Sztuka świadomego życia

5 rzeczy, które wywołały u mnie uśmiech w tym miesiącu (NOWY CYKL)


Photo by rawpixel on Unsplash

Po ostatnim wpisie dostałam sporo komentarzy, iż tekst jest smutny i czemu ja też jestem taka smutna itp. Otóż pragnę zdementować – NIE JESTEM SMUTNA! Bywam, to prawda, ale czy wszyscy musimy chodzić z przyklejonym uśmiechem? Choć napotykam ostatnio sporo trudności życiowych, w żaden sposób nie oznacza to, że nie doceniam tego, co mam, snuję się po kątach w czarnych ciuchach (choć głęboką czerń uwielbiam) i chlipię bezwładnie na szezlongu (ech, zawsze chciałam mieć szezlong, ale jakoś nie wyszło). Jest wprost przeciwnie – działam, pracuję, rehabilituję, jeżdżę, rozmawiam, czytam, bawię się – żyję po prostu. Doceniam to, co mam, ale żeby nie były to czcze słowa, wprowadzam od tej pory nowy cykl na blogu – wpis ostatniego dnia miesiąca na temat 5 rzeczy, które w tym miesiącu wywołały u mnie uśmiech. No to zaczynamy 🙂 (więcej…)

Jestem mamą chorego dziecka

Moje roczne dziecko ma nowotwór. Albo miało. W każdym razie guz wycięto, „została” rehabilitacja i kontrola. To już za 20 dni. Właściwie do tej pory nie miałam miejsca na refleksję na ten temat, a przecież nowotwór to diagnoza, która powala. Mojego dziecka nie powaliła i mam nadzieję, że tak pozostanie.

Ludzie mierzą się w życiu z różnymi trudnościami. Zazwyczaj są to drobne rzeczy, które urastają do rangi problemów życiowych. Brzydka pogoda, nudna praca, przeziębienie, korki – to wszystko są sprawy, które mogą uprzykrzyć życie, ale nie stawiają go na ostrzu noża. Sprawy trudne, ostateczne, jak poważna choroba, zdrada, przemoc, depresja, to nie są rzeczy medialne, o których można pisać w mediach społecznościowych. No chyba, że zrobi się z nich swój przymiot. Taka depresja jeszcze może być pociągająca – w sensie przyciągania obserwatorów. To jak z patrzeniem na auta po wypadku samochodowym, gdy się koło nich przejeżdża. Ciężko oprzeć się pokusie wojeryzmu. (więcej…)

Jak być dobrym – przewodnik naiwniaczki

photo by Nick Fewings

Ciemność nie może przezwyciężyć ciemności, uczyni to tylko światło. Nienawiść nie może przezwyciężyć nienawiści, Może to zrobić jedynie miłość.”

Martin Luther King

Dokładnie dziś mija rok odkąd urodziłam młodszego syna – tego, z którym życie każe nam się trochę natrudzić 😉 Z tej okazji miałam napisać tekst o czymś zupełnie innym, ale życie pisze własne scenariusze, więc tym razem podporządkuję się mu. Nasz kraj przechodzi teraz trudne chwile – brzmi to nieco górnolotnie, ale oddaje rzeczywistość, w jakiej się znajdujemy. Morderstwo wartościowego, cenionego lidera przez człowieka chorego, można by rzec ofiarę niewydolnego systemu więziennictwa i towarzysząca temu szopka polityczna, nieuzasadniony hejt (czy może być uzasadniony?), wszechobecny żal i smutek to okoliczności, z których może wyniknąć zarówno coś bardzo dobrego, jak i złego. Stawiam na dobro. (więcej…)

6 najchętniej czytanych wpisów na Audrey Cafe w roku 2018

Dawno, dawno temu, czyli w zeszłym roku, moje życie przewróciło się do góry nogami, a teraz niczym żuk gnojowy macha cienkimi odnóżami, żeby wrócić do jako takiej równowagi. O przyczynie tego stanu wspominałam na moim fan page’u na FB – mój drugi synek najpierw się urodził, a potem poważnie zachorował, wskutek czego musiałam wiele rzeczy poprzestawiać, żeby rzucić mu się na pomoc. Zabieram się powoli do napisania długaśnego wpisu na ten temat, ale zanim to uczynię, przedstawiam Wam 6 najchętniej czytanych i komentowanych wpisów na blogu w zeszłym roku. A nuż coś Wam umknęło i tak wartościowa zawartość pozostała niezauważona? 🙂 (więcej…)

4 rzeczy, które z powodzeniem wymieniłam na wersję eko

Kiedy byłam mała, uwielbiałam oglądać kreskówkę “Kapitan Planeta”. Superbohater – Kapitan Planeta oczywiście – z pomocą grupy nastolatków i Gai – dobrego ducha Ziemi – ratował tam naszą planetę przed zniszczeniem. Sprowadzał zaśmiecaczy i niszczycieli Ziemi na dobrą drogę, uczył dbać o środowisko i w ogóle był niesamowicie cool. Być może ta bajka zryła mi psychikę, bo teraz nie potrafię przejść obojętnie obok śmieci w lesie czy w górach (ku rozpaczy towarzyszy zbieram te wszystkie butelki po wódce i torebki po chipsach, żeby je potem wyrzucić). Niby staram się być eko, ale czy mogę robić więcej?

Zero waste, less waste, much waste – świadomość ekologiczna rośnie, choć często na niej się kończy. Bombardowani zdjęciami żółwi zadławionych plastikiem czy konika morskiego nadzianego na patyczek do uszu często odwracamy wzrok, przekonując się, że my to przecież jesteśmy w porządku. Otóż niestety nie, nie jesteśmy w porządku i czas o tym powiedzieć głośno. Być może bardziej odczuwają to “dzieciaci”, bo raz, że siłą rzeczy produkują więcej śmieci, a dwa, że od czasu do czasu przez głowę im przemknie, jaką to planetę zostawią swoim dzieciom i wnukom, mimo to do zmian zachęcam KAŻDEGO i KAŻDĄ! Choć lektura książki “Jak zerwać z plastikiem” jeszcze przede mną, zrobiłam mały rachunek sumienia i postanowiłam działać już teraz. Nie jestem zwolenniczką wielkich rewolucji, bo wiem, że o wiele skuteczniejsza jest metoda kaizen, czyli małe kroki. Tak wybrałam 4 rzeczy, które z powodzeniem zamieniłam na wersję eko, a to dopiero początek.

1. Wielorazowe waciki

To był mój wielki wyrzut sumienia – waciki. Użyte raz i wyrzucane, a potem rozkładające się trylion lat. Miałam duży opór psychiczny przed wersją wielorazową – przede wszystkim z tytułu odpowiedniej higieny, wygody i wydajności stosowania. Okazało się, że nie ma żadnego problemu. Waciki, które kupiłam nie są może bombastycznie chłonne, ale im częściej prane, tym lepiej, a do tego mają wiele zalet:

  • są produkowane w Polsce,
  • uszyto je z antybakteryjnej dzianiny bambusowej, przez co są BARDZO miękkie i przyjazne dla skóry. Z jednej strony są gładkie – idealne do zmywania makijażu, a z drugiej nieco chropowate, dzięki czemu doskonale zastępują peelingi i inne złuszczacze,
  • bardzo szybko schną,
  • są większe niż zwykłe waciki, przez co wydajniejsze.

