Sztuka świadomego życia

Trzy rzeczy, które zrozumiałam, gdy moje dziecko spadło z łóżka*

Na osłodę dramatycznego początku 🙂

*spokojnie, na poduszki 😉

Świat mediów społecznościowych lubi perfekcjonizm i idealne wizerunki idealnie pięknych kobiet. Cóż, będzie musiał sobie ze mną poradzić, bo ja taka nie jestem. Najlepiej o tym świadczy sytuacja, która przytrafiła mi się w tym tygodniu. Otóż musicie wiedzieć, że jestem wielką fanką współspania z dzieckiem – jednym, choć ostatnio w bonusie tupta do nas również drugie starsze. Ale do rzeczy. Otóż ostatnio moje maluchy męczy zapalenie gardła, co szczególnie młodsze przechodzi dość dokuczliwie. Charczy, kaszle, katar mu się leje – takie tam przyjemności. Śpi z nami, więc gdy już go uśpię, siłą rzeczy zostaje sam w ogromnym łóżku, obłożony poduszkami z brzegów i tak dalej (jak by to czytał ktoś z opieki społecznej – nie, nie zrzucam dzieci z wysokości i nie każę im co noc ryzykować życia, jesteśmy w miarę normalną rodziną ;p). Tego dnia byłam jednak mocno zmęczona i po uśpieniu malucha zapomniałam położyć jedną – jak się okazało kluczową – poduszkę. Efekt był taki, że po jakiejś godzinie z sypialni dobiegł nas straszny histeryczny płacz malucha, który zsunął się oczywiście w tym jednym jedynym niezabezpieczonym miejscu…

Nic się nikomu nie stało, choć ja też zalałam się łzami w pierwszym odruchu – mimo, że nic złego nie zrobiłam, poczułam się jak najgorszy śmieć. Co za rodzic pozwala, żeby jego czteromiesięczne dziecko spadło z łóżka? Uprzedzając krytykę – podjęliśmy już środki zapobiegawcze, aby więcej do takich sytuacji nie doszło, maluch jest cały i zdrowy (poza katarem), ale mnie to nauczyło trzech rzeczy. Choć wciąż przewijają się gdzieś tam w moim życiu, tym razem dotarły do mnie z całą mocą i już mnie nie opuszczą. Oto trzy rzeczy, które zrozumiałam, gdy moje dziecko spadło z łóżka.

1. Uważność buduje, nieuważność rujnuje

Wszyscy jesteśmy bardzo zajęci. Szczególnie tyczy się to matek, które co dzień żonglują obowiązkami, zadaniami, powinnościami i terminami. Pochłonięte codziennością, często nie zauważamy tego, co najważniejsze lub tego, co choć wydaje się drobnym szczegółem, okazuje się bardzo istotne. Jak ta jedna poduszka, która zaważyła na całej sytuacji. Zdarza nam się żyć z kimś pod jednym dachem, a w wirze codziennych obowiązków nie dostrzec, że jest smutny lub ma kłopoty, którymi nie chce nam zaprzątać głowy. Zdarza nam się rozmawiać z kimś codziennie, ale tak naprawdę nie wiedzieć, czym ta osoba żyje. Zdarza nam się patrzeć na dziecko i włączać w głowie zniechęcenie tym, że znowu czegoś chce, zamiast naprawdę je zobaczyć. Znów będzie pewnie banalnie, ale żyjemy i tego życia często nie dostrzegamy. Wciąż realizując cele, gubimy drogę, która jako jedyna ma tak naprawdę znaczenie.

Moja sytuacja ze spadającym maluchem w roli głównej postawiła mnie pod ścianą – nie mogłam zrzucić na nikogo winy, byłam nieuważna, zmęczona, zniechęcona, co nie znaczy, że tej właśnie chwili nie należała się uwaga. Pomyślałam sobie, jak często zdarza się, że bardziej skupiam się na swojej interpretacji sytuacji, niż na jej doświadczaniu w pełni i ile przez to tracę. Teraz jeszcze lepiej dostrzegam, jak istotna jest uważność na co dzień.

2. Nie można mieć wszystkiego

W książce “Jedna rzecz” jej autorzy piszą:

(…) sukces sprowadza się do prostej zasady: robienia tego, co właściwe, w odpowiedniej chwili. Jeśli będziesz mógł szczerze przyznać sam przed sobą: “Jestem tu, gdzie właśnie teraz powinienem być, i robię dokładnie to, co konieczne”, odkryjesz świat niezwykłych możliwości”.

I jeszcze:

Ponadprzeciętne rezultaty zależą głównie od tego, jak dobrze potrafisz ukierunkować swoje działania. Umiejętna selekcja stanowi najskuteczniejszy sposób na osiągnięcie najlepszych efektów w pracy i w życiu.”

Gdybym miała osiem rąk, wszystkimi bym się pod tym podpisała. Z jednej strony nauczyłam się już, że nie można mieć wszystkiego, więc życie to po prostu sztuka wyboru i akceptacji, rezygnacji z innych rzeczy w danym momencie. To kwestia decyzji, jakie są moje priorytety i poświęcenia im uwagi, aby naprawdę miały szansę na realizację. Nie wierzę już w tak zwany work-life balance, bo wiem, że nie można tych dwóch najważniejszych sfer życia zrównoważyć. Są chwile, w których jedna z nich jest ważniejsza i wtedy poświęcam jej więcej uwagi, a są takie, gdy mogę przełączyć się na tryb praca i czerpać z tego ogromną satysfakcję. Zrozumiałam, że kluczem do sukcesu i poczucia satysfakcji rzeczywiście jest poświęcenie uwagi jednej rzeczy na raz – stąd chociażby moje wyzwanie na FB, które wzięło się z dostrzeżenia, że uciekam w social media, żeby na chwilę pobyć w “bezmyślności”. Typowa ucieczka od rzeczywistości, która nic nie daje – teraz wybieram konfrontację z chwilą obecną, by potem na chwilę zanurzyć się – sensownie – w świat mediów chociażby. Nie robię dwóch rzeczy na raz, na czym korzystają moje relacje z dziećmi i mężem, a także pozbyłam się wreszcie tego strasznego uczucia rozedrgania pomiędzy przeczytaniem komentarza na FB a odpowiedzią dziecku na pytanie. To bardzo uwalniające doświadczenie.

Piękne kwiaty dla wszystkich czytelniczek 😉

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

3. Warto celebrować sztukę życia codziennego

Wiem, że to nudne, ale chyba jeszcze za mało to sobie powtarzam. Wszyscy mamy tendencję do przyzwyczajania się do statusu quo – rutyna, choć bywa irytująca, daje poczucie bezpieczeństwa i wygodę niemyślenia. Ot, wstajemy rano i z niemal stuprocentową pewnością wiemy, co się dalej wydarzy. Chyba, że właśnie wydarza się coś zupełnie niespodziewanego, co wymaga zmiany planów, podejścia, a nawet życia. To może być banał – czekają mnie dwa deadline’y do skończenia, aż tu nagle słyszę rano z dziecięcego pokoju dwa straszne kaszle (true story z tego tygodnia) i już wiem, że ten dzień będzie wyglądał całkiem inaczej. Albo mąż wraca z pracy na rowerze i po drodze wpada pod samochód. Czekam i się denerwuję, bo znów jest późno i nie odbiera telefonu, aż tu nagle dzwonią ze szpitala (no nie tak do końca true story, bo skończyło się na małym spóźnieniu i stłuczeniu stopy, ale mogło być o wiele gorzej…). Zawsze w takich sytuacjach myślę, czemu nie doceniałam tej codzienności, za którą przy zmianie tak bardzo tęsknię. Codzienność to w końcu najczęstsza forma życia, z jaką mamy do czynienia. Dlaczego tak jej nie wartościujemy?

Dominique Loreau w “Sztuce minimalizmu w codziennym życiu” pisze:

 Czy możesz wyobrazić sobie cały dzień bez myślenia choć jeden raz o sobie? Dzień, podczas którego nic by Cię nie uraziło, nic by Ci nie przeszkadzało, nic by Cię nie rozzłościło? Jeden dzień, podczas którego nie zastanawiałbyś się, dlaczego nie jesteś bogatszy, lepiej traktowany, doceniany? Jeden dzień, podczas którego nie porównywałbyś się do innych i niczego byś od nich nie oczekiwał? Jeden dzień, podczas którego czerpałbyś radość i satysfakcję z chwili obecnej?

Mogę powiedzieć więcej – przestaję sobie wyobrażać dni bez tego. Wymaga to ogromnej pracy, bo jednak nawyki myślowe i behawioralne ciągną w stronę egocentryzmu, lekkiego negatywizmu i frustracji, ale z kolei korzyści ze zmiany podejścia są o g r o m n e. Poczucie radości z życia, satysfakcji z doświadczania chwili, choćby najbardziej banalnej, poczucie szczęścia bez interpretowania przez zmanierowany umysł tego, co się właśnie dzieje – to wspaniała umiejętność, której wciąż się uczę, ale która powoli jawi mi się jedyną drogą życiową, jakiej chcę nauczyć swoje dzieci.  Tego też mnie nauczyło moje spadające dziecko – doceniaj, matko, tę chwilę, która właśnie jest, celebruj ją i traktuj jak dar, bo za chwilę może się coś zmienić i będziesz za nią tęsknić, wyrzucając sobie, czemu bardziej się nią nie cieszyłaś. Nie marudź, że znów musisz mnie usypiać, bo za kilka lat będziesz to wspominać z rozrzewnieniem. Obserwuj co dzień, jak rosnę i się zmieniam, uśmiechaj się do mnie, bo nie wiadomo, ile wspólnego czasu jest nam dane (to nie pesymizm, to realizm ;).

Jeżeli moje spadające dziecko mogło mnie czegoś nauczyć, to zrobiło to naprawdę genialnie. Na koniec życzenia dla wszystkich Mam, Mamuś, Mum-to-be-or-not-to-be – bądźcie szczęśliwe i nauczcie tego swoje dzieci. Nie ma ważniejszej rzeczy na tym świecie!

