Sztuka świadomego życia

Moja najważniejsza przyjaciółka

Tego się nie robi. Nie robi się miesięcznej przerwy na blogu bez zapełniania jej wrzucaniem starych linków i głupot w mediach społecznościowych. To idealny przepis na…blogowe samobójstwo, a jednak tak zrobiłam. Dopadł mnie bowiem kryzys egzystencjalny – znacie to? Robicie różne rzeczy, pracujecie, ale na koniec dnia macie poczucie, że to nic nie znaczy? Że świat się od tego nie zmienia, wy nie jesteście ani bogatsze, ani szczęśliwsze, a i wymiernych efektów brak? W pewnym wieku (hmm) człowiek zaczyna się zastanawiać, czy zawsze już będzie tak żył i czy jego egzystencja ma w ogóle jakiś sens. W pewnym wieku – no tak, choć to bardzo niemodne. Za to modne jest bycie wszędzie, znajomość ze wszystkimi i chwalenie się pięknym życiem. Cóż, a kto powiedział, że zawsze trzeba być modnym? A więc kiedy dopadają mnie takie myśli, kiedy motywacja sięga poziomu Rowu Mariańskiego, nadchodzi czas na spotkanie z moją najważniejszą przyjaciółką, o której chcę dziś opowiedzieć.

Po co komu przyjaźń?

Przyjaźń to jedna z tych więzi społecznych, która cechuje nie tylko ludzi. Zwierzęta też potrafią się pięknie przyjaźnić i wspierać – zarówno z ludźmi, jak i innymi stworzeniami, niekoniecznie nawet z tego samego gatunku. Wszyscy bowiem mamy mniejszą lub większą potrzebę dzielenia się swoim życiem, posiadania jego “świadków” i nierzadko recenzentów, którzy towarzyszą nam w najważniejszych chwilach, a w razie potrzeby pomogą lub sprowadzą na dobrą drogę. Dzięki przyjaźni człowiek nie czuje się sam, co dobrze mu robi na psyche i sprawia, że ma więcej siły do działania. Wsparcie jest ważne, ale ważne jest coś jeszcze innego, o co o wiele trudniej – równowaga.

Nie ma przyjaźni bez równowagi

Moim zdaniem przyjaźń bez równowagi między osobami jest czymś zupełnie innym – przypomina związek toksyczny, w którym jedna osoba cały czas się łudzi, że jest ważna, a druga korzysta z jej usług, gdy jej potrzebuje, w innym razie mając ją w głębokim poważaniu. W normalnym życiu bez szkody dla siebie tak potrafią chyba tylko psy względem ludzi. Zdarzył mi się taki brak równowagi kilkukrotnie w życiu i za każdym razem kończyło się powolną degeneracją relacji, a w końcu – jej śmiercią naturalną. Niestety trudno jest trafić na “tę jedyną” lub “tego jedynego”, dla mnie to trudniejsze chyba nawet od znalezienia męża 😉 Cóż, żyjemy w czasach szybkich randek, komunikacji emotikonowej i krótkich wypadów na piwo zwieńczonych wspólną fotkę na Insta, więc nic dziwnego, że trudno jest znaleźć prawdziwego przyjaciela.

Moja najważniejsza przyjaciółka

Kiedy byłam w podstawówce, moim największym marzeniem – poza zostaniem łyżwiarką figurową na lodzie lub miss (ekhm…) – było znalezienie przyjaciółki. Byłam strasznie zakręcona na tym punkcie i przez to właściwie…nie dało się ze mną przyjaźnić. Szkoda, że rozumiem to dopiero teraz 🙂 Potem było liceum i czas wielkich przyjaźni na śmierć i życie, takich, dla których się kłamie przed rodzicami i fałszuje podpisy oraz wagaruje, który wyparował wraz z liceum. Wszyscy się rozeszli w swoje strony, przyjaźnie poumierały śmiercią naturalną, ale świat nie lubi próżni, więc nastał czas studiów i nowych przyjaźni. Przez te wszystkie lata nie zauważałam jednej osoby, która towarzyszyła mi przez cały czas i w końcu stała się moją najlepszą i najważniejszą przyjaciółką – siebie.

Trudno jest się zaprzyjaźnić z sobą samą, szczególnie kobiecie. Świat zewnętrzny uwielbia nam mówić, jakie mamy być, jak się ubierać i gdzie pokazywać, żeby zapewnić sobie sukces. Często łatwo dajemy się zasugerować tym, co robią inni, jacy są i jak pięknie przy tym wyglądają (vide Instagram), produkując w sobie nie-swoje marzenia i aspiracje. Tymczasem po drodze gdzieś łatwo gubimy siebie, dajemy się zagłuszyć i potem ciężko jest już odnaleźć swoją własną tożsamość.

Jak zaprzyjaźnić się ze sobą?

Najcenniejszy dar, jaki można dać sobie samemu, to przyjaźń ze sobą. Ludzie wokół nas zawsze są “na chwilę” – czasem dłuższą, czasem krótszą, ale po jakimś czasie i tak idą dalej, do swoich spraw, marzeń, celów. Niekiedy nawet odchodzą na zawsze i zostajemy sami. Właśnie – sami, ale nie samotni!

Jaka jest moja recepta na przyjaźń ze sobą? Cóż, przede wszystkim cierpliwość i akceptacja. Po pierwsze, to nie przychodzi od razu i trzeba się tego nauczyć. Trzeba się nauczyć słuchania siebie i wybierania własnej drogi, czasem nawet chodzenia pod prąd. Trzeba się zdobyć na odwagę, aby powiedzieć “nie” innym, a “tak” – sobie. Trzeba nauczyć się akceptować swoje niedoskonałości. Oczywiście nie chodzi tylko o pryszcze czy rozstępy (choć wszystkie je przecież kochamy ;p), ale o swoje lęki, kłamstewka, odchylenia od normy i małe grzeszki, do których czasem tak trudno się przyznać. Chodzi o szczerość ze sobą – jestem, jaka jestem i jeżeli chcę, coś zmienię, ale jeżeli mi to odpowiada, nie będę się katować udawaniem, że jest inaczej. To czasem bardzo trudne, bo niedoskonałość w świecie ogólnej doskonałości jest niewygodna.

Przyjaźń ze sobą to wierność sobie – trzymanie się swoich poglądów, nawet jeżeli innym to nie na rękę. Pozbycie się wstydu, że nie jest się takim, jak by się chciało i dążenie do własnych, świadomie i uważnie wytyczonych celów. Wszystko to wymaga sporej odwagi, ale jest naprawdę się opłaca – a ten argument przecież powinien dotrzeć do wielu? 😉

Dlaczego weganizm?

Całkiem niedawno pisałam o książce, która zrobiła na mnie niesamowite wrażenie i wywołała wiele refleksji – było to “Zjadanie zwierząt” Jonathana S. Foera, a wpis można znaleźć tutaj. Niestety na razie pozostaję mięsożercą, ale zmiany są już raczej nieuchronne, więc postanowiłam o opinię i chwilę zwierzeń poprosić kogoś o wiele bardziej doświadczonego w “tych” sprawach niż ja. Poznajcie więc Małgosię Kubicę – autorkę bloga Dobre Zielsko i wegankę z przekonania. Zapytałam ją o to, jaka była jej droga do weganizmu i z czym się on dla niej wiążę. Zapraszam na opowieść Małgosi i dziękuję jej, że zechciała się nią podzielić 🙂

Audrey Girl pyta, Marguerite odpowiada

Dlaczego wegetarianizm, a potem weganizm?

Gotowanie i zdrowe odżywianie to pasja, która towarzyszy mi już prawie 20 lat (ależ ten czas leci!). Pamiętam, że od zawsze rwało mnie do garów, a moim hitem był murzynek, kotlety ziemniaczane i pierogi ruskie. Gotowanie było dla mnie przyjemnością, zwłaszcza że lubiłam wykonywać prace manualne, a lepienie pierogów czy formowanie kotletów to robótki ręczne. Na drutach i na szydełku też kiedyś lubiłam szyć 😉 To, co robiłam w kuchni praktycznie zawsze było wegetariańskie. Za mięsem, rybami, ani nawet jajkami nie przepadałam za bardzo i w domu jadło się tego raczej niewiele. A surowe mięso mnie wręcz obrzydzało i nie wyobrażałam sobie, jakbym mogła zrobić na przykład kotleta mielonego. W zasadzie nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek przyrządziła potrawę składającą się z mięsa. To, co robiłam, było wegetariańskie, miało być pyszne i zdrowe, takie „inne” niż tradycyjne potrawy.

Szukałam więc przepisów w czasopismach kulinarnych i kombinowałam. A kombinowanie uwielbiałam i uwielbiam do dziś. Kiedy miałam 14 lat – pod koniec lat 90-tych – w sklepach zaczęły pojawiać się regały z tzw. zdrową żywnością, które zaczęły mnie ciekawić i przykuwały moją uwagę. Osiedlowy market był całkiem dobrze zaopatrzony w takie „inne” produkty i często kupowałam soczewicę czy produkty sojowe, które uchodziły niegdyś za sztampową „zdrową żywność”. Wtedy też zaczęłam jadać produkty pełnoziarniste, odkryłam otręby i forsowałam, aby w domu była używana mąka razowa, a nie biała. Przestałam słodzić herbatę, zaczęłam pić zieloną i napary owocowe. I tak zaczęłam interesować się zdrowym odżywianiem. Dostęp do publikacji nie był taki łatwy, jak dziś, więc szukałam książek dietetycznych i kulinarnych w miejskich bibliotekach, czytałam czasopisma poświęcone zdrowiu etc. W domu również było kilka publikacji dietetycznych, więc i po nie sięgnęłam.