2. Wielorazowe wkładki laktacyjne

Wiem, że to towar niszowy, ale jeżeli kiedykolwiek będziecie potrzebować lub znacie kogoś, kto używa – polecam! Nie zliczę, ile jednorazówek zużyłam, dopóki nie odkryłam tej opcji wielorazowej, ale teraz używam praktycznie tylko ich i to naprawdę działa. Wkładki wykonane ze 100% poliestru nie przeciekają, nie podrażniają i szybko schną. Moje są kolorowe, co dodatkowo czasem poprawia mi humor 🙂 Dostępne są też jednak wersje w kolorze białym, także dla każdego coś miłego.

3. Ekologiczne podpaski jednorazowe

Okazuje się, że temat menstruacji w kontekście ekologii jest bardzo sporny. Zwykłe podpaski i tampony rozkładają się tysiące lat, w dodatku zdarza się, że podrażniają i są nieprzyjemne w użyciu. Jako że potrzeba matką wynalazku, powstało wiele różnych rozwiązań przyjaznych dla środowiska. Są więc podpaski wielorazowe, kubeczki menstruacyjne oraz ekologiczne podpaski i tampony jednorazowe. Ja wybrałam podpaski jednorazowe, które są biodegradowalne i hipoalergiczne, a dzięki wykonaniu z certyfikowanej bawełny organicznej, gwarantują spokój sumienia. Nie zawierają szkodliwych substancji chemicznych, pakowane są w biofolię ze skrobi kukurydzianej i…są naprawdę przyjemne w stosowaniu, co moim zdaniem jest istotne. Ich chłonność także nie pozostawia nic do życzenia, a cenowo są porównywalne z podpaskami nieekologicznymi z nieco wyższej półki, zatem dla mnie wszystko przemawia za ich stosowaniem. Nie żałuję tej zmiany i na pewno będę się jej trzymać.

4. Naturalna szczoteczka do zębów

Czy wiecie, że włókno “zwykłych” szczoteczek plastikowych bardzo często zawiera Bisfenol A? Ta substancja o udowodnionym działaniu karcenogennym, codziennie wcierana w dziąsła nie może pozostać bez wpływu na nasze zdrowie. Gdy sobie to uświadomiłam, zmieniłam szczoteczki wszystkim domownikom bez wyjątku na wersję naturalną. Najpierw bałam się, że efekt czyszczenia będzie dużo gorszy (wiem, że to nieracjonalna obawa ;)), ale przecież dla skuteczności mycia zębów ważna jest technika i częstotliwość, a nie tylko sprzęt, i ta zasada się sprawdza. Jedna rzecz – nie da się porównać efektu zapewne z tak zalecaną szczoteczką soniczną, ale że i tak nie mam w planach jej zakupu, opcja naturalna jest o wiele lepsza.

Szczoteczka jest biodegradowalna i pozbawiona BPA. Jej rączka wykonana jest z bambusa – jednej z najszybciej rosnących roślin na Ziemi, a włosie – biodegradowalne – z bio nylonu zrobionego z oleju rycynowego (magia!), dzięki czemu jest całkowicie bezpieczne i nieszkodliwe dla środowiska oraz zdrowia. W dodatku korzystanie z niej jest przyjemniejsze niż w przypadku plastiku i sprawdza się także przy dziecku – o wiele chętniej myje ząbki tą szczoteczką, zupełnie niekolorową i pozbawioną badziewnych obrazków z bajek niż kiedyś. Polecam!

Mówi się, że kropla drąży skałę. Jane Goodall powiedziała, że na świat trzeba patrzeć jak na puzzle – cały obrazek przytłacza i zniechęca, ale jeżeli każdy zajmie się jednym kawałkiem układanki, można odzyskać wiarę w sens działania i przyszłość. Zgadzam się z tym i ta myśl powstrzymuje mnie przed całkowitym ekologicznym pesymizmem. Wiem, że to dopiero początek mojej eko-drogi. Stosujemy w domu też ekologiczne środki czystości, których nie pokazałam, pieluchy wielorazowe dla malucha i eko-tabletki do zmywarki (w fazie testów). Niemniej jednak nadal produkujemy za dużo śmieci i śladu węglowego. Na szczęście wszystko przed nami, a jeżeli i Wy chcecie spróbować eko-drogi – polecam zacząć od małych kroków, choćby takich, jak ja wykonałam.

A może znacie jeszcze jakieś małe sposoby na wielkie zmiany? Dajcie znać w komentarzach!

10 sposobów na rozpoczęcie nowego roku…we wrześniu

Wpis inspirowany blogiem Simply Luxurious Life

Idzie jesień. Z faktem tym nie da się dyskutować (choć mój trzylatek próbuje, negocjując pominięcie jesieni na rzecz zimy…). Odkąd pamiętam, zawsze uwielbiałam wrzesień. Początek szkoły, nowe możliwości, pachnące zeszyty i długopisy gotowe do zapisywania notatek. Wiem, że strasznie to kujońskie, ale nic na to nie poradzę 🙂 Najczęściej już w październiku srogo żałowałam swojego entuzjazmu, ale teraz to się zmieniło. Jesień bowiem to idealny moment na rozpoczęcie…nowego roku. Początek szkoły, koniec wakacji, pogoda bardziej sprzyjająca skupieniu na działaniu i rozwoju. Czemu nie? Francuzi ukuli nawet frazę “La Rentree“, która oznacza właśnie powrót do szkoły, a w szerszym zakresie znaczeniowym – nowe jesienne początki. W końcu wieloma z nas kieruje chęć życia tak, jak naprawdę chcemy i jak potrzebujemy, czemu by więc nie zacząć od września?

10 sposobów na rozpoczęcie nowego roku we wrześniu

1. Posprzątaj

Wiem, nuda, ale za to jaka odświeżająca. Sprzątania jest dużo, ale skupmy się na tym, co najważniejsze:

  • szafa – garderoba jesienna wymaga cieplejszych tkanin, mięsistych swetrów i kolorów, które będą nam poprawiać humor w listopadową szarugę. Zanim zacznie się wrzesień, robię przegląd ciuchów – utylizuję te, które się już nie nadają, przekazuję dalej te, z których “wyrosłam” (no comment ;p) i przygotowuję listę, czego mi potrzeba. Jak nakazuje minimalizm i stan mojego portfela, staram się kupować raz, a dobrze, co wymaga nieco więcej zachodu.
  • biblioteczka – książki przeczytane idą dalej, książki nieprzeczytane są analizowane i układane tak, aby przypominały, że mam się za nie zabrać, a do tego powstaje planowana lista zakupów i wyjść do biblioteki. Tej jesieni mam zamiar oszczędzać, więc np. na wrzesień nie planuję ŻADNYCH zakupów książkowych (będzie bolało).
  • mieszkanie – w naszym nowym mieszkaniu jesteśmy od kwietnia, ale już wychodzą na jaw rzeczy do poprawy/zmiany/przeprojektowania. Do tego już się nieco zagraciliśmy (zabawki!) i miejsca jakby się robi mało, więc potrzebne będzie gruntowne sprzątanie z bezlitosnym wyrzucaniem wszystkich “przydasiów”. Do tego kuchnia – wymaga zmiany menu i po ustaniu upałów zachęca w końcu do gotowania, więc też muszę to uwzględnić. Poza tym jesień to czas hygge, więc warto zaopatrzyć się w kilka świeczek, ciepły koc i inne czasoumilacze 🙂

2. Przemyśl swój plan dnia

W naszej szerokości geograficznej jesień nieuchronnie wiąże się z szarymi, a potem ciemnymi porankami i szybciej zapadającymi wieczorami. Mimo mojej miłości do aktywnego spędzania czasu, nie ma się co oszukiwać, że jesienią zwalniam tempo i więcej jestem w domu. Już dawno przestałam się kopać z koniem i przestawiam się wtedy na nieco wolniejszy tryb życia. Książki, gry planszowe, spacery z termosem – witajcie! Z kolei ogromną przyjemnością są teraz wycieczki do parków, lasów i w góry – te kolory i zapachy! Jesienią czeka nas też zmiana czasu, więc wszystko to warto uwzględnić i pomyśleć, jak chcemy, aby wyglądały nasze dni. Kiedy jesteśmy aktywniejsi, a kiedy wolimy odpocząć. Bez spinania się, z uważnością na siebie.

