Społeczeństwo

MGTOW, czyli mężczyźni, którzy podążają własną ścieżką

Wyobraźcie sobie niewielki pokój, a w nim przyćmione światło, szmer jazzu sączącego się z dyskretnie ustawionych głośników i wszechobecny dym. Aromat whisky przeplata się ze specyficznym zapachem palonych cygar, skórzane fotele dyskretnym trzaskiem sygnalizują ruch siedzącego, ale nic poza tym nie słychać. Oto typowy cigar room – oaza współczesnego mężczyzny, który koniecznie chce się jakoś odróżnić. Siedzący tu entuzjaści palenia cygar nie rozmawiają ze sobą, po prostu siedzą, palą i słuchają muzyki. Razem. Za grube pieniądze. Takich miejsc jest coraz więcej, moda na nie przyszła oczywiście z zachodu, tak jak i zjawisko MGTOW, które bardzo do nich pasuje.

źródło: mgtow.com
O co chodzi? Ruch MGTOW (Men Going Their Own Way – Mężczyźni, którzy podążają własną ścieżką) jest stosunkowo stary, choć sformalizował się (jeżeli tak można mówić o potężnym portalu internetowym i wielu blogach/stronach/wydawnictwach/forach-satelitach) całkiem niedawno. To nic innego jak społeczność mężczyzn, dla których najważniejsza jest niezależność, a właściwie niepodległość. Jak sami o sobie piszą, “[MGTOW] to manifestacja jednego słowa: nie.” Nie dla społecznych oczekiwań wobec mężczyzn, nie dla poświęcania się dla dobra innych, nie dla zginania karku przed tymi, którzy tego oczekują (w domyśle przed kobietami). Mówiąc krótko, jest to całkiem spora grupa facetów, którzy robią to, co chcą, a nie to, czego się od nich oczekuje.

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o zjawisku MGTOW, pomyślałam, że to banda mizoginów, którzy po prostu szukają usprawiedliwienia dla swoich zwichrowanych poglądów wynikających ze złych doświadczeń w związkach (bo to zła kobieta była i te sprawy). Po przejrzeniu tematów i wątków na forum MGTOW.com doszłam do wniosku, że moje przeczucia w 70% były słuszne. Odzywają się tam mężczyźni, którzy poddają się wazektomii, aby żadna kobieta nie mogła ich złapać “na dziecko”. Są też tacy, którzy opowiadają o swojej wściekłości na świat, parszywą pracę, chamskie dziewczyny i ciepłe piwo (no prawie). Z drugiej strony, jest tu też wątek dla ojców walczących o prawo kontaktu z dziećmi po rozwodzie czy wypowiedzi facetów pobitych przez swoje partnerki. Nie ma za to tematów, które u nas w mediach pojawiają się coraz śmielej, jak bycie dobrym ojcem czy partnerem, 

Patrząc na przedstawicieli MGTOW, poczułam lekką zazdrość. Czego można im zazdrościć? Tego, do czego dążą – niezależności/niepodległości/wolności. Mają odwagę (czelność?) powiedzieć swoim partnerkom, że nie zrezygnują ze swoich planów na rzecz opieki nad dzieckiem czy przeciwstawić się rodzinie, nagabującej ich o przedłużenie gatunku lub znalezienie “porządnej” pracy. Dodatkowo, wypowiedzi facetów na tym forum spotykają się ze wsparciem innych jego członków, nikt nie hejtuje, nie sprowadza do parteru, tylko razem, niczym towarzysze broni, przeciwstawiają się światu, złu feminizmu i ostracyzmowi społeczeństwa.