Muszę stwierdzić, że w wieku 15 lat miałam sporą wiedzę, której teraz chyba czasem mi brakuje. Byłam naprawdę oblatana w liczeniu kalorii, obliczaniu zawartości składników odżywczych etc. Nauczyłam się czytać etykiety, unikać konserwantów i wybierać to, co dla zdrowia korzystne. Po około roku takiej edukacji własnej doszłam do wniosku, że najlepszym pożywieniem są dla nas warzywa, owoce, produkty pełnoziarniste, orzechy i pestki. Stwierdziłam, że mięso nie jest nam tak potrzebne, jakby się wydawało i że wszystkie składniki odżywcze i mineralne oraz witaminy możemy znaleźć we wszystkich innych produktach. Poza tym pozyskiwanie mięsa to zabijanie zwierząt, trzymanie ich w klatkach i sztuczne tuczenie – w tym zakresie również zaczęłam trochę czytać, chociaż dostęp do materiałów przedstawiających taką sytuację był raczej ograniczony. Do tego dowiedziałam się, jak nieekologiczna jest hodowla zwierząt, a już wtedy ochrona środowiska i wyrabianie codziennych nawyków proekologicznych było dla mnie ważne.

I tak 20 lipca 1999 r. stwierdziłam, że zjadam w swoim życiu ostatni kawałek szynki… Było to spowodowane mieszanką pobudek zdrowotnych, ekologicznych i etycznych, ale także próbą buntu nastoletniego – to była moja taka pierwsza własna decyzja. Jak się potem okazało, jedna z lepszych w moim życiu. Oczywiście rodzina nie dowierzała i słyszałam, że za miesiąc mi przejdzie. Podobno były próby przemycania mięsa, ale ani razu nie dałam się nabrać. W zasadzie nie pamiętam. Mijały miesiące, a mi dalej nie przechodziło… Zaczęłam sama przyrządzać sporo potraw, odkrywałam nowe smaki, chociaż z dzisiejszej perspektywy mogę stwierdzić, że były to dosyć monotonne dania. O dziwo, przestałam mieć anemię, zaczęłam mniej chorować i lepiej się czuć.

W tamtym czasie moja dieta była laktowegetariańska – jadałam kefiry, jogurty i sery. Ale już wtedy zaczęłam myśleć o weganizmie jako naturalnej kolei rzeczy – prędzej, czy później wiedziałam, że weganizm jest moim celem, ale lubiłam nabiał. Do tego stopnia, że to przechodzenie na weganizm trwało kilka dobrych lat, za to ostateczną decyzję podjęłam bardzo spontanicznie. Było to w końcu spowodowane kwestiami zdrowotnymi – od lat cierpię na migreny i jak się okazało w moim przypadku, są one wywoływane nieodpowiednią dietą, w tym spożywaniem serów. Kiedy odkryłam tę zależność, z dnia na dzień przestałam spożywać nabiał. Z produktów niewegańskich spożywam jedynie miód, który lubię i który kupuję od lokalnych producentów. Jestem zdania, że jest to w zgodzie z moimi wartościami (zdrowie, ekologia, etyka).

Od tamtego czasu nadal jestem weganką. Czuję, że dieta roślinna mi służy – czuję się dobrze, mam dobre wyniki. Moją dietę mogę nazwać również niskoglutenową – stawiam na stare, nieprzetworzone odmiany zbóż. Ale odpowiednio dietę bilansuję, wiem, co z czym łączyć oraz czego potrzeba dla zdrowia i gdzie to znaleźć. Suplementuję witaminę D oraz B12, które są niedoborowe przy diecie roślinnej, chociaż witaminę D wszyscy powinni  suplementować, niezależnie od stosowanej diety.

Od zeszłego roku prowadzę blog wegański Dobre Zielsko, który stawia na aktywny, zdrowy tryb życia w zgodzie z naturą. Promuję także wartościową i naturalną żywność. Oprócz gotowania uwielbiam fotografować i jeździć na rowerze – najchętniej w górach.

Zapraszam serdecznie na moją stronę http://dobrezielsko.pl/ oraz profil FB bloga https://www.facebook.com/dobrezielsko.

 Jeżeli chcecie się dowiedzieć więcej na temat Małgosi i jej wegańskich początków, zapraszam na jej bloga na stronę http://dobrezielsko.pl/na-dobry-poczatek/. Tymczasem dziękuję Jej za ten wpis gościnny i mam nadzieję, że nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa w tym temacie 😉 

Badaj się i żyj!

Lato tego roku było gorące i duszne. Oboje mieliśmy dużo pracy, zajmowaliśmy się swoimi sprawami. Niemal co dwa tygodnie jeździliśmy na wschodnie rubieże kraju, skąd wywodzi się mój wtedy-jeszcze-nie-mąż. Odwiedzaliśmy jego rodziców, pomagaliśmy i korzystaliśmy z darmowej garkuchni 😉 Takie słoiki na wyjeździe. Był piątek, planowaliśmy więc wieczorny wyjazd do G., a ja kończyłam jeszcze ostatnie zadania w pracy. Nagle zadzwonił telefon – to był on, mój wtedy-jeszcze-nie-mąż z hiobową wieścią, którą oznajmił stalowym głosem – u mamy wykryli guza.

Niewiele jest w życiu rozmów telefonicznych, które naprawdę mają znaczenie i zmieniają życie. Najczęściej rozmawiamy o niewiele znaczących pierdołach, między wierszami rzucając prawdziwe wyznania. Ta rozmowa zmieniła nasze życie, i kilku innych osób też. Zatem na zwykłym USG, wykonywanym jednak po długiej przerwie, zobaczono guza. Był duży, umiejscowił się w jajniku i wcale się nigdzie stamtąd nie wybierał. Pierwszy odruch – eee, to nie może być rak. Drugi odruch – doktor Google. Trzeci odruch – jedziemy tam z sercem w przełyku i rzucamy się w wir radzenia sobie z nową sytuacją. Szukanie znajomych lekarzy, pielęgniarek, załatwianie miejsca w szpitalu na dodatkowe badania, a w końcu konsultacje dotyczące ścieżki leczenia i mnóstwo logistyki. Diagnoza brzmiała – złośliwy nowotwór jajnika. Złośliwy również dlatego, że bardzo trudno wykrywalny. Najczęściej objawia się spuchniętym brzuchem i niezbyt nasilonymi dolegliwościami ze strony układu pokarmowego. Kto normalny (i laik) rozpozna po takich objawach, że coś się dzieje niedobrego, szczególnie, gdy kobieta jest nieco hm okrąglejsza? Wykrywany jest najczęściej późno właśnie dlatego, jak również z małego, łatwo usuwalnego powodu – braku rutynowego usg podczas wizyt u ginekologa oraz regularnych wizyt takowych w wykonaniu pań w wieku tzw. okołomenopauzalnym.

Mama mojego wtedy-jeszcze-nie-męża od chwili diagnozy przeszła długą i niełatwą drogę. Przez cały czas jej towarzyszyliśmy, co na pewno było dla niej źródłem siły. Droga ta przebiegała przez kilka operacji, sporo chemii, wiele leżenia w łóżku i walki z samą sobą, żeby się zmobilizować i wstać, mnóstwo zwątpienia, ale i ogromną wolę życia. Potem odbudowywanie życia, powrót do tzw. normalności, definiowanie siebie na nowo. Od chwili tej pamiętnej rozmowy telefonicznej minęło już ponad pięć lat, więc – fingers crossed – można powiedzieć, że nastał spokój. Każde badanie profilaktyczne jednak jest stresem i pewnie nim pozostanie.

Nie zawsze jest też tak jak w filmach i książkach – że choroba zmienia całe życie i sprawia, że człowiek przechodzi wewnętrzną metamorfozę, od tej pory stając się pozytywnym, spełniającym się aniołem. O nie, brutalna prawda jest taka, że człowiek najczęściej pozostaje sobą, ale o wiele bardziej doświadczonym i przy odrobinie szczęścia nieco pozytywniej nastawionym do życia. Wyobrażenia ludzi zdrowych o tym, co choroba potrafi zrobić z człowiekiem, kończą się na bramie szpitala. Często dzieje się tak, że dotychczasowi znajomi przestają dzwonić, a jedynie najwytrwalsi odwiedzają w szpitalu. Nierzadko też kobieta chora z powodu swojej “kobiecości” (jajniki, macica, piersi) wstydzi się diagnozy, bo jest to dla niej pewna degradacja, szczególnie gdy niezbędna jest operacja pozbywającą ją narządów stricte kobiecych.

Chora kobiecość

Znacie jakieś chore kobiety? Jeżeli nie, to szczerze Wam zazdroszczę. Wokół mnie są i dziewczyny, i panie, które teraz lub w jakimś niezbyt oddalonym momencie życia cierpiały/cierpią z powodu nowotworów lub stanów przedrakowych. Wszystkie jednak walczą i to heroicznie, mając w pamięci portrety swoich dzieci, czekających na nie w domu. Chorująca kobieta walczy podwójnie – walczy z chorobą i o to, by pozostać kobietą. Nasz świat bardzo ostro definiuje kobiecość, skupiając się najczęściej na warstwie fizycznej. Dlatego też tak trudno jest znieść brak włosów, utratę piersi czy wycięcie przydatków. Często są to jednak elementy konieczne do powrotu do zdrowia, a więc kobiety przechodzą przez to z podniesioną głową i wsparciem, bo bez niego niewiele z nich dałoby radę.

Kobieto, badaj się i żyj!

Dziś Dzień Dziecka. Piękne święto, które lubią chyba wszyscy. Jest to też dzień, którego nie dałoby się świętować, gdyby nie było kobiet 😉 W związku z tym chciałabym zaapelować do wszystkich kobiet, bez względu na wiek, poglądy, stan cywilny, pracę i pasję – BADAJ SIĘ I ŻYJ! Truizmem jest już powtarzane wszędzie hasło, że rak wcześnie wykryty jest uleczalny, ale to prawda! Często też wczesne wykrycie pozwala na bardziej oszczędzające leczenie, a co za tym idzie większy komfort życia. Czy tego chcemy, czy nie, nowotwory są już naszą chorobą cywilizacyjną, więc jeżeli cywilizacja ma przetrwać, kobiety muszą o siebie zadbać! Chodźmy do lekarzy, bądźmy namolne, róbmy badania profilaktyczne we własnym zakresie, dmuchajmy na zimne i zachęcajmy do tego swoje mamy/ciocie/babcie/siostry/koleżanki/córki.