Moje 3 najbrzydsze nawyki + wyzwanie

Nie ma ludzi idealnych. Tak, to szok, ale i najprawdziwsza prawda. Odkąd poważnie nad sobą pracuję, świadomość ta jest coraz większa i pozwala mi nieco inaczej patrzeć na innych. Wszyscy mamy swoje dziwne nawyki, rytuały, uprzedzenia, lęki. Żadne z nich nie są gorsze ani lepsze, dziwniejsze czy normalniejsze. Po prostu są i można się nauczyć z nimi żyć, albo też je zmieniać, a tym samym ułatwiać sobie życie. Pod wpływem niedawnych lektur postanowiłam i ja powalczyć ze swoimi niefajnymi nawykami, które często mi i moim bliskim uprzykrzają życie. Zapraszam na wyprawę do wnętrza mojej duszy, a przynajmniej do świata moich utrudniających normalne funkcjonowanie nawyków.

Moje 3 najbrzydsze nawyki

1. Narzekanie – wyrzekanie – żalenie się

Zawsze marzyłam o tym, żeby być pozytywną osobą. Uśmiechać się bez powodu, radośnie patrzeć w przyszłość i widzieć tylko jasne aspekty rzeczywistości. Niestety, moje usposobienie sprawia, że bywam taka, ale wobec innych, a dla siebie jestem po prostu marudą. A przynajmniej byłam do tej pory, bo postanowiłam to zmienić. Może stopień zaawansowania tej dolegliwości jest mniejszy niż u smerfa Marudy, ale za to robienie z siebie ofiary i narzekanie, jak to mam pod górkę mam przećwiczone.

Dlaczego ludzie narzekają? Żeby zwrócić na siebie uwagę, wzbudzić litość, dla czystej, masochistycznej przyjemności, żeby nie musieć nic zmieniać, z lenistwa, z wygody* (*niepotrzebne skreślić). Czasem jest to mechanizm obronny, a czasem sposób na obrzydzenie innym życia. Dlaczego ja narzekam? Po przemyśleniu sprawy stwierdziłam, że z nawyku. Zazwyczaj są to ciągle te same sprawy, których sprawstwo (nomen omen) przypisuję komuś innemu, przez co pozbawiam siebie pola do działania. Bo przecież zły ZUS, a nie moje niedopatrzenie, kiepski system, a nie moje zapominalstwo i brak uważności itp. itd. Choć nie robię tego nagminnie, przyłapałam się na tym, że czasem narzekam, żeby ktoś inny poczuł się lepiej. Wiem, że to chore, na szczęście, dlatego postanowiłam zerwać z narzekaniem. A jak? Czasem tylko radykalne środki skutkują, a mój obrany opisuję dalej.

2. FOMO, albo lęk przed tym, że coś mnie omija, gdy nie korzystam z mediów społecznościowych

FOMO to podobno bolączka naszych czasów. Użytkownicy mediów społecznościowych rzadko kiedy się z nich wylogowują, przez co nawet gdy akurat z danego portalu nie korzystają – w każdej chwili mogą. Nawykowe sprawdzanie, co tam słychać, ile mam lajków i kto co napisał przechodzi w uzależnienie, stopniowo kradnąc coraz więcej czasu. Przyłapałam się na tym już jakiś czas temu. Nie jest to może bardzo intensywny problem u mnie, ale nie będę kłamać, że w ogóle mnie nie dotyczy. Najpierw urządziłam sobie weekend z detoksem od social media, potem całe święta i mimo lekkiego drżenia rąk dałam radę. Na co dzień jednak spędzam sporo czasu w mediach społecznościowych, a często jest to czas po prostu stracony. Widoczki znad kawusi, słodkie kotki i artykuły o najnowszych trendach w świecie mody to coś, bez czego naprawdę mogę żyć, a jako mama dwójki maluchów muszę swój czas bardziej cenić.

Skąd się bierze FOMO? Zazwyczaj z braku czegoś lepszego do roboty lub z ucieczki od tego, co się powinno robić. Z braku poczucia szczęścia i chęci zdołowania się jeszcze bardziej (oj, lubimy to sobie robić). Ludzie wchodzą do social media, gdy się obudzą, przed pójściem spać, podczas posiłków, spotkań ze znajomymi (o zgrozo!), w toalecie, w kościele…Uciekamy od rzeczywistości w czyjąś rzeczywistość, która zazwyczaj wcale nią nie jest. Pokazujemy innym ułamki swojego życia, które chcemy, wybieramy to, czym możemy się pochwalić, a reszta pozostaje w ukryciu. (dla anglojęzycznych tutaj znajdziecie świetny, prosty artykuł na ten temat). Wniosek? W social mediach nie znajdziesz szczęścia, lajki są jak głaski, a wszystko to lep dla osób niepewnych siebie, z chwiejnym poczuciem własnej wartości. Co robić, jeżeli nie chcemy zupełnie z nich zrezygnować, ale je opanować na swoją korzyść? Trzeba włączyć uważność, badać swoje motywy, dlaczego akurat teraz siedzę i przeglądam np. fejsa (nuda, ucieczka, chęć poprawienia sobie samopoczucia, smutek i chęć pognębienia siebie…), a do tego narzucić sobie sztywne zasady korzystania z mediów. Moje będą niżej.

3. Bierność

W realu jestem aktywna. Zazwyczaj. Gdy mi coś przeszkadza, staram się to zmienić. Gdy ktoś mnie obraża, przeciwstawiam się temu. Gdy ktoś próbuje mnie do czegoś zmusić, nie daję się. Gdy widzę jakiś problem, szukam jego rozwiązania. Nie jestem jednak tak aktywna, jak bym chciała. Czasem padam ze zmęczenia i godzę się na najłatwiejsze rozwiązanie albo po prostu rezygnuję. Przejawia się to też w mojej aktywności w Internecie. Blog od czasu do czasu podupada, bo nie jestem na nim dość aktywna, tak jak i w social mediach, z których powinnam korzystać rzadziej, ale intensywniej i mądrzej. Skąd bierze się bierność? Czasem jest to wycofanie się, aby zrobić miejsce komuś innemu, kogo uważamy za lepszego/mądrzejszego/bardziej wartościowego. Tym samym oznacza postawienie się na gorszej pozycji, a więc brak wiary w siebie. Lęk przed konfrontacją z opinią innych o nas to silne ograniczenie, ale wystarczy zacząć patrzeć w siebie i na siebie, żeby tej opinii nie przydawać zbyt wielkiego znaczenia. Znów chodzi o poczucie własnej wartości – to na nim skupia się większość problemów w interakcjach z ludźmi.

Jak zamierzam z tym walczyć? Zaczynam powoli, od małej rzeczy – od Internetu zalanego chamstwem, hejtem, głupotą i bezmyślnością (jednak narzekanie to nawyk :p). Natchnął mnie eksperyment autorki profilu Manufaktura Splotów na Instagramie, a szczegóły poniżej 😉

Wyzwanie!

Nie lubię tych swoich 3 najbrzydszych nawyków – utrudniają mi życie i sprawiają, że nie tak miło się ze mną żyje, jak bym chciała, również mnie samej. Stąd pomysł na wyzwanie trwające 21 dni – podobno tyle potrzeba, żeby wykształcić nowy nawyk, a ja jestem zdeterminowana, więc do dzieła!

W ramach wyzwania przez 21 dni:

  • powstrzymam się od narzekania – w pracy, w życiu osobistym, w Internecie. Albo konstruktywnie, albo pozytywnie, albo w ogóle;
  • będę wchodzić na media społecznościowe TYLKO o pełnych godzinach – wiem, że to brzmi jak żadne wyzwanie, ale dla mnie będzie na pewno. Kontrola i planowanie czasu, wyznaczanie priorytetów, rezygnacja z marnowania czasu – oto sposób na mój brzydki nawyk numer dwa.
  • w mediach społecznościowych nie będę zostawiać samych “lajków” czy serduszek, ale jeżeli się zdecyduję takowe kliknąć, zawsze udzielę komentarza – żeby walczyć z biernością, dawać ludziom więcej z siebie i zobaczyć, co mi to przyniesie. Będzie to wymagało większego przemyślenia, uważności i…czasu, więc będzie moim zdaniem bardziej wartościowe. Zbyt często ograniczamy się do bezmyślnego klikania “Lubię to”, rezygnując z bezpośredniej interakcji, a przecież ta otwiera wiele nowych możliwości. Zobaczymy 🙂

Masz ochotę dołączyć? W kupie raźniej! A może masz inne nawyki, z którymi chcesz walczyć? Zapraszam Cię do wspólnej walki z nimi – dla naszego wspólnego dobra 🙂

https://www.facebook.com/events/101394297408922/

M jak Miłość, czyli o paradoksie wolności

Był piękny majowy poranek, a ja ze wszystkich sił starałam się opanować zawroty głowy. Oto przede mną czas próby – badanie krwi, które miało pokazać, czy w moim wnętrzu kiełkuje jakieś nowe życie. Ukłucie, atak mdłości szczęśliwie opanowany i potem już “tylko” kilka godzin niepewności – oczekiwania na wyniki. W końcu oddech ulgi – wygląda na to, że się udało…

Nikt, kto nie starał się o dziecko dłużej niż kilka miesięcy nie zrozumie, co wtedy czułam. Lata walki, niepewności, frustracji, lęku, beznadziei, ale w tym jednym momencie, kiedy naszym oczom ukazały się wysokie wartości HCG – hormonu świadczącego o ciąży – wszystko, co złe odeszło w niepamięć, a nasze serca wypełniły się radością i miłością do tego nowego, który miał w naszej rodzinie zawitać. Jednak trzy lata i dwoje dzieci później bywa, że zastanawiam się, po co nam to było. Wiadomo, dzieci to cudowna sprawa. Zazwyczaj…

M jak Miłość

Miłość do dziecka nie zawsze pojawia się od razu. Niektórym zabiera to chwilę, a są kobiety, które nigdy nie są w stanie pokochać tak naprawdę, choć bardzo się starają. Zdarza się. U mnie – być może z racji trudności, jakie musiałam przejść, aby to przeżyć – była to miłość od pierwszego ujrzenia dwóch kresek na teście ciążowym. Potem, gdy maluch w wielkich trudach już pojawił się na świecie i otrząsnęłam się po pierwszym szoku, zrobiło się nieco trudniej. No wiecie, ząbkowanie, katarki, wybijanie się na niezależność i te sprawy. Najgorzej było mi jednak znieść to, że nie mogę ot tak wyjść sobie z domu, umówić się z kimś na mieście czy zarwać nocy na pracę (oj, zdarzało się), bo jest taki mały człowiek, który beze mnie nie da sobie rady. Miłość weszła w konflikt z wolnością.

