Sztuka świadomego życia

Jak przestać kupować książki

Mówi się, że statystyczny Polak książek nie kupuje, nie czyta i nie zajmuje się nimi. Mówi się też, że każdy ma jakąś słabość, która niekontrolowana może go zrujnować. Wychodzi na to, że statystyczną Polką nie jestem, bo taką moją słabością jest kupowanie książek. Kocham to! Uwielbiam wyszukiwać ciekawe tytuły, zamawiać je taniej niż w zwykłej księgarni (zazwyczaj), a potem z wypiekami na twarzy czekać na paczkę pachnącą jeszcze farbą drukarską. Niestety, wszystko ma swój kres i wychodzi na to, że i moja słabość zaczyna mnie rujnować. Nasze mieszkanie jest naprawdę małe, mieści się w nim jeden regał, w którym non stop obluzowują się półki z powodu przeładowania. Dodatkowo konto zaczyna świecić pustkami i zapala się czerwone światełko – może czas powiedzieć dość?

Dlaczego kupowanie książek jest takie przyjemne?

Wyobraź sobie małą księgarnię w bocznej uliczce centrum miasta. Wchodzisz, a zamykając za sobą drzwi zanurzasz się w świecie pełnym możliwości. Spójrz w lewo – oto czeka na ciebie regał z literaturą piękną. Słyszałaś o nowej powieści tej świetnej autorki? Oto jest, czeka na ciebie, pociągająco błyszcząc kolorową okładką. Nawet jest 10% tańsza niż ostatnio, a zatem okazja! Idziesz dalej i natykasz się na rejon poradników. O, tu posiedzisz dłużej. Te książki mogą obiecać ci wszystko – schudniesz, zrealizujesz cele, będziesz tygrysem wśród owiec i znajdziesz miłość swojego życia, a dzieci będą cię słuchać bezkrytycznie. Jakoś się opanowujesz i docierasz do najbardziej kolorowych półek – książek kucharskich i podróżniczych. Tu cię mają – bez książki nie wyjdziesz.

Kupowanie książek jest baaardzo miłe, bo łączy w sobie idealne cechy drobnej przyjemności – dajesz sobie coś fajnego, a do tego pożytecznego, bo przecież poszerzysz dzięki temu horyzonty, cena jest do ogarnięcia, a przynajmniej będzie czym się zająć w tramwaju. Docierasz w końcu do domu i odkładasz książkę na półkę z mocnym postanowieniem zabrania się za nią dziś wieczorem. Z niedowierzaniem patrzysz na regał, odkrywając, że już nic się na nim nie zmieści, bo tyle różnych pozycji czeka na twoje zainteresowanie. Znasz to?

Kupowanie książek to podróż do nowego świata, przepustka do kilku chwil wytchnienia i codzienna przyjemność. Problem pojawia się wtedy, gdy książek jest za dużo, czasu na ich czytanie za mało, a pieniędzy coraz mniej.

Dlaczego warto przestać kupować książki (na jakiś czas)?

Najpierw muszę coś ogłosić – mam na imię Agata i jestem książkoholiczką, a coraz mi z tym gorzej. Samo czytanie książek jest cudowne, ale mam problem z ich nadmiarem fizycznym. Tak, część była mi naprawdę bardzo potrzebna, a część zrobiła mi ogromną przyjemność. Część sprawiła radość mojemu dziecku, ale reszta okazała się nietrafionym zakupem, książkowym fast foodem, który po przeczytaniu trafia na półkę i irytuje za każdym razem, gdy tam spojrzę. Mam za dużo książek, za mało miejsca i zbyt wiele możliwości, żeby je zmarnować.

Warto przestać kupować książki, żeby dostrzec ich prawdziwą wartość. Mając mniej, bardziej docenia się to, że można coś kupić i analizuje się, czy naprawdę warto. Warto przestać kupować książki, żeby w końcu nadgonić z przeczytaniem tych, które są i nie robić sobie sieczki z mózgu. Warto przestać kupować książki, żeby zregenerować portfel, odświeżyć i przewietrzyć regał, a w końcu wrócić do tej czynności z uważnością i minimalizmem z tyłu głowy.

Jak przestać kupować książki?

To może być szok, ale…natychmiast! Żadne przygotowanie, wymówki i wytłumaczenia nie mogą nas zawrócić z raz obranej drogi. Jest jakaś okazja i trzeba by kupić książkę na prezent? Wybierz kupon podarunkowy zamiast tego. Kusi cię klimatyczna wystawa w oknie księgarni? Idzie wiosna i przydałaby się książka o detoksie/ćwiczeniach/diecie? Daj spokój, poradzisz sobie. Idź dalej, znajdziemy jakieś rozwiązanie. Po prostu przestań o tym myśleć, a jeżeli najdzie cię ochota na nowy zakup, podejdź do regału pełnego literatury w domu i przypomnij sobie, o co ci chodziło. Weź do ręki którąś z nieprzeczytanych do tej pory pozycji i zacznij czytać. Zrób przegląd wszystkich książek w domu. Część już przeczytana i tylko zajmuje miejsce? Zbierz je i przekaż jakiejś instytucji/organizacji, która potrzebuje książek dla podopiecznych. Więzienia, szpitale, przychodnie – tam na pewno się przydadzą. Możesz też rozdać znajomym/rodzinie, a w najgorszym razie zostawić spakowane w torbie przy śmietniku. Gwarantuję ci, że szybko znikną.

Co zamiast kupowania?

Rezygnacja z kupowania nie oznacza rezygnacji z czytania! Żaden książkoholik by tego nie przetrwał, nie oszukujmy się. Skąd więc brać książki, jeżeli nie ze sklepu?

Biblioteka – pamiętasz jeszcze, co to było? W czasach liceum i studiów pewnie często można cię było tam zobaczyć, a teraz już nie masz czasu. Ale ale – biblioteki otwarte są w różnych godzinach, jest ich sporo, zazwyczaj mają już katalogi komputerowe i możesz zamawiać książki przez internet do odbioru. Dzięki różnym programom dotacyjnym w bibliotekach można znaleźć najświeższe nowości, a do tego trafić na coś nieoczekiwanego, zaskakującego. Sam zysk!

♠ Wolnelektury.pl – projekt Fundacji Nowoczesna Polska, którego celem jest udostępnienie za darmo jak największej liczby tytułów. Można tu znaleźć lektury szkolne, ale i klasykę literatury czy audiobooki. Wszystko w wersji elektronicznej, również na urządzenia mobilne.

♠ ReadAnyBook – portal z samymi bezpłatnymi książkami w przeróżnych formatach, również do zwykłego pobrania na komputer. Pozycje głównie po angielsku, ale też niemiecku czy francusku. Kopalnia możliwości dla zainteresowanych szlifowaniem języka w miłych okolicznościach przyrody.

Jest jeszcze trochę sklepów z e-bookami, które mają darmowe pozycje, czy stron do ściągania plików, ale rzadko kiedy można znaleźć tam coś naprawdę wartościowego i legalnego zarazem 🙂 Może są jeszcze jakieś fajne miejsca książkowe w sieci, których nie znam?

 Co teraz?

Jeżeli choć trochę cię przekonałam i jesteś już w gotowości do zaprzestania wycieczek do księgarni – witaj w klubie! Nie będzie łatwo, ale damy radę. Lubisz mieć wsparcie? Zapraszam do nowo utworzonego wydarzenia na FB MARCOWY DETOKS KSIĄŻKOWY.