Rak szyjki macicy, tak jak i rak jajnika, potrafi się rozwijać nawet pięć-dziesięć lat. To sporo czasu na wykonanie badań, prawda? Dlatego tak ważne jest, aby robić je regularnie, minimum raz w roku! Wymóc na lekarzu cytologię, USG piersi i “wnętrza”, morfologię krwi. Jeżeli chcemy, żeby nasze dzieci jak najdłużej były dziećmi (w zdrowym tego słowa znaczeniu ;)), bądźmy jak najdłużej ich mamami. Jeżeli nie chce nam się tego robić dla siebie – zróbmy dla innych. Zadbajmy o siebie, badajmy się i żyjmy jak najdłużej i najpełniej. Nikt za nas tego nie zrobi…

Wpis powstał w ramach akcji “Nie wstydzę się być kobietą”

Zjadanie zwierząt – i co dalej?

Jem mięso. Jem nabiał. Jem ryby. Jestem wszystkożerna. Czuję jednak, że to się zaraz zmieni, a wszystko za sprawą książki, która wpadła w moje ręce i przeczytana z zapartym tchem postanowiła sforsować przeszkody zbudowane z mojej hipokryzji i chęci czucia się lepiej ze sobą, a następnie zrewolucjonizować moją lodówkę. Chodzi oczywiście o tytułowe “Zjadanie zwierząt” i wnioski płynące z tej lektury, których nie da się już “odwyciągnąć”. A to było to tak…

Moja “mięsna” historia

W czasach, w których dorastałam mięso było luksusem, rzadkością, wyjątkiem od reguły. Trudno je było dostać, było drogie i często nie grzeszyło świeżością. Potem przyszła normalność, a wraz z nią mięso na talerzu często, w różnych odmianach i bez okazji. O pięknym zapachu, apetycznym wyglądzie, sycące – trudno było go nie lubić. W końcu przyszły lata nastoletnie, a wraz z nimi pewna, nieco zwichrowana forma buntu, która zawierała w sobie między innymi zdanie sobie sprawy z tego, skąd bierze się mięso. Wcześniej odpowiedź była oczywista – z mięsnego, ale skąd tam? Zaczęłam drążyć, czytać, oglądać i…sparaliżowało mnie. Zwierzęta cierpią, żeby nam było dobrze, a niewiele z tego mają. Niemal z dnia na dzień stałam się wegetarianką, ale bez pomyślunku – po prostu odstawiłam mięso, niczym wartościowym go nie zastępując, więc po kilku miesiącach przyszło ogromne osłabienie i diagnoza – ostra anemia. Chcąc nie chcąc wróciłam do mięsa, starając się jakoś równoważyć to datkami na organizacje broniące praw zwierząt itp. Był to pewien kompromis zawarty z samą sobą.

Na filozofii niewiele mówi się o zwierzętach, ale w ramach pisania pracy magisterskiej zajęłam się m.in. ich tematem. Czytałam sporo Singera i choć nadal z większymi lub mniejszymi przerwami jadłam mięso, sercem byłam wege. Co z tego? Cóż, mówi się, że gdyby rzeźnie i ubojnie miały szklane ściany, wszyscy zostalibyśmy wegetarianami, ale co z oczu, to z serca, więc zgniły kompromis trwał nadal. Po kilku materiałach wideo i badaniu tematu “rzuciłam” wieprzowinę i wołowinę, o czym pisałam tutaj. Tak było aż do teraz, bo teraz nadchodzi rewolucja…

“Zjadanie zwierząt”

W książce Foera najbardziej podoba mi się to, że autor do niczego nie namawia. Traktuje czytelnika inteligentnie – po prostu przedstawia mu fakty, duuuużo faktów i namawia do dokonywania wyborów. Liczba mnoga jest tu adekwatna, gdyż nie wystarczy podjąć jakiejś decyzji raz – trzeba umieć ponieść jej konsekwencje i tak naprawdę podejmować ją ciągle od nowa. A jakie są fakty?

Człowiek jest istotą wszystkożerną. Jednocześnie jako jedyne zwierzę nie musi jeść mięsa, aby przeżyć. Jedynie 8% Polaków to wegetarianie i weganie.

Od lat 50-tych XX wieku na świecie zapanował przemysł mięsny, to znaczy dokonało się przejście od małych zagród i niewielkiej produkcji do chowu przemysłowego i nastawienia na zysk.

Polska jest największym producentem mięsa drobiowego w Europie, a statystyczny Polak zjada rocznie ok. 40 kg wieprzowiny i 27 kg drobiu.

Chów przemysłowy – jak sama nazwa wskazuje – jest odhumanizowany. Tylko 1% produkcji mięsa na świecie odbywa się w małych gospodarstwach, gdzie zwierzęta wiedzą, jak wygląda niebo, słońce i stado i mogą żyć w miarę normalnie. Pozostałe zakłady to brutalność, ścisk, choroby, smród i brak higieny. Aby mieć tego lekki przedsmak, wystarczy spojrzeć na ofertę jednej z polskich firm produkujących maszyny i urządzenia dla przemysłu mięsnego. Znajdziemy w niej np. przepędy, boksy głuszenia, oparzelniki, szczeciniarki, a są jeszcze głuszacze, noże ubojowe, oparzalniki drobiu, skubarki belkowe i kontrrotacyjne, obrywacze głów, myjki tuszek, wyczepiacze łap, kotły obrotowe do uboju rytualnego itp. Mało? Są jeszcze np. maszyny do mielenia zbyt małych kurcząt, które traktuje się jak odpad. Liczy się zysk, szybkość i efektywność.

Zasadniczo polskie prawo mówi, że zwierzę nie jest rzeczą i nie powinno mu się zadawać cierpienia. Z drugiej jednak strony to samo prawo, jako jedyne w Unii Europejskiej, nie zabrania obcinania młodym prosiakom zębów i ogonów oraz ich kastrowania bez znieczulenia.

Chów przemysłowy oznacza również ogromne zanieczyszczenie środowiska. Szkody związane z tzw. przyłowem (gdy łowi się krewetki, zarzuca się wielką sieć i wyławia wszystko, co do niej wpadnie. Poza krewetkami resztę – już martwą z powodu braku wody i tlenu – wrzuca się z powrotem. Najczęściej stanowi ona cenne organizmy morskie.), problem z utylizacją odchodów i martwych zwierząt nienadających się do uboju, ogromne zużycie nawozów, zajmowanie gleby pod uprawy paszowe, zamiast “ludzkie”, emisja metanu i dwutlenku węgla do atmosfery… Można wymieniać i wymieniać.

 Co dalej?

Zjadanie zwierząt jest powszechne, uważane za normalne i zdrowe. Posiadanie zwierząt domowych i ich niezjadanie również jest uważane za w miarę normalne, a nawet zdrowe. Dzieci uwielbiają zwierzęta i nie podejrzewają, jaką nieprzyjemną niespodziankę szykują im rodzice – te same śliczne świnki z ilustracji w bajce zjadają w formie kotleta, a kaczki karmione w parku potrafią przybrać formę pieczoną z jabłkiem. Ten dysonans bardzo mi przeszkadza, bo wiem, że za chwilę i moje dziecko zacznie powoli rozumieć, o co chodzi i jeżeli niczego nie zmienię, nie wiem, jak mu się wtedy wytłumaczę.

Przemysł mięsny jest faktem. Jak mówi Foer, “ludzi określają ich wyrzeczenia”. On sam przeszedł na wegetarianizm, gdy urodził mu się syn. Jemu ten dysonans również przeszkadzał. Uważa bowiem, że jedzenie mięsa jest uzasadnione obecnie jedynie w krajach rozwijających się. Kraje rozwinięte, dotknięte epidemią otyłości i nowotworów, wyszłyby zdrowo i dobrze na przejściu na wegetarianizm.

Tak naprawdę większość z nas wie lub podejrzewa, jaką drogę zwierzę musi przejść od hodowli do talerza, ale tylko najwytrwalsi dążą do prawdy. Jakie decyzje mamy do wyboru?

  • Jeść nadal mięso, ignorując rzeczywistość jego produkcji i ciesząc się pysznym smakiem
  • Jeść mięso tylko od małych hodowców, którzy przestrzegają zasad etyki i higieny (baaardzo trudne, bo w Polsce króluje chów przemysłowy, ale przy sporym wysiłku wykonalne. No i drogie)
  • Ograniczyć mięso, starając się przestrzegać zrównoważonej diety i równoważąc ewentualne wyrzuty sumienia działaniem na rzecz zwierząt
  • Zrezygnować z mięsa i w poczuciu moralnej wyższości uczyć innych, że są inne sposoby odżywiania
  • Zrezygnować z mięsa i zostać wegetariańskim bojownikiem

Każdy ma swoje sumienie i co dzień podejmuje wybory związane z dietą. Jeść nie możemy przestać, ale znając fakty i wkładając nieco wysiłku w planowanie i gotowanie możemy zmienić sposób odżywiania, życia, a może nawet zmienić świat?

Smacznego!

3 najlepsze prezenty dla mamy

Pewnie większość z Was pamięta, że zbliża się Dzień Mamy. Od dwóch lat mam przyjemność również go obchodzić i choć moje dziecko nie wie jeszcze, o co chodzi, czuję się wtedy szczególnie, nawet bez Ptasiego Mleczka 😉 Pamiętam też wtedy o mojej Mamie, którą od czasu narodzin malucha doceniam jeszcze bardziej, wciąż zastanawiając się, jak Ona dawała radę bez pampersów 🙂 Nie da się więc ukryć, że Dzień Mamy jest szczególny i warto go dobrze “obejść”, ale tym razem może bez pójścia na skróty? Bez badziewnych bombonierek i siedemnastego romansidła, a za to z trzema super-wymarzonymi-upragnionymi prezentami?