Erich Fromm w swoim traktacie “O sztuce miłości” pisze:

Miłość dziecięca trzyma się zasady: „ Kocham, ponieważ jestem kochany”. Natomiast miłość dojrzała twierdzi: „Jestem kochany, ponieważ kocham”. A Niedojrzała miłość mówi: „Kocham cię, ponieważ cię potrzebuję”. Dojrzała miłość powiada: „Potrzebuję cię, ponieważ cię kocham”.

Z tego, co widzę w internetach i wokół siebie, kobiety uwielbiają się rozwijać. Inwestują w szkolenia, coachingi, udzielają się w różnych grupach i zdają się zawsze chcieć więcej. Czy rozwój równa się dojrzałości? Czy można powiedzieć, że każda kobieta dorosła potrafi kochać dojrzale? Co to, to nie – niestety, ale tyczy się to również miłości macierzyńskiej. Znam wiele dziewczyn, które warunkują swoją miłość do dzieci, wyznaczają im cele, nie pytając o zdanie i szukają ucieczki od lepkich malutkich rączek, które potrafią być równie słodkie, co… upierdliwe, lub traktują maluchy jako modny dodatek i scenerię do zdjęć na Instagram. Miłości dojrzałej trzeba się uczyć, wymaga wysiłku i treningu. Jest po prostu trudna. Co w niej przeszkadza?

Ucieczka od wolności

Kiedy byłam w pierwszej ciąży, myślałam sobie, że nie będę taka jak inne dziewczyny, które właściwie zniknęły dla świata po urodzeniu dziecka – mimo malucha w domu będę prowadzić intensywne życie towarzyskie, wychodzić z nim do muzeów i galerii, wszechstronnie się rozwijać i kwitnąć. Że będę jak Martyna Wojciechowska, która mając ośmiomiesięczne niemowlę w domu wyjechała na dłuższy czas zdobywać kolejne niezdobyte. Niestety, rzeczywistość okazała się brutalna. Babcie nie były aż tak chętne na budowanie więzi z maluchem, nie mogłam zostawić klientów (czyli praca, praca, praca), a zmęczenie nie pozwalało nawet pomyśleć o wyjściu z domu. Potem zrobiło się nieco lepiej, aż z pięciomiesięczniakiem pojechaliśmy na urlop do Włoch i okazało się, że można. Zaczęliśmy chodzić razem na basen, na zajęcia z dziećmi i powoli wszystko zaczynało się normować. Aż tu nagle znalazłam się w drugiej ciąży i od trzech miesięcy, odkąd drugi maluch jest na świecie, czuję się jak w złotej klatce.

Od Matki Polki oczekuje się, że urodzi szybko i bezboleśnie, z uśmiechem na twarzy i uduchowieniem w sercu. Potem jej dziecko ma być idealnie zdrowe i nie zajmować dłużej miejsca w szpitalu, broń Boże nie powinno mieć żółtaczki niemowlęcej, łapać wszystkich wirusów świata i powstrzymać się od płaczu w miejscu publicznym. Nie powinno również robić kup, których nie da się wywabić najlepszym proszkiem świata z ubranek, a co najważniejsze, nie powinno chcieć jeść w miejscach, które mogłyby nie daj Boże kogoś urazić. To samo jednak dzieje się dalej – dzieci mają rosnąć zdrowo i nas kochać, ale najlepiej niech od maleńkości umieją się bawić same i niech nie marudzą. Niech będą blisko, ale nie za blisko. Niech rosną, ale nie za szybko, niech kochają, ale nie za mocno, żeby była przestrzeń. Niech będą niezależne, ale niech nie wpadają w histerię, gdy z jakiegoś powodu nie może być tak, jak chcą. I niech, na Boginię, ciągle czegoś od nas nie chcą, bo człowiek kawy ciepłej wypić nie może i człowiek cierpi.

No cóż, też wpadłam w tę pułapkę. Chciałam mieć dzieci, ale nie chciałam też tracić tożsamości, tymczasem okazało się, że wolność, którą tak sobie ceniłam, już nie istnieje. Nie oszukujmy się – jeżeli człowiek ma dwoje dzieci, a nie stać go na wieczorną pracę niani, babcia jest daleko, to życie towarzyskie zamiera, telefon dzwoni coraz rzadziej i trudno o zrozumienie wśród ludzkości. Może stąd wzięła się popularność blogów parentingowych? Łatwiej o wsparcie w wirtualu niż w realu.

No więc straciłam wolność, ale ją odbudowuję. Powoli ogarniam sytuację, maluch rośnie, starsze coraz rzadziej chce się przytulać. Czas budować nową tożsamość. Wszystkie nasze przejścia, wspólne chwile wiele mnie nauczyły, również o sobie samej. Jestem w stanie wiele znieść, potrafię się poświęcać, a jednocześnie nie tracę wrażliwości na wewnętrzny głos mówiący “a ty? gdzie jesteś? czego chcesz? czy świat się skończy, jeżeli o to zawalczysz?”. Łatwo nie jest, ale tak naprawdę dopiero teraz rozumiem, czym jest wolność wewnętrzna. Nie jest tożsama ze swobodą, ale ze słuchaniem siebie samego i postępowaniem według tego głosu z uważnością na innych, szczególnie tych najmłodszych.

M jak miłość macierzyńska

W innym miejscu tego samego eseju Erich From pisze:

Miłość zaczyna się rozwijać dopiero wówczas, gdy kochamy tych, którzy nie mogą się nam na nic przydać.

Myślę, że to jest właśnie esencja miłości macierzyńskiej – kochać dzieci i niczego od nich nie oczekiwać (poza myciem zębów i takie tam ;)), nie zaspokajać się ich uwielbieniem, nie uzależniać swojego samopoczucia od ich charakteru, losów, decyzji, zachowań. Pozwolić im na bycie sobą, ale i być sobą. Nauczyć je, że dojrzałość oznacza odwagę decydowania o sobie z uważnością na innych, robienie przestrzeni dla siebie, ale przyjaznej dla bliskich – bez budowania fortecy, a bardziej może ogródka kawarnianego, w którym dobrze się pracuje przy kawie, ale i na pogaduchy można wpaść…

Obsesja siły, czyli jak uspokoić wewnętrznego Hitlera

W życiu bym się nie spodziewała, że napiszę kiedyś cokolwiek z Hitlerem w tytule, ale od tego skojarzenia jakoś uciec nie mogę. A zaczęło się od…Dnia Kobiet, kiedy to opublikowałam tu post o ośmiu silnych kobietach. Wzbudził spore zainteresowanie, ale we mnie wzbudził też niejednoznaczne uczucia. Bowiem napisałam o kobietach silnych, ale mających też spore słabości, do których za nic w świecie nie chciały się przyznać czy im poddać. Przejrzałam swojego bloga i odkryłam, że większość wpisów z kategorii Feminizm to wpisy o sile, o tym, żeby się nie dawać itd. Skąd ta obsesja? Czy feministka musi być silna i trzeba to tak akcentować? Skąd się bierze ta ogromna niechęć do słabości? Myślę, że choć w różnej skali, ale problem ten dotyczy całego naszego społeczeństwa. Lęk przed okazaniem niemocy i niechęć do tych, którzy sobie z jakiegoś powodu nie radzą – coś Wam to mówi?

Hitler i obsesja siły

Wszyscy wiemy, kim był Hitler, ale nie każdy pewnie wie, że jego siła brała się z ogromnej niechęci do słabości. Najbardziej “upodobał” sobie Żydów, których uważał za najsłabszych, a przez to obrzydliwych i gorszych. Widział w nich ciągłe niezadowolenie, marudzenie i niedosyt, które to cechy tępił wokół siebie. Być może wzięło się to z jego dzieciństwa, które – według źródeł historycznych – spędził z sadystycznym ojcem i uległą matką, sam niebezpiecznie osuwając się w dół socjopatii. Brak nawiązywania normalnych stosunków z rówieśnikami, wymuszanie posłuszeństwa, a przy tym silna, charyzmatyczna osobowość, et voila – Europa w gruzach.

To, że obsesja siły najczęściej wywodzi się z problemów w dzieciństwie, jest już znaną prawdą psychologiczną. Na podstawie wielu badań wysnuto tezę, że wpływ ma na to głównie ojciec oraz jego relacje z matką dziecka. Często też mówi się o sile w kontekście “zahartowania”, odporności psychicznej na trudności życiowe, której rdzeń również w dzieciństwie powstaje. Jednak odporność psychiczna a niechęć do słabości mają nieco inne zabarwienie emocjonalne – odporność jest dobra, a niechęć zła. Jak to wypośrodkować?

Mój wewnętrzny Hitler

Wyobraźmy sobie małą dziewczynkę, która dorasta w jednym z wielu szarych bloków w jednym z wielu szarych polskich miast. Ma młodsze rodzeństwo, czasy są trudne, pieniędzy mało, dookoła szaleje transformacja i rozpowszechnia się mit “od pucybuta do milionera”. Jej rodzice ciężko pracują, ona często zajmuje się rodzeństwem, organizując domowe życie pod ich nieobecność. Niestety, atmosfera w domu się psuje. Pieniędzy mało, frustracja rośnie. Ojciec ucieka w agresję, matka w niemoc i uległość, co odbija się na tej małej dziewczynce, która musi szybko dorosnąć. Po kilku laniach wyciąga wniosek, że okazywanie słabości – lęku, złego samopoczucia, niepewności – jest natychmiast karane ciosem w plecy, przez co zaczyna kojarzyć siłę (lub jej udawanie) ze spokojem, dobrym samopoczuciem i ulgą. Ciała nie da się jednak oszukać – ono czuje to, czego głowa nie chce przyznać, więc dziewczynka zaczyna mieć różne dolegliwości, głównie związane z brzuchem i jedzeniem. Czasem opiekują się nią dziadkowie, od których słyszy, że ma “nie histeryzować”, “nie mazać się”, a ojciec ma ciężką ręką tylko dlatego, że “wie lepiej”. Nadal więc wewnętrzna potrzeba siły w dziewczynce wzrasta, a niechęć do bólu i upokorzenia związanego z agresją, jakiej doznaje przeradza się w niechęć do słabości. Lata mijają, dziewczynka staje się twardą kobietą i mierzi ją jakiekolwiek okazywanie słabości, również ze strony partnera czy przyjaciół. Chlubi się swoją siłą i tylko w zaciszu własnego pamiętnika przyznaje, jak bardzo boli ją żołądek i jak bardzo się boi, że jednak okaże się słaba.