A w kwietniu ruszymy do księgarń 🙂

5 sposobów na to, by ułatwić sobie życie

Uff, udało się. Wróciłam 🙂 Wróciłam z krainy pecha, problemów technicznych i dziecięcego zapalenia krtani. Nie użalam się nad sobą, o nie. Wręcz dzięki tej krótkiej przerwie nauczyłam się sporo nowych rzeczy, którymi chętnie się podzielę. Choć moje życie nieco się skomplikowało, jednocześnie stało się o wiele prostsze, bo zrozumiałam, jak je sobie ułatwić. Dzięki temu mogę Ci pokazać…

1. Pokochaj siebie

Naprawdę – to jest tak proste, a zarazem bardzo trudne i trzeba sobie z tym paradoksem poradzić. Jestem akurat po lekturze książki Wayne’a Dyera “Pokochaj siebie” i mogę się z nim zgodzić w 100% – wszystkie nasze problemy, fochy, kłótnie itp. biorą się z tego, że dajemy sobą manipulować lub chcemy to robić wobec innych. Od przedszkola uczą nas, czego wymaga od nas “system”, chcemy się podobać, dostawać dobre oceny i osiągać sukcesy. Problem w tym, że najczęściej nie wiemy, czego tak naprawdę chcemy sami dla siebie, bez sugerowania się innymi. Sekretem jest pokochanie siebie i dążenie do własnego rozwoju – tu rozumianego jako realizacja siebie, swojej drogi życiowej i korzystanie z każdej chwili. Obecność w teraźniejszości, a nie narzekanie na przeszłość lub obawa przed przyszłością. Brzmi znajomo? Tak, to samo mówią stoicy oraz Dale Carnegie w książce “Jak przestać się martwić i zacząć żyć”. Dyer mówi też, że podstawową wolnością każdego człowieka jest wybór – to od nas zależy, czy będziemy się czuć chorzy czy zdrowi (nawet chorobę można według niego przechodzić lepiej lub gorzej – i ja się z tym zgadzam), wartościowi lub nie (tu trzeba odrzucić, co mówi nam na ten temat społeczeństwo/media/ciocia Kasia i słuchać siebie), a także, czy zrezygnujemy z unieszczęśliwiającego szukania aprobaty innych. Pokochanie siebie bardzo ułatwia życie, bo ściąga z nas ogromny ciężar – decydujemy sami o sobie, nie ograniczając przy tym innych. Jak pisał Henry James już w 1906 roku:

Żyj pełnią życia; inaczej popełniasz błąd. Nie jest szczególnie ważne, czym się zajmujesz, jeśli tylko masz życie w swoich rękach. Bo jeżeli nie miałeś życia, to co miałeś?

2. Myśl o innych

Jedynie ktoś, kto kocha siebie może prawdziwie pomagać innym. Dlaczego? Bo nie robi tego, by poprawić mniemanie o sobie czy swój wizerunek na zewnątrz, ale dla drugiej osoby. Jeżeli więc pierwszy punkt mamy już za sobą, to czas popatrzeć dookoła. Prawdziwie wartościowe życie zawsze wiąże się z drugim człowiekiem/stworzeniem. Dlatego nie warto zamykać się w swojej skorupie (czytaj rodzinie, grupie, społeczności), tylko patrzeć dalej – może ktoś/coś potrzebuje naszej pomocy? To mogą być naprawdę drobne rzeczy, jak życzliwe podejście do kasjerki w supermarkecie, banalne już ustąpienie miejsca starszej osobie czy przepuszczenie w kolejce rodzica z małym dzieckiem, ale też niemarnowanie swojego jednego procenta podatku czy głosowanie w każdych wyborach, jakie są. To naprawdę ułatwia życie, bo czyni je znośniejszym, przyjemniejszym. Nasz świat zmienia się codziennie i warto do tego przykładać dobrą rękę.

3. Czytaj etykiety

Ok, to nie zawsze ułatwia życie, bo na początku przynajmniej wydłuża zakupy i bywa przyczyną frustracji (jak ciężko jest znaleźć jogurt składający się tylko z mleka i kultur bakterii? Baaaardzo ciężko!). Jednak na dłuższą metę, jeżeli chcemy ominąć problemy skórne, trawienne i ogólnożyciowe, warto zwracać uwagę na to, co kupujemy. Dotyczy to właściwie wszystkiego – od żywności, przez kosmetyki, po ubrania, meble i dodatki do domu. Wiecie na przykład, że parafina zawarta w tak uwielbianych teraz świecach zapachowych uwalnia podczas spalania substancje mogące podrażniać drogi oddechowe? Każdy zakup to wybór, a jeżeli będzie on świadomy, tym lepiej dla nas, naszego zdrowia i portfela oczywiście.

4. Oszczędzaj

Wiem, w Polsce nie lubimy tego słowa, bo kojarzy się z czasami, gdy trzeba było zaciskać pasa i walczyć o każde dobro materialne. W ramach odreagowywania jesteśmy teraz krajem nadmiaru – produktów jednorazowych, styropianowych pudełek na jedzenie na wynos i smrodzących, starych samochodów sprowadzanych najczęściej z państw, w których się je wycofuje z powodów ekologicznych. No cóż, do wszystkiego trzeba dorosnąć. Polacy zawsze mówią, że nie mają pieniędzy, a potem w weekend trudno jest znaleźć miejsce parkingowe pod supermarketem. Pieniądze są, zmienia się tylko ich ilość i przeznaczenie, ale o tym zazwyczaj decyduje każdy z nas. Ułatw sobie życie i odkładaj co miesiąc – nawet drobna suma ma znaczenie, bo daje choć odrobinę poczucia bezpieczeństwa, że na tak zwaną “czarną godzinę” coś już będzie. Dodatkowe leczenie, nagły wyjazd, zmiana pracy, choroba itp. – wszystko się może zdarzyć i choć nie trzeba o tym na co dzień myśleć, warto się zabezpieczać.

5. Uśmiechnij się

Życie bywa trudne, zaskakuje nas co rusz nowymi sytuacjami, stawia w obliczu wyzwań i potrafi nieźle przetrzepać skórę. Jak sobie z tym radzić? Poza wspomnianą już uważnością, pełną obecnością w teraźniejszości i stawianiem czoła każdej sytuacji, warto się po prostu uśmiechnąć. Do siebie, dziecka, partnera, sprzedawcy, kasjerki czy współpasażera w tramwaju. Aby się uśmiechnąć, trzeba uruchomić aż 17 mięśni, a co w zamian? Lepsze samopoczucie, większa wiara, że się uda, zyskanie sobie sympatii/dobrego nastawienia nawet obcych osób i milszy dzień. Ułatwmy więc życie sobie i innym i zrezygnujmy z ponuractwa – życie i tak jest już wystarczająco trudne, więc uśmiechnij się 🙂

Dziś Tłusty Czwartek – dzień obfitości, obżarstwa i czerpania z życia. A jutro? Idzie wiosna. To idealny czas, żeby ułatwić sobie życie 🙂

Wyznania (byłej) pracoholiczki

Praca. Jeden z najistotniejszych elementów życia, a dla wielu nawet najistotniejszy. Praca świadczy o naszym statusie, możliwościach, upodobaniach, celach. Wokół pracy kręci się życie – myślimy o niej, poświęcamy jej czas, jest źródłem frustracji, ale też satysfakcji. Dzięki pracy mamy co jeść, ale przez pracę często nam się jeść nie chce. A co się dzieje, gdy praca zajmuje nienależne sobie (raczej) pierwsze miejsce w życiu?
Byłam kiedyś pracoholiczką. Nie wiem, skąd to się wzięło. Może po prostu poczułam, że jestem w czymś naprawdę dobra i (jak się postaram) będę miała z tego równie dobre pieniądze? Odkąd zaczęłam pracować jako tłumaczka, a moje doświadczenie i umiejętności stawały się coraz godniejsze uwagi, coś mnie opętało. Byłam już wtedy z moim przyszłym-obecnym mężem, ale on pracy poświęcał prawie tyle samo czasu, co ja, więc nie stanowiło to problemu. Brałam niemal wszystkie zlecenia, które mi proponowano. Niezależnie od krótkości terminu, złożoności zagadnienia. Jakość nieco na tym cierpiała, ale rachunek wystawiany na koniec miesiąca doskonale to równoważył. Potem były studia podyplomowe i założenie firmy. Choć myślałam, że to niemożliwe, pracowałam jeszcze więcej. Święta, weekendy? Komputer, kawa, Internet, muzyka w tle i jedziemy z tłumaczeniem.
 
Byłam zmęczona i sfrustrowana, ale czułam to rzadko. Miałam tyle pieniędzy, ile zawsze chciałam, ale nie miałam kiedy ich wydawać. Z chłopakiem i znajomymi spotykałam się rzadko, bo wolałam klepać zlecenia. Naprawdę to lubiłam – ten flow, adrenalinę przy krótkim deadlinie i rosnący stan konta. Przy mnie Mordor na Domaniewskiej to było przedszkole Montessori. Oczywiście wszystko do czasu.
 
Nie, nie dotarłam do stanu przedzawałowego, ani nie przestałam poznawać własnej rodziny. Po prostu moja ówczesna przyjaciółka zaszła w ciążę. Pracowała na etacie, kariera nie była nigdy przedmiotem jej ambicji, więc w tym stanie odnalazła się doskonale. Ja z kolei przeżyłam rodzaj szoku – jak to, moja rówieśniczka, znana od tak dawna, w ciąży, a co ze mną? Priorytety powoli zaczęły się przestawiać.
Pracoholikiem nie przestaje się być z dnia na dzień. To proces, który potrzebuje czasu i odpowiednich warunków. Jest jak gen, który uaktywnia się w stosownych okolicznościach. U mnie impulsem do zmian było to, że dostrzegłam, jak mało czasu spędzam z moim (już) mężem, jak powoli przestaję być na czasie z jego sprawami. Potem doszło marzenie o dziecku, którego spełnienie wymagało trochę czasu i cierpliwości. Choć pracowałam przez całą ciążę i wróciłam do pracy, gdy synek miał miesiąc, teraz już nie nazwę się pracoholiczką.
 