1. Czas

Towar, który większość z nas ma w deficycie i mimo jego szczególnej wartości, często po prostu marnuje. Prawda jest taka, że mamy idealne nie istnieją i każdej można coś zarzucić. Jedna nadopiekuńcza, druga nie dość zainteresowana, trzecia wścibska, czwarta zapracowana itp. itd. Nie każdy z nas mógł się też cieszyć tak zwanym szczęśliwym dzieciństwem, ale wszyscy zawdzięczamy naszym mamom życie (wiem, że banał, ale czy ktoś zaprzeczy?). Jeżeli więc mamy (!) je jeszcze pod ręką, nie zmarnujmy tego czasu, który nam został. Kiedy dorastamy i stajemy się już “prawdziwymi” dorosłymi, wciąga nas życie. Praca, obowiązki, przyjemności, rozrywki – czasu dla rodziców zostaje baaardzo mało, a to właśnie wtedy oni zaczynają nas potrzebować. Często mają wrażenie, że nas już nie znają, nie nadążają za naszym życiem, wyborami, nierzadko sprzecznymi z ich przekonaniami. Cóż, jak świat światem młodzi musieli się buntować, ale po buncie przychodzi taki moment, kiedy można nauczyć się doceniać to, co się w domu rodzinnym dostało.

Kiedy praca idzie nam nieźle i poprawia się nasza sytuacja finansowa, często mamy tendencję do “zaprezentowywania” braku naszej obecności. Im większe wyrzuty sumienia, tym droższy prezent – sprawdza się zawsze 😉 Odbębnianie niedzielnych obiadków też często nie przynosi takiej jakości, jakiej byśmy chcieli, warto więc choć z okazji Dnia Mamy dać swojej mamie…czas.

Jeżeli mama jest daleko, to może być rozmowa telefoniczna, ale bez “przeszkadzajek” – radia w tle, nie w samochodzie czy podczas spaceru z psem. Po prostu prawdziwa rozmowa. A jeżeli mama jest bliżej? Cóż, wachlarz możliwości jest ogromny. Spacer, zakupy, kawa, teatr, kino, dłuższe odwiedziny, a nawet dzienne SPA – ile mam, tyle propozycji. Najważniejsze, żeby zrobić coś razem i  czerpać z tego przyjemność, nie bawiąc się już w psychoanalizy i rozdrapywanie ran.

2. Uważność

Kiedy tak naprawdę dostrzegliście swoją mamę? Kiedy ostatnio popatrzyliście jej w oczy i spytaliście, czy jest szczęśliwa? Kiedy się przytulaliście? A kiedy ostatnio podczas rozmowy telefonicznej naprawdę słuchaliście, co mówi, bez nerwowego potakiwania i przewracania oczami? No właśnie. Często się zdarza, że mimo bycia z mamą lub blisko niej tak naprawdę jej nie widzimy lub nie chcemy widzieć. Rzadko staramy się ją zrozumieć, za to doskonale potrafimy oceniać. Nierzadko one same nas tego nauczyły, ale teraz przecież jesteśmy dorośli i od nas zależy, jak będziemy je traktować.

Uważność względem drugiego człowieka to w ogóle cenny prezent, a dla mam już szczególnie. Nie widujemy się teraz często, rzadziej rozmawiamy, a czas ucieka i jest go coraz mniej. Może więc kiedy już się zobaczymy, warto naprawdę popatrzeć na mamę i chcieć ją lepiej poznać? Co ją teraz smuci, a co cieszy? Czego jej brakuje? Jak chciałaby spędzić wakacje? Czy dobrze się czuje? Dużo tego jest, a każda informacja na wagę złota.

3. Badania profilaktyczne

Nie wiem, jak Wy, ale ja mam w gronie znajomych kilka osób, które niestety straciło swoją mamę zbyt wcześnie z powodu choroby, najczęściej nowotworu. Dla każdego dziecka strata mamy to szok i rana, która się może jedynie zabliźnić, ale nie zupełnie zagoić. Rak stał się chorobą cywilizacyjną, a my jako prawdziwi orędownicy cywilizacji poddajemy mu się, choć tak być nie musi. Wiecie, że codziennie pięć Polek umiera na raka szyjki macicy? A rak ten potrafi rozwijać się w ciele 5-10 lat, ile więc badań profilaktycznych można przez ten czas zrobić? Całe dzikie mnóstwo!

Z moich obserwacji wynika, że z większością kobiet po menopauzie dzieje się coś dziwnego, jak by przestawały być kobietami, a były już tylko mamami-babciami-emerytkami-pracownicami-klientkami. Tymczasem kobiecość zapomniana i niepielęgnowana może się brzydko zemścić. Coroczna wizyta u ginekologa dla każdej kobiety powinna być normalnością, a nie niewygodnym zadaniem do wykonania. Polki rzadko się badają, przez to chorują i umierają lub ich jakość życia znacznie spada, a onkolodzy ze Szwecji przyjeżdżają do nas oglądać, jak wygląda zaawansowany rak szyjki macicy!

Mamo, idź się zbadaj. To nie boli, nie kosztuje i trwa chwilę. Idź do ginekologa, zrób cytologię, zbadaj piersi. To żaden wstyd! Za to świadczy o mądrości i prawdziwej miłości do swoich dzieci, bo one przecież przede wszystkim chcą mieć mamę jak najdłużej. Córko, badaj się też i zaciągnij swoją mamę do ginekologa, jeżeli nie chce iść sama. Namawiaj, męcz, nudź, ale bądź skuteczna! Dość już ludzi cierpi z powodu nowotworu, po co powiększać to grono?

Wpis powstał w ramach akcji Nie wstydź się być kobietą, organizowanej przez Asię Maję z bloga http://mynaswoim.pl/

Powyższa grafika jest autorstwa Magdy z bloga http://www.rudoroz.pl Malowana ręcznie akwarelami!

5 rzeczy, których nauczyła mnie moja mama

Życie mamy to nie bułka z masłem, oj nie. Najpierw nie zawsze łatwo jest nią zostać, potem niełatwo nią być, następnie niełatwo z nią być, a na koniec trudno z nią nie być. Koło życia zaczyna się kręcić dzięki mamie (no wiem, że tacie też, ale to innym razem) i czy tego chcemy czy nie, jeżeli odchodzi zbyt wcześnie – wszystko się zmienia. Kiedy zobaczyłam upragnione dwie kreski na teście ciążowym, mimo ogromnego oczekiwania na tę chwilę, miałam bardzo sprzeczne uczucia. Czułam, że wszystko się zmieni, choć moja dusza miłująca intelekt postanowiła za wszelką cenę uczynić te zmiany pozytywnymi. Cóż, raz jest lepiej, raz gorzej, ale najważniejsze, że jest 🙂 Jednak kiedy zostaje się mamą, dzieje się jeszcze jedna rzecz – wszystkie skargi i zażalenia względem własnej mamy podlegają weryfikacji. Każda z nas ma swój styl macierzyństwa, który chcąc nie chcąc jakoś zderza z tym, jak sama została wychowana. Czasem chcemy czegoś zupełnie odwrotnego, czasem podobnego, ale zawsze mama pozostaje punktem odniesienia. Często piszę się o “nich” krytycznie, odsądzając od czci i wiary, tym razem więc zabieram się za temat od pozytywnej strony. Stąd dzisiejszy post. Oto 5 rzeczy, których nauczyła mnie moja mama.

1. Jeżeli się kocha, wszystko jest możliwe.

To akurat było o miłości do dziecka, ale myślę, że zasada ta jest uniwersalna. Jeżeli się kocha, można wiele przetrwać, wiele zrobić i dać z siebie, bo czuje się sens tego działania. Jeżeli się kocha, żadna wymówka nie jest dość silna, a żadna przeszkoda na tyle duża, żeby uniemożliwić bycie/życie z bliską osobą czy pomoc jej. Jeżeli się kocha, żadna odległość nie jest zbyt wielka, by nie przemierzyć jej w ten czy inny sposób. Jeżeli się kocha, wszystko się da zrobić.

2. Trzeba pielęgnować swoje talenty.

Choć moja mama dość późno odkryła swoje talenty i niektóre zainteresowania, to wybuchły one z taką siłą, że zaskoczyło to nawet mnie 🙂 Dzięki Jej pomocy mogłam też pielęgnować swoje uzdolnienia jako mały dzieciak, co doprowadziło mnie do miejsca, w którym teraz jestem, a w którym mogłabym się nigdy nie znaleźć, gdyby mnie do tego nie zachęcała. Zawsze będę Jej za to wdzięczna. Teraz z kolei ja patrzę na nią z niekłamaną zazdrością, jak szaleje po świecie realizując swoje – niektóre świeżo odkryte – pasje i daje mi to ogromną motywację, żeby dbać i o swoje talenty.

3. Starzenie to stan umysłu.

Może to kwestia genetyczna, a może przypadkowa, ale moja mama “starzeje się” zupełnie inaczej niż Jej mama, a moja babcia i fakt ten napawa mnie ogromnym optymizmem. Przede wszystkim dzięki dobremu zdrowiu (odpukać ;)) mama jest nadal mocno aktywna zawodowo, a co więcej realizuje swoje pasje, podróżuje i utrzymuje intensywne kontakty towarzyskie (czasem mam wrażenie, że nawet bardziej niż ja!). Dzięki temu nie czuje się staro i to bardzo pozytywnie działa na jej wygląd zewnętrzny. Marzę o tym, żeby starzeć się w ten sposób i cieszę się, że mogę się od Niej tego uczyć.

4. Trzeba mieć w życiu zasady, ale czasem warto je łamać.

To rzecz istotna chyba dla każdej mamy – w końcu to my jesteśmy odpowiedzialne za przekazanie dzieciom systemu wartości, z którym one potem będą się musiały zmierzyć w okresie buntu. Jedynie rodzic z silnym poczuciem tego, co jest dobre, a co złe, może przewodzić dzieciom i sprawiać, że będą one umiały potem powiedzieć “nie”, gdy będą tego chciały. Nawet jeżeli będzie to oznaczać powiedzenie “nie” również własnym rodzicom. Dziś już wiadomo, że dzieci nie są od tego, by zaspokajać zachcianki i potrzeby rodziców, ale w mojej rodzinie musieliśmy sami do tego dojść metodą prób i błędów. Nie było jeszcze Juula ani hygge, każdy szukał po omacku tego, co mu pasuje. Szczęśliwie dotarliśmy do tego momentu, w którym każdy funkcjonuje niezależnie, ale mimo to nie w oderwaniu. Czasem warto łamać zasady, ale koniecznie trzeba je mieć i to jest dla mnie cenna nauka.