Nie jest to do końca moja historia, ale doskonale tę dziewczynkę rozumiem. Mówi się, że życie hartuje. Z kolei Friedrich Nietzsche powiedział, że szczęściem jest “(…) uczucie, że moc rośnie, że przezwycięża się opór”. Poczucie siły daje moc, uskrzydla, pozwala zmierzyć się z tym, co wydaje się niemożliwe. Niechęć do słabości potrafi przerodzić się w niechęć do człowieka, który ją przejawia, choć jest to tylko jeden z wielu aspektów jego osobowości. Czasem odczuwam to w sobie i wtedy się boję, że nieświadomie kogoś skrzywdzę, choćby któreś z moich dzieci, dla których przecież słabość jest codziennością. Słabość to niemożliwość poradzenia sobie samemu, czyli immanentna cecha dzieci, zwierząt domowych, osób z jakiegoś powodu niepełnosprawnych czy nieszczęśliwych. Jest ich wokół nas dużo, wiele jest też w moim otoczeniu. Nigdy nie chciałabym ich skrzywdzić, ale czy sama świadomość tego i swojej ułomności w tym zakresie wystarczy?

Żegnaj, obsesjo siły

Każdy z nas ma swoje mocne i słabe strony, każdy bywa bardzo silny, żeby po chwili okazać się bardzo słabym. Każdy czasem potrzebuje wsparcia i życzliwości, każdy zasługuje na zainteresowanie, jak mu mija życie. Panujące dookoła przekonanie, że “możesz wszystko, jeżeli wierzysz, że możesz” czy “jesteś taki, jak ostatnie wyzwanie, któremu stawiłeś czoła” wywołuje w wielu z nas poczucie winy i pewnej przegranej. Coaching rodzicielski, pracowniczy, związkowy czy nawet zdrowotny to nowe trendy psychologiczne, które chcą nas przekonać, że tylko nasza słabość i pasywność trzyma nas w cuglach, bo bez nich każdy dzień byłby nowym osiągnięciem. Wszyscy boimy się pokazania, że w wyścigu szczurów z jakiegoś powodu nie jesteśmy na czele stawki. Czy nam to służy?

Żegnam się z męczącą obsesją siły. Przyznaję, że kobieta silna to kobieta walcząca o siebie, niezłomna, odważna, ale od tej pory to również kobieta, które nie boi się okazać słabości, poprosić o pomoc czy zatrzymać się, by pomóc słabszemu od siebie. To kobieta, której feminizm nie musi koniecznie pchać na barykady, ale która z życzliwością i uśmiechem poświęca czas na to, co kocha i ludziom, którzy są dla niej ważni, wiedząc, że codzienność równouprawnienia i siły społecznej to praca u podstaw i spokojne obstawanie przy swoim. Kobiety i mężczyźni są równi, ale mają różne poziomy siły, a każdy z nich wymaga innego podejścia, lecz nie powinien stać się przedmiotem krytyki. Okazanie słabości, tak jak i przyznanie się do obsesji siły, to nie wstyd, a oznaka…siły psychicznej, pewności, że niczyja krytyka nie jest w stanie mnie zranić, jeżeli na to nie pozwolę.

Siła słabości

Widzicie tę scenę?

Fot. za Facebook (Laura Wolf)

To zdjęcie ukazało się w zeszłym tygodniu na najpopularniejszym portalu społecznościowym. Oto kelnerka Evoni Williams kroi niedołężnemu klientowi, uskarżającemu się na niedowład rąk i ogólnie zły stan (widzicie aparat tlenowy przy jego nogach?), szynkę, z czym on sam miał ogromny kłopot. Zwykły akt dobroci, pochylenia się nad słabością, bez samozachwytu, absolutna skromność tej pani. Oczywiście widoczek ten obiegł świat, a pani dostała od miejscowej uczelni stypendium na naukę na dowolnie wybranym kierunku – w uznaniu jej dobroci! Największa siła to ta, która nie krzyczy na swój temat i nie unosi się wyższością, ta, która słabemu nie daje odczuć, że bez niej by sobie nie poradził. Prawdziwa siła jest kobietą i potrafi być też słabością, co mam na uwadze każdego dnia.

5 życiowych lekcji, jakie odebrałam tej zimy

Ach, co to była za zima. Wszędzie indziej podobno piękna, tu we Wrocławiu – cały jeden dzień śniegu, a do tego szaro, buro i ponuro. Prawie jednak udało mi się tego nie zauważyć, bo w moim życiu działo się zastraszająco wiele rzeczy jednocześnie. Co tu dużo mówić – prawdziwa rewolucja… Nie był to też łatwy czas, bo zmiany – nawet jeżeli na dobre/lepsze/najlepsze – zawsze są trudne. Odczułam to ja, ale i moja rodzina, ten blog, a nawet nasz pies.

O jakie zmiany chodzi? Już spieszę z małą prywatą. Otóż między grudniem a lutym:

  • uzyskaliśmy ogromny kredyt złożony z dwóch mniejszych kredytów (bycie przedsiębiorcą w tym kraju zawsze zostaje w jakiś sposób ukarane. Nas uznano za niezbyt wiarygodnych mimo spełnienia wszystkich warunków aż nadto, więc musieliśmy “dobierać” kredyt, wskutek czego odetchniemy swobodnie dopiero w okolicach emerytury – chyba, że wcześniej wygramy fortunę w Eurojackpot :))
  • straciłam bardzo ważną dla mnie i mojej rodziny osobę, która zmarła na raka,
  • urodziłam drugiego synka,
  • rozpoczęliśmy remont i urządzanie mieszkania,
  • zmieniliśmy samochód, bo poprzedni niemal się rozpadł,
  • zaliczyłam pierwszy w swoim – i malucha – życiu pobyt w szpitalu z dzieckiem z powodu żółtaczki, zapalenia płuc i kilku innych zapaleń. Jeżeli chcecie wiedzieć, jak to jest spędzić pół miesiąca z pięciotygodniowym dzieckiem w szpitalu z rygorystycznym zakazem odwiedzin, od razu Wam powiem – beznadziejnie…

Czyli trochę się działo, ale wyciągnęłam z tego kilka lekcji, którymi chcę się tu podzielić.

1. Ufaj swojej intuicji.

Myśląc w listopadzie o tym wszystkim, co nas czeka, spodziewałam się wszystkiego, ale nie tego, że będę musiała walczyć o uznanie słuszności mojej intuicji, i to bądź co bądź z autorytetami. A było tak – czekał mnie poród, a przez całą ciążę planowałam, że będzie on siłami natury. Pod sam koniec dziewiątego miesiąca maluch jednak przyspieszył i zaczął rosnąć w zastraszającym tempie, a ja zaczęłam się bać. Nie odpuszczało mnie przeczucie, że poród naturalny skończy się źle. Gdy pod koniec ciąży zaliczyłam kilka wizyt na izbie przyjąć na kontrolne KTG i ewentualne cięcie cesarskie na cito, zaczęłam się naprawdę bać. Choć nigdy tego nie chciałam, zaczęłam prosić o cięcie, czując, że to jedyne dobre rozwiązanie. Niestety w państwowym szpitalu nikt mnie nie chciał słuchać – przychodził lekarz za lekarzem (płci męskiej oczywiście) i machając ręką stwierdzał, że “spróbujemy, zaryzykujemy”. Hm, nie miałam ochoty ryzykować swoim czy dziecka zdrowiem, czemu chyba trudno się dziwić. Intuicja cały czas mi podpowiadała, żebym walczyła o cięcie. W końcu się udało, ale prywatnie i podczas operacji moje obawy się potwierdziły – miałam ogromnego żylaka macicy, który podczas porodu naturalnego by pękł, stwarzając zagrożenie dla mnie i synka. Intuicja mnie nie myliła…

Dużo się mówi o kobiecej intuicji, ale chyba my same mamy za mało pewności siebie, aby o nią walczyć. Ufajmy jej jednak, bo często potrafi nas uratować przed niejedną głupotą czy błędem. To nasz prawdziwy skarb.

2. Dbaj o kontakty z ludźmi, na których możesz liczyć

Pewnie kolejny truizm, ale tej zimy znów przekonałam się o jego prawdziwości. Są tacy ludzie, którzy rozmawiają z nami tylko, gdy my się do nich odezwiemy, uwielbiają rozpływać się o tym, co u nich słychać i rzadko pytają, co u nas. Jednak z jakichś powodów utrzymujemy z nimi kontakty, bo głupio tak nagle przestać. Tej zimy stwierdziłam jednak, że mam tego dość i przestałam się odzywać do kilku osób, które najwyraźniej miały mnie gdzieś. Nagle zrobiło się więcej przestrzeni i jakby lżej. Za to gdy byłam w potrzebie, wiedziałam, na kogo mogę liczyć i te osoby “się sprawdziły”. Sama też jestem w stanie wiele z siebie dać, ale do tej pory nie zwracałam aż takiej uwagi na wzajemność. Trudne chwile, jakie przeszłam pokazały mi jednak, że szkoda czasu i energii dla tych, którzy o to nie dbają, za to ci, którzy są tego warci, zawsze odpłacą dobrem. Truizm, a jednak odkrycie.

3. Zmiany doświadczaj świadomie

W trudnych, przełomowych chwilach łatwo jest uciekać czy odwracać swoją uwagę od nich, aby choć przez moment było łatwiej. Typowe zamulacze – media społecznościowe przeglądane po raz setny tego samego dnia, gry na komórce, kolorowe magazyny – pozwalają na chwilę odetchnąć, ale zabierają cenne doświadczenie. Nauczyłam się tej zimy, że nie warto uciekać, a całkowicie zanurzyć się w zmianie, w wydarzeniach, smakując je w każdej chwili. To trudne i wymagające od nas uważności i ogromnej świadomości, ale warto to zrobić, by wyciągnąć wszystkie możliwe lekcje i wyjść z tego silniejszym.