Nadal prowadzę firmę i biorę sporo zleceń, ale nigdy zbyt dużo. Dbam o jakość, rezygnuję z tematów, które nie do końca leżą w sferze moich zainteresowań i nigdy nie pracuję w święta. Gdy jestem w pracy – pracuję, gdy jestem z rodziną – jestem z nią na 100%. Efekt? Większy spokój i (paradoksalnie) satysfakcja z pracy, ale i też niestety mniejszy stan konta. Dążę cały czas do zmian, chcę się rozwijać, bo praca wciąż jest dla mnie bardzo ważna – ale nie najważniejsza.
 
 
Nie dalej jak wczoraj, całkiem przypadkiem obejrzałam materiał o poławiaczach langust w Tajlandii. Jest to praca w ciężkich warunkach, niebezpieczna, fizyczna, ale pan, który o niej opowiadał czerpał z niej ogromną satysfakcję. Gdy dziennikarka spytała go, ile langust dziennie łapie, odpowiedział, że nie liczy, bo dla niego każda chwila w pracy jest ważna, nawet gdy nic nie złapie. Podejście zgoła odmienne od naszego “zachodniego” rozliczania i żyłowania wyników. Z kolei od kilku dni po sieci krąży cytat z wypowiedzi Elona Muska (tego od Tesli i latania w kosmos), krytykującej pracownika, którego nie było w pracy z powodu narodzin dziecka. Wywołał on wiele komentarzy, a mnie przywiódł do wniosku, że życie to jednak zawsze sztuka wyboru. Są tacy, którzy pchają nas, szaraków, do przodu – lekarze, wynalazcy, wielcy przedsiębiorcy, politycy. Są tacy, którzy nas ratują, gdy my świętujemy. Są zawody z misją, pasją i dyżurem całodobowym. Ci jednak, którzy je wybierają, muszą być świadomi wszystkich konsekwencji lub zacząć dyktować swoje zasady. 
 
Nie da się uciec od tego, że niemal każdy dorosły człowiek musi z czegoś żyć, a więc i zarabiać, a więc i pracować. Ważne, żeby nie zaburzyć proporcji, znajdować w swojej pracy sens i nie pozwolić jej na wprawianie nas w stan frustracji, a gdy tak się dzieje – wzorem milenialsów nie bać się jej zmiany. Teraz, gdy w głównym nurcie znalazł się minimalizm i uważność, nastał dobry czas, by popatrzeć na siebie i sprawdzić, czy wszystko nam pasuje.
 
Żyć, aby pracować? Pracować, aby żyć!
 
 

Śmierć i życie, czyli dziwne pierwsze urodziny bloga

Jest taki obraz Gustava Klimta, który bardzo pasuje do dzisiejszego klimatu na blogu:
 
Gustav Klimt, “Śmierć i życie”, źródło: ramarama.pl 
Bo choć Audrey Cafe przyjmuje na pysznej kawie już od roku, a ja miałam naprawdę szczere i ambitne plany związane ze świętowaniem tej daty, to na razie je odłożyłam na bliżej nieokreśloną przyszłość. Bowiem tak jak u Klimta i u mnie radość z tego, że coś (blog) żyje miesza się ze smutkiem, że coś (ktoś) umarło. Pewnie strzelam sobie teraz w marketingową stopę, ale cóż, niech będzie.
Styczeń to dziwny miesiąc. Z jednej strony, jest w nim mnóstwo optymizmu, zaczynania od nowa, wiele postanowień, planów i marzeń. Z drugiej strony, pogoda średnia, rozkwit infekcji, do tego najbardziej depresyjny dzień roku (16.01 – Blue Monday) i spadek motywacji. W moim przypadku jest to też miesiąc szczególny, bo to czas urodzin, ale i odejścia kilku bliskich mi osób. Tak się też paradoksalnie złożyło, że dziś przypadają pierwsze urodziny bloga, który powstał w rocznicę śmierci Audrey Hepburn. Tak to się splata jak na obrazie Klimta.
Nie potrafię dziś cieszyć się tak, jakbym chciała, a to za sprawą pewnego człowieka, którego niestety nie ma już wśród nas.
Otóż wyobraźcie sobie młodego chłopaka, tak dwa lata starszego od Was. Zawsze aktywny, kochał sport i pewnie dlatego poszedł na AWF. Uprawiał wiele różnych dyscyplin, dawał z siebie wszystko, a ludzie go kochali. Po studiach pracował jako trener, robił sporo ciekawych rzeczy. Miał kochającą rodzinę, wspierające siostry, no po prostu bajka. Pewnego dnia gorzej się poczuł, więc jako sportowiec postanowił nie tracić czasu i się przebadać. Diagnoza była niczym grom z jasnego nieba – białaczka. Szybko podjęte leczenie, męczące przygotowania do przeszczepu szpiku. Jest, udało się. Zajęło mu to ponad rok, ale wyszedł z tego. Odtąd regularne badania, spokojniejsze życie, delikatny powrót do sportu i ciągle obecne leki. Wszystko szło ku dobremu, aż tu nagle…
Dziś jest jego pogrzeb. Nie mogę niestety na nim być, ale jako że jego rodzina była/jest mi bliska, a chłopak był naprawdę fajny, postanowiłam odroczyć świętowanie urodzin i w ten sposób oddać mu rodzaj hołdu, choć to dziś bardzo niemodne słowo.
Kiedy byłam mała, myślałam, że umierają tylko ludzie bardzo starzy, po prostu zasypiając i już się nie budząc. Kiedy trochę urosłam, przekonałam się, że umierają też ci odrobinę młodsi i kilkoro dzieci, ale bardzo rzadko. Kiedy stałam się już zupełnie duża, okazało się, że umierają wszyscy, bez względu na wiek, stan zdrowia czy styl życia. Po prostu pewnego dnia ich świeczka gaśnie i tyle. Odkąd doświadczyłam brutalności czyjegoś odejścia, samotności, z jaką nas zostawia, nie mogłam się nadziwić filmom sensacyjnym – tam ludzie ginęli jak muchy, ale nigdy nie było smutku, pogrzebu czy żałoby. Taki danse macabre popkultury. Teraz wiem, że nawet śmierć jest różna – czasem nagła, czasem wyczekiwana (ano), często znienawidzona, a zawsze pozostawiająca po sobie pewną pustkę.
 
Ludzie umierają i rodzą się każdego dnia. Co dzień ktoś płacze ze smutku, a ktoś inny z radości. Jest tak jak u Klimta – śmierć przeplata się z życiem, nadając mu smak. Doświadczając ulotności, mamy szansę nauczyć się doceniania tego, co mamy, co wciąż możemy czuć/poznawać/przeżywać. Sens życia jest prosty, a jednocześnie najtrudniejszy – żyć najlepiej jak umiemy. Nie tracić czasu, nadawać chwilom znaczenie, nie oglądając się na opinię innych. Patrzeć do przodu, ale być tu i teraz. Nic więcej nie możemy zrobić.
Dziękuję wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom bloga za to, że wytrwaliście ze mną przez ten rok. Obiecuję poprawić to, co trzeba, pisać o tym, co ciekawe i nie zanudzać. Dziękuję i proszę o jeszcze 🙂
Jeżeli macie ochotę, piszcie w komentarzach, czego byście życzyli Audrey Cafe na kolejny rok – jakie tematy, działy, a może coś Was wybitnie nudzi? Z góry dzięki!

Jak zostać stoikiem?