Zwolennicy ruchu MGTOW uważają, że przyczyną złej sytuacji mężczyzn na świecie jest rozpanoszenie się feminizmu i idei równouprawnienia, które pozbawiły ich niepodważalnie wysokiej sytuacji społecznej. Ich zdaniem mężczyzna, aby osiągnąć prawdziwy sukces w życiu, musi postawić na siebie i nie patrzeć na innych. Chciałabym, żeby kobiety też tak umiały. My jednak często mamy tak, że nawet tezy feministyczne stawiamy ściszonym głosem, patrząc dookoła, czy nikogo nie uraziłyśmy. Domagamy się niepodległości, samostanowienia o sobie, ale często poświęcamy swoje życie zawodowe, pasje czy zainteresowania na rzecz choćby opieki nad dziećmi i czasu spędzanego z nimi. 

W swojej książce “Arlington Park” Rachel Cusk pokazuje nam świat przedmieść, pełnych dobrze sytuowanych, często pracujących kobiet-matek-pań domu, których mężowie co rano wyruszają w świat, żeby zarabiać pieniądze na ich tak zwane utrzymanie. One zaś wszystkie mają stany depresyjne, ale spotykając się na kawie nie mówią o tym, bo każda boi się wypaść z roli dobrej matki i gospodyni. Mężczyzn to nie interesuje, bo oni są zmęczeni. Znam wiele takich par, a Polska pełna jest takich przedmieść, zamieszkanych przez kobiety rozdarte między domem a pracą, między sobą a dziećmi, na dobrej drodze do frustracji i smutku.

Czy jest jakieś wyjście? Wydaje się, że szczerość ze sobą, odpowiedź na pytanie “czego chcę?” i stosowne działanie. A na co dzień coraz częstsze podążanie własną ścieżką – skoro mężczyźni potrafią, to czemu my nie?

Wyobraźcie sobie niewielki pokój, a w nim przyćmione światło, szmer jazzu sączącego się z dyskretnie ustawionych głośników i wszechobecny dym. Aromat whisky przeplata się ze specyficznym zapachem palonych cygar, skórzane fotele dyskretnym trzaskiem sygnalizują ruch siedzącego, ale nic poza tym nie słychać. Zaraz obok jest drugi pokój – na miękkich, aksamitnych kanapach siedzą w swobodnych pozycjach kobiety, ubrane tak, jak chcą. Z wysokich, smukłych kieliszków sączą wino, w tle słychać dobry jazz i ciche rozmowy. Pełen relaks, wspólnota i niezależność. Science fiction?