Stara znana prawda, że wiemy o sobie tyle, na ile nas sprawdzono, pozostaje aktualna. Podczas pobytu z maluchem w szpitalu niejednokrotnie myślałam, że zwariuję od siedzenia w zamknięciu i patrzenia na wolno spływający płyn w kroplówce, ale nie uciekałam od tego i dzięki temu czuję się teraz silniejsza, a nawet przyszło mi kilka nowych pomysłów do głowy. Wiem już, że potrafię sobie dać radę w takiej sytuacji i stawić czoło problemom, co daje mi siłę na codzień.

4. Doceniaj siebie

Sporo osób może powiedzieć, że życie ich nie oszczędza. Też zawsze do nich należałam, ale nauczyłam się doceniać wszystko, co w moim życiu dobre i nie robić z siebie ofiary. Do tej zimy kiepsko mi jednak szło coś innego – docenianie siebie. Tymczasem musiałam dać z siebie tak wiele pod względem fizycznym i psychicznym, przetrwać, doświadczyć, że w pewnym momencie straciłam właśnie siebie z oczu. Potem jednak, leżąc pewnej nocy w szpitalnym łóżku, pomyślałam sobie, że kurczę, dałam radę i stanowię oparcie dla innych. Kilka dni potem na znak tego, że w końcu siebie doceniam, kupiłam sobie…bransoletkę. Choć mała i tania, za każdym razem, gdy na nią spojrzę, przypomina mi o mojej sile i o tym, że daję radę, cokolwiek się dzieje.

5. Wszystko mija – nawet najdłuższa żmija

Wiem, że nie ja to wymyśliłam, ale ja się tego nauczyłam. Praktyka mindfulness pokazuje, że każda chwila jest tym, czym jest, czyli chwilą i to my nadajemy jej znaczenie w zależności od naszego nastawienia. Ona sama nie jest ani dobra, ani zła. W mojej zimie chwil złych było mniej więcej tyle, co dobrych, ale każda z nich się skończyła, pozostawiając za sobą różne konsekwencje. Każda mnie czegoś nauczyła, każda zostawiła jakiś ślad, ale żadnej z nich już nie ma i nie będzie. Rozpamiętywanie, wspominanie, taplanie się w swoim bólu czy nostalgii nie ma sensu, bo już biegną kolejne chwile, a każda z nich domaga się uwagi. Dzięki uważności nic nie tracimy, a wiele zyskujemy. Dlatego nauczyłam się dostrzegać, że nawet gdy jest ciężko, warto to poczuć, bo już za chwilę będzie inaczej lub nie będzie w ogóle…

Nadchodzi wiosna, a z nią kolejne zmiany. Czeka nas przeprowadzka do nowego mieszkania, starszak idzie do przedszkola, a ja mam nowe pomysły i nie zawaham się ich użyć. Uwielbiam czuć, że się rozwijam i zamierzam to w sobie wzmacniać. Każda z lekcji, jaką odebrałam w zimie, teraz obowiązuje ze zdwojoną mocą. Już nie mogę się doczekać, co będzie dalej 🙂

 

Czy minimalizm to przywilej?

Białe trampki z najlepszej skóry, zegarek ze złotą tarczą i świetnej jakości portfel na białym tle. Albo spódnica z fantastycznej wełny, zamszowe kozaki, które przetrwają lata i filcowy kapelusz oraz markowe okulary słoneczne. Ewentualnie filiżanka z najdelikatniejszej porcelany wypełniona kawą z markowego ekspresu i ręcznie robionym ciastem bez niczego – bez glutenu, mleka, jajek, cukru, no i bez smaku. Oto minimalizm w wydaniu instagramowo-marketingowym, który zwłaszcza teraz – w okresie świątecznej bieżączki atakuje jako przeciwwaga dla plastikowego “chłamu”, wciąż jednak namawiając do wydawania pieniędzy. Patrząc na ceny tych produktów z tzw. wyższej półki muszę spytać – czy minimalizm to przywilej?

Minimalizm w świecie maksymalizmu

Podoba mi się idea minimalizmu, o czym pewnie już wiecie z treści bloga. Szczególnie teraz, gdy zewsząd atakują świąteczne promocje, a pod przykrywką rodzinnej atmosfery namawia się nas do wydawania pieniędzy na mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Minimalizm daje od tego wytchnienie, jest jak chłodny prysznic w gorący dzień, zdający się mówić “spokojnie, nie musisz mieć wszystkiego, wybierz sobie kilka rzeczy i zadbaj, żeby były jak najlepszej jakości”. To ma sens i na co dzień i od święta, gdyż każe analizować, dokonywać świadomego, uważnego wyboru na przekór owczemu pędowi, któremu łatwo się poddać w pierwszej lepszej galerii handlowej. Coraz częściej natykam się jednak na pułapki, które minimalizm zdaje się zastawiać na mnie w codziennym życiu.

Są wśród nas blogerzy i blogerki, którzy na haśle “minimalizm” zjedli zęby i doczekali się internetowej sławy jako eksperci w jego sprawie. Zdarza mi się ich czytać i wtedy przychodzi mały “zonk”. Otóż w imię tejże idei często zamieszczają oni – a jeszcze częściej one – poradniki zakupowe w duchu – a jakże – minimalistycznym. Jakież bywa moje zdziwienie, gdy widzę tam swetry kaszmirowe za 300 zł czy wełniane płaszcze za 800 zł. Pewnie, że są od polskich producentów lub świetnych zagranicznych marek, w trakcie ich produkcji nie zginęło żadne zwierzę, a one same odpowiednio pielęgnowane przetrwają nawet nasze wnuki. Wciąż jest to 800 zł za płaszcz, podczas gdy tak zwany normalny człowiek w życiu takich pieniędzy na okrycie wierzchnie nie wyda. Ja również. Patrząc na te poradniki zakupowe zaczęłam się więc zastanawiać, czy minimalizm to przywilej?

Minimalizm, czyli nuda za średnią krajową?

Z czym kojarzy się minimalizm? Z bielą, przestrzenią, doskonałą jakością i uważnością. Dla zwykłego śmiertelnika trochę trąci nudą i niewyróżnianiem się. Większość z nas żyje inaczej – kupujemy to, na co nas stać, myśląc raczej o bieżącej perspektywie finansowej, a nie inwestycjach i o tym, co jest dostępne, a nie wydumane, snobistyczne, a nawet etyczne. Robiąc zakupy kierujemy się wygodą i bieżącym stanem portfela, czasem planując wydatki, czasem nie. Przepadamy też za posiadaniem rzeczy, które widzieliśmy w reklamie, a nawet – szczególnie ostatnio – za przytulnością, ciepłem (świece, tkaniny, koce, kubki – marzenie marketingowca), czyli hygge. Nic z tych rzeczy nie odpowiada duchowi minimalizmu, co każe sobie zadać pytanie – dla kogo jest ta idea?

Koncepcja minimalizmu wywodzi się z Azji, gdzie powszechne jest nie-posiadanie, które jednak stanowi pewną oznakę posiadania. To tak, jakby mówić “mam niewiele, ale gdybym tylko chciał, miałbym wszystko. W ten sposób okazuję swoją wyższość nad szarakami przywiązanymi do rzeczy doczesnych”. Idea ta rozpowszechnia się w krajach tzw. Zachodu, gdzie ludzie mają coraz więcej i chcąc się wyróżnić, starają się mieć coraz mniej. Paradoks ten równoważy głoszone wszem i wobec inwestowanie w doświadczenia i przeżycia. Prawdziwy minimalista wyjedzie raczej na Bali niż kupi nową kanapę, albo raczej kupi dizajnerską kanapę niż taką z meblowej sieciówki. Wybierze przy tym najlepszą jakość, na którą wszędzie kładzie się nacisk. Nie ma w tym oczywiście niczego złego, ale zastanówmy się, kto tak naprawdę może sobie na to pozwolić. Z moich zapewne mało miarodajnych badań wynika, że najczęściej minimalizm w naszym kraju “głoszą” kobiety odnoszące sukcesy zawodowe, zazwyczaj pozbawione załączników w postaci dzieci i znajdujące się w związku nieformalnym. Wakacje spędzają za granicą, fotografując minimalistyczne połączenia bieli i błękitu na pięknych greckich wyspach, a jeżeli w Polsce, to w wyjątkowych miejscach, które już za chwilę staną się bardzo modne, gdyż umożliwiają pełne doświadczenie minimalistyczne za prawdziwie maksymalistyczną kwotę. Cała reszta Polaków będzie wtedy upychać parawan na plaży we Władysławowie.

Minimalizm – tak, ale…

Oczywiście jest to przerysowanie i uproszczenie, ale im więcej szukam informacji czy inspiracji w duchu minimalistycznym, tym częściej się irytuję. Powiększając rodzinę i jednocześnie kredytując się po uszy nie mam ochoty wpadać w sidła żadnych specjalistów od marketingu, łącznie z tymi od minimalizmu. Oni jednak czyhają na każdym rogu, czasem wkładając maski spoko-blogerek, co to wolą doświadczenia od rzeczy. Moja przeklęta i utrudniająca życie skłonność do myślenia krytycznego każe mi więc zapytać, komu minimalizm się opłaca? Firmom, które “robią” w wełnie i kaszmirze, portalom zakupowym, showroomom kuszącym wyjatkowością, producentom szokująco drogich mebli i dodatków do wyposażenia wnętrz oraz białych farb, wreszcie wszystkim, którzy potrafią to sprzedać. Osoby w pewien sposób uprzywilejowane opierają swoje profile instagramowe na minimalistycznych hasłach, przyciągając wielu podglądaczy siedzących w wynajmowanych, byle jak urządzonych mieszkaniach i marzących o tym, że pewnego dnia też będzie ich stać na paprotkę stojącą w ręcznie wyplatanym koszu w stylu skandynawskim na tle białej ściany w niemal pustym salonie.

Nie daję się w to wciągnąć i mówię “nie” poradnikom zakupowym oraz każdemu, kto chce mnie przyciągnąć do swoich produktów wmawiając, że są minimalistyczne. Nie stać mnie na to i wcale się tego nie wstydzę. Żadna idea nie namówi mnie do kupna białej koszulki za 200 zł, jeżeli podobną mogę dostać w tzw. second-handzie za 12 zł. Nikt mi nie powie, że idąc po ulicy w płaszczu za 800 zł robię więcej dla świata niż idąc po tej samej ulicy w kurtce z polskiej sieciówki za 120 zł.