Czasy mamy takie, że każdy szuka szczęścia. Jedni znajdują je w ciepłym kocyku i gorącej herbacie, inni w idealnie posprzątanym mieszkaniu, a jeszcze inni w liczbie polubień selfie na Instagramie… Duży nacisk kładzie się na samorealizację, życie szczęśliwe, czyli harmonijne, obfite, zdrowe i bogate. Takie, które dobrze wypada w mediach społecznościowych. Cóż, taki mamy klimat. W tej całej naszej gonitwie zapominamy o prawdzie znanej od zawsze – szczęście to nie finał, ale droga. Każda chwila może dawać nam szczęście, jeżeli tylko na to jej pozwolimy. Brzmi jak Paulo Coelho polskiej blogosfery? No to czas sięgnąć po klasyków.
Dawno, dawno temu, kiedy studiowałam filozofię, moi profesorowie ciągle powtarzali, żebyśmy nie szukali w tym przedmiocie odpowiedzi na to, jak żyć, a problemów teoretycznych, myślowych, nad którymi dobrze się pogłowić. Śmieszne jest to, że wraz ze skończeniem studiów spora część absolwentów musiała dość szybko odpowiedzieć sobie na pytanie “jak żyć?”. Z całym szacunkiem dla moich profesorów, ale w obliczu ogólnej pogoni za szczęściem nadszedł czas, aby spojrzeć na filozofię okiem praktyka.
Tu z pomocą przychodzą nam…stoicy – żyjący ponad dwa tysiące lat temu faceci (wtedy nie mogło być inaczej), rzucający bon motami i metaforami na prawo i lewo, którzy jednak zdawali się rzeczywiście wiedzieć, jak żyć. Swoje nauki zawarli w mądrych pismach, ale że teraz już pewnie nikomu nie chce się do nich sięgać, Piotr Stankiewicz zebrał ich esencję w bardzo dobrej książce “Sztuka życia według stoików” i opatrzył obszernym komentarzem. Wyszedł z tego świetny poradnik-nieporadnik, spora garść bardzo praktycznych uwag i zaleceń na temat tego, jak zostać stoikiem i osiągnąć dzięki temu szczęście bez względu na okoliczności. A zatem jak zostać stoikiem?
Po pierwsze, trzeba się zastanowić, dlaczego mielibyśmy w ogóle nimi zostawać. Otóż, jak przekonuje Stankiewicz (i ja mu wierzę), warto, bo dzięki temu można żyć mądrze, dobrze i szczęśliwie. Stoik bowiem to osoba, która wie, że wszystko, co ma to teraźniejszość, chwila obecna. Nie popada jednak z tego powodu w hedonizm, szaleńczo rzucając się w wir przyjemności, ale każdego dnia stara się budować jak najlepsze życie, umożliwiając temu, co jutro, by jak najbardziej sprzyjało. Rezygnuje z wyobrażeń na rzecz tego, co rzeczywiste, nie buja w obłokach, ale patrzy na każdą chwilę jak na okazję, by stawać się wciąż lepszym. Wie, co od niego zależy, a co nie i pracuje nad tym, nad czym może, resztę pozostawiając swojemu biegowi. Konkrety?
JAK ZOSTAĆ STOIKIEM?
1. Wybieraj odpowiednie wyobrażenia.
Stoicy byli na tyle mądrzy, by wiedzieć, że to, co nas otacza jest takie, jak to widzimy, czyli o tym, jak patrzymy na świat i co w nim dostrzegamy, decydujemy my sami. Jeżeli więc chcemy być szczęśliwi, musimy wybierać odpowiednie wyobrażenia. Przykład praktyczny? Patrzymy na brudne, zagracone mieszkanie i czujemy niechęć do sprzątania i przebywania w nim. Co zrobi stoik? Pomyśli: mieszkanie jest brudne, bo są w nim ludzie – mam tyle szczęścia, że nie jestem sam i żyję z rodziną – mam tyle szczęścia, że mam mieszkanie, a są tacy, co nie mają dachu nad głową – mam dużo szczęścia, bo wystarczy, że wezmę się do roboty, a za godzinę będę miał czyste mieszkanie, w którym mieszka aktywna rodzina.
Czasem to bardzo cenna umiejętność.
Musimy też umieć odróżniać wyobrażenia fałszywe od prawdziwych. Jeżeli więc pismo kobiece mówi nam, że szczupłość oznacza szczęście – odrzućmy to wyobrażenie jako fałszywe, bo szczęście wcale od obwodu w pasie nie zależy i każdy o tym tak naprawdę wie.
2. Odróżniaj to, co od ciebie zależy od tego, co nie zależy.
Gdy na świecie niepokoje, wojny, konflikty, mamy tendencję do dołowania się tym i spuszczania nosa na kwintę. Stoik w takiej sytuacji przyjdzie i powie, że to, co się dzieje na świecie nie zależy ani ode mnie, ani od ciebie, a co więcej twój smutek z tego powodu niczego dobrego nie przyniesie. To, na co naprawdę mamy wpływ, to to, czego chcemy, co myślimy i jaką postawę wobec świata przyjmujemy. W tym sensie nasz wpływ na nasze poczucie szczęścia jest ogromny, bo wszystko dzieje się w naszej głowie. Okoliczności zewnętrzne się zmieniają – raz pogoda jest piękna, a raz taka, że mamy ochotę schować się pod kołdrą. Raz politycy są mądrzy, a raz głupsi nawet od naszego psa. Jeżeli jednak od tych okoliczności będziemy uzależniać nasze szczęście, może być tak, że nigdy go nie poczujemy. Zawsze coś może być nie tak, nawet jeżeli nie w naszym otoczeniu, to choćby w Afryce czy Syrii. Trzeba więc zapytać siebie, czy mogę coś zrobić w danej sprawie (mądrze głosować, podpisać petycję, mówić, co na jakiś temat myślę itp.) i to robić, a resztą się po prostu nie przejmować. Zdrowe podejście.
3. Żyj chwilą obecną i skoncentruj się na tym, co robisz teraz.
Tu przyda nam się Kubuś Puchatek, który miał w zwyczaju wstawać rano i pytać siebie “ciekawe, co dobrego się dziś zdarzy?”. Każdy dzień stoik traktuje jako osobną całość i w tym sensie koncentruje się na tym, co robi w danej chwili. Przeszłość już nie istnieje – warto o niej pamiętać, ale nie dręczyć się nią – a przyszłość jeszcze nie nadeszła. Nie zależy od nas, trzeba się zatem skupić na tym, co od nas zależy, a więc na tym, co robimy teraz.
Czyżbym słyszała mindfulness w oddali? I to dwa tysiące lat temu.
4. Pracuj nad sobą – w każdej chwili możesz się zmienić.
W przeciwieństwie do doktora House’a, który uważał, że ludzie się nie zmieniają, stoicy są zdania, że owszem tak. Zmieniamy się cały czas w zależności od wieku, doświadczeń i okoliczności. Najlepsze jest jednak to, że mamy wpływ na nasz charakter, usposobienie – to my w każdej chwili decydujemy, co myślimy. Zawsze też możemy być lepsi (w odróżnieniu od bycia dobrymi – kto bowiem wie, co to znaczy?) i wierniejsi naszym wartościom. W tym celu musimy jednak dobrze znać samych siebie, aby wiedzieć, czego naprawdę chcemy i co trzeba zrobić, żeby to osiągnąć. Najważniejsze jest w naszej głowie – i tego stoicy się trzymają.
5. Pamiętaj, że zawsze jest jakaś alternatywa.
Epiktet – jeden ze stoików – powiedział:

…nie czyń niczego z postękiwaniem ani z udręką, ani z przekonaniem, że jesteś w nieszczęściu […] – Kurno w twojej chacie? Jeżeli możesz wytrzymać, pozostań. Jeżeli dławisz się dymem, wyjdź na dwór!

 Oznacza to ni mniej ni więcej, że wobec każdego problemu powinniśmy przyjmować taką postawę: albo stwierdzamy, że trzeba go rozwiązać i podejmujemy w tym celu określone działania, albo akceptujemy to, co jest i przestajemy patrzeć na tę sytuację jako przykrą. Każde inne podejście będzie stratą czasu i energii – po co dręczyć się czymś, czego wcale nie chcemy zmienić? Takich męczenników jest wielu – marudzą, że coś im się nie podoba, zamartwiają się tym, co może się wydarzyć, choć nie robią nic, by to zmienić lub temu zapobiec. Stoik w takiej sytuacji powie, że zawsze jest jakieś wyjście, rozwiązanie alternatywne. Dobrze obrazuje to metafora przytoczona przez Stankiewicza w książce – to jak z oglądaniem nudnego filmu w kinie. Możemy wyjść w połowie i przestać się nudzić, albo zostać i wtedy nie narzekać, że zostaliśmy. Dokonaliśmy wyboru, który miał swoje konsekwencje, a więc taka była nasza wola. Teraz trzeba iść dalej, bo każda kolejna chwila się liczy.
Stoicy żyli dawno temu, ale ich zasady są uniwersalne, a co dla mnie cenne – nie trącą wcale Paulo Coelho 🙂 Starożytni filozofowie mieli bowiem to do siebie, że uprawiali filozofię dla niej samej, a nie dla poklasku czy pieniędzy. Nie szli na kompromisy, stąd mam pewność, że to, co mówili jest przemyślane, mądre i – co najważniejsze – sensowne. Wkraczam więc na ścieżkę stoicyzmu, żeby ratować swoją psyche od frustracji, do czego również Was zachęcam. Może będzie łatwiej?