Supermenki, czyli problem z wielozadaniowością

Popatrzcie uważnie na te zdjęcia. Widzicie pewne elementy wspólne? Tak, kobieta-matka jako bohaterka, specjalistka od wielozadaniowości, idealnie radząca sobie z napotkanymi wyzwaniami. Zaczęło się od zdjęcia numer 1 – pani prowadzi swój zakład fotograficzny, a jej mąż trenuje jakąś tam drużynę sportową. Pani nie chciała marnować czasu, więc wzięła oboje dzieci na siebie – dosłownie – i ruszyła z ogromnym aparatem i butelką z mlekiem na mecz, aby porobić zdjęcia. Chłopak na plecach jak widać jest już duży i z powodzeniem trzymałby się mamy na stojąco, ale wiadomo, że ilu ludzi, tyle opinii. 
Zdjęcie numer 2 – pani lekarka z trzyletnią dziewczynką na plecach i kolejnym dzieckiem w brzuchu opatruje młodego futbolistę, czyli jest w pracy. Znów – trzy latka to z pewnością umiejętność chodzenia i stania samodzielnie, a noszenie ciężarów w stanie błogosławionym – jak wiadomo od lekarzy (!) – niezalecane.
Zdjęcie numer 3 – pani zgłosiła się do maratonu, ale w międzyczasie zaszła w ciążę i urodziła dziecko. Nie chciała jednak tracić wpisowego i pobiegła w zawodach, jednocześnie ściągając mleko laktatorem. Ktokolwiek, kto kiedykolwiek miał do czynienia ze ściąganiem mleka tym ustrojstwem wie, że ni to przyjemne, ni wygodne, ale cóż, pani przynajmniej zabłysnęła w mediach.
Wszystkie te zdjęcia ukazały się na stronach portali poniekąd branżowych – Wysokie Obcasy i eDziecko, co oznacza, że ich odbiorczyniami były głównie kobiety, w tym wiele młodych matek. Komentarze pod fotkami jak wiadomo rządzą się swoimi prawami, a w tym przypadku oscylowały pomiędzy “Jak ja jej zazdroszczę, mam jednego bobasa, a i tak się nie mogę ogarnąć” a “Przecież dzieci mogły zostać z nianią w domu, pewnie chciała zrobić wrażenie”. Co jest z tymi zdjęciami nie tak? Cóż, dorzucę jeszcze jedno.
źródło: fitpregnancy.com
Znów to samo. Zdjęcie opublikowała pani sprzeciwiająca się nagonce na publiczne karmienie piersią. Czemu musiała aż tak zaakcentować fakt, że potrafi karmić nawet w najdziwniejszych pozycjach? Czy w ten sposób dobrze przysłużyła się słusznemu wspieraniu kobiet karmiących piersią, czy też zniechęciła publikę poprzez “udziwnienie” tej czynności i pokazanie innym kobietom, jaka jest super, bo karmi do góry nogami? Tego nie wiem, ale wiem na pewno, że widząc takie zdjęcie czuję wewnętrzny sprzeciw przeciw promocji takiego wizerunku. Dlaczego?
Dawno, dawno temu społeczeństwo zachodnie było wybitnie patriarchalne i hołdowało tradycyjnemu podziałowi ról – mężczyźni do pracy, kobiety do garów i pieluch. Potem, jak już wiadomo, nastąpiła II wojna światowa, a wraz z nią nowy podział – mężczyźni do broni, kobiety do fabryk i na traktory. Następnie ktoś musiał odbudowywać zachodni ład, a że kobietom praca się spodobała, powrót do tradycyjnego podziału nie był już tak oczywisty. W końcu zdarzyła się rewolucja feministyczna, dzięki której kobiety upewniły się w tym, że mogą mieć wszystko – mogą pracować i rodzić dzieci, a pracodawca musi im to zapewnić. Mogą nie pracować i rodzić, mogą pracować i nie rodzić, a dodatkowo jeszcze mogą nie pracować, nie rodzić, tylko leżeć i pachnieć. Uff, całkiem sporo zrobiło się tych opcji. Sprzeciw mężczyzn wobec takiej sytuacji był, jest i będzie, bo wiele stracili, a przede wszystkim spokój. Do tej pory wszystko było wiadome, kto co robi i za co odpowiada, a teraz? Właściwie każdy związek sam definiuje sobie swoje prawa i obowiązki.