Nie mam zamiaru zaśmiecać swojego mieszkania, a wręcz lubię je regularnie odgruzowywać z nadmiaru rzeczy. Staram się nie kupować dziecku plastiku na rzecz drewna i książek, wolę kupić kilo pysznych pomarańczy niż litr soku z koncentratu. Wybierając rzeczy w sklepie staram się zachować logikę i zdrowe, uważne podejście, co nie oznacza, że nie zdarza mi się kupić słodkiej buły lub jogurtu. Preferuję minimalizm w głowie, a nie na Instagramie, czyli na pokaz. Lubię, gdy wszystko się zgadza i pasuje do siebie stylem, charakterem i wyglądem, co nie oznacza, że będę zaciągać kolejny kredyt tylko po to, by urządzić się idealnie minimalistycznie. Jak we wszystkim i tu potrzebna jest równowaga oraz zdolność krytycznego myślenia, co szczególnie w okresie przedświątecznym może się przydać.

A zatem minimalizm tak, ale z głową i bez nadmiernego klikania w linki afiliacyjne 😉

Sztuka życia – sztuka planowania?

Plannery, organizery, kalendarze, notesy, notatniki, aplikacje, bullet journal – wszystko po to, żeby ogarnąć życie, nadać mu rytm i nie uronić ani chwili. Czy rzeczywiście? Na mojej półce powoli kończy żywot kolejny planner na ten rok, który nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań. Za to w internetach roi się od pań i panów swojego i naszego czasu, specjalistek od kolorowego rozpisywania planu dnia i wyznaczania priorytetów, mistrzów określania celów – koniecznie SMART – i innych braci i sióstr w planowaniu. Co to daje? Pewnie jest sporo szczęściarzy, którzy sumiennie planują każdy osobodzień i z zegarkiem w ręku potrafią realizować cele. Jest też jednak wiele osób, które wizja planowania przytłacza i deprymuje. Jako że mi ostatnio temat ten sprawia sporo problemów, postanowiłam sięgnąć po wspomaganie, ale u źródeł, czyli u jednej z moich ulubionych autorek. Zapraszam więc na krótką przygodę ze “Sztuką planowania”.

Sztuka planowania

Wstąpiłam niegdyś na ścieżkę uważności i romansu z minimalizmem, odkrywając kamienie milowe tego ruchu/trendu/prądu, chociażby tutaj. W ten sposób odkryłam też Dominique Loreau i jej cykl o różnych “sztukach”, ale po “Sztukę planowania” sięgnęłam dopiero teraz, gdy rzuciła mi się w oczy w bibliotece. Spodziewałam się wytycznych dotyczących realizowania celów życiowych, kolejnego podręcznika do wypełniania plannera czy obierania priorytetów. Jednak książka ogromnie mnie zaskoczyła, bo nic w niej nie jest oczywiste, a ona sama zaprasza do bardzo szerokiej refleksji nad swoim życiem, pokazując czasem mocno niedoceniane i pomijane jego aspekty.

Zamysł autorki jest bardzo prosty: najłatwiej i najszybciej porządkuje się życie za pomocą… list. Listy przeróżnego rodzaju, na każdą okazję i temat. A dlaczego? Ano jak zauważa Loreau, dzięki swojej zwięzłej formie listy ułatwiają uporządkowanie każdego obszaru życia, dają większą jasność i lekkość umysłu, nie wymagają wielkiego wysiłku i można je sporządzić zawsze i wszędzie. To planowanie w duchu minimalistycznym. Przy czym Loreau nie ogranicza się do list zakupów czy celów życiowych. Jej spisy dotykają najróżniejszych tematów, pozwalając tym samym na rozwój i zwiększenie świadomości na swój temat.

Sztuka życia

Życie – jak wiadomo – to niekończący się festiwal różnych tematów, przewijających się jeden po drugim, czasem po kilka na raz. Aby to ogarnąć i poczuć pełnię, trzeba pracować nad swoją świadomością, sposobem patrzenia na świat i funkcjonowania w nim. To trudne, ale z pomocą przychodzi dziś Loreau i jej listy. Są tu więc spisy dość oczywiste, jak ulubione potrawy czy  składniki w kuchni (śmiejcie się, ale więcej niż pięć nie udało mi się wymienić), ukochane przepisy, no i zestaw rzeczy, które zawsze warto wziąć w podróż (ułatwia życie). Wszystko to praktyczne i przydatne, ale autorka ostrzega, aby nie upychać zbyt wiele na zbyt wielu listach – jej lekarstwem na poczucie przytłoczenia i wynikające z niego zniechęcenie do działania jest…lista tego, co nas przytłacza. Poleca też bardzo prostą metodę – jeżeli jakiś element na liście rzeczy do zrobienia można wykonać w ciągu dwóch minut, należy do niego przystąpić od razu. Jeżeli coś trwa dłużej – określić konkretny termin lub wyrzucić z listy.

Są tu też listy mało oczywiste, a za to dające wgląd w nasze życie. W rozdziałach “Zatroszcz się o siebie” i “Lepsze poznanie siebie” autorka daje nam strasznie dużo roboty. Zaleca więc sporządzenie wykazów swoich największych marzeń, archetypów inspirujących nas do działania, upodobań, najlepszych wspomnień, najbardziej szalonych pragnień, ale i najgorszych koszmarów sennych, rzeczy, których już nigdy nie chcielibyśmy robić i najmniej przyjemnych zdarzeń z naszej przeszłości. Wszystko po to, aby bez taryfy ulgowej przyjrzeć się sobie i zobaczyć w formie punktów, myślników czy czego tam jeszcze chcecie, czarno na białym obraz swojego życia. Wydaje się to aż za proste, ale dla kogoś, kto pisał długaśne elaboraty w pamiętniku rozpamiętujące wszelkie zdarzenia z przeszłości (czyli dla mnie), jest to bardzo odkrywcze, odświeżające i motywujące. Jak pisze Loreau, zgodnie z zasadą zen pamiętniki przytłaczają, odwracają uwagę od istoty sprawy i pozwalają się nad sobą użalać. Za to listy są czytelne, przejrzyste i bez spłycania tematu potrafią w krótkich żołnierskich słowach ukazać sedno problemu.

Zatroszcz się o siebie

Forma listy nie wyklucza poruszania tematów mniej przyziemnych. Loreau dostrzega w niej sposób na uporanie się ze swoimi emocjami, uświadomienie sobie swoich myśli i odrzucenie tych negatywnych. Wychodząc z założenia, że istnieje to, co zapisane, pokazuje drogę do oczyszczenia się z tego, co w naszym życiu złe. Zakazuje przyjmowania postawy ofiary, mówiąc, że:

Uzewnętrznione, przelane na papier frustracje nie stanowią już tak naprawdę części ciebie i nie mają na ciebie wpływu. Wypowiedziane, ujawnione, nie oddziałują już na nas, możemy je kontrolować. To, czego nie potrafimy zrozumieć, wyrazić, nazwać, opisać, jest źródłem niepokoju.

Do każdego problemu poleca typy list, które pomogą w ich rozwiązaniu, co daje narzędzie praktyczne do uporania się z tym, co nas męczy. Żadnej zbędnej psychoterapii i kryptoreklamy kolorowych mazaków do bullet journal – samo “mięso”, konkret, praktyka. A już zupełnie uwiodła mnie nakazem sporządzenia list w temacie “tysiąca i jednej przyjemności”. Każe się tu przyjrzeć temu, co lubimy, co sprawia nam przyjemność i jest w miarę łatwo dostępne. Bez użalania się nad sobą, że jest źle, każe natychmiast poszukać tego, dzięki czemu będzie lepiej. Chodzi tu zarówno o przyjemności zmysłowe (w odniesieniu do pięciu zmysłów), jak i o piękno i estetykę życia, przepisy na szczęście i elementy gwarantujące choćby chwilową “ucieczkę od codzienności”. Dla kogoś, kto od dawna ma poczucie utknięcia w rutynie i użala się nad tym do lustra – bomba!

Sztuka życia = sztuka planowania!

Książka “Sztuka planowania”, dzięki swojej nieoczywistości i bardzo nowatorskiemu podejściu do tematu, pokazała mi, że sztuka życia rzeczywiście oznacza sztukę planowania, ale z ogromną uważnością i odwagą poznania siebie. To akurat żadna nowość, bo do tego samego nawoływali już filozofowie starożytnej Grecji, jednak tu mamy bardzo praktyczne i ogólnodostępne narzędzie, jakim są różnego rodzaju listy. W swej banalności nie grożą przerostem formy nad treścią, za to dają ogromne pole do popisu. Można bowiem pięknie ozdabiać plannery, ale jeżeli będziemy je wypełniać treściami niezgodnymi z naszym wnętrzem, skończą jako estetyczni zbieracze kurzu na półce. W tym roku proponuję więc przyjrzeć się sobie i planować wbrew mainstreamowi – minimalistycznie, zgodnie z zasadami zen, dzięki którym uda się obalić narzucone reguły. A więc do notesów przystąp!

Czy Audrey Hepburn korzystałaby z mediów społecznościowych?

Obrazek nr 1 – moja dawna znajoma w “realu”, a obecna w “wirtualu” zamieszcza na FB obraz z USG przedstawiający jej nienarodzone jeszcze dziecko w bardzo wczesnej fazie rozwoju. Zdobywa mnóstwo lajków i gratulacji. Szok.

Obrazek nr 2 – umiera kolega, jego konto na FB jeszcze chwilę działa. Kto? Jak? Po co? Niesmak.

Obrazek nr 3 – wracam zatłoczonym tramwajem z pracy do domu. 99% współpasażerów, niezależnie od wieku, płci i wyglądu, przegląda media społecznościowe, wyglądając przy tym jak zombie. Pozostałe 1% patrzy przez okno z równie bezmyślnym wyrazem twarzy. Mam poczucie statystowania w “Walking Dead”.

Obrazek nr 4 – kolega zamieszcza na swoim profilu treść pseudopatriotyczno-rasistowską. Oburzam się, na co on mi odpowiada, żebym w takim razie usunęła go ze znajomych na FB. Robię to i czuję się dziwnie.

Obrazek nr 5 – postanawiam wyłączyć się z mediów społecznościowych na weekend. W piątek wieczorem odruchowo uruchamiam internet na telefonie i już już witam się z FB, gdy przypominam sobie o własnym wyzwaniu i rezygnuję. W sobotę do południa jeszcze mną trzepie, ale w niedzielę czuję się cudownie, a moja uważność jest na bardzo wysokim poziomie. W poniedziałek rano okazuje się, że…nic mnie nie ominęło.