5.  Myślenie pozytywne działa…

…czasem tylko na samopoczucie myślącego, ale to już coś. Nauczyłam się tego od mamy podczas licznych dziecięcych kłopotów zdrowotnych i szkolnych, które przechodziłam pod jej okiem. To ona mówiła zawsze, żebym nie myślała o tym, co może pójść źle, a zamiast tego wyobrażała sobie, jak będzie fajnie. Wiele lat potem potwierdziły mi to liczne lektury i badania naukowe, więc coś jest na rzeczy 🙂 Teraz, kiedy czeka mnie trudna sytuacja lub na czymś bardzo mi zależy, staram się stosować pozytywne wizualizacje i nawet, jak się nie udaje, to mniej boli. Warto pamiętać, że choć niektóre zdarzenia są poza naszym wyborem, zawsze mamy wybór naszej reakcji na nie, i to też jest cenna lekcja. Dzięki temu łatwiej sobie radzić z problemami dnia codziennego.

Życie mamy to nie bułka z masłem. Czasem zdarza się sucha kromka chleba, a czasem pudełko czekoladek, więc warto w każdej sytuacji szukać pozytywów. Samo bycie mamą to ogromny przywilej i staram się pamiętać o tym w trudnych chwilach. Kiedy takie zdarzają mi się z moją mamą w tle, pamiętam, że to, iż jest z nami i dobrze sobie radzi jest również ogromnym przywilejem. Doceniam to i staram się dbać o naszą relację.

A jakie są Twoje najważniejsze rzeczy, które przekazała Ci mama?

Konkurs na żonę w Audrey Cafe

…czyli rozdawnictwo w nowym wydaniu? Niestety, nie tym razem 🙂 Tym razem będzie to opowieść o moim romansie z…literaturą kobiecą. No dobra, wszyscy wiemy, że nie chodzi w niej o przeżycia duchowe, a o romantyzm, przyjemność estetyczną i nieco pieprzu. Nie należy jednak przeceniać wartości tzw. chick lit, ponieważ jej popularność i umiejętność docierania “pod strzechy” daje jej spory wpływ na czytelniczki i kształtowany obraz związków damsko-męskich. Są to pozycje raczej lekkie, dość łatwe i w miarę przyjemne i zazwyczaj po nie nie sięgam, tym razem jednak było nieco inaczej. Zaintrygowana bowiem tytułem książki, o której będzie mowa nawiązałam kontakt z Wydawnictwem Publicat i otrzymałam od niego egzemplarz recenzencki. Zapraszam więc na krótką podróż po prozie Beaty Majewskiej.

Nie oceniam książki po okładce, ale taki prezencik nie może się nie spodobać 🙂

Książka Beaty Majewskiej “Konkurs na żonę” to opowieść o pewnym zblazowanym, bogatym mężczyźnie, którego wujek zapisuje mu w testamencie swój majątek pod warunkiem, że ten do trzydziestki ożeni się i spłodzi dziecko. On oczywiście nie ma wyjścia i na to przystaje, bo majątek jest nieprzyzwoicie obfity, a i warunek nie taki najgorszy do zniesienia. Choć czuje się “pusty w środku” i jest pewny, że się nie zakocha, z pomocą przyjaciela rozpoczyna poszukiwania żony. Odbywają się one na uniwersytecie, ponieważ – uwaga, tu punkt dla wszystkich książkoholiczek – według jednego z bohaterów “najlepszą kandydatkę na żonę znajdziesz w bibliotece albo kręcącą się przy dzieciach czy pracującą jako wolontariuszka w fundacji”. Czytając te słowa śmiesznie się poczułam, bo w pewnym momencie życia spełniałam wszystkie te warunki, więc wzięłam to nieco do siebie – najlepsza kandydatka tu oznacza “cichą, spokojną, ułożoną i niezmanierowaną młodą dziewczynę”, przeciwstawioną “preferującym swobodny styl życia singielkom, uprawiającym fitness, clubbing i seks bez zobowiązań pięć razy w tygodniu (…)”. No cóż, odrobina męskiego szowinizmu nie zaszkodzi, więc witaj, Panie Szary (Mr Grey) 😉

Nasz bohater ogłasza więc na uczelni konkurs na artykuł, w którym jedną z nagród zdobywa główna bohaterka, skromna dziewczyna z podtarnowskiej wsi. Spotykają się przy odbiorze nagrody, ją trafia grom z jasnego nieba, a jego myśl, że z nią się uda spełnić warunki wujka. Po trzeciej randce (!) on ją prosi o rękę, a ona się zgadza. Tutaj jednak kurtyna jeszcze nie spada, bo po drodze bohaterowie napotykają wiele przeciwności losu, aż wystarczy na kolejne tomy (bo zakończenie jest nierozstrzygające, więc pewnie będzie kontynuacja). Czy wszystko prowadzi do szczęśliwego finału? Nie wiem. Czy opowieść jest dość schematyczna i momentami krzywdząca poprzez postrzeganie bohaterów przez pryzmat stereotypów na ich temat? Tak. Czy jest w tej książce coś, co mnie do niej przyciąga? Owszem.

Idealne majowe popołudnie

Co mi się podoba w “Konkursie na żonę”?

Pewnie to zaskakujące, ale podobają mi się bardzo ładnie i zręcznie opisane sceny…seksu. Tak jest, oto ja, mamuśka, której podoba się czytanie o seksie 😉 A co, niech rzuci kamieniem ta, która nie lubi chociażby o “tym” czytać. W literaturze kobiecej pełno jest takich scen, ale nie zawsze są one dobrze napisane. Przez to np. ominęła mnie historia z Greyem – nie mogłam zdzierżyć tragicznego języka, jakim cała saga została napisana. Tu wszystkie sceny tego typu, czy to zbliżenia, czy kontaktu cielesnego ogólnie (same sobie dopowiedzcie, o co chodzi) są zręczne, zmysłowe i działające na wyobraźnię.

Podoba mi się ewolucja głównej bohaterki – od niewinnego, naiwnego i skromnego dziewczątka do świadomej swojej siły i wartości kobiety, bez sprzeniewierzania wyznawanych poglądów i kodeksu etycznego. Podoba mi się też proces jej rozbudzenia seksualnego (znowu ;p) – od dziewicy do namiętnej kobiety. Mało można znaleźć pozycji w literaturze, które by opisywały to przejście w sposób elegancki i…wiarygodny. Ja jej wierzę i mi to pasuje.

Podoba mi się także pokazanie kobiecej siły – w książce sporo jest samotnych matek, które z różnych przyczyn musiały same zająć się potomstwem. Zawsze miały przy tym wsparcie innych kobiet, i choć wolałabym, żeby w literaturze obraz mężczyzny odchodzącego nie był tak częsty (czytaj: wierny rzeczywistości), to doceniam ten akcent.

Co jeszcze zwróciło moją uwagę w “Konkursie na żonę”?

Całkiem niespodziewanie autorka porusza temat, który ostatnio dość żywo był dyskutowany i przyznam szczerze, że nie wyrobiłam sobie jeszcze jednoznacznego poglądu w tej sprawie. Otóż chodzi o tzw. stealthing. Cóż to jest? Ni mniej, ni więcej, tylko zdejmowanie przez mężczyznę prezerwatywy w czasie stosunku BEZ wiedzy i zgody partnerki. Niedawno pewien szwajcarski sąd uznał taką sytuację za gwałt. W polskim prawie tematu nie ma, ale to nie znaczy, że nie ma problemu. Sam proceder wydaje mi się obrzydliwy, okrutny i głupi. Nie tylko naraża kobietę (lub hm mężczyznę) na choroby przenoszone drogą płciową, ale również na niechcianą ciążę. W sieci można znaleźć następujący tekst pewnego mężczyzny na ten temat:

To męski instynkt, wystrzelić spermę w kobietę. Nie powinien być nigdy pozbawiony tego prawa. Gdybym był kobietą, moim obowiązkiem byłoby rozchylenie nóg i pozwolenie na to, by facet we mnie skończył, kiedy tylko ma na to ochotę.

za portalem polki.pl

Hello! Mam nadzieję, że nie tylko ja dostrzegam obrzydliwość takiego podejścia i nigdy nie chciałabym mieć do czynienia z takim partnerem. Nadal mam jednak wątpliwość, czy taki czyn można uznać za gwałt (w świetle prawa oczywiście). Wracając jednak do “Konkursu na żonę” – tam dochodzi do takiej sytuacji i to mnie bardzo zaskoczyło, bo zdarzenie to nie jest w żaden sposób oceniane, a wręcz, gdy bohaterka orientuje się po jakimś czasie (gdy test ciążowy okazuje się pozytywny), co się stało, najpierw się trochę irytuje, ale potem wybacza i przechodzi nad tym do porządku dziennego. Rozumiem, że dziewczyna jest skromna, dobra i jednoznacznie pozytywna, ale jej reakcja mimo wszystko pozostaje dla mnie niepojęta. Moim zdaniem nawet onieśmielona swoją dynamicznie zmieniającą się sytuacją dziewczyna ze wsi nie potraktowałaby takiego czynu lekko, tym bardziej, że jest na studiach, nie chciała jeszcze mieć dziecka i nikt nie pytał jej o zdanie. Ujęcie tego w romansie w taki sposób nadaje mu jednak nieco inny rys, gdyż sprawia, że nie jest to już słodka historia o miłości, ale wzbudzająca emocje opowieść o dojrzewaniu ludzi do miłości, a to już zupełnie inna para kaloszy.

Jeżeli macie ochotę przekonać się na własne oczy, jak przebiega “Konkurs na żonę” autorstwa Beaty Majewskiej – polecam lekturę, szczególnie na leniwe, słoneczne, majowe popołudnia. Zróbcie sobie kawę, usiądźcie wygodnie i nastawcie feministyczny radar, a odczytacie tę książkę nieco inaczej. Jednym słowem – spodziewajcie się niespodziewanego!