Feminizm powiedział kobietom, że MOGĄ mieć wszystko, ale wydaje mi się, że wiele z nas usłyszało, że MUSZĄ mieć wszystko. Od jakiegoś czasu w mediach, na blogach, w gazetach tzw. kobiecych promuje się obraz kobiety wielozadaniowej, aktywnej, ambitnej i przebojowej. Najlepiej jeszcze, żeby była młodą matką, która miesiąc po porodzie wróciła do rozmiaru z czasu studniówki, świętując bezalkoholowym (no przecież karmi piersią) szampanem dopięcie “dealu” z nowo zdobytym klientem. Wymagania wobec nas wzrosły. W Polsce od czasów powojennych kobieta musiała być wielozadaniowa, bo czasy tego wymagały, a do tego musiała być sprytna i przedsiębiorcza, żeby pomóc utrzymać rodzinę. Ta wielozadaniowość ograniczała się jednak do sfery domu i pracy, bo pasji czy idealnie szczupłej sylwetki raczej nikt już nie wymagał. Teraz trzeba ogarniać wszystko – dom, pracę, a najlepiej karierę, związek, pasję, bycie fit, pracę społeczną i jeszcze najnowsze trendy w modzie itp. itd. Czy to się da? Pewnie tak, ale jakim wysiłkiem? Czy naprawdę warto tak się zarzynać, żeby udowodnić kilku redaktorom/redaktorkom pisemek kobiecych, że dajemy radę żyć tak, jak nam zagrają?
Oczekiwania są ogromne. Choć w pierwotnym wcieleniu feminizm nie miał nic wspólnego z dążeniem do doskonałości, teraz nasze realia to przywoływana przez Deborę L. Spar w książce “Supermenki” Barbie Astronautka – silna, odważna, ale jednocześnie z talią osy, wiecznie przyklejonym uśmiechem i długimi blond włosami. Ciało kobiety zostało uprzedmiotowione, a jego atrakcyjność i zgodność z aktualnymi standardami kulturowymi to jedyne interesujące media aspekty. Biologii nie oszukamy – to my będziemy rodzić dzieci i ponosić tego długotrwałe skutki, ale to nie oznacza, że do tego tylko ma się sprowadzać nasza rola społeczna. Chcemy więcej – praw, dzieci, znaczenia, uwagi, miłości, seksu, pieniędzy, miejsc pracy (niepotrzebne skreślić). Dlatego też nierealistyczne oczekiwania wobec kobiet rosną i rosną, przyprawiając je o ciągły stres. Bo to się po prostu nie da. Jak pisze Spar:
Nie jest fizycznie możliwe, aby kobieta spędzała sześćdziesiąt godzin tygodniowo w wymagającej i stresującej pracy, jednocześnie będąc tak samo dobrą matką, jaką byłaby bez tej pracy i stresu. Nie da się zbawić świata i wiecznie wyglądać jak siedemnastoletnia modelka. Nie można brać się za pieczenie pysznego sernika wieczorem przed ważną prezentacją. Żaden mężczyzna nie byłby w stanie tego zrobić. To przekracza ludzkie możliwości. Mimo to kobiety często mają do siebie pretensje, jeśli nie udaje im się pogodzić tego wszystkiego.
I dodaje:
Nie oznacza to, że kobiety powinny obniżyć standardy. Całkowita równość z mężczyznami to nasze minimum. Musimy jednak rozumieć, że ścieżki do sukcesu, jakimi podążają kobiety, mogą być inne i bardziej kręte niż drogi mężczyzn. Lepiej jest uświadomić sobie tę komplikację, niż udawać, że jej nie ma.
Znalezione obrazy dla zapytania barbie astronautka
źródło: filing.pl
Zmiany, choć ciężko to przyznać, są głównie w rękach kobiet i ich solidarności. Jak pisze Spar, trzeba nauczyć się świadomego patrzenia na swoje potrzeby i oceniać, które z nich spełniać w pierwszej kolejności. Trzeba się wspierać nawzajem i domagać się od państwa dobrze funkcjonującego systemu opieki nad małymi dziećmi. Trzeba myśleć realistycznie, planować i negocjować. Ciągle wybierać, na jakich rzeczach z listy do zrobienia zależy nam najbardziej, a z jakich możemy zrezygnować bez żalu. Odpuścić perfekcjonizm i wytyczać swoje ścieżki. Łatwo powiedzieć? Jak zawsze, ale stawka jest bardzo wysoka, więc warto przynajmniej spróbować. W końcu czym byłoby życie bez wyzwań?