Pięć rzeczy, których nauczył mnie rok 2016

Szczęśliwie za nami już wszystkie festiwale wydawania pieniędzy i szczerzenia pół-sztucznych uśmiechów, co oznacza, że zbliża się koniec roku. Całkiem dużymi krokami, bo to już jutro, a więc kiecki w górę, kieliszki do dna i cieszymy się wszyscy. Ale zanim – należy się małe podsumowanie. U mnie tym razem zastąpi ono wszelakie postanowienia noworoczne, których nie będzie. Po raz pierwszy w życiu stwierdziłam, że więcej dobrego zrobi mi oczyszczenie się z tego, czego w przyszłym roku nie potrzebuję (w sferze fizycznej, duchowej i zawodowej) niż marzenie o tym, czego mi potrzeba. Nie oznacza to oczywiście degrengolady i ogólnego rozleniwienia, a wprost przeciwnie – analizowanie potrzeb, celów i marzeń na bieżąco zamiast katowania się skalą roczną. W ramach takiegoż podsumowania postanowiłam przedstawić pięć rzeczy, których obecny jeszcze rok – 2016 – mnie nauczył. Zapraszam!
 
1. Zmiana nie musi być duża, żeby była istotna.
Kiedyś wydawało mi się, że jedyne zmiany, które naprawdę działają i są dostrzegalne to tak zwane metamorfozy. Zmiany spektakularne, wywołujące efekt “wow” są dobre, ale w komediach romantycznych i programach TV. W realu zadanie wdrożenia takiej metamorfozy w życie to ogromne wyzwanie rzucone samemu sobie, wiążące się z odpowiedzialnością i, co za tym idzie, stresem. Niestety, im większe plany, tym bardziej możliwa porażka, o czym również się wielokrotnie przekonałam. Wszystkie te “od poniedziałku”, “od jutra”, “rzucam na zawsze” w chwili słabości przybierają kształt topora, który sami wieszamy sobie nad głową. Ten rok to odkrycie przeze mnie filozofii kaizen, dzięki której pozbyłam się stresu związanego z niemożnością realizacji własnych planów. Teraz do zmian podchodzę na spokojnie i powoli, dzięki czemu odkryłam, że nawet niewielka modyfikacja powoduje dobre rezultaty. Przykład? Zamiast całkowitej zmiany diety i przejścia wyłącznie na “superfood” zaczęłam codziennie rano pić szklankę ciepłej wody z cytryną. To działa!
2. Jeżeli myślisz, że czegoś nie jesteś w stanie zrobić, zacznij próbować, a okaże się, że jest całkiem inaczej.
Znów odrobinę kaizen, ale w 100% sprawdzone na sobie. Przykład? Choćby ten blog. Wcześniej wydawało mi się, że jestem za “mała” na pisanie, które ktoś będzie czytał, i że tematów zabraknie mi po miesiącu, więc lepiej nie zaczynać. W końcu jednak się przemogłam i 20 stycznia br. powstał pierwszy wpis. Pierwsze artykuły były nieco toporne, przyznaję, ale tylko dzięki temu udaje mi się szkolić warsztat i ciągle uczyć się nowych rzeczy. To naprawdę fascynujące, a że czytelników przybywa, to zaświadczam, że ta zasada działa 🙂
 
 
3. Życie bez pasji nie ma sensu.
Tak, wiem, że to brzmi pretensjonalnie i hipstersko. Nie zmienia to faktu, że w tym roku nauczyłam się, że nawet jeżeli bardzo chcesz się zniechęcić do czegoś, co w Tobie siedzi, to w najmniej spodziewanym momencie to wróci i zaatakuje. Warto zauważyć, że pasją może być wszystko – wychowywanie dziecka, prowadzenie zdrowego stylu życia, taniec, sport, a nawet własna praca. Nieważne, jaka jest skala tego “czegoś”, ważne, żeby to mieć i pielęgnować. Dobrze jest też nie szukać wymówek, ale sposobów i zaangażować się w to, co się robi. To może brzmieć dziwnie, bo w końcu czy można robić coś bez jednoczesnego zaangażowania? Oczywiście! Wtedy robi się to nieuważnie, niechętnie i czując frustrację. Pasja pozwala osłodzić gorycz monotonii i rutyny, które tak łatwo przecież wdzierają się w życie szarych trybików maszyny kapitalizmu.
4. Warto się interesować światem dookoła nas.
Są ludzie zamknięci, zainteresowani tylko jednym światem – swoim. Jest ich sporo wokoło, zazwyczaj nie lubią innych i nie chce im się z nimi gadać. Dziwnym trafem często stają się wyznawcami partii o zapędach autorytarnych lub takich, które oferują bon moty, chwytliwe skróty myślowe, zamiast wyważonej analizy zjawisk społeczno-ekonomicznych. Są też ludzie, którzy interesują się światem dookoła nich i starają się tę wiedzę zwiększać, rozwijać. Co ciekawe, są też ludzie, którzy interesują się światem dookoła siebie w znaczeniu nieco narcystycznym – sobą, swoją pracą, rodziną i znajomymi, a to, co dalej – społeczeństwo, sytuacja na świecie, konflikty, ekonomia, jest dla nich zupełnie nieciekawe i trudne. Tego trzeciego typu jest dookoła mnie coraz więcej – osoby w moim wieku zamykają się na wiadomości choćby polityczne, żeby “nie wiedzieć o tym syfie”, bo “polityka ich nie interesuje” lub “nie mają na to czasu”. Polityka czy ekonomia ma to do siebie jednak, że gdy nie poświęca się jej uwagi, potrafi podejść od tyłu i ugryźć takiego w tyłek. Niestety, im więcej wiemy, tym więcej możemy. Nawet tematy trudne, takiej jak wojna w Syrii czy dyskryminacja kobiet, zasługują na nasze zainteresowanie, bo są częścią naszej rzeczywistości, a nieświadomość nie stanowi, jak wiadomo, usprawiedliwienia.
5. Uważność się “opłaca”.
W tym roku odkryłam teksty Leo Babauty (choćby ten) i Dominique Loreau, które choć nieco inne od siebie, zwróciły moją uwagę (!) na uważność, dostrzeganie drobnych elementów, chwil, uśmiechów, gestów i czerpanie z nich radości życia. Szczególnie dobrze wiedzą to ci, którzy mają psa czy małe dziecko – te istoty żyją tylko i wyłącznie daną chwilą. Nie planują, nie kalkulują, często działają impulsywnie, ale też potrafią zaginać czasoprzestrzeń i długo rozkoszować się jedną chwilą. One podświadomie wiedzą, że tyle mamy z życia, ile każdego dnia z niego weźmiemy. Kiedyś dołowały mnie dni podobne do siebie, zwyczajne, gdy nic specjalnego się nie działo. Teraz nauczyłam się doceniać drobne rzeczy, które sprawiają, że dni nigdy nie są do siebie podobne. Choćbym pięć razy w tygodniu szła z psem na spacer w to samo miejsce, ten spacer zawsze będzie inny.
W tym roku zmarł mój kolega z roku ze studiów, mój rówieśnik. Miał dwoje dzieci, żonę i wiele planów naukowych. Wszystko skończyło się tak nagle, jak się zaczęło. Uświadomiłam sobie wtedy po raz kolejny, ile mamy szczęścia mogąc codziennie się budzić i kłaść się spać we względnie znośnych okolicznościach. Często sama tego nie doceniałam, teraz uczę się patrzeć uważnie na życie i ludzi dookoła mnie, nie oceniając ich, ale starając się zrozumieć. Nie wiem, czy da się osiągnąć w tej sztuce jakąś biegłość, ale w kolejnym roku postaram się to sprawdzić.
Dobrego roku!

Uwaga! Kontrola!

Odkąd tylko pamiętam moje życie naznaczone było właśnie tym. Już jako mała dziewczynka wiedziałam, że od tego zależy moje samopoczucie, bezpieczeństwo, „dobrostan”, możliwość realizacji planów. Miałam świadomość, że bez tego zginę, zniknę, a przynajmniej będę bardzo cierpieć. Zresztą nie byłam w tym przekonaniu osamotniona. Większość osób, a już na pewno kobiet/dziewczyn na to cierpi i często jest to przyczyną problemów w związkach, rodzinie czy relacjach towarzyskich. O czym mowa?
 