Esencjalizm, czyli mniej, ale lepiej

Czy kiedykolwiek dopadło Cię wrażenie, że rozmieniasz się drobne? Że ciągle jesteś czymś zajęta, a mimo to brak spektakularnych efektów Twoich działań? A może wystarczy, że się w coś zaangażujesz, a już przychodzi kilka osób i chce od Ciebie czegoś innego teraz, zaraz, natychmiast? Spokojnie, to tylko nieesencjalizm! Częsta przypadłość nie tylko tzw. korpoludków, ale też wielu szefów, przedsiębiorców i osób, które po prostu mają sporo na głowie. I – uwaga – to się leczy, o czym pisze Greg McKeown w książce “Esencjalista”. Do mnie to przemawia i wydaje się, że ma sens, więc zapraszam na krótką podróż po esencjalizmie.

Na początku ciężko jest polubić autora, który wyznaje, że w dniu narodzin swojej córki udał się ze szpitala prosto na spotkanie służbowe, które w dodatku nic nie wniosło w życie firmy ani jego. Znam sporo takich osób – ludzi, którzy za wszelką cenę chcą pokazać, jacy są zajęci i ważni, z którymi umawianie się wymaga konsultacji z co najmniej dwoma kalendarzami, którzy na pierwszym miejscu stawiają pracę i swoją rolę zawodową. Pewnie, praca jest ważna, ale czy najważniejsza? Czy da się zrobić tak, żeby i wilk był syty, i owca cała? Czy trzeba specjalnego oświecenia, żeby nauczyć się po prostu odmawiać i dokonywać wyborów zgodnie ze swoimi, a nie firmowymi priorytetami? Na te pytania próbował sobie odpowiedzieć także nasz autor, który dopiero po jakimś czasie zdał sobie sprawę, jak krótkowzroczne było zostawienie żony samej z noworodkiem na rzecz potencjalnego klienta. Próbował, próbował, aż odkrył esencjalizm.

Czym jest esencjalizm?

W skrócie esencjalizm to filozofia życia, polegająca na ciągłym dokonywaniu wyboru tego, co jest najważniejsze w każdej sytuacji i eliminowaniu tego, co zbędne. To postępowanie zgodnie z zasadą “mniej, ale lepiej”. Jak pisałam już w poście o tym, jak zostać stoikiem najistotniejszą i niezbywalną rzeczą, jaką każdy człowiek ma, jest wybór. Na tym przekonaniu opiera się też McKeown, który przenosi tę filozofię nie tylko na grunt życia osobistego, ale przede wszystkim zawodowego. Sekretem sukcesu jego zdaniem jest odpowiedzenie sobie w każdej sytuacji na pytanie, co jest dla mnie teraz najważniejsze? Dzięki temu decydowanie o tym, jaką propozycję przyjąć, czy na które spotkanie się wybrać, jest o wiele łatwiejsze.

Jak wygląda ten proces w praktyce? Składa się z trzech działań:

  • WYBIERZ –  świadomie i spokojnie. Najważniejsze to zdać sobie sprawę z tego, że jeżeli my nie wybierzemy, ZAWSZE ktoś to zrobi za nas. Najpierw wielość sytuacji, w których wybór jest potrzebny może nieco przytłaczać, ale po chwili daje satysfakcję – na co dzień zapominamy, ile zależy od nas, a esencjalizm o tym przypomina. Wybierz więc, w co chcesz się zaangażować, na czym Ci zależy, czego teraz potrzebujesz, na co chcesz poświęcić czas.
  • ROZPOZNAJ – odróżniaj rzeczy trywialne od istotnych. Badaj wszystkie dostępne opcje, aby znaleźć te najwartościowsze.

  • ZAWRZYJ KOMPROMIS – autor przekonuje, że nie da się mieć wszystkiego, które to stwierdzenie w świecie nadmiaru i wszechzajętości jest odświeżające. Nasza rzeczywistość pełna jest opcji, ale żeby z nich wszystkich skorzystać, trzeba by mieć kilka żyć. Trzeba więc uważnie wybierać i być skłonnym do kompromisów, najpierw zawieranych ze sobą samym, a potem ze światem. Autor sugeruje, że w obliczu konieczności podjęcia decyzji i przyznania pierwszeństwa danej sferze (np. rodzinie, zdrowiu, pracy), trzeba zadać sobie dość przewrotne pytanie – który problem chcę mieć? Ponownie przekonuje też, że od rzeczywistości wyboru nie da się uciec, bo tak czy inaczej nas dopadnie, warto więc korzystać z niej na własnych warunkach.

Brzmi przekonująco? Dosyć. W przeciwieństwie do minimalizmu nie chodzi tu o to, by robić jak najmniej, ale o to, by robić jak najmądrzej i najkorzystniej dla nas. Tu powstaje kolejne pytanie…

JAK WYBRAĆ TO, CO NAJWAŻNIEJSZE?

Po pierwsze, trzeba nabrać dystansu. W praktyce oznacza to np. nieodpowiadanie na propozycje natychmiast, a choćby po kilku sekundach zastanowienia. Chodzi też o pamiętanie, że “nie” ma czasem większe znaczenie niż “tak”, dlatego musi być świadome i uważne, co z kolei wymaga chwili pomyślunku. Żeby coś stworzyć, trzeba dać sobie przestrzeń do kreatywności, której nie uzyska się, przyjmując każdą propozycję. Trzeba się po prostu skupić, a więc spędzić chwilę sam na sam ze sobą i szukać odpowiedzi w sobie, a nie w potrzebach innych osób.

Po drugie, trzeba uważnie patrzeć i szukać esencji, czyli istoty – komunikatu, sytuacji, rozmowy. A po trzecie, trzeba umieć chronić zasoby, czyli bawić się i…spać. Tak, według autora ludzie zapracowani bardzo często rezygnują ze snu na rzecz dodatkowego zlecenia czy kolejnej prezentacji, tym samym tracąc szansę na kreatywność i efektywność. Zabawa – rozumiana jako relaks, hobby, pasja, ale też znajdowanie zabawnych elementów w codziennej pracy i nadawanie jej osobistego wymiaru – jest niezmiernie ważna dla każdego, nie tylko dzieci. Poza tym, że zapewnia ucieczkę od “życiowej szarzyzny”, rozwija kreatywność, wzbogaca i  sprawia, że lepiej się czujemy. O zaletach ośmiu godzin snu pewnie nawet nie muszę wspominać. Sama mam na koncie sporą liczbę nocy zarwanych na rzecz nadrobienia zaległości w pracy i zawsze kończyło się to w jeden sposób – zmęczeniem i nienawiścią do komputera. Wierzę więc autorowi “Esencjalisty”, gdy przekonuje, że prawdziwi ludzie sukcesu unikają zarywania nocy, bo zbyt wysoko cenią sobie sen.

JAK SIĘ POZBYĆ RZECZY TRYWIALNYCH?

Na to pytanie autor też ma wiele odpowiedzi. Precyzuj – określaj konkretne cele, misję, strategie. Podejmuj decyzje, planuj, nie pozostawiaj nic przypadkowi. Przygotowuj się na najgorsze, ale oczekuj najlepszego. Odważ się mówić “nie”, gdy czujesz, że to właściwa odpowiedź. Nigdy nie zapominaj, że to Twoje życie i ma ograniczony czas trwania, więc nie marnuj go na to, czego nie chcesz. Zrezygnuj z zobowiązań, które Ci ciążą, zamiast wzbogacać.

“Nie” jest pełnym zdaniem.

Anne Lamott

Wyznaczaj swoje granice i nie pozwól ich przekraczać, jeżeli tego nie chcesz. To przesłanie chyba głównie do kobiet – z nieznanych przyczyn mamy irytującą tendencję do rezygnowania ze swoich potrzeb na rzecz innych – bliskich, ale i dalszych osób, firmy, organizacji… Do tego jeszcze pielęgnuj uważność i…bądź!

CZY WARTO IŚĆ DROGĄ ESENCJALIZMU?

Moim zdaniem warto. Szczególnie, jeżeli często ma się poczucie rozmieniania się na drobne czy marnowania czasu. W bieżączce życia codziennego często zapominamy, że tak czy inaczej życie jest jedno. Nie da się być w kilku miejscach na raz, osiągać najlepszych wyników we wszystkich dziedzinach czy zadowolić wszystkich dookoła. W życiu trzeba umieć wybierać i brać za to odpowiedzialność, jak pisze McKeown “bez okradania innych ludzi z ich problemów”. Warto pamiętać, co jest najważniejsze i świadomie to wybierać, akceptując to, że nie każdemu wybór ten będzie się podobał. Ale to już zupełnie inna bajka…

Jak poszerzyć strefę komfortu

Przyszła wiosna. Wszyscy chcą być piękni i młodzi, na czym bezlitośnie żerują marketingowcy. Zewsząd, niczym pierwsze żonkile i ubogie w zapach tulipany, wyrastają cud-produkty, zestawy ćwiczeń i nawoływania do masowego ruszenia tyłków z kanapy. Zaiste cudownie jest być wysportowanym, szczupłym i pięknie wystylizowanym, ale dlaczego przy tym wszyscy nawołują również do opuszczenia strefy komfortu?

Czym jest komfort?

Komfort jest dobry. Komfort to ciepło, bezpieczeństwo, dobre samopoczucie i celebrowanie teraźniejszości. Komfort to zapadnięcie się w miękkiej kanapie po ciężkim dniu, słuchanie bębnienia deszczu, gdy popijamy gorącą herbatę pod kocem i przebranie się w wygodne ciuchy “po domu”. Słowem, komfort to hygge dla każdego, taki zawór bezpieczeństwa, gdzie ryzyko nie istnieje i jest tylko dobrze. Każdy definiuje je po swojemu, a zatem ilu ludzi, tyle opisów.

Każdy ma też swoją strefę komfortu – miejsca i sytuacje, w których czuje się dobrze, bezpiecznie i u siebie. Znów każda taka strefa jest inna – dla jednych będzie to dom, rodzina i okolice osiedla, a dla drugich praca, lotniska czy sporty ekstremalne. Strefa komfortu jest często przedstawiana jako coś rozleniwiającego, zniechęcającego do podejmowania wyzwań, wiążącego się z rutyną. Czy jednak miejsca, w których czujemy się dobrze, muszą jednocześnie przeczyć rozwojowi?

Czym jest rozwój?