3. Zajmij się swoim rozwojem

Lato jest szalone – gorące, szybkie, pełne soczystych smaków i wielu możliwości. Większość z nas jest wtedy w ruchu, urlopuje się i korzysta ze słońca. Jesień to z kolei świetny czas na rozwój. Zaczynają się kursy, szkolenia, jest większa motywacja do czytania. Dlaczego nie skorzystać? Dla zapracowanych i mających problem ze swobodnym wyjściem z domu jest bogata oferta kursów online. Są też podcasty, filmiki szkoleniowe, fora, grupy mastermind… Do wyboru, do koloru!

4. Zaplanuj budżet

Nie wiem jak u Was, ale u mnie lato to czas nieco bardziej nieskrępowanego wydawania pieniędzy. Lody, gofry, samochodziki, wstępy do różnych parków tematycznych, niezliczone koszulki i spodenki… Kasa wypływa, a z powodu urlopu pracy i wpływów mniej. Dlatego też jesień to czas podsumowania i zaplanowania na nowo budżetu domowego i osobistego. Dla mnie temat pieniędzy wiąże się ze stresem, więc żeby go odczarować uczę się planować. Przyjemności, obowiązki, niezbędne akcesoria, a potem przygotowania do…świąt. Do tego jakieś wyjazdy weekendowe (góry!), kurtki jesienno-zimowe… Uff, jest tego trochę, dlatego na początku września siadam i planuję. Nie ma, że boli.

5. Zadbaj o zdrowie

Niby nikomu nie trzeba tego powtarzać, ale jako zapracowane kobiety (i mężczyźni też) raczej jak ognia unikamy badań okresowych i wizyt kontrolnych u lekarza, zwłaszcza gdy “nic się nie dzieje”. Niestety trzeba trzymać rękę na pulsie (dosłownie) i pilnować zdrowia, aby uniknąć problemów. Tym bardziej, że jesień to czas ukochany przez farmaceutów wszelkiej maści – jak świeże bułeczki “idzie” wtedy multiwitamina, leki przeciwgorączkowe i inne preparaty na odporność. Dbajmy o siebie! Zaplanujmy na jesień wizytę kontrolną u ginekologa z cytologią, zbadajmy piersi (październik to miesiąc walki z rakiem piersi!), zróbmy badania krwi i idźmy do dentysty. Mówię to też do siebie, bo mam swoje za uszami w tym temacie. Jesień to dobry czas na zadbanie o zdrowie i złapanie jeszcze trochę odporności przed zimą.

6. Zmień menu

W Polsce jesień to prawdziwy czas obfitości. Jabłka, śliwki, cukinie, ziemniaki – słowem przeróżne owoce i warzywa uzyskują najlepszy smak i pełne są witamin. Choć nie mam czasu ani zacięcia do robienia przetworów i innych kiszonek wiem, że warto je jeść, żeby wzmacniać odporność. Poza tym na talerzu łatwiej teraz o kolory i pełne smaki, gotowane i pieczone, dla kontrastu z latem, w którym opychamy się głównie arbuzem. I choć żal mi malin i truskawek, zaraz pojawiają się grzyby i inne pyszności, które warto uwzględnić w diecie i dostosować menu do pory roku, żeby było zdrowiej – bez niepotrzebnego przetwarzania i przechowywania w transporcie.

7. Zaplanuj przyjemności dla ciała

Jesień jest trudna – robi się chłodniej, chce nam się spać, a poziom energii spada. Do tego dochodzą powakacyjne zniszczenia – wysuszona skóra, osłabione włosy i paznokcie zmęczone częstszym malowaniem. Dlatego też warto zadbać o jakieś przyjemności dla ciała, które bardzo poprawiają samopoczucie. Wizyta u kosmetyczki, fryzjera, skompletowanie swojego “home SPA” – wszystko to sprawi, że łatwiej będzie poradzić sobie ze zmianą pór roku.

8. …i dla ducha

Jesień to czas premier książkowych, filmowych i muzycznych. Teatry zmieniają repertuar, wszyscy zdają się odżywać po wakacyjnej sjeście. Jeżeli masz czas i ochotę, korzystaj z tego! Czytaj, oglądaj, słuchaj, chadzaj na koncerty. Żyj twórczo i kolorowo, a łatwiej poradzisz sobie z jesienną szarówką.

9. Nie narzekaj na pogodę

Ok, to chyba najtrudniejszy punkt do wykonania, szczególnie znając polską tendencję i niepomagającą w zmianie pogodę – choć cieszymy się złotą polską jesienią, nienawidzimy listopadowej maziugi, zimnych poranków i siąpiącego deszczu, które niechybnie przed nami. Nie dajmy się! Nie ma chyba nic mniej produktywnego i motywującego niż narzekanie na to, czego nie można zmienić – na pogodę. Osobiście staram się tego nie robić i bardzo mnie to irytuje u innych. Skandynawowie – którym pogody raczej pozazdrościć nie można – mówią, że nie ma złej pogody, jest tylko nieodpowiednie ubranie i ja się z tym zgadzam w całej rozciągłości! Uwielbiam ciepłe, miękkie szaliki i rękawiczki, mam kurtkę przeciwdeszczową i nie rezygnuję jesienią z roweru. Jeżeli zdarza Ci się narzekać na pogodę, staraj się być tego świadomym i spróbuj to zmienić – na początek po prostu powstrzymaj się od komentarza i – błagam! – nie zamieszczaj w mediach społecznościowych swoich epopei na temat beznadziejności deszczu i błota. Zapewniam, że Twoi znajomi mogą bez tego żyć.

10. Zaplanuj jesienny lub zimowy wyjazd na weekend lub dłużej

Nawet jak człowiek na tą pogodę już przestanie narzekać, to i tak wiadomo, że nie jest z niej do końca zadowolony. Pojawia się jesienna deprecha, nic nam się nie chce i psioczymy na wszystko. Warto poprawić sobie humor zaplanowanym wyjazdem – jesiennym lub zimowym, żeby było na co “czekać” i do czego się przygotować. Wypad w góry, tydzień na nartach, weekend w innym mieście – wszystko może się udać, jeżeli to zaplanujemy. Finanse, terminy, grafiki – wszystko to można przewidzieć dość dokładnie już na początku września, do czego zachęcam, bo nie ma nic fajniejszego niż wyjazd w inne miejsce i zmiana perspektywy choćby na chwilę.

Jesień czeka nas nieuchronnie, a że to czas pełen możliwości, warto się dobrze przygotować. Powodzenia!

Spodobał Ci się ten wpis? Daj znać! Napisz komentarz, udostępnij post, podziel się uwagami. Z góry dziękuję!

Dbaj o siebie!

Wakacje, lato, upały. Kurz, pot i dużo ruchu. Słońce, woda, relaks. Z tym zazwyczaj kojarzy się lipiec, który dla mnie w tym roku był jednym z najbardziej pracowitych miesiąców w roku, ale przyniósł dobre efekty. Jako że pracowałam bardzo intensywnie, mając jednocześnie pod opieką dwa maluchy, które zaliczyły dwie infekcje i psa, który zaliczył jedną, a do tego cały czas karmię piersią, mogę powiedzieć, że się zmęczyłam, no i oczywiście w tym wszystkim zapomniałam o tym, o czym na co dzień zapomina wiele z nas. O najważniejszym przykazaniu miłości – DBAJ O SIEBIE. Dlatego, kiedy wpadła mi w ręce książka pod takim tytułem, ochoczo poświęciłam jej tak zwany “międzyczas” i dobrze mi to zrobiło.