Kontrola – oto magiczne słowo. Ciągle słyszane „panuj nad sobą!” z biegiem czasu przekształca się w szeptane do siebie „tylko spokojnie, panuj nad sobą” wyrażające bardziej prośbę niż nakaz. Zaczyna się bardzo wcześnie, bo najczęściej od tak zwanego treningu czystości, czyli…nocnika. Dziecko biegające w pieluszce nie ma świadomości, że to, co się w niej znajduje może być przedmiotem jakichkolwiek emocji. Dopiero w trakcie nauki siadania na nocniku powoli zaczyna pojmować, że tak właśnie jest. Jak zrobisz siusiu do nocniczka – jesteś cacy. Jak zrobisz kupkę w majtki – jesteś be i fuj i do tego śmierdzisz. Nie wszyscy rodzice oczywiście są tak surowi, ale nader często to, czy dziecko umie się już załatwić do nocnika/toalety staje się przedmiotem oceny i krytyki. Potem jest już tylko gorzej.
 
Dziewczynki ogólnie mają przechlapane. Sprawy cielesne dla nich nie kończą się na kwestiach okołonocnikowych – potem jest jeszcze straszne słowo na „o”, czyli okres. Nie wiedzieć czemu, ma mocno rzucającą się w oczy barwę krwistej czerwieni, której widok wielu doprowadza do omdleń i mdłości. Cóż, natura tak chciała, że raz w miesiącu dziewczyny/kobiety się czerwienią, ale społeczeństwu nadal ciężko to zaakceptować. Nawet w tym tygodniu wyczytałam informację, że w Nepalu zmarła piętnastolatka w tzw. chacie odosobnienia – ciasnej klitce z gliny, w której (choć to nielegalne) dziewczyny mające okres i kobiety po porodzie muszą siedzieć, dopóki nie przestaną być „nieczyste”. Często zdarza się niestety, że taki okres – o zgrozo! – przecieknie, a wtedy wstyd, obraza uczuć religijnych i pełne odrzucenie społeczne. Dla nastolatki – koniec życia towarzyskiego, chyba że się postawi i nie przejmie.
 
Kobieca cielesność to czasem wyboista droga przez mękę. Seks (kobiecy wytrysk – fakt czy mit?), niekontrolowane reakcje ciała na bodźce, ciąża, poród, karmienie piersią – nasze ciała podlegają kontroli, ocenie, restrykcjom i standardom. Ba, nawet prawo stara się je kontrolować. A co, jeżeli sprawy wymkną się spod kontroli?
Nadmierna potrzeba kontroli to zjawisko, które może zrobić w życiu wiele złego. Wiedzą o tym DDA, wiedzą pracoholicy, perfekcjoniści czy tzw. nadopiekuńcze matki. Przekonanie o tym, że na wszystko można mieć wpływ, jak tylko człowiek się odpowiednio postara, wypacza patrzenie na świat i ludzi wokół nas, dając nam wyimaginowane berło i koronę, tylko niestety z mocno wyczerpanego papieru. Człowiek się zapętla, próbując pomóc innym w skierowaniu ich na odpowiednie tory wykoleja samego siebie. Chce kontrolować wszystko i wszystkich – fizjologię, pogodę, rozwój wypadków na świecie, partnera, dziecko, a nawet psa (choć to akurat jest PODOBNO możliwe). Jaki lek zaleca się na to dziwaczne schorzenie?
 
Jak pisze na swojej stronie niejaki jaras, jest to tylko i aż uznanie własnej bezsilności. To jak z alkoholizmem – żeby z niego wyjść, trzeba najpierw przyznać, że ma się problem. Tak to właśnie działa. Trzeba wykonać ogromną pracę, aby móc powiedzieć „ok, świat jest nieprzewidywalny, nie wiem, co się wydarzy, co spotka mnie i moich bliskich i nie mam nad tym kontroli. Jedyne, co mogę zrobić, to dbać o siebie i innych w swojej sferze wpływów i cieszyć się chwilą obecną, aby jej nie przeoczyć”. To jest straaaasznie trudne i cały czas uczę się tego, szczególnie mając pod opieką małe dziecko. Zaakceptowanie tego, że inni ludzie są…inni i chcą innych rzeczy niż ja to mały przewrót kopernikański na miarę moich możliwości. Uciekanie od siebie, aby pomóc innym – to pogrążanie się w nadmiernej potrzebie kontroli i droga donikąd. Jak pisze jaras, „posiadamy moc, by stać się tak małymi, jak nasza najbardziej ograniczona potrzeba lub tak wielkimi, jak nasze najbardziej wyzwalające marzenie. Prosty, ale bynajmniej niełatwy wybór, a dokonując go, kreujesz siebie.”
 
Im bardziej chaotyczny i przerażający staje się nasz świat, tym intensywniej rzucamy się w poszukiwaniu narzędzi kontroli. Rodzicielstwo bliskości jako lek na przemoc dookoła, hygge jako antidotum na nieczułe, zamknięte społeczeństwo, zdrowe odżywianie jako obietnica wolności od chorób i cierpienia. W naszym świecie dzieje się teraz wiele dziwnych rzeczy. Niepokoje polityczne, strajki, wojny, konflikty. Smutna prawda jest taka, że one niestety zawsze były, są teraz i będą w przyszłości. Banalna prawda z kolei jest taka, że niewiele na to można poradzić, ale niewiele to nadal więcej niż nic. Jak wiecie z mojego bloga, ja również staram się nie pozostawać obojętna na wiele zdarzeń/cierpień/możliwości zmiany na lepsze, ale ważne jest to, co potem i co w tak zwanym międzyczasie. Uczę się więc spać spokojnie, nie myśląc o tym, że od tego, czy coś zrobię czy nie zależą losy świata czy choćby mojego dziecka. Uczę się cieszyć chwilą obecną, bez lęku, że każdy następny moment może przynieść coś złego. Co mogę, to robię, a resztę uczę się odpuszczać. Trudne, ale wykonalne.

 

Da się?

Gdzie jest Aleppo?

Grudzień w Polsce. Tradycyjny czas dźwięku dzwoneczków w radiu, oparów grzańca unoszących się znad licznych jarmarków bożonarodzeniowych i szału zakupów. 13 grudnia w Polsce – tradycyjny czas wspominania, jak to było, jak nagle zabrakło “Teleranka”, a władza wysłała na ulice czołgi przeciwko własnym obywatelom. 13 grudnia w Syrii – trwa finałowa rozgrywka w Aleppo, mieście przegranym, zburzonym, pokonanym. W końcu późnym wieczorem przychodzi wiadomość o zawieszeniu broni, które jest raczej poddaniem się sił rebelianckich, a wraz z nią zapowiedź otworzenia korytarzy humanitarnych do ewakuacji cywilów. 13 grudnia w polskich mediach – nic o Aleppo, Syrii, ONZ czy czymkolwiek z tym związanym. Nie ma tematu, jest celebracja własnej traumy (czyjej?), rozpamiętywanie i marsze przeciw obecnej władzy.
O wojnie w Syrii już pisałam tu, a jedyne, co się od tego czasu zmieniło, to pogorszenie sytuacji cywilów w tym mieście i nasilenie działań wojennych. Pojawił się też oryginalny pomysł pokojowego marszu z Berlina do Aleppo, który ma pomóc w okazaniu solidarności z Syryjczykami, choć dla mnie nadal jego realny wpływ jest dość mglisty i niewspółmierny do hałasu robionego przez idących w marszu wokół siebie. Tak czy inaczej marsz wyrusza 26 grudnia, więc pewnie po owocach ich poznacie…
 
Czemu ja znów o tej Syrii? Cóż, siedziałam wczoraj późnym wieczorem, skacząc po wszystkich kanałach informacyjnych, jakie mamy. W polskich nie znalazłam NIC na temat Aleppo, z którego cywile przez cały dzień wysyłali w świat, głównie poprzez media społecznościowe, porażające wiadomości o zabójstwach kobiet i dzieci oraz swoje pożegnania ze światem. Nawet jeżeli część z nich to tak zwana propaganda, sytuacja i tak jest dojmująco tragiczna. Mamy XXI wiek, dostęp do wszystkich mediów świata, w tym do potężnych źródeł internetowych, mamy organizacje, ONZ, demokratyczne rządy i dobrobyt. Co robimy, żeby pomóc ludziom, którzy wołają o wolność i godność? Nic! Aż kusiło, żeby zapytać, gdzie jest Aleppo? W kosmosie, że go z Polski nie widać?
 