Według Słownika Języka Polskiego rozwój to “proces przechodzenia do stanów lub form bardziej złożonych lub pod pewnym względem doskonalszych”. Dla mnie słowem-kluczem jest tu “proces”, który powinien trwać cały czas, a nie być zespołem zrywów i metamorfoz. Dookoła słyszy się o cudownych programach typu “siedem dni do celu”, “schudnij w miesiąc” czy “wzbogać się w dwa tygodnie”. Dodatkowo przedsięwzięcia tego typu zazwyczaj nawołują do wyjścia ze strefy komfortu. Sugeruje się więc, że jeżeli przebywamy tam, gdzie nam dobrze, idziemy na łatwiznę, pozbawiamy się życiowych szans i stoimy w miejscu. Czemu tak usilnie próbuje się nam wmówić, że tylko wyjście ze strefy komfortu przyniesie efekt?

Wyjście ze strefy komfortu kontra poszerzanie strefy komfortu

Jestem gorącą orędowniczką poszerzania strefy komfortu zamiast wychodzenia z niej. Dlaczego? Otóż moim zdaniem życie jest trudne. Ile by się tej rzeczywistości naszej nie racjonalizowało i zaklinało, zawsze coś będzie uwierać. Komfort jest więc ważny dlatego, że ułatwia życie, uprzyjemnia je i sprawia, że jest o wiele bardziej znośne. Lubimy się czuć dobrze – gdyby tak nie było, producenci puchatych poduszek, otulaczy i kaszmirowych koców już dawno poszliby z torbami. Nie uważam, żeby porzucanie tego, co daje komfort, miało koniecznie skutkować rozwojem. Uważam, że o wiele trudniejsze jest odnalezienie komfortu w zmianie, nowej sytuacji, innych okolicznościach.

Zmiana, która oznacza dla nas wyjście ze strefy komfortu od razu kojarzy się źle, wywołuje strach i niechęć. Zmiana z jednoczesnym nastawieniem, że odnajdziemy w niej komfort i będzie nam tam dobrze kojarzy się sympatycznie i motywująco. Poszerzenie strefy komfortu to zdobywanie nowych terytoriów z jednoczesnym spokojem i pozytywnym nastawieniem, bez niepotrzebnego stresu. Nasza cywilizacja i tak nam mocno szarpie nerwy, po co więc dokładać sobie stresu?

Dlaczego warto poszerzać strefę komfortu?

Chcemy, żeby nasze życie było bezpieczne i przewidywalne, ale jednocześnie wzdrygamy się przed tym. Ciepło jest dobre, ale bez zimna nie będziemy w stanie go docenić. Sama wiesz, jak smakuje pierwszy słoneczny dzień po długiej, ponurej zimie. Tak samo jest z komfortem – trzeba iść do przodu i nadawać mu nowe nazwy, żeby móc się rozwijać i kontynuować ten proces. Świat codziennie przynosi nam zmiany – lęk przed nimi i chowanie się w mysiej dziurze to lekarstwo doraźne, ale choroba jest nieuleczalna, więc trzeba stawić jej czoła.

Jak poszerzyć strefę komfortu?

Jeżeli choć trochę przekonałam Cię do mojego punktu widzenia, zapraszam po odrobinę konkretów. Na strefę komfortu składają się wszystkie nasze nawyki, przyzwyczajenia, znajome sytuacje, ludzie, których znamy jak przysłowiowe łyse konie itp. itd. Jest to więc całe nasze doświadczenie, z którego wybraliśmy to, co dla nas dobre i z czym czujemy się wygodnie i spokojnie. Jak więc poszerzyć tak pojętą strefę komfortu?

  • Szukaj nowych nawyków, które będą dla Ciebie dobre. Zbyt często mamy tendencję do tkwienia w starych przyzwyczajeniach, które poza poczuciem komfortu nic pozytywnego nam nie dają. Warto więc zajrzeć w siebie i z uważnością podchodzić do każdej czynności. Ja np. złapałam się na nieco bezmyślnym nawyku “czegoś słodkiego” do kawy, przez co po pół godzinie ciśnienie leci mi na łeb na szyję. Prosta rzecz, a jej zmiana może znacznie poprawić samopoczucie i poszerzyć strefę komfortu.
  • Nie zamykaj się w rutynie, jeżeli chodzi o sposób spędzania czasu, rodzaj lektur, ulubioną muzykę itp. Baardzo łatwo jest się zamknąć w jednej szufladce. Np. w piątki jeść tylko ryby, w soboty robić zakupy, a w niedzielę zmuszać się do rodzinnych obiadków. Trudniej jest patrzyć szeroko otwartymi oczami na świat dookoła nas i na to, co nam oferuje, bez przesądów i uprzedzeń. Posłuchać nowej muzyki, znaleźć nowego autora książek, czy w ramach eksperymentu wejść do małego sklepiku, zamiast do wielkiego marketu. Rutyna czai się wszędzie, a wraz z nią nuda i frustracja, a tych słów raczej nie używa się do definicji rozwoju, prawda?
  • Podejmuj wyzwania. W całym internecie znajdziesz ich mnóstwo (nie zapominając o moim Marcowym Detoksie Książkowym czy Wyzwaniu Minimalistki organizowanym przez blog simplicite.pl :)), ale i życie w realu w nie obfituje. Są takie rzeczy, których bardzo byś chciała, ale się boisz? Ja też takie mam i właśnie się za nie zabieram. Wszystko, co nowe, nieznane, nieoswojone, jest przerażające i podniecające jednocześnie. Chodzi o to, by pamiętać, że realizacja celów/podejmowanie wyzwań to proces – każdy może go realizować w swoim tempie, mając z tyłu głowy swój komfort i poczucie bezpieczeństwa. Od ciągłego rzucania się na głęboką wodę można przecież utonąć, a powolne zanurzanie się zapobiega szokowi termicznemu 🙂
  • Wyjdź do ludzi. Po pierwsze, poznawaj nowych ludzi – szukaj nowych miejsc i sytuacji i odważ się w nich rozmawiać. To mogą być też miejsca w internecie, co by było nieco bezpieczniej 😉 Cóż, my introwertycy mamy to do siebie, że kontakt z drugim człowiekiem wiąże się dla nas z lękiem i niepewnością, ale nie ma co ciągle o tym myśleć. Życie jest za krótkie, żeby je spędzać w samotności. Po drugie, w grupie/kupie/parze etc. łatwiej jest podejmować wyzwania, o czym wie sporo internautek i wielbicielek Ewy Chodakowskiej 🙂 A po trzecie, nigdy nie wiadomo, kiedy pozna się kogoś naprawdę wartościowego, kto samym swoim istnieniem poszerzy naszą strefę komfortu, więc ryzyk-fizyk 🙂

Komfort jest dobry. Rozwój jest dobry. Wyzwania są dobre. Zmiany, koniec końców, również. Połączenie tych wszystkich elementów nie jest łatwe, to pewne, ale czy nie warto wychodzić odważnie do świata, choćby miało się to odbywać w iście żółwim tempie? Nie wychodź więc ze swojej strefy komfortu, tylko spraw, żeby rosła i rosła, a życie stanie się o wiele ciekawsze.

A Ty jakie masz sposoby na poszerzanie strefy komfortu?

6 sposobów na szczęście

Wyobraź sobie swój idealny dzień. Budzisz się wcześnie rano, ale w pełni sił i z mnóstwem energii. Ćwiczysz, pijesz szklankę wody z cytryną, jesz pyszne, pożywne śniadanie. Następnie idziesz się ubrać w swoje ulubione, stylowe ciuchy, nakładasz delikatny makijaż (bo więcej nie potrzebujesz) i wybierasz się do pracy. Po drodze żadnych korków, za to pięknie pachnie wiosną. W pracy masz wspaniały dzień – wszyscy mówią Ci, jak bardzo Cię doceniają, a szef w nagrodę wysyła Cię wcześniej do domu. Po drodze robisz drobne zakupy, a w domu już czeka ukochany partner z pysznym obiadem. Potem już tylko dolce far niente.

Wyobraź sobie swój typowy dzień. Budzisz się wcześnie rano z lekko podkrążonymi oczami, marząc o tym, żeby znów się położyć. Planujesz poćwiczyć, ale zamiast tego wleczesz się do kuchni. Wypijasz wodę z cytryną, drugą ręką otwierając lodówkę i  z westchnieniem stwierdzając, że na śniadanie została tylko pokurczona parówka i jedno jajko. Po chwili słyszysz płacz dziecka – okazuje się, że ma katar i gorączkę, więc już wiesz, że Twój dzień wcale nie będzie udany. Dzwonisz do pracy, żeby powiedzieć, że Cię nie będzie, a w odpowiedzi słyszysz ostrzeżenie, że zbyt często to się zdarza i być może trzeba się zastanowić, co dalej. Cały dzień spędzasz między chorym dzieckiem, domowym bałaganem i domagającym się uwagi psem. Wieczorem padasz bez życia, włączasz telewizor i…kontakt się urywa.

Jesteś szczęśliwa?

Pewnie, że nietrudno być szczęśliwym, gdy wszystko układa się po naszej myśli, jesteśmy zdrowi, młodzi, piękni, a nasze dzieci super grzeczne i zdrowe. Jednak szczęście to coś więcej niż powodzenie. Odpowiedzi na to, czym ono naprawdę jest szukałam dość długo, przekopując się przez wiele doświadczeń życiowych i lektur. Zebrałam dziś te najważniejsze/najgłośniejsze, żeby pokazać ci, jak wygląda…

6 SPOSOBÓW NA SZCZĘŚCIE 

Czy istnieje uniwersalny sposób na szczęście? 

Tak! Moje badania objęły następujące lektury:

Pochodzą niemal ze wszystkich kontynentów (Afrykę sobie darowałam, bo oni i tak mają większe kłopoty niż szukanie szczęścia – niestety). Do tego dołożyłam kilka książek, których już fizycznie nie mam, nieco przemyśleń i wystarczyło już tylko połączyć kropki. Okazuje się, że mimo różnych kontekstów kulturowych, społecznych i historycznych, jest kilka uniwersalnych elementów, dzięki którym człowiek czuje się szczęśliwy nawet w gorszy dzień. No to przejdźmy do konkretów.