Dlaczego nie dbamy o siebie?

Z moich obserwacji wynika, że kobiety dzielą się na dwie grupy – te, które chwalą się tym, jak o siebie dbają i te, które starają się ukryć, że o siebie nie dbają. Sporo w tym psychologii i zaszłości z okresu dzieciństwa, kiedy to, albo jesteśmy oceniane jako te, które się “pindrzą”, albo “chłopaczary”. Społeczeństwo w postaci naszych matek i koleżanek stanowi swoisty organ kontrolny, który zamiast nauczyć nas, czym jest naprawdę dbanie o siebie, stara się zadbać o to, żebyśmy nie były zbyt egoistyczne/przeczulone/wypielęgnowane/”zrobione”. Kiedy spytałam na moim fan page‘u o to, dlaczego o siebie nie dbamy, odpowiedzi jakoś specjalnie mnie nie zaskoczyły – brak czasu i brak przestrzeni. Choć tak naprawdę, gdyby nam zależało na tym bardziej, to wiadomo, że ten czas i przestrzeń by się znalazły.

Niektóre/niektórzy z nas zdają się czerpać pewną satysfakcję ze swojego “zaniedbania”. Pewnie, że nie chodzimy brudni i śmierdzący, ale często darujemy sobie przemyślane stylizacje (np. siedząc w domu z dziećmi) czy makijaż (to samo), pięciominutowe sesje ćwiczeń (nie mam siły) czy choćby umycie włosów co drugi dzień (been there, done that). Wygoda, lenistwo, chęć okazania się “ponad to” (zarobiona jestem), znajdowanie cnoty w braku myślenia o sobie…To wszystko dość fałszywe przesłanki, bo o wiele szlachetniej jednak jest dbać o siebie i pokazywać światu przysłowiową już “najlepszą wersję siebie” danego dnia, niż mieć wszystko gdzieś.

Niemal cały lipiec przechodziłam bez makijażu, pół dnia w okularach, pół dnia w soczewkach, z bladym spojrzeniem i podkrążonymi oczami. Co więcej, uznałam, że ten swoiście pojęty minimalizm wcale mi nie przeszkadza, ale gdzieś w głębi duszy, oglądając różnorakie profile na Instagramie stwierdziłam, że może da się inaczej? Da się połączyć dbanie o siebie i intensywne życie? Bo jeżeli nie teraz, to kiedy? Prawda jest taka, że nasze życie zazwyczaj zawiera wiele list rzeczy do zrobienia, nieoczekiwanych zdarzeń i naglących deadline’ów, więc jeżeli wtedy się o siebie nie dba, to co, jeżeli potem będzie za późno? No i wtedy właśnie wpadła mi w ręce książka sióstr, Nadii Narrain i Katii Narrain Phillips. Na szczęście!

Dbaj o siebie!

Książka pod tym tytułem jest podobno kultowa. Poleca ją Kate Moss, Reese Whiterspoon i Sienna Miller, więc w takim gronie trudno przegrać. Założenie tego błyskawicznie czytającego się poradnika jest jedno:

Jeżeli jesteś najlepszą wersją siebie, możesz dać więcej ludziom i światu.

Mogę o tym zaświadczyć nogami i rękami – dobrze wiem, że zapracowana, niewyspana i niezadbana jestem mocno sfrustrowana, zaczynam na wszystkich warczeć, czego bardzo nie lubię i wtedy dochodzi do mnie, że nadszedł “mój” czas. O tym też piszą autorki – w codziennej gonitwie zapominamy, że jeżeli ciągle o kogoś dbamy, pomijając siebie, w końcu nasze zasoby się wyczerpią i nic dobrego z tego nie będzie. Tymczasem mamy wobec siebie obowiązek…miłości, o którym często zapominamy. Kochając siebie, łatwiej przychodzi nam kochanie innych i wszyscy na tym korzystają.

“Dbaj o siebie” prowadzi nas przez różne aspekty okazywania sobie miłości, pomijając proste rady pod tytułem “zmywaj makijaż” i “nawilżaj cerę”. Rozdziały noszą tu nazwy związane z najważniejszymi sferami naszego życia – jest więc miłość, nadzieja, spokój, radość i światło i duuuuużo drobnych elementów, które można wdrażać każdego dnia. Zacząć trzeba oczywiście od początku – od zastanowienia się nad tym, co lubimy, jak najlepiej odpoczywamy, czego nie chcemy w życiu, kiedy czujemy się najbardziej komfortowo. Ta pochwała pozytywnego egoizmu, o którym też pisałam tutaj, a którego wciąż mamy za mało moim zdaniem. To namowa, żeby nie tracić siebie z oczu niezależnie od wydarzeń, również tych przykrych. Autorki poruszają bowiem też trudne tematy, jak rozstanie, żałoba, choroba – dzięki temu nie jest to zwykły, lekki poradnik, ale raczej przypominajka na lepsze i gorsze czasy, aby ZAWSZE PAMIĘTAĆ O SOBIE. A konkrety?

5 najważniejszych rad autorek książki “Dbaj o siebie”

Co by Was na czas mojego urlopu nie zostawić w niepewności – oto pięć moich ulubionych wskazówek w książce “Dbaj o siebie”, które niniejszym również staram się wdrażać i dobrze mi to robi na duszy i ciele 🙂

Zacząć należy od prostej informacji – dbanie o siebie to nasz obowiązek!

Chodzi nam o to, być zaakceptowała, że jesteś człowiekiem, w całym swym pięknie i ze wszystkimi wadami, że zasługujesz na szczęście i dobre samopoczucie. I żebyś zrobiła wszystko, co możesz i kiedy możesz, by do tego dojść.

1. Zwracaj na siebie uwagę.

No banał, wiem, ale jak wiele z nas o tym zapomina? Jak wiele z nas słucha swojego ciała i daje mu to, czego potrzebuje, a nie to, co go ucisza? Jak wiele z nas wypoczywa w taki sposób i tak długo, jak naprawdę lubi? Autorki każą nam więc słuchać siebie, nie ignorować tego, co ciało do nas mówi, relaksować się, żeby miało nam kiedy o tym powiedzieć i szanować siebie. Warto zrobić sobie listę tego, co pomaga nam dbać o siebie (u mnie np. joga, taniec, wieczór z książką), a co nie, i co jakiś czas sprawdzać, jak nam idzie. Czy robimy to, czego rzeczywiście potrzebujemy, czy pozwalamy sobie samym zakrzyczeć własne potrzeby?

2. Myśl o sobie dobrze

Kolejny banał, ale jak patrzę po swoim otoczeniu, bardzo trudno jest myśleć o sobie dobrze. Część z nas ma wdrukowane negatywne przekonania jeszcze z czasów dzieciństwa, inni “po drodze” zaczęli się obwiniać za różne błędy (a trzeba pamiętać, że błądzić jest rzeczą ludzką ;)) i pełni są negatywnych emocji. Autorki każą nam rozprawić się z tym i nauczyć sobie radzić z negatywnymi myślami, aby nie katować się swoimi błędami i budować pozytywny obraz siebie. Prawdą jest bowiem, że jeżeli my nie myślimy o sobie dobrze, to kto będzie? Trzeba też nauczyć się żyć z tym, czego się w sobie nie lubi (moje uda!), a doceniać się za to, co się lubi (moje oczy!) – proste i trudne zarazem.