Każda wojna ma swoje legendy, bohaterów, tragizm i argumenty. Każda wojna do tej pory miała też swoją intymność, a ta syryjska z tego wzorca się wyrwała, bo dzięki Internetowi wiemy niemal wszystko. Polacy lubią celebrować swoje traumy. Zresztą pewnie nie tylko my tak mamy, co nie zmienia faktu, że my tymi naszymi nieszczęściami obdzielamy innych. Mówimy: zobaczcie, jesteśmy takim biednym narodem, poszkodowanym podczas II wojny światowej, obrażani posądzaniem nas o współprowadzenie tzw. obozów śmierci dla rodaków i mniejszości narodowych w tym czasie, a na koniec tragicznie pozbawionym śmietanki politycznej podczas pewnego lotu pewnego kwietnia kilka lat temu. Patrzcie i nam pomagajcie, puszczajcie nam wszystko płazem, bo nam się należy. Tymczasem kilka tysięcy kilometrów dalej jest naród, który mówi: chcieliśmy wolności i na fali tzw. arabskiej wiosny wyszliśmy na ulice, żeby o nią powalczyć. W zamian jednak od pięciu lat kryjemy się w gruzach naszego dawnego życia, walcząc o przetrwanie i resztki godności. Świat odwrócił głowę, bo to nasza wojna “domowa”, ale my wiemy, że wy wiecie, więc czy Wam nie wstyd?
 
Można się zastanawiać, gdzie jest Aleppo? Czy to tylko miasto w Syrii, czy już metafora obojętności i wygodnictwa naszego zachodniego świata, który wygodnie się umościł i nie chce mu się wstawać, żeby komuś pomóc. Sama też jestem częścią tego świata i wiem, że niektórzy z nas nawet nie wiedzą, gdzie fizycznie leży Aleppo, a co więcej, wcale ich to nie interesuje. Chcą mieć spokój, bo trapią ich własne problemy, aspiracje do zamożności itp. Pewnie znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że nas to nie dotyczy, a poza tym lepiej się nie wtrącać, bo można wzorem USA rozwalić państwo i narobić zamieszania w całym regionie. No tak, tylko mi nie chodzi o zaangażowanie militarne, bo na to nie ma co liczyć na pewno. W grę wchodzi za to zaangażowanie dyplomatyczne i humanitarne, a nasza postawa wobec uchodźców (której emanacją jest postawa naszych polityków) jest nadal tragicznie obojętna.
 
Audrey Hepburn mawiała: kiedy dorośniesz odkryjesz, że masz dwie ręce. Jedną, aby pomóc sobie, a drugą, aby pomagać innym. Co ja mogę zrobić? Mogę w nieskończoność namawiać do datków na UNICEF, PAH czy organizację The Syria Campaign, dzięki której w Syrii funkcjonują tzw. Białe Hełmy. Niestety nasza sytuacja polityczna jest taka, że brak nam liderów, którzy byliby w stanie wypowiadać się rzeczowo na temat konfliktu w Syrii, nie mówiąc o pomocy humanitarnej, czy – o zgrozo! – przyjęciu uchodźców. Pewnie szybko się to nie zmieni, więc wiele zależy od nas, tak zwanych zwykłych ludzi. Moje zawołanie, żebyśmy nie byli obojętni też pewnie niczego nie zmieni. Co mogę? Wybierać kanały informacyjne, które nie pomijają tematu, głosować na polityków, którym prawa człowieka i szacunek do “innych” nie stoją ością w gardle, pisać na ten temat i rozmawiać ze znajomymi, wpłacać co jakiś czas datki i liczyć na to, że nic nie trwa wiecznie, nawet najkrwawsze konflikty zbrojne. Mogę też się cieszyć, że nie wszyscy politycy pozostają obojętni – prezydent mojego miasta, Wrocławia, zapowiedział wczoraj przekazanie 100 tys. zł na pomoc humanitarną dla Syrii. Kropla w morzu? Głos wołającego na puszczy? Iskierka nadziei!
 
A teraz wstań i zrób coś dobrego. Choćby posłuchaj tej kolędy na miarę naszych czasów: Kolęda dla tęczowego boga by Magda Umer i Grzegorz Turnau. Coś jeszcze?

Prezentownik z sercem, czyli jak mądrze wydać świąteczne pieniądze

Za oknem szaro, buro i paskudnie. Wieje, leje, a kubek gorącej herbaty sam pcha się w ręce i powoduje, że post o hygge bije rekordy popularności (za co dziękuję). Wczoraj przez chwilę cieszyliśmy się śniegiem tu we Wrocławiu, co oznacza, że ni mniej, ni więcej, tylko zbliżają się święta. Wraz z nimi nadchodzi czas wyskakiwania z kasy, tak uwielbiany i hołubiony przez wszystkich marketingowców świata. Zanim jednak wpadniemy w szał zakupowy, może warto się zatrzymać na chwilę i tym razem spojrzeć na prezenty inaczej – jak na szansę na zrobienie czegoś dobrego dla innych, zamiast sprawienia przyjemności tylko jednej osobie?

Prawda jest taka, że choć często wolimy o tym nie słyszeć, na świecie nie dzieje się dobrze. Cały czas trwa wyniszczająca wojna w Syrii, na której wciąż umierają niewinni ludzie, w tym dzieci. We wschodniej i południowej Afryce, po cyklu następujących po sobie susz i powodzi będących skutkiem zjawisk znanych jako El Nino i La Nina, zapanował głód, który najdotkliwiej odczuwają małe dzieci. A bliżej nas? Na Ukrainie wciąż trwają walki, a na ich terenach nadal mieszkają ludzie, którzy po prostu starają się przetrwać. Jeszcze bliżej? Tu w Polsce choćby beznadziejnie traktujemy zwierzęta – chcemy “wycisnąć” z nich jak najwięcej, zarobić, wykorzystać i wyrzucić. Uff, ciężko przy tym wszystkim o dobry nastrój, prawda?

Nie chcę Was dołować, a tylko pokazać, że nie trzeba się temu bezczynnie przyglądać, wzruszając ramionami, że przecież nic nie da się z tym zrobić. Otóż da się – są organizacje, które to robią na co dzień i całkiem nieźle im to wychodzi. Z okazji świąt przygotowały różne oferty, skorzystanie z których pozwoli nam uczynić ten świat choć odrobinę lepszym.  Są tu tylko sprawdzone i rzetelne propozycje, bez ściemy. Zapraszam!

Tutaj znajdziecie wiele różnych propozycji, głównie mniejszych i większych drobiazgów, kartek świątecznych, gadżetów, ale i przytulanek. Są np. kubki, po których można pisać kredą jak po tablicy: 
Prezent U7089PL
notesy, parasole itp. itd. Oryginalnie cała oferta adresowana jest do firm, ale osoby prywatne również jak najbardziej mogą z niej korzystać. Minus? Dość wysokie koszty przesyłki jak na taką akcję. Plus? Dochód ze sprzedanych artykułów zostaje przekazany na działalność statutową UNICEF, czyli m.in. pomoc dzieciom w Syrii i walka z niedożywieniem maluchów w Afryce.
A jak ktoś akurat na święta nie potrzebuje, to na tej samej stronie można kupić zaproszenia ślubne. Z kolei dla minimalistów niezainteresowanych gadżetami są Prezenty bez Pudła, o których pisałam tutaj. Polecam!

Tu znajdziecie kilka różnych propozycji związanych z różnymi działaniami PAHu. Wszystkie są pożyteczne i dają pewność, że pomoc trafi do tych, którzy naprawdę jej potrzebują.

W ramach akcji pomocy ofiarom konfliktu zbrojnego na Ukrainie są do kupienia grafiki Ewy Kuryluk. Co prawda jest to koszt rzędu 1000 zł za jedną grafikę, ale może znajdą się tacy, których będzie stać. Dla tych, co skłonni są wydać jednak trochę mniej, dostępny jest cały sklepik PAH. Znajdziecie w nim opisywaną już kiedyś przeze mnie biżuterię, koszulki, książki, ale też wyjątkowo świąteczne kartki pocztowe czy woreczki prezentowe.

A jeżeli ktoś z Was ma wolną najbliższą sobotę (3 grudnia), może wziąć udział w akcji PAHu pn. Świąteczny Stół Pajacyka. W jej ramach lokale gastronomiczne, które się zgłosiły, 10% obrotu z tego dnia przeznaczą na program dożywiania dzieci Pajacyk. Tych miejsc jest sporo, tu znajdziecie dokładną mapę, więc smacznego!