Po co nam media społecznościowe?

Jak wiadomo od czasów starożytnych, człowiek to istota społeczna, a kontakty międzyludzkie to oś życia, zazwyczaj jego sens (poza pustelnikami i innymi “freakami”). Rodzina, przyjaciele, znajomi, współpracownicy, współobywatele, przedstawiciele różnych grup społecznych – kontakty z nimi wynikające z chęci lub mniejszego czy większego przymusu stanowią treść naszego życia. Nasze życie jednak się zmienia, nabiera tempa, przypominając często wyścig szczurów, maraton czy jaką tam analogię wybierzecie. Kontakty interpersonalne siłą rzeczy też ulegają zmianie, nabierając cech powierzchowności, tymczasowości i pragmatyzmu. Media społecznościowe to rezultat, a jednocześnie przyczyna takiego obrotu spraw.

Świat informacji przytłacza. Wielość kanałów TV, stron www, blogów, profilów, zdjęć, newsów przyprawia o zawrót głowy, ale też daje poczucie bycia w centrum, posiadania wielu możliwości działania, czasem nawet zbyt wielu. Obezwładnieni ilością dostępnych opcji, przybieramy bezmyślny wyraz twarzy i…scrollujemy portale społecznościowe, podpatrując, co wybrali inni. Najnowsze badania wskazują, że u użytkowników Internetu poziom satysfakcji z życia po odwiedzeniu dowolnego portalu społecznościowego jest mniejszy niż przed wejściem na niego i to niezależnie od poczucia własnej wartości. Cóż, każdy chce się pokazać z jak najlepszej strony, więc trudno tu o szarą rzeczywistość, a jeśli już, to w wizualnie atrakcyjnej formie. Po co nam więc media społecznościowe?

Chcemy mieć poczucie bycia w kontakcie, nawet jeżeli 50% naszych wirtualnych znajomych to awatary osobowości, które kiedyś znaliśmy, a teraz z potrzeby poczucia się lepiej lub gorzej podpatrujemy, jak im się w życiu wiedzie. Jesteśmy zabiegani (a przynajmniej na takich pozujemy, bardzo ciekawy artykuł na ten temat na blogu joannaglogaza.com ), nie mamy czasu na spotkania, nasiadówki, pogaduchy, więc równoważymy to namiastką kontaktu przez FB, zostawianie serduszek pod postami na Instagramie itp. Smutne to, ale prawdziwe i jak na razie tak wygląda rzeczywistość większości dwudziesto- i trzydziestolatków. Skupiamy się na kreowaniu wirtualnego wizerunku, popadając czasem w śmieszność (np. lajkując własne zdjęcia), a często pokazując to, czego nie widzą nawet nasi najbliżsi. Ersatz, cholera, nie życie.

Złoty środek?

Jakiś czas temu wśród osób żyjących z obsługi mediów społecznościowych (tzw. twórców “contentu”) gruchnęła wiadomość, że Facebook “tnie zasięgi”. Oznacza to, że używając sobie tylko znanych algorytmów sprawia, że dany post trafia do o wiele mniejszej liczby odbiorców niż dotychczas, co ma sprawiać, żeby osoby, którym na takim zasięgu zależy (np. blogerzy) płacili za dostęp do użytkowników. Informacja ta spotkała się z oburzeniem, krytyką, a wręcz rozgoryczeniem spowodowanym odebraniem bezpłatnego narzędzia promocji, zaraz potem jednak przyszło otrzeźwienie. Po pierwsze, często zapominamy, że Facebook, Instagram czy Pinterest to prywatne firmy, które wzbogaciły się na naszej próżności i powierzchowności kontaktów interpersonalnych. Po drugie, zapominamy też, że wszystko, co zamieścimy na łamach mediów społecznościowych staje się automatycznie ich własnością. Zdjęcia dzieci (czasem i płodów), najważniejsze chwile z naszego życia, nasza (czasem radosna) twórczość. Czy jesteśmy gotowi na to, że pewnego dnia ktoś je wykorzysta?

Korzystam z mediów społecznościowych głównie ze względów blogowo-promocyjno-edukacyjnych. Staram się unikać zbyt wielkiej “prywaty”, choć wiem, że to pozbawia mnie szansy na zacieśnienie więzów z odbiorcami moich treści. Trudno, biorę to na klatę. Do tej pory udało mi się nie zamieścić żadnego zdjęcia mojego dziecka – dorośnie i będzie chciało, samo sobie zamieści, choć rozumiem wszystkich, którzy to robią. Cudownie jest się chwalić czymś, co nam “wyszło”, warto jednak pamiętać o gronie odbiorców. Moi przyjaciele wiedzą, jak wygląda moje życie, wszystkim innym mogę się podzielić w mediach społecznościowych. To w końcu doskonałe (pod względem zasięgu, nie rzeczowości niestety) narzędzie do dyskusji i poszerzania wiedzy o świecie, dające dostęp do informacji, możliwość oddziaływania na jego kształt i istotnie ułatwiające pracę. Jedyne, o czym trzeba pamiętać moim zdaniem to to, aby takim narzędziem pozostało, a nie pożeraczem czasu i chęci do życia.

Czy Audrey Hepburn korzystałaby z mediów społecznościowych?

Audrey Hepburn, dla mnie synonim elegancji, inteligencji i dobroduszności, kochała swoją rodzinę i przyjaciół, ale potrafiła też okazywać zainteresowanie i sympatię zupełnie obcym ludziom. Uwielbiała spotykać się z osobami jej bliskimi, zasiadać z nimi przy stole i rozmawiać o życiu. Czy zamieniłaby to na klikanie serduszek i kciuków skierowanych w górę? Wątpię, choć pewnie nie omieszkałaby uczestniczyć w mediach społecznościowych, aby pisać o swoich akcjach na rzecz praw dzieci i nagłaśniać problemy, które ją bolały. To moim zdaniem najlepszy użytek, jaki można teraz uczynić z posiadania przeróżnych profilów. Warto to robić w taki sposób, aby nie zapomnieć, że koniec końców to tylko narzędzie, a profil tak naprawdę i tak mamy jeden 🙂

Santosa i wabi sabi, czyli po co patrzeć na Wschód

Siedzę w zimnym biurze, patrzę przez okno, za którym pada deszcz i myślę o wszystkich sprawach, które mam do załatwienia. Życie potrafi przytłoczyć, to pewne, a w zależności od nastroju zawsze można znaleźć coś, co nam humor poprawi lub popsuje. Szukam więc w sobie jakiegoś sposobu na tę życiową zawieruchę, ale chyba w tym przypadku lepiej będzie, jak spojrzę na Wschód…

Mówi się, że Polak mądry po szkodzie – co jednak robić, gdy szkoda dzieje się i dzieje i trzeba przez nią przejść, najlepiej nie tracąc radości życia i sił witalnych? Cóż, Polska tu zbytnio nie pomoże, za to pomocną dłoń wyciągają dwie mądrości Wschodu, ale spokojnie – obędzie się bez ajurwedy i innych magicznych proszków 😉 Oto przedstawiam dwa hasła, które od jakiegoś czasu znacznie ułatwiają mi życie i radzenie sobie z przykrymi niespodziankami, jakie czasem niesie.

SANTOSA

A cóż to? Pozycja w jodze czy nazwa czwartej czakry serca, którą pobudzę kichnięciem przez lewą dziurkę w nosie? Otóż nie, santosa to element praktyki jogina, który idealnie przydaje się na co dzień. Samo to słowo oznacza “zadowolenie” i właściwie na tym cały wic polega – na umiejętności odczuwania zadowolenia z tego, co mamy, bez smutku i zazdrości, że akurat nie mamy czegoś innego. Oczywiście wymaga to baaardzo dużo uważności i świadomości, bo nic tak łatwo człowiekowi nie przychodzi jak zazdrość i poczucie niedosytu.

Tak naprawdę wiele z nas ma tendencję do użalania się nad sobą i jęczenia tylko po to, by ktoś pogłaskał nas po główce i grzecznie zaprzeczył. Łatwo tak żyć, gdy kłopoty są niewielkie i błahe, ale kiedy pojawiają się “prawdziwe” problemy – poważna choroba, kryzys małżeński czy długi – słuchaczy jakby nieco mniej, a my zaczynamy marzyć o tym, żeby znów móc się poużalać na choćby krzywe spojrzenie kolegi z pracy czy przemoknięte buty. Santosa uczy, aby niezależnie od tego, co się dzieje, co tracimy, cieszyć się tym, co akurat mamy. W najgorszym razie – tym, że żyjemy. No hej, niekażdy ma to szczęście 😉

U mnie santosa sprawdza się ostatnio bardzo, choć wymaga samodyscypliny, nie powiem. Weźmy choćby ostatni powrót z weekendu – odwiedzamy co jakiś czas teściową, co wymaga pokonania niemal całej przeklętej autostrady A4. Przeklętej, bo tam zawsze, niezależnie od pory dnia czy roku, coś się dzieje. Wracaliśmy w niedzielę wieczorem nieco później niż zawsze i gdzieś w okolicach Krakowa usłyszeliśmy informację o wypadku i tworzącym się korku. Aby go ominąć, musieliśmy stać w długiej kolejce do zjazdu, a że byliśmy już zmęczeni, o “psioczenie” nie było trudno. Po chwili jednak okazało się, że tamten wypadek był śmiertelny, zginęło dwóch chłopaków niemal w naszym wieku z Podkarpacia. Jechali do pracy? Wieźli osławione słoiki tak jak my? Byli zmęczeni? Mieli dzieci? Nie wiadomo, ale gdybyśmy wyjechali wcześniej, czyli tak jak zazwyczaj, czy mógłby nas spotkać ich los? Nie wiemy, ale wiemy, że mimo zmęczenia poczuliśmy właśnie to, co daje santosa – zadowolenie, że żyjemy, z tyłu w foteliku śpi dziecko i pójdziemy dziś spać w swoim łóżku. Żywi.