Co się dzieje, gdy naprawdę wierzysz, że z tobą wszystko w porządku? Coś cudownego. Bardziej lubisz siebie i to widać. Ludzie to zauważają. Dobrze się czujesz w swojej skórze i ze swoimi myślami, a to niezwykle atrakcyjna cecha. Niedoskonałość to nie słabość.

3. Zadbaj o swój pokarm

Dosłownie i w przenośni. Jedz to, po czym się dobrze czujesz, czego potrzebuje Twoje ciało. Podawaj ładnie do stołu, nawet jeżeli to tylko zwykłe kanapki. Wyłącz telewizor, włóż kwiaty do wazonu, delektuj się smakiem i obecnością bliskich – lub swoją własną. Nie jedz przy komputerze (ech…), nie opychaj się, staraj się jeść zdrowo. Dbaj o pokarm duszy – czytaj, oglądaj to, co wartościowe, słuchaj tego, co sprawia ci przyjemność. Bądź estetką swojego życia (Audrey Coelho ;)).

4. Nie porównuj, a jeżeli już porównujesz się z innymi, stosuj antidotum – WDZIĘCZNOŚĆ

Kiedyś łapałam się na tym, że po większości sesji przeglądania Facebooka czy Instagrama czułam się zdołowana. Wszystkie blogerki miały więcej followersów i piękniejsze życie, znajomi jeździli na wspaniałe wakacje, a ja siedziałam przed kompem i zastanawiałam się, gdzie w tym wszystkim jestem? Na szczęście przyszło otrzeźwienie, kilka sesji detoksu cyfrowego i spora dawka poczucia własnej wartości i teraz już podchodzę do tematu zupełni inaczej. Jeżeli zdarza Ci się porównywać do innych (a wszystkim nam się zdarza, nie oszukujmy się), stosuj doskonałe antidotum – wdzięczność. Co dzień licz swoje błogosławieństwa, dziękuj za to, co masz i delektuj się tym, bo nigdy nie wiadomo, kiedy może przyjść zmiana, której wcale nie chcemy i zabrać nam to, co tak cenimy.

5. Dbaj o więzi

Najlepiej dbasz o siebie, jeśli wszystkie twoje relacje są oparte na wzajemnej miłości i życzliwości i mają jasno wytyczone granice. Więzi rodzinne trudniej poukładać, ale również do nich stosuje się zasada dobrej przyjaźni: jeśli nie pozwalasz na coś przyjacielowi, to nie pozwalaj też członkowi rodziny.

Fakt, rodziny się nie wybiera i niektóre z nas potrzebują porządnej psychoterapii, żeby wygrzebać się z mroków własnego dzieciństwa. Nasi rodzice wyszli z czasów, które poraniły ich też psychicznie i niestety w wielu przypadkach swoje traumy i frustracje przelali na nas. Pytanie, co z tym zrobimy. Ważne, żeby się chronić przed złymi relacjami, manipulacjami, graniem na emocjach, nawet za cenę oddalenia od bliskie osoby. Po to dano nam życie, żebyśmy je przeżywali, a nie egzystowali po cichu, starając się nie ranić czyichś uczuć. Ważne jest też dbanie o relacje z innymi ludźmi – przyjaciółmi, znajomymi, którzy tworzą nasze tzw. “plemię” – grupę, w której czujemy się dobrze i od której zawsze możemy uzyskać wsparcie. A jeżeli jesteście rodzicami – dbajcie nie tylko o szczęście swoich dzieci (tak, a nie o przyszłość, bo ona jest niepewna, a to, co tu i teraz, namacalne), ale i swoje, żeby nie pogrzebać siebie samych w górze zabawek i innych dziecięcych gadżetów. Nieśmiertelna metafora: w samolocie rodzic ma założyć maskę tlenową najpierw sobie, a dopiero potem dziecku, bo martwy nikomu nie pomoże…

Jeżeli zaciekawiła Was książka, to gorąco polecam, bo warto mieć przy sobie taką przypominajkę, aby o siebie dbać, gdyż wciąż za mało w nas pozytywnego egoizmu. Makijaż to jedno – piękne wnętrze to drugie 🙂

Spokojnie, to tylko panika!

Internet pełen jest różnych wyzwań, doznań, przeżyć, dźwięków i wpływów. Wszyscy jednak mamy głód autentyczności, w którą za wszelką cenę chcemy wierzyć. Szukacie szczerości? Oto ona.

SPOKOJNIE, to tylko panika!

Jestem panikarą. Zawsze mnie tak określano. Dodawano jeszcze “histeryczka”, “neurotyczka” i “introwertyczka”. Uff, sporo etykietek jak na jedną nastolatkę. Musicie jednak wiedzieć, że niemal całe moje dzieciństwo i okres dojrzewania przeżyłam przy bardzo wysokim poziomie stresu. Zupełnie nie potrafiłam sobie z nim radzić, a pomoc znikąd nie nadeszła. Przez to wszystko dorobiłam się stanu przedwrzodowego, przy okazji którego miałam jeden jedyny kontakt z psycholożką. Było to w szpitalu, gdzie trafiłam w celach diagnostycznych. Miałam 12 lat, a wiecie, co ona napisała mi w zaleceniach? “Osobowość neurotyczna, nadwrażliwa, znerwicowana. Zalecenia: zapewnić spokój”.

Cóż, o rodzicielstwie bliskości nikt wtedy nie słyszał, więc i spokoju nikt mi nie zapewniał, dopiero jako osoba dorosła nauczyłam się sobie z tym jako tako radzić, ale łatka panikary wlokła się za mną przez cały czas. Tyle, że w moim wnętrzu, bo na zewnątrz byłam silna. Starałam się nie okazywać negatywnych (czytaj: niewygodnych) emocji, bo jak chyba każda nastolatka pragnęłam akceptacji i normalności, cokolwiek miała by ona znaczyć. Nikt mi nie pomógł zrozumieć, co to właściwie znaczy ta nerwica i neurotyczność (nie, Internetu nie było, ale dinozaurów już też nie ;)), ani jak sobie z nimi radzić. Przyjęłam więc strategię “udaję, że jestem normalna, może nikt się nie zorientuje”, która – o dziwo – działała, choć tylko do pewnego momentu.

Spokojnie, to tylko PANIKA!

Dobrze pamiętam pierwszy atak paniki. Byłam wtedy w liceum, a do szkoły dojeżdżałam codziennie 30 minut zatłoczonym tramwajem. Któregoś ranka, po mocno stresującym domowym wieczorze, wsiadłam normalnie do tramwaju, gdy nagle poczułam, że robi mi się bardzo słabo, jestem cała mokra od potu, jest mi niedobrze i zaraz zemdleję. Szybko wysiadłam na najbliższym przystanku i zamiast pojechać do szkoły wróciłam zapłakana piechotą do domu. Myślałam, że umieram, że dzieje się coś strasznego. I działo się, ale tylko w mojej głowie. Tak zaczął się mój prywatny koszmar. Niemal nie byłam w stanie jeździć komunikacją miejską. Samo stanie na przystanku wywoływało szybsze bicie serce i spłycenie oddechu. Teraz już wiem, że to hiperwentylacja i można jej łatwo zaradzić. Wtedy wszystkie te przeżycia powodowały tylko wstyd i lęk…przed lękiem. Miałam regularne ataki paniki, za które obwiniałam siebie, przez które cierpiał mój żołądek, relacje z ludźmi, ale za to zyskała figura – nigdy w życiu tyle nie chodziłam na piechotę…

Taki stan trwał kilka lat. Nie rozumiał mnie nikt, komu odważyłam się o tym opowiedzieć, a nie było to szerokie grono. W końcu jak można się bać jazdy tramwajem? Poradzenie sobie z atakami paniki wymagało z mojej strony ogromnej pracy nad sobą, przeczytania wielu książek, analiz źródeł paniki, przezwyciężenia uczucia osamotnienia i zmuszenia się do wyjścia “do ludzi”. Idąc tą drogą, odkryłam jogę, która wzmocniła moje ciało i pozwoliła w brzuchu szukać poczucia równowagi i pewności, a nie chaosu i lęku. Tak też odkryłam uważność – dzięki Jonowi Kabatowi Zinnowi. Jego program leczenia depresji i neuroz za pomocą ćwiczeń z uważności bardzo mi pomógł i pozwolił nauczyć się patrzeć na świat inaczej – nie jak na zagrożenie, a na szansę. Pokochałam rower, a bardzo malutkimi kroczkami nauczyłam się z powrotem jeździć tramwajami i autobusami. Ba, nawet leciałam samolotem 🙂

Spokojnie, to TYLKO panika!