Sposób na szczęście w sześciu krokach

W Danii mają słynne już hygge – sztukę czerpania radości z chwili, uprzyjemniania jej sobie i spędzania z tymi, których się kocha. W Japonii mają ikigai – “szczęście płynące z bycia stale zajętym”, czyli pielęgnowanie swoich pasji, które dostarczają satysfakcji i nadają życiu sens. We Francji z kolei jest joie de vivre – radość życia, która polega na celebrowaniu każdej chwili, choćby to była jedynie wyprawa po codzienne zakupy. Co mają Amerykanie? Ano swoją słynną filozofię “don’t worry, be happy”, która teraz przeobraża się powoli w zdrowy styl bycia, umiłowanie jogi i organicznego jedzenia. Wszystko to udało mi się połączyć i znaleźć punkty wspólne, które – jak sądzę – również w nieco ponurej ostatnio Polsce potrafią dać szczęście.

1. Bądź aktywna.

Idzie wiosna, więc już wkrótce z każdej lodówki, szafki i półki z gazetami w sklepie będzie na nas wyskakiwać kolejna cud-fit-trenerka z doskonałymi przepisami na schudnięcie. W byciu aktywnym nie chodzi jednak o zmieszczenie się w rozmiarze S, ale o styl życia – tak jak długowieczni Japończycy przez cały czas trzeba coś robić, rozwijać się, dawać coś z siebie. Japończycy praktycznie nie idą na emeryturę i temu przypisują swoją długowieczność – będąc ciągle w ruchu, nie mają czasu się zestarzeć. To samo dotyczy Duńczyków czy słynnej już Tao Porchon-Lynch – najstarszej, wciąż aktywnej instruktorki jogi (ma 98 lat i nadal uczy!). Jakże to odległe od naszych staruszków, wyglądających z okien na ulicę i czekających, aż minie kolejny dzień.

Bycie aktywnym to również pielęgnowanie swoich pasji, jakie by one nie były oraz ciągłe uczenie się czegoś nowego. Jest to ważne dla naszego mózgu, który dzięki temu utrzymuje i rozbudowuje połączenia nerwowe, stanowiące sedno sprawności umysłowej. Dodatkowo posiadanie czegoś “swojego” – hobby, pasji, drobnej rozrywki – poprawia nastrój i zbliża do siebie ludzi.

O szczęściu zawsze decyduje twoje własne serce.

Jeden z sekretów ikigai

2. Otaczaj się wartościowymi ludźmi.

Kontakt z człowiekiem jest nieodzowny, jeżeli chcemy zachować dobre zdrowie i nastrój. Dlaczego? Ano dlatego, że nic tak nie leczy, jak wartościowa rozmowa, poczucie bycia usłyszanym i zrozumianym. Nic tak nie poprawia nastroju, jak uśmiech drugiej osoby na nasz widok, poczucie wspólnoty. To łączy ludzi pod wszystkimi szerokościami geograficznymi – po prostu potrzebujemy siebie nawzajem, o czym warto pamiętać nawet w czasie najgorętszych konfliktów.

Czasem czujemy się osamotnieni, niezrozumiani. Można to zmienić. Trzeba wyjść do ludzi, czyli poszukać miejsc, w których się ich spotka. Opcji jest wiele – praca, wspólne hobby, wolontariat, a w ostateczności media społecznościowe. Zawsze to coś 🙂

3. Dobrze się odżywiaj.

To było do przewidzenia 🙂 Nie da się od tego odejść, bo tylko dobrze odżywione ciało jest zdrowe i ma energię do działania. Ale uwaga, jak brzmi pierwsza zasada długowieczności i dobrego samopoczucia? Nie jedz do syta! Co rusz dochodzą do nas wyniki badań, które wykazują, że post, głodówka od czasu do czasu, czy codzienne najadanie się na 80%, a nie na 100%, są zdrowe. A co to znaczy dobrze się odżywiać? Podejrzewam, że znasz podstawowe zasady i piramidę żywieniową, ale warto pamiętać o jeszcze jednej regule – jedz to, co robi ci dobrze. Jeżeli jest to czekolada – jedz ją, ale z umiarem. Jeżeli nie cierpisz brokułów, a uwielbiasz kalafior – jedz go, bo twoje ciało i tak przyswoi tylko to, co dobrze na niego działa. Jednym słowem bądź uważna względem swojego ciała – ono zawsze wie, co dobre.

Warto też pamiętać, że nie tylko liczy się co, ale i jak. Powiedzmy to głośno – jedzenie z plastiku jest bez sensu, danie na porcelanie – ma sens. Wsuwanie lunchu przed komputerem – bez sensu. Celebrowanie choćby małej kanapki bez patrzenia w jakikolwiek ekran – ma sens.

Najważniejszą rzeczą jest, aby cieszyć się życiem – być szczęśliwym – tylko to się liczy

Audrey Hepburn

4. Żyj chwilą

Tak mówią najszczęśliwsze filozofie – stoicyzm, mindfulnesshyggeikigaijoie de vivre… Chodzi o to, że jedyne, co mamy to teraźniejszość. Przeszłości już nie ma – jeżeli zadała nam jakieś rany, trzeba zrobić wszystko, żeby je wybaczyć i zapomnieć. Przyszłości jeszcze nie ma – można ją wizualizować, mieć na nią nadzieję i tyle. Jedyne, co jest to tu i teraz i jest to taki truizm, że aż o nim zapominamy. Kłopoty finansowe, zdrowotne, sercowe – pewnie, że uprzykrzają życie, ale to życie to suma wszystkich chwil, które mamy i założę się, że jeszcze nigdy zamartwianie się nie poprawiło nikomu nastroju.

Prosty sposób na odzyskanie kontaktu z teraźniejszością – oddychaj! Prosty sposób na dobry dzień – przywitaj go tak, jak na to zasługuje – jako szansę na coś dobrego, miłego i tak się na niego przygotuj. Ogarnij się, żeby czuć się dobrze ze sobą, nawet jeżeli oznacza to tylko (i aż) uczesanie włosów. Ubierz się z uwagą i uśmiechnij się – nawet zapalenie oskrzeli ma swoje dobre strony 😉

5. Dbaj o siebie

Kobiety są mistrzyniami w dbaniu o innych – począwszy od dzieci, przez partnera, po psa czy kwiaty na balkonie. Jednocześnie są też mistrzyniami w zapominaniu o sobie, bo zawsze potrafią znaleźć coś, co je od tego odciągnie. Tu znów się odzywają nasze filozofie szczęścia – wiadomo, że z pustego i Salomon nie naleje, więc warto codziennie zrobić coś dla siebie, choćby to była najmniejsza drobnostka. Przede wszystkim dobrze jest nie dać się “bieżączce”, natłokowi obowiązków i zadań. Szczególnie młode mamy mają tendencje do tego, żeby wszem i wobec narzekać, jak bardzo nie mają czasu. Sporo zależy od samoorganizacji i determinacji – nawet pięciominutowy prysznic może zdziałać cuda!

Dbanie o siebie to również niegodzenie się na bylejakość. To kupowanie starannie wybranych, dobrych jakościowo rzeczy, bez trwonienia pieniędzy za namową speców od marketingu. To pozwalanie sobie na drobne przyjemności bez wyrzutów sumienia, ale też umiejętność mówienia “nie”, gdy czegoś naprawdę nie chcemy. To szczerość wobec siebie samej, bez poświęcania się i udawania. To dbanie o przestrzeń wokół siebie, ale i pokój w sobie.

6. Bądź wdzięczna.

Tak często zapominamy, jak bardzo jesteśmy uprzywilejowani. Mamy co jeść, gdzie mieszkać i co na siebie włożyć. Zasadniczo jesteśmy zdrowi, możemy pracować i się realizować. Decydujemy same o sobie i potrafimy o siebie walczyć. Rzadko dotykają nas prawdziwe klęski żywiołowe i nie spadają na nas bomby. Budzimy się każdego dnia i…często zapominamy, że już tyle wystarczy do szczęścia. Żyć, być, celebrować codzienność. Czasem mam problem z wdzięcznością, szczególnie, gdy moje dziecko choruje i wszystkie plany biorą w łeb. Zawsze wtedy łapię się jednak na tym, że nie wyobrażam sobie, jak to jest, gdy dziecko choruje cały czas, na przykład śmiertelnie, i taki kamień na sercu jest niewyzbywalny. Dopiero wtedy czuję prawdziwą wdzięczność i współczucie, no i robi mi się głupio, że przesadzam.

Poczucie wdzięczności, umiejętność doceniania innych ludzi i zjawisk, dziękowanie, uśmiech – to sprawia, że żyjemy dłużej i lepiej. Bardzo łatwo jest narzekać i utyskiwać, a trudno jest dostrzec choćby najdrobniejszą pozytywną rzecz i dzięki niej się uśmiechnąć. Jakże często babcie i dziadkowie marudzą przy wnukach, że rzadko ich odwiedzają, a oni już nic innego nie mają do roboty, tylko czekać na śmierć. Wszystko nie tak! Nawet w chorobach przewlekłych są lepsze dni, podczas których warto się uśmiechać, bo życie jest jedno i więcej okazji może nie być.

Szczęścia trzeba się nauczyć

To mój osobisty wniosek 🙂 Wziął się z moich doświadczeń życiowych, które nie zawsze były łatwe. Cóż, każdemu prędzej czy później przyjdzie zmierzyć się z problemami. Cały sekret w tym, jak sobie z nimi poradzi. Mi pomogły książki, przemyślenia i rozmowy z ważnymi dla mnie ludźmi. Wiem już, że szczęście to nie cel, a droga – każdy dzień to nowa szansa, a każda chwila może być piękna. Domyślam się, że to wszystko brzmi banalnie i być może takie jest, ale nic na to nie poradzę 🙂 Taka jest prawda. Dałam Ci sześć punktów obowiązkowych programu, a Ty zrobisz z nich dowolną improwizację – wszystko zależy bowiem od Ciebie. Na tym kończę swoje poszukiwania szczęścia, a zaczynam pracę nad wdrażaniem zasad w życie

Co Ty na to?