WABI SABI

Wabi sabi to niesamowita koncepcja rodem z Japonii, która od razu przypadła mi do gustu, gdy tylko się o niej dowiedziałam. Jest to sztuka znajdowania piękna w braku perfekcji, głębi w naturze, akceptowania naturalnego cyklu rozwoju i upadku, życia i śmierci. Zrozumienie natury świata i delikatny uśmiech, gdy zdamy sobie z niej sprawę. Chodzi tu o autentyczność, celebrowanie życia takim, jakie jest, bez retuszu, udawania i nadmiaru plastiku. Dobrze tę koncepcję obrazuje choćby stara poklejona waza – Polak wyrzuci lub ukryje sklejoną z tyłu szafy, Japończyk sklei, żeby było widać dokładnie pęknięcie i ustawi na widoku. Taka waza to symbol życia – bywa piękne, ale też miewa mnóstwo rys, a jednak trzyma się razem i daje radość.

Nikt nie jest idealny. Często zdajemy się o tym zapominać, gdy tylko coś pójdzie nie tak lub zaczynamy się porównywać z innymi. Cóż, też mi się to zdarza, a szczególnie gdy dopadnie mnie rutyna, znudzenie i frustracja. Jak jesteś pracującą mamą, ze sporym bagażem obowiązków, to tak się dzieje. Gdy po raz piąty w tygodniu układasz puzzle ze Strażakiem Samem albo robisz baby w piaskownicy przychodzi taka chwila, gdy masz ochotę zacząć biec i nie oglądać się za siebie. To jest właśnie moje wabi sabi – zatrzymuję się wtedy na moment i robię krótką kalkulację, oczywiście gadając sama do siebie (spokojnie, jeszcze nikt “życzliwy” mnie na tym nie przyłapał ;p). Marzyłam o dziecku? Tak! Byłam najszczęśliwszą osobą na świecie, gdy wiedziałam już, że się pojawi? Tak! Dostaję cholery na widok zjeżdżalni i samochodzików? Tak! I nic się tu ze sobą nie gryzie! To jest wabi sabi – perfekcyjna antyperfekcja i ja się w tym odnajduję.

Po co patrzeć na Wschód

Hej, życie bywa ciężkie i w moim wieku (huhu!) już właściwie wszyscy o tym wiedzą. Choroby, kłopoty, nieporozumienia, polityka, finanse, kredyty, odpowiedzialność – znamy to i przerabiamy na różne sposoby w wielu wersjach. To jedna rzecz, której się nie zmieni, ale można zrobić coś innego – nauczyć się patrzeć na te sprawy inaczej, czerpiąc z nich siłę. Santosa – zadowolenie – i wabi sabi – znajdowanie piękna w brzydocie – to dwie koncepcje, które  mnie tego uczą. Czasem trzeba się mocno natrudzić, żeby znaleźć coś dobrego, dającego siłę, ale póki żyjemy – da się.

Polacy uwielbiają narzekać, ale czy nie jest tak, że tę prawdę objawioną powtarzamy w formie usprawiedliwienia, zaklęcia? Narodowość nie musi nas determinować w aż takim stopniu. Warto czerpać z innych kultur to, co w nich uniwersalne i mądre. Dla mnie mądra jest uważność, samoświadomość, zadowolenie i sklejanie pękniętej wazy. Tym razem 1:0 dla Wschodu 🙂

Jak nauczyłam się kochać swoje ciało

Statystyczna kobieta. Istota ludzka niezmiennie nastawiona na odbiór rzeczywistości, przefiltrowanie jej przez własne przekonania i kompleksy i wyplucie dalej. Osoba, która musi czuć się pewnie, żeby wydawać się pewną, poddająca się stale w wątpliwość i sprawdzająca, czy wszystko z nią w porządku. Nierzadko cierpiąca na syndrom “ona ma lepsze nogi i więcej zarabia”, rzadko z siebie zadowolona. Czasem chce walczyć o swoje prawa, a czasem nie ma na to siły. Interesuje się tym, co się dookoła niej dzieje, ale nie uważa, by mogła wiele z tym zrobić. Kupuje wciąż nowe poradniki, zamiast szukać mądrości i wartości w sobie.

Ciało statystycznej kobiety. Nigdy idealne, zawsze coś można w nim ulepszyć, wygładzić, poprawić. Czasem wysportowane, czasem noszące ślady intensywnej eksploatacji, rzadko w odczuciu kobiety po prostu piękne. Włosy nie takie – a to za mysi kolor/zbyt się falują/proste jak druty/za mało/za dużo/za krótkie/za długie, skóra nie taka – zbyt napięta/za obwisła/za jasna/za ciemna/zbyt nierówna/za mało błyszcząca/ciągle się świeci, oczy nie odpowiadają – za małe/za duże/za głęboko osadzone/nieodpowiedni kolor… Uff, bycie takim ciałem to ciężka praca. Ciągle trzeba coś ze sobą robić, nie można po prostu być i cieszyć się życiem, bo zawsze jest coś do poprawki.

Mój dwuletni syn kilka dni temu – założyłam mu koszulkę i powiedziałam, że świetnie wygląda. Podszedł do lustra, popatrzył na siebie i się uśmiechnął…
Nieustannie zaskakuje mnie fakt, że tak wiele kobiet, wykształconych, spełniających się w pracy i innych sferach, mądrych, myślących itp. tak rzadko akceptuje swoje ciało, nie mówiąc o kochaniu go. Wciąż się cenzurują (to uwydatni moje wielkie ramiona, a w tym widać tylko moje zbyt szerokie biodra) i marnują czas na umartwianiu się dla piękna, urody, podziwu, zamiast po prostu korzystać z ciała i się nim cieszyć. Czemu mówię “one”? Ha, bo też taka byłam, ale szczęśliwie już sobie z tym poradziłam, a że teraz “ciałopozytywność” w cenie, postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze w tym temacie.

Droga do ciała

Wyjaśnijmy sobie jedno – nie jestem idealna, tak jak i moje ciało. Mogłabym wyliczać jego niedoskonałości, ale po co? Zasada numer 1 akceptowania siebie – ideał nie istnieje! Po prostu. Można mieć różne wizje piękna, aspirować do niedoścignionych wzorców, ale to tylko strata czasu. Największa wartość, a jednocześnie najtrudniejsza do przyjęcia? Bycie sobą.

Historia mojego ciała nie jest łatwa ani przyjemna. Było wiele momentów, kiedy go nienawidziłam, takich, w których jako bardzo młoda dziewczyna leczyłam je w szpitalach i aptekach, ale też takich, w których tzw. koleżanki informowały mnie, dlaczego nie pasuje do zdjęć z “Bravo”. Robiły to zresztą dość brutalnie – tłumacząc, że nie powinnam na przykład odsłaniać uszu, bo mam je jak Dumbo, czy nosić getrów, bo jestem za chuda. Okres dojrzewania oczywiście niczego nie ułatwiał, ale to przechodził akurat każdy. Było też tak, że moje ciało musiało się bronić przed światem zewnętrznym i myślało, że musi bronić też mojej duszy. Spinało się, chroniło przed ciosami, a ja miałam mu za złe, że robi to za słabo.

Potem zaczęła się “prawdziwa” kobiecość, czyli wejście w świat relacji damsko-męskich, który bywa jeszcze okrutniejszy niż liceum w najgorszej dzielnicy miasta. To świat, w którym nie bierze się jeńców, a każda uwaga czy krzywe spojrzenie może w jednej chwili zabić pewność siebie. To świat, w którym trzeba być najlepszym strategiem – wiedzieć, co ubrać, a czego broń Boże nie zakładać, żeby nikt nie pomyślał, że jesteś “łatwa”. To świat, w którym odsłonięcie ramion lub pomalowanie ust potrafi zdecydować o dalszych losach i ciągle trzeba się mieć na baczności. Przynajmniej kiedyś tak myślałam. Byłam chuda, ładna, niepewna siebie. Wtedy przyszedł on – ten, który chciał to siłą wykorzystać, ale któremu uciekłam. Moje ciało po tym wydarzeniu zamknęło się w sobie, ale potem przyszedł moment olśnienia – to nie moja wina! Dlaczego mam udawać, że nie mam ciała, skoro ono jest dla mnie, dla mojego czerpania z życia!

Wtedy przyszedł bunt wobec tej rzeczywistości, a wraz z nim “prawdziwy” życiowy feminizm. Metodą prób i błędów zaczęłam uczyć się swojego ciała, tego, co mi daje, a czego nigdy mi nie da. Jak wiele innych ciał musiało poddać się wielu zabiegom medycznym, ale doceniam je za to, że im podołało. Potem zrobiło coś niesamowitego – dało mi macierzyństwo i za to pokochałam je już na 100%. Teraz zapowiada się powtórka z rozrywki i choć jest nam – mi i ciału – nieco trudniej, każdy dzień to nowa okazja do pogłębiania tej relacji. Nie jest bowiem tak, że ciało zawsze łatwo kochać, o nie. Czasem słabnie, gdy ja chcę biec dalej, albo każe się położyć, gdy mam jeszcze tysiąc planów. Zazwyczaj ma rację, czym mnie wkurza, ale jakoś sobie wspólnie radzimy.

Jak nauczyłam się kochać swoje ciało?

Całkiem zwyczajnie – popatrzyłam na nie uważnie w lustrze i gdy już miałam zacząć wyliczać jego wady, uśmiechnęłam się do siebie i pogłaskałam. Zrezygnowałam z samobiczowania, a zamiast tego zaczęłam o siebie dbać tak, jak mi to odpowiada, a nie jak mówi mainstream. Chcę być zdrowa i silna, ale po to, by czerpać z życia garściami, a nie dobrze prezentować się na selfie. Tak, wiem, że to brzmi tkliwie i niepoważnie, ale sama sprawa jest poważna. Pokochanie swojego ciała wiele ułatwia – oszczędza się na przeróżnych smarowidłach do najmniejszych nawet niedoskonałości, oszczędza się czas i przestrzeń na myślenie o prawdziwych wyzwaniach, no i żyje się po prostu lżej. Patrząc na okładki pism kobiecych nie czuję już żalu i smutku, ale radość – ja jestem prawdziwa, one są pokiereszowane fotoszopem i innymi odsysaczami tłuszczu.

Uważam, że zbyt wiele energii poświęcamy my – kobiety statystyczne – na kompleksy, porównywanie się z innymi i kreowanie swojego wizerunku, jak się to teraz modnie nazywa. Styl mieć warto, to jasne, ale spędzać godziny przed lustrem i wciskać się w majtki wyszczuplające? Dziękuję, wolę prawdziwe życie i prawdziwych ludzi. A prawda nie zawsze jest łatwa 😉