Czemu o tym piszę? Pisanie o mówienie o problemach psychicznych to nadal pewne tabu. Depresja, stany lękowe, nerwica? To przecież dotyczy tylko słabych. Błąd! Takie podejście potęguje tylko dolegliwości, bo człowiek nie tylko cierpi, ale też wstydzi się, że cierpi, przez co cierpi jeszcze bardziej… Uff, dużo tego cierpienia, ale wiecie co? Takie jest życie. Oprócz tego, że jest jedno, piękne i niepowtarzalne, bywa też okrutne, niesprawiedliwe i smutne. Po co ukrywać, że jest inaczej?

Przez całe dzieciństwo mówiono o mnie, że jestem przewrażliwiona. Teraz to się nazywa “wysoka wrażliwość” i przy odpowiednim podejściu rodziców może być ogromną zaletą. Skąd o tym wiem? Cóż, historia zatoczyła koło i teraz ja wychowuję małego wrażliwca. Dostrzegam u niego cechy, które w moim przypadku były obiektem drwin, krytyki i niezrozumienia. Wiem, że czeka mnie mnóstwo pracy, bo przecież chcę wychować szczęśliwego człowieka.

Nadal zdarzają mi się ataki paniki, ale tylko wtedy, gdy jestem obciążona innymi sprawami, bardzo zmęczona, pozbawiona “wentyla bezpieczeństwa”, a moje ciało nie ma jak się odprężyć. Teraz jednak rozumiem to i wiem, jak sobie z tym radzić. Trzeba panikę zrozumieć i zaakceptować, a wtedy można iść dalej. Nieśpiesznie i uważnie, ale bez nadmiernego chuchania i dmuchania.

Nasze społeczeństwo potrzebuje wrażliwych liderów. Potrzeba nam empatii, uważności i serdeczności. Czy moje na coś się przydadzą? Zobaczymy, a na razie zostawiam Was z cytatem:

Nie doczekasz świtu, nie odbywszy drogi przez noc.

Guillaume Musso“Ponieważ Cię kocham”

Pełnia Twoich możliwości – da się?

Nie przepadam za współczesną modą na coaching. Coaching związku, diety, kariery, a nawet dziecięcy – wszystko to tylko czeka na niedowartościowane Polki (głównie), które tak kochają poczucie rozwoju i tego, że ktoś o nas dba. Może trochę też tak mam, dlatego zdarzają mi się krótkie skoki w boki z różnymi poradnikami. Wśród nich jest wiele pozycji bezwartościowych, wtórnych, niepotrzebnych, ale jest też kilka perełek. Dzisiaj kilka słów o takiej perełce.

“Pełnia Twoich możliwości”

Właśnie o tę książkę chodzi. Jej podtytuł to “Jak dać z siebie wszystko, osiągnąć cel i uniknąć wypalenia” – brzmi dość coachingowo, prawda? Na szczęście tylko tak brzmi, bo autorzy poradnika, Brad Stulberg i Steve Magness, zadbali o to, by wszystkie porady, jakie w nim zamieścili miały poparcie naukowe, dzięki czemu nie ma tu typowego “możesz wszystko”, a za to jest “możesz dużo pod warunkiem, że będziesz przestrzegał kilku zasad”. Książka opiera się nie tylko na badaniach naukowych, ale też na doświadczeniu własnym autorów oraz osób powszechnie uznawanych za odnoszące sukces i zachowujące równowagę w życiu. To też odróżnia tę pozycję od typowych poradników na temat optymalizacji działań czy osiągania sukcesu – można tu znaleźć same twarde fakty i nic ponad to.

Na samym początku autorzy – obaj specjaliści w zupełnie różnych dziedzinach – zadają sobie pytanie, czy osiąganie znakomitych wyników w sposób zdrowy i trwały jest w ogóle możliwe? Cóż, skoro napisali na ten temat całą książkę, to można się domyślić, że odpowiedź jest twierdząca, z cicho dodanym “ale”.

Powszechnie uważa się, że sukces osiąga się dzięki talentowi oraz ciężkiej pracy – w różnych proporcjach. Jak wynika z badań naukowych, nie wystarczy wiedzieć, że można i ciężko pracować, trzeba jeszcze pracować mądrze oraz skupiać się na tym, co ważne. Bez tego wypalenie gotowe. Nie uda się to bez wyznaczenia sobie celu. Jak mówią autorzy:

Wyznaczanie sobie celów na granicy tego, co uważamy za kres własnych możliwości, a potem systematyczne dążenie do osiągnięcia tych celów to jeden z najwspanialszych przejawów człowieczeństwa – i daje największą satysfakcję.

Trzeba więc zacząć od celu, który nie będzie ani zbyt ambitny, ani zbyt łatwy. Ma wywoływać w nas entuzjazm i musimy wiedzieć, co dzięki niemu uzyskamy. Do tego ciężka praca i skupienie na działaniu, które nas do niego doprowadzi. A co dalej?

Równanie rozwoju, czyli sekret trwałego sukcesu

Ciężka praca w łatwy sposób prowadzi niestety do wypalenia. Wiedzą to najlepsi sportowcy, twórcy, ale i “zwykli” pracownicy etatowi, którzy dzień w dzień poświęcają kawał życia na pracę dla realizacji czyichś celów. Na podstawie badań naukowych autorzy książki stwierdzają, że równanie gwarantujące rozwój BEZ wypalenia wygląda tak:

Obciążenie + odpoczynek = rozwój.

To równanie sprawdza się niezależnie od tego, jaką cechę czy umiejętność próbujemy rozwinąć.

Niby proste, a jednak… Jak wiele razy zdarza nam się narzekać na to, że nie mamy czasu odpocząć? Siedzimy po nocach lub wstajemy bladym świtem tylko po to, żeby nadrobić, jeszcze trochę popracować. Tymczasem autorzy książki pokazują, że jest to… zupełnie bez sensu. Zmęczenie i przysłowiowy już brak czasu nie są powodem do chwały, a głupotą. Bez odpoczynku i tak zwanego ładowania baterii NIE DA SIĘ pracować efektywnie. Ludzki organizm potrzebuje nicnierobienia, zdrowego snu i relaksu, bo bez tego nie potrafi się zregenerować, a co za tym idzie, skuteczność i wydajność spadają, frustracja rośnie. Najbardziej efektywny wypoczynek to taki, który następuje po bardzo intensywnej pracy, czyli sytuacja znana przed urlopem, że wszystko wydaje się nawarstwiać i nie wiemy, w co ręce włożyć jest paradoksalnie dobra, bo potęguje przyjemność płynącą z późniejszego wypoczynku.