3. MANY MORNINGS, czyli kup skarpetki, a drugą parę podaruj
W ramach akcji Share a Pair ta polska firma za każdą parę kupionych u niej skarpetek podaruje drugą parę organizacji/ośrodkowi, które ich potrzebuje, np. schroniskom dla bezdomnych. Skarpetki są polskie z projektu, materiału i wykonania, mają świetne kolorowe wzory, np. takie: 
Many Mornings Bonjour France
i jeszcze do tego sprawią przyjemność jeszcze komuś, więc warto 🙂

4. ZWIERZAKI
Jakoś tak się dziwnie dzieje, że przed świętami wszyscy chcą pomagać zwierzakom. Byłoby super, gdyby przekładało się to na cały rok, ale na razie jeszcze mamy wiele do zrobienia w tym temacie. Tu do wyboru więc jest sporo propozycji, a oto kilka wybranych:

– dla miłośników golden retrieverów ambasadorka tego posta, czyli moja psica Samba, poleca Fundację Pomocy Goldenom AUREA i jej sklepik. Tradycją tej organizacji jest też coroczna edycja kalendarza ściennego i książkowego, ale na razie nie ma ich jeszcze w sprzedaży. Za to oferowane przez nich gadżety mają świetne wzornictwo i dobrą jakość, więc polecam!

– dla miłośników psów innych, a do tego kotów jest choćby kalendarz charytatywny, o którym przeczytacie tu. Plusem tej akcji jest to, że samemu można wybrać schronisko dla zwierząt, dla którego zostanie przekazany zysk z zakupu kalendarza. Polecam 🙂

– dla miłośników zwierząt wszelakich jest sklep Fundacji VIVA, a na nim różne różności – ciuchy, koszulki, torby, książki, a nawet poduszki. Wszystko atrakcyjne wizualnie, dobrze zrobione i na ratunek zwierzakom w potrzebie, więc warto 🙂  

Mam nadzieję, że spośród moich propozycji uda Wam się wybrać coś dla siebie. Myślę, że nawet gdyby to miał być najdrobniejszy gadżet, to warto, bo zmienia nastawienie i poprawia nastrój. Pewnie w miarę zbliżania się świątecznej godziny zero propozycji charytatywnych będzie coraz więcej. Zawsze warto się upewnić, komu i co się daje, bo z datkami bywa różnie, a prezent wydaje się pewniejszy. Jeżeli ktoś chce pomóc ot tak, po prostu, bez kupowania czegokolwiek, może wejść na siepomaga.pl lub znaleźć inne sensowne miejsce w sieci. Może coś polecicie?

Trzy książkowe sposoby na poprawę nastroju

Chwilka ciszy na blogu i już lekki niepokój się pojawia. Ostatni wpis o tym, jak przestać się martwić okazał się być bardzo popularny, co mówi mi, że niestety wszyscy zbyt dużo się martwimy. Co dzień pracuję nad tym, żeby tego nie robić, ale gdzieś z tyłu głowy cały czas mam obraz dzieci w oblężonym Aleppo czy brutalność polskiego języka polityki, gdzie ten, co z nami jest dobry, a co przeciw nam – najgorszy. Jak tylko mogę, staram się z mojego miejsca na ziemi jakoś pomagać, działać, ale czasem nadchodzi taki moment, że trzeba usiąść i odpocząć. Jak sobie wtedy poprawić nastrój? Ja znalazłam trzy sposoby, a wszystkie książkowe, więc chwilę Was nimi ponudzę (a przy okazji może podpowiem drobny prezencik?) 🙂

Pierwsze jest “Hygge. Klucz do szczęścia”, bo przeczytane właściwie chwilę temu. Nie da się ukryć, że jesień, chłód i ciemność oraz zbliżające się Święta sprzyjają zjawisku hygge i napędzają mu niesamowity wręcz marketing. W Polsce zresztą to jeszcze nic, bo w takiej na przykład Wielkiej Brytanii powstaje na ten temat mnóstwo publikacji, gadżetów i innych kolorowanek dla dorosłych. Sądząc po popularności mojego wpisu na ten temat w Polsce hygge również trafiło na podatny grunt. Książka zaś, o której tu piszę, to rodzaj takiego małego podręcznika po sztuce szczęścia w stylu duńskim, gdyż jej autorem jest Meik Wiking, czyli dyrektor Instytutu Badań nad Szczęściem w Kopenhadze.

Co można znaleźć w “Hygge. Klucz do szczęścia” i czy warto tam tego szukać? To jak zwykle kwestia gustu. Książka jest przepięknie wydana, bogato ilustrowana i napisana prostym językiem, więc łatwo i szybko się przyswaja. Nie wywróci ona na pewno niczyjego poglądu na świat, ale uprzyjemni kilka chwil. Oprócz krótkiej historii i opisu hygge można tu znaleźć wiele praktycznych sposobów na przywołanie tego uczucia? zjawiska? na co dzień, jak np. kolacja z przyjaciółmi w świetle świec, jazda na sankach czy piknik na plaży. Prosto? Pewnie, że tak, ale to, co mogłoby być słabością tej książki, staje się jej siłą. Wszyscy bowiem jesteśmy niezwykle zapracowani i zabiegani, więc na co dzień i tak nic więcej, niż drobne przyjemności nam się pewnie nie uda (realizm, nie pesymizm). W myśl zasady “mniej znaczy więcej” autor zaprasza nas do odnowienia kontaktu ze znajomymi, radości z czasu z rodziną i uprzyjemniania każdego aspektu życia – od podróży do pracy po świąteczne porządki. To akurat do mnie trafia, a my, Polacy, chyba za rzadko dbamy o jakość i przyjemność życia codziennego, starając się nadrobić to w weekendy. Może warto więc na chwilę zwolnić i pomyśleć o niebieskich migdałach? Meik Wiking tak robi i chyba dobrze na tym wychodzi 🙂


Każdy lubi dostawać prezenty, nie wyłączając mnie. Ten jednak naprawdę mnie zaskoczył i sprawił, że poczułam się trochę doceniona. Mowa o drugiej książce, którą dziś polecam na poprawę nastroju. Podpowiem – było o niej na moim FB, dotyczy Audrey Hepburn i jest wizualnie przepiękna. Tak, to “100 powodów, by pokochać Audrey Hepburn” autorstwa Joanny Benecke, Wydawnictwo Dolnośląskie. Dla wszystkich Audrey-filek to gratka głównie z uwagi na mnogość przepięknych zdjęć – oprócz tych najsłynniejszych są też fotki z domowego archiwum AH i te po prostu mniej znane. Jak sam tytuł mówi, w książce znajduje się równo sto powodów, dla których warto pokochać Audrey. A czy warto pokochać ją samą?

Życiorys AH znam już dość dobrze, mnogość kreacji filmowych również, czym więc zaskoczyła mnie ta książka? Po pierwsze, świetnym doborem zdjęć – wizualnie to prawdziwe cacko. Po drugie, ciekawostkami dotyczącymi jej strojów, ról czy kontaktów z ludźmi. Po trzecie, tym, że doskonale odbiorą ją zapewne wszyscy “pinterestowcy”, bo z tym portalem bardzo mi się kojarzy ze względu na zestawienie zdjęć i treści. Słowem – godne polecenia wszystkim Audrey-holiczkom i tym, którzy lubią estetyczne albumy o ciekawej treści.


Miłość matczyna. Temat rzeka, przez każdą kobietę odkrywany na nowo. O tym też jest moja trzecia książka, najkrótsza i przyprawiająca o największe wzruszenie. Całkiem niedawno wpis o niej znalazł się na blogu nebule.pl i tak jak jego autorka, ja również po jej przeczytaniu ryczałam jak bóbr. Aż trudno uwierzyć, że taką treść udało się autorce, Astrid Desbordes, zmieścić na 20 kartkach. Co więcej, to świetna propozycja nie tylko dla mamy, ale i dziecka, bo są tu przepiękne, ale proste ilustracje, dodające jej wiele uroku. O co chodzi?

Chodzi o książkę “Miłość”, doskonały prezent dla każdej mamy i dla każdego dziecka. W skrócie – mama usypia synka, a ten przed snem pyta, czy będzie go kochała przez całe życie. Cała książka jest odpowiedzią na to pytanie, prostą, życiową i trafiającą w sedno. Bez chusteczki się nie obędzie, ale rzewnie polecam.


Czasy się zmieniają, lata mijają, a moim najlepszym sposobem na relaks pozostaje czytanie. Mam nadzieję, że ta forma aktywności w społeczeństwie nie zginie, a jeżeli Wy macie jakieś swoje książkowe propozycje na poprawę nastroju, chętnie o nich przeczytam 🙂