Albo cnotka, albo dziwka

Dawno, dawno temu była sobie kobieta i był sobie mężczyzna. Jako dzieci nie interesowali się sobą nawzajem, ale w końcu nadszedł “ten” moment i zaczęli patrzeć na siebie inaczej. On widział w niej kandydatkę na potencjalną matkę swoich potencjalnych dzieci, a ona – potencjalnego myśliwego, który dla niej i jej potencjalnych dzieci będzie zdobywał odpowiednio kaloryczne pożywienie. On był jej pierwszym i ostatnim, ona jego może nawet i pierwszą, ale na pewno nie ostatnią. Tak sobie żyli przez wieki, aż przyszło społeczeństwo i powiedziało: musimy mieć gwarancję, że wasze dzieci są wasze, więc weźcie ślub. Tak zrobili. Potem z kolei przyszła rewolucja seksualna i powiedziała: hej, już nie musicie być niewolnikami społeczeństwa. Idźcie, cieszcie się seksem, rozmnażajcie się i jakoś to będzie. I nic już nie było takie jak dawniej.
Rewolucja seksualna i towarzyszące jej zmiany społeczne (choćby wejście kobiet na rynek pracy począwszy od czasów II wojny światowej) sprawiły, że dawne zasady i normy, którymi społeczeństwo zwykło się kierować przestały obowiązywać. Kobiety mogły – przynajmniej w teorii – mieć wszystko. Pracować, wyjść za mąż, mieć dzieci, ale też cieszyć się seksem BEZ zobowiązań dzięki dostępności antykoncepcji i aborcji. Tak, w teorii rzeczywiście wyglądało to nieźle, ale niestety jedno się nie zmieniło – mentalność. Niezależnie od dokonanego przez siebie wyboru kobieta zawsze była oceniana – przez rodzinę, znajomych, pracodawców, a w końcu społeczeństwo. Pojawiające się na rynku jak grzyby po deszczu poradniki typu “Życie seksualne kobiet” radziły płci pięknej, aby odkrywała swoje ciało i cieszyła się seksem. Kościół i rodzina mówiły: szanuj się, czekaj do ślubu, nie chodź z każdym, bo wyjdziesz na dziwkę. W końcu jeżeli nikt już nie mógł dopilnować życia seksualnego kobiety, skąd mężczyzna miał wiedzieć, że jego dziecko jest jego? Ta ściśle biologicznie uwarunkowana męska potrzeba przyjęła nieprzyjemny kształt “strażników moralności”.
Do momentu rewolucji seksualnej seks był przedmiotem wymiany – weź ze mną ślub, w zamian masz gwarancję dostępu do mojego ciała, a daj mi za to bezpieczeństwo ekonomiczne i dach nad głową. Teraz, gdy seks może mieć każda z każdym, w przeróżnych konfiguracjach i stylach, ten wymiennik zniknął, a razem z nim zniknął wspólny grunt i związki “musiały” zacząć opierać się na miłości i przywiązaniu. A co, jeżeli kogoś interesuje inna droga?
źródło: profil FB Kobieta po 40-stce
Truizmem jest stwierdzenie, że mężczyzna, który lubi seks, to mężczyzna prawdziwy, normalny i pewny swojej wartości. A co z kobietą, która, o zgrozo, też go lubi? No cóż, w najłagodniejszej formie będzie to kobieta wyzwolona, w najbrutalniejszej – dziwka, która nie zna swojej wartości i nie potrafi się kontrolować. Fikcja? Niedawno oglądałam film dokumentalny o Jyoti Singh. Pamiętacie tę sprawę? W 2012 roku w Delhi, w godzinach wieczornych (wcale nie nocnych) dziewczyna i chłopak wracali z kina. Wsiedli do autobusu, w którym znajdowało się sześciu podpitych, znudzonych facetów. Wszyscy oni ochoczo przystąpili do zbiorowego gwałtu na dziewczynie, którą była Jyoti Singh właśnie, oraz do pobicia jej i jej kolegi. Jyoti zmarła wskutek odniesionych obrażeń, ale jej “sprawa” odbiła się szerokim echem i wywołała falę protestów przeciwko tzw. kulturze gwałtu. Sprawcy zostali skazani na karę śmierci (poza jednym nieletnim, który dostał trzy lata, więc już jest pewnie na wolności), planowano wprowadzenie zmian do prawa karnego zaostrzając kary wobec przestępców seksualnych (zmiany się ślimaczą, nie wiem, czy w końcu rzeczywiście je wprowadzono). Na mnie ogromne wrażenie zrobiły jednak wypowiedzi obrońców gwałcicieli, mówiące o tym, że “kobieta to delikatny kwiat, więc jak znajdzie się w rynsztoku (w domyśle zrezygnuje z tradycyjnej moralności), to nie może się spodziewać niczego dobrego”, albo że “kultura indyjska jest wielka, ale nie powinna zawierać kobiet (!)”. Skrajny myzoginizm, upatrywanie winy w kobiecie i insynuowanie, że “sama chciała”.