Kierując się w praktyce tą zasadą, warto pamiętać o dobroczynności przerw w pracy. Czasowo wygląda to różnie, w zależności od potrzeb indywidualnych, ale praca “cięgiem”, bez choćby przerwy na kawę czy herbatę to jedynie złudzenie pracowitości – tak naprawdę pozbawiamy się szansy nabrania oddechu, odpoczynku i nie pozwalamy umysłowi się zregenerować, przez co kreatywność bardzo spada, a my zaczynamy popełniać głupie błędy.

Stres nasz codzienny

Popularny obecnie nurt “slow life” (w którym też płynę jedną nogą) zdaje się obarczać stres całym złem tego świata. To prawda, że stres jest coraz częstszą przyczyną chorób psychicznych i fizycznych, ale demonizując go, wylewamy dziecko z kąpielą. Otóż, jak wynika z badań naukowych, stres jest potrzebny jako bodziec stymulujący wzrost lub adaptację. Mobilizuje, wspomaga kreatywność i wzmacnia. Oczywiście pod warunkiem, że o tym wiemy i potrafimy to wykorzystać, stosując jego odpowiednią dawkę. Naukowcy twierdzą bowiem, że

Rozwój zaczyna się w punkcie oporu. Umiejętności rodzą się z wysiłku.

Jeżeli więc ktoś eliminuje ze swojego życia wszystkie źródła stresu, pozbawia się ważnego bodźca do rozwoju. Droga do sukcesu to wyznaczanie sobie zadań NA GRANICY WYKONALNOŚCI, czyli bardzo trudnych, ale nie niemożliwych.

Ważne jest też nastawienie psychiczne – to, czy postrzegamy stres lub jakieś konkretne zadanie jako wyzwanie, zagrożenie, coś, co nas przerasta, czy normalny element pracy. Warto więc dbać o to, jak patrzymy na świat i robić to świadomie.

Cel i jeszcze raz cel

Co jeszcze można wdrożyć w codziennej pracy, to naukowe odkrycie, że mając cel, skuteczniej działamy. Wiem, że nie jest to odkrywcze stwierdzenie, ale innowacyjne może być jego zastosowanie. Czy nie ciekawiej wyglądałoby życie, gdybyśmy wyznaczali sobie cele nie tylko w życiu zawodowym czy pasji, ale w życiu codziennym też? Każda sesja robocza, każde działanie bowiem będzie ciekawsze, bardziej motywujące, jeżeli będziemy wiedzieć, po co je wykonujemy. Przestrzeganie tej zasady wytyczania sobie celów pomoże też przetrwać czynności żmudne czy rutynowe, które zazwyczaj nie wiążą się z entuzjazmem czy poczuciem jakiegoś osiągnięcia. Warto też pamiętać o innej prostej zasadzie, która, jak się okazuje, również ma poparcie w faktach:

Rób tylko jedną rzecz w danym czasie…

“…i unikaj rozpraszaczy”

Tu głównymi winowajcami są smartfony (no tak), media społecznościowe (hm…), internet w ogóle (ano). Wiadomo, że zupełnie nie da się ich uniknąć, ale warto przyjąć ramy czasowe ich używania. Np. w pracy chowam smartfona i wyciągam dopiero przed wyjściem do domu, albo korzystam z mediów społecznościowych tylko o pełnych godzinach, albo pracuję 50 minut, a 10 minut mogę spędzić na surfowaniu po internecie (choć tego akurat autorzy by nie zalecali, gdyż najlepszy odpoczynek między sesjami roboczymi to spacer na świeżym powietrzu lub chociaż na balkonie).

“…i rób przerwy”

Szczególnie, kiedy przed Tobą zadanie wymagające kreatywności, a Ty czujesz blokadę. Wyjdź na spacer, posprzątaj, poczytaj, weź prysznic, pobaw się z psem – zrób cokolwiek, co nie będzie związane z tym zadaniem, pozwól umysłowi odpocząć i czekaj na efekt “Eureka!”, czyli stare dobre olśnienie 🙂

Pełnia Twoich możliwości – da się!

Człowiek to stworzenie niesamowite, zdolne do wielu niezwykłych osiągnięć, pod warunkiem, że ich chce i zamiast kryć się za wymówkami, bierze się do roboty. Książka “Pełnia Twoich możliwości” to doskonała propozycja dla każdego, kto chce osiągać więcej i “bardziej”, ale nie za cenę dłuższych godzin pracy. Jeżeli jesteś jedną z takich osób, oto podsumowanie wybranych rad autorów, które mogą się baaardzo przydać:

No to do dzieła!

Wyzwanie i co z niego wynikło

Lubimy wyzwania. Internet lubi wyzwania. Media społecznościowe lubią wyzwania. Blogerzy i blogerki lubią wyzwania, bo jednoczą, dają wspólny cel i poczucie, że nie jest się samemu. Wyzwania są też modne – dobrze jest ogłosić, że się w nich bierze udział, bo to zawsze przysparza choćby nowych czytelników. Idąc tym tropem też ogłosiłam swoje wyzwanie, ale nie było ono zbyt medialne. Nie miało też takie być, bo w zamierzeniu chodziło mi tylko o mnie, a że przy okazji jeszcze ktoś dołączył – to już bardzo dużo. Trwało 21 dni, bo jak wieść gminna niesie tyle potrzeba do wykształcenia nowego nawyku. Jako że szczęśliwie dobiegło końca 10 dni temu, niniejszym śpieszę donieść, jakie przyniosło skutki.

Geneza, czyli skąd pomysł na wyzwanie?

Dawno, dawno temu nie było komórek, internetów i social media. Ludziom żyło się nieco wolniej, nieco mniej kolorowo, ale jakby bliżej siebie. Potem nastała era cyfrowa i sporo się zmieniło. Ludzie są ze sobą, ale obok siebie. Nagminnym widokiem w restauracjach czy innych kawiarniach są telefony na stole, zaraz obok filiżanki z kawą, której zdjęcie już zbiera lajki na Instagramie. Nie da się ukryć, że powrotu do epoki sprzed wybuchu rewolucji cyfrowej nie ma, ale trudno też udawać, że w tym przypadku rewolucja nie pożera własnych dzieci.

Stosunki między ludźmi ulegają zmianie. Nasze relacje są płytsze, ale dzięki social media jest ich więcej. Mamy kontakt ze sobą 24 godziny na dobę, ale to kontakt bardzo powierzchowny, zapełniony emotikonami i skrótami myślowymi. Jest też bardziej realna strona tego zjawiska. Czy wiecie, że według danych Centers for Disease Control and Prevention codziennie ponad dziewięć osób ginie, a ok. 1150 odnosi obrażenia w wypadkach samochodowych z udziałem kierowców, których uwaga była rozproszona? (dane za autorami książki “Pełnia Twoich Możliwości”). Przyczyny to głównie jednoczesne prowadzenie pojazdu i pisanie SMS-a, sprawdzanie Facebooka i maili. Przestaliśmy też umieć się nudzić. Wystarczy wejść do pierwszej lepszej poczekalni w przychodni czy na przerwę do szkoły – wszędzie w rękach są telefony, a kciuki tylko migają. Czy to źle? Dobrze, ale tylko do momentu, w którym wszyscy są z tego powodu szczęśliwi. Jeżeli ktoś już nie umie przestać, robi się problem.

