczne są bardzo silne. Ludzie ufają sobie nawzajem, jak też swojemu państwu. Mają opiekę społeczną na wysokim poziomie, dbają o ekologię i zdrową demokrację. Wynika to oczywiście jak niemal zawsze z uwarunkowań historyczno-geopolitycznych, no ale ile można ubolewać nad polską historią? Jej już nie zmienimy, ale nasze społeczeństwo niestety z traumy historycznej wyjść nie umie i zaufać mało komu potrafi.
Czy można zmieścić więcej świeczek na zdjęciu? 🙂
Jak podaje Wiking, przeciętny Duńczyk zużywa sześć kilo świec rocznie i to – uwaga! – nie zapachowych, bo takie uważa za sztuczne, a naturalnych i organicznych. Siedzą więc w domach, knajpach o ciepłym oświetleniu, popijają różne dobre rzeczy i rozmawiają z przyjaciółmi o tym, jakie życie jest piękne. Chciałabym to jakoś znielubić, ale nie mogę. Za każdym razem, gdy wchodzę do najsłynniejszego szwedzkiego sklepu meblowego ogarnia mnie błogie uczucie (tak, wiem, że to marketingowa iluzja), któremu chętnie się poddaję. Nie robię tego często i nie jestem zakupoholiczką, ale idea sprawiania, żeby każda chwila była najmilsza, jak to tylko możliwe, przemawia do mnie. Picie kawy w surowym wnętrzu a picie kawy w miłej atmosferze, podkręconej przydymionym światłem świec to zupełnie inne rzeczy i chyba jednak w tym drugim klimacie odnajdę się lepiej. Czy to się rzeczywiście tak bardzo kłóci z minimalizmem?

Offline is a new online

Dla początkującej blogerki z aspiracjami to pewnie posunięcie niezbyt marketingowo korzystne (o ile w moim przypadku można mówić o jakimś marketingu), ale przechodzę na dwa tygodnie w stan offline. Wyłączam wtyczkę, wracam dokładnie 1 września z nieco zmienioną koncepcją bloga, dzięki czemu będzie on lepszy i ciekawszy, a ja bardziej twórcza, a na pewno odświeżona. Na ten czas życzę wszystkim łapania chwil oddechu i dystansu do codzienności.

Do następnego przeczytania!

5 sposobów na odzyskanie energii

Czyś dzieciaty, czyś kociata, czyś po prostu popadł w pracoholizm i przez pół nocy obmyślałeś plan działania na jutro, może się zdarzyć, że nocka zarwana, a funkcjonować trzeba. Nawet najlepszym się zdarza, a jako że mnie dziś dopadł właśnie ten stan, dzielę się niniejszymi pomysłami na walkę z okropnym samopoczuciem, chęcią przyłożenia głowy do jakiejkolwiek powierzchni płaskiej i zapadnięcia w dobroczynnie działający sen, gdyby komuś były akurat potrzebne. Nigdy nie wiadomo, kiedy się coś takiego trafi i wszelkie plany zechce popsuć. Od czego zacząć? Najlepiej od początku, czyli od tego, czym jest energia życiowa.
Na pewno to znacie – wychodzicie wypluci, przemęczeni z pracy/domu/sklepu, bierzecie głęboki oddech i już o wiele lepiej. Tak, tak. Powietrze daje nam energię życiową i przybliża nas do jej definicji – energia życiowa to przepływ, poczucie, “że nam się chce”, ruch, dynamika, możliwość podjęcia decyzji o tym, co CHCĘ teraz robić, a nie, co JESTEM W STANIE robić. Bez energii nie ma działania, a więc i życia. To tak zwane z angielska “flow”, które dodaje człowiekowi skrzydeł (przypadkowe skojarzenie z pewną reklamą?!) i popycha do przodu. Jak więc widać, kiepsko się bez energii funkcjonuje, zatem zabierzmy się do odzyskiwania optymalnego dla nas dziś jej poziomu.
Sposób nr 1 – Oddech na świeżym powietrzu (lub w razie konieczności na balkonie czy po prostu przy otwartym oknie)
Nic tak nie dodaje człowiekowi energii, jak porządna sesja spaceru na świeżym powietrzu. Choć co prawda coraz rzadziej możemy powiedzieć, że to, co nas otacza jest świeże, to i tak ma swoje profity. Oddech jest kluczowy podczas porodu, głęboki oddech pomaga, gdy chwyta nas nagły ból, oddechem osiąga się w medytacji czy jodze pożądane efekty. Oddech oznacza przepływ tlenu przez cały organizm, a co za tym idzie – dodanie mu sił i chęci do ruchu. Nic dziwnego, że w sytuacji stresowej zapominamy o oddychaniu, przez co cały organizm się spina i może tylko walczyć lub uciekać – innych opcji brak. Wystarczy jedna krótka sesja oddechowa, żeby od razu poczuć się lepiej. Nic, tylko głęboko odetchnąć!
Sposób nr 2: kawa.
No dobra, wiem. W sytuacjach ekstremalnych nie działa, w za dużej ilości podnosi poziom stresu, a taka zalewana wodą ze słoiczka po prostu nie ma swoich właściwości. Mimo wszystko jednak dla mnie działa jak placebo zastrzyku energetycznego – może nie zawsze fizycznie działa, ale czuję się po niej znacznie lepiej. Poza tym nic tak nie poprawia humoru jak zapach świeżo zaparzonej kawy. I już.
Sposób nr 3: ruch.
Ruch oznacza szybsze krążenie krwi w organizmie, a tym samym większe jego dotlenienie i voila – energia na zawołanie jak w punkcie nr 1. Czasem ciężko się do tego zmusić, gdy tak naprawdę jedyne, o czym marzymy to kawałek kanapy i poduszki, ale nie trzeba wiele. Wystarczy krótki spacer, kilka skłonów czy krążeń ramion, przejście po schodach – drobiazgi, a od razu można się lepiej poczuć.
Sposób nr 4: drzemka.
Kiedy naprawdę już na nic nie ma siły, nawet na oddychanie, pozostaje drzemka. To idealny i szybki sposób na odzyskanie choć części utraconej energii. Ale uwaga – żeby zadziałała odpowiednio, nie powinna trwać dłużej niż 20 min. i najlepiej poprzedzić ją wypiciem kawy. Tak dowiedli amerykańcy naukowcy, a kto chciałby się z nimi kłócić 🙂 Poza tym, czy może być coś przyjemniejszego, jeżeli ktoś ma dla siebie pół godziny? Chyba nie.
Sposób nr 5: zimny prysznic.
Trochę się wymądrzam, bo sama zimnych pryszniców nie cierpię i nie biorę, ale dobra wiadomość jest taka, że może być też chłodny 🙂 Mechanizm znów jest ten sam – chłodna woda pobudza krążenie krwi, a tym samym dotlenienie całego organizmu i w efekcie powera do działania.
Do tego wszystkiego na pewno nie można zapomnieć o piciu wody – nawodnienie to energia, nie inaczej! Tak, wiem, że to wszystko naraz dość banalne się wydaje, ale uwierzcie mi – czasem człowiek jest tak zmęczony, że jedyne, na co ma siłę, to przeczytać i wdrożyć w życie coś prostego. Mi od pisania co prawda energii znacząco nie przybyło, ale zaraz biegnę pooddychać, co i Państwu polecam 🙂