Brad Stulberg i Steve Magness w swojej książce “Pełnia Twoich Możliwości” (o której wkrótce napiszę) mówią wprost o uzależnieniu od smartfonów, które działa na takiej samej zasadzie jak uzależnienie od hazardu. Po pierwsze, jest miło (zazwyczaj), kolorowo, ciekawie. Po drugie, każde włączenie Facebooka czy Instagrama wiąże się z radosnym oczekiwaniem, czy dostałam nowe lajki, czy ktoś mnie docenił, co w oczywisty sposób podnosi samoocenę użytkowników (a czasem brak lajków lub tzw. hejt potrafią doprowadzić do decyzji o samobójstwie – niestety).  Po trzecie, jest jeszcze coś takiego jak FOMO, czyli lęk przed tym, że gdy nie jesteśmy akurat online, coś ważnego nas omija, zostajemy więc na marginesie społeczeństwa. Kiedy robiłam sobie weekendy offline, zdarzało mi się taki podskórny lęk odczuwać. Zawsze tłumaczyłam sobie, że przecież korzystanie z social media to dla blogerki must-have sezonu, ale zaobserwowałam też u siebie wzrost pasywnego przeglądania stron. Od czasu do czasu lajk, mało głębszych treści, jałowość… Świadoma więc tych mechanizmów i powoli zaczynająca obserwować je u siebie, postanowiłam działać łagodnie, ale radykalnie zarazem. Stąd właśnie wzięło się wyzwanie “Wychodzimy z FOMO i negatywizmu”.

Wyzwanie “Wychodzimy z FOMO i negatywizmu”

W skład wyzwania wchodziły trzy działania na trzech najtrudniejszych dla mnie polach:

  • zero narzekania w wirtualu i realu,
  • przeglądanie mediów społecznościowych TYLKO o pełnych godzinach,
  • zero pustych lajków – albo dodaję jeszcze komentarz, albo nie daję w ogóle lajka (to z inspiracji działalnością @manufakturasplotow na Instagramie, która taki eksperyment przeprowadziła u siebie i również u niej przyniósł niespodziewane rezultaty).

Co okazało się najtrudniejsze? Narzekanie w realu oraz kontrolowanie się, żeby wchodzić na FB czy Instagram tylko o pełnych godzinach. Okazało się, że nawyk sprawdzania w tzw. przerwie, co tam panie w social media jest BAAARDZO silny i trzeba się fizycznie zmuszać, żeby tego nie robić. Najbardziej pozytywne efekty – a nawet wymierne – przyniosła ostatnia część wyzwania, ale po kolei. Jakie wnioski wyciągnęłam z wyzwania?

Wnioski z wyzwania

1. Narzekanie to nawyk i można się go oduczyć, ale trzeba w to włożyć mnóstwo wysiłku

Jak wiecie, jestem młodą mamą, a co za tym idzie, bardzo często się nie wysypiam. Szczególnie ostatnio, bo powoli wchodzimy w fazę ząbkowania, a jeszcze nie wyszliśmy z fazy “infekcja goni infekcję”, więc bywa wesoło. Jednocześnie też prowadzę firmę, bloga, mam w domu przedszkolaka (nie, nie mowa o mężu ;p) i chciałabym robić coś dla siebie. Doba nie jest z gumy i żonglowanie tymi wszystkimi powinnościami jest bardzo trudne, ale spodziewałam się, że tak będzie. Mimo to złapałam się na tym, że gdy ktoś mnie pyta, co u mnie albo jak sobie radzę, zamiast dostrzegania dobrych stron wciąż narzekam. A to, jak mi ciężko, jak nikt mnie nie docenia itp. itd. Tym samym roztaczam wokół siebie negatywną energię i takowa do mnie wraca, więc nie przynosi mi to niczego dobrego. Stąd pomysł na umieszczenie w wyzwaniu tego punktu, i o ile bardzo łatwo przyszło mi nienarzekanie w wirtualu, to w realu ponosiłam często porażki, ale nie rezygnowałam.

Efekt: bardziej zmobilizowana i ogarnięta ja oraz bardziej zadowolona rodzina, w dodatku chętniejsza do współpracy. Czyli warto było i ten punkt na pewno wdrożę dalej.

2. Media społecznościowe pełne są pustych, powierzchownych treści.

Wiem, że Ameryki nie odkryłam, ale zmuszenie się do kontrolowanego korzystania z social media sprawiło, że popatrzyłam na nie niejako z boku. I co dostrzegłam? Ludzi, którzy ze wszelkich sił starają się zaistnieć, ale w tym celu robią wiele rzeczy na pokaz (czyli tzw. pozerów), ludzi, którzy chętnie dają lajki, ale nic za tym nie idzie, ludzi, którzy udostępniają różne rzeczy, ale właściwie nie wiadomo po co, ludzi, którzy prześlizgują się przez poważne kwestie, ludzi, którzy szukają możliwości zarobku i robią to często w dość ordynarny sposób itd. itp. Ile typów ludzkich, tyle rodzajów użytkowników, ale przecież każdy ma wybór i sposób konsumpcji nie musi zakładać “łykania” wszystkiego, jak leci. Często wchodzenie do mediów społecznościowych stanowi ucieczkę – od nudy, kłopotów w realu, ważnego zadania. Często jest elementem prokrastynacji, a czasem wyrazem tego, w jak bardzo niewłaściwym miejscu w życiu właśnie się znajdujemy. Słowem, stanowi katalizator przeżyć w realu i warto mieć tego świadomość. Wiadomo, wylewanie dziecka z kąpielą też nie jest rozwiązaniem, dlatego nie uciekam z social media, ale narzucam sobie ograniczenia, aby było to korzystanie świadome i sensowne.

3. Pisanie komentarzy towarzyszących lajkom MA OGROMNY SENS.

To była chyba najmilsza i najbardziej zaskakująca część wyzwania. Po pierwsze, musiałam się wysilić. Gdy np. jakieś zdjęcie mi się spodobało, zanim kliknęłam na przysłowiowe serduszko musiałam sama się zastanowić, dlaczego w ogóle mi się podoba, co jest w nim wyjątkowego i czy jest na tyle, żeby dawać lajka, no i jak to odpowiednio ubrać w słowa. Po drugie, okazało się, że gdy swój wybór trzeba uzasadnić, staje się on bardziej ekskluzywny. Pewne lenistwo umysłowe, które idzie za bezmyślnym klikaniem “Lubię to” też okazuje się nawykiem i to męczącym. Kiedy zdecydowałam, że każdemu lajkowi musi towarzyszyć komentarz, okazało się, że:

  • nawiązuję nowe relacje właściwie bez wysiłku,
  • ludzie czują się docenieni, co zawsze niesie ze sobą dobro,
  • moje konta mają więcej użytkowników,
  • czuję się lepiej, gdy mówię ludziom pozytywne rzeczy, bo poprawiam ich samopoczucie, a więc i swoje,
  • social media zaczynają nabierać sensu…

To jest kolejna rzecz, która zostaje ze mną po wyzwaniu i którą bardzo gorąco Wam polecam – dawajcie komentarze, jeżeli dajecie lajka. Ludzie poczują się docenieni, Wam będzie milej i w ogólnym rozrachunku wszyscy na tym dobrze wyjdą. A gdy nie potraficie wymyślić odpowiedniego komentarza, to znaczy, że i lajk się nie należy.

Podsumowanie podsumowania

Jestem bardzo zadowolona z wyzwania. Nauczyło mnie wiele i przyniosło właściwie samo dobro. Może nie są to rzeczy wymierne (no, poza nowymi followersami ;p), ale trwałe i wartościowe. Wniosek nasuwa się pewnie dość nudny – że uważność i ŚWIADOME korzystanie z narzędzi internetowych są warte wysiłku i przynoszą pozytywne efekty. Czyli znów to samo – świadome życie = lepsze życie 🙂

Nawet Samba się uśmiecha 🙂