Indie to kultura poniekąd egzotyczna. Czy u nas jest lepiej? Chciałoby się zakrzyknąć, że tak, ale lepiej cicho szepnąć, że nie. Przykłady? Choćby niedawna wypowiedź posła Kukiza: “Trzeba było zdawać sobie sprawę, komu się dawało to ciało i kiedy się dawało, i jak się dawało, to ciało”. Oburzające? Proszę dalej. Równie niedawno przez polskie internety przebiegły kłusem, oburzając wszystkich po drodze, najbardziej żenujące teksty ginekologów, jakie kobiety słyszały podczas wizyt. Gdyby nie były prawdziwe, byłyby po prostu obleśne, a są przerażające. Choćby “Na panią wystarczy popatrzeć, żeby stwierdzić, że jest pani wysokoestrogenna”, “No tak, seks to umie uprawiać, ale piersi badać już nie” czy “Widać, że chłopak jest, taka pani zadbana tutaj”. Więcej można znaleźć np. tutaj. Do tego dochodzi niezdrowa ciekawość “opinii społecznej” i przywiązanie do stereotypu kobiety cnotliwej, skupionej na domu i obowiązkach, a nie gorącej, rozbudzonej, świadomej swoich potrzeb. Nie jest łatwo. Co z tym można zrobić?

Choćby nie wiem, jak bardzo niektórzy chcieli, czasu ani zmian społecznych nie da się cofnąć. Nie da się podporządkować kobiet władzy o charakterze patriarchalnym, nie da się ich wszystkich zagonić do rodzenia dzieci i zmywania garów. Tym bardziej nikt nie zakaże kobietom uprawiania seksu, niezależnie od jego motywów. Chciałoby się powiedzieć “poradźcie sobie z tym, obrzydliwi mizogini” i to właściwie wszystko, co można zrobić. Oprócz tego dobierać sobie znajomych tak, żeby mieć wokół siebie ludzi mądrych, otwartych i wolnych, bez zapędów do ograniczania wolności innych. Dobrze jest też pamiętać o swojej motywacji, żeby przypadkiem nie wylać dziecka z kąpielą. Jeżeli ktoś nie chce, nie musi się wykazywać podbojami łóżkowymi, żeby coś udowodnić. Jeżeli chce poczekać na kogoś, do kogo poczuje coś istotnego – to dobrze. Jeżeli świadomie będzie szła z kimś na jedną noc – też dobrze, byle bezpiecznie i odpowiedzialnie.
 
Cnotka czy dziwka – ten podział sam powoli się anuluje, jeżeli kobiety będą po prostu sobą i będą podejmować świadomie wybory we wszystkich sferach swojego życia. Nikt, poza nami samymi, nie ma prawa do oceniania nas, a jeżeli już to robi – to jego broszka. Kobietom też zdarza się często obgadywać koleżanki i rzucać wtedy epitetami typu “puszczalska”, “napalona” itp., więc wina zdaje się być po obu stronach. Zatem do roboty – korzystajmy z wolności i dajmy ją innym, bo inaczej ktoś przyjdzie i zechce nam ją zabrać…

Wojna w Syrii i arytmetyka współczucia

Nikt nie lubi cierpieć. Nikt nie lubi, gdy ktoś przy nim cierpi, bo to wprawia w ogromny dyskomfort. Miejsca wypełnione cierpieniem otoczone są ciszą – hospicja, domy dziecka, ośrodki wychowawcze. Wszyscy wiedzą, że istnieją, ale nikt nie chce wejść do środka i przekonać się, jacy ludzie tam są. Teraz w naszym kraju wiele jest krzyku. Czasem słusznego, a czasem nie. Krzyk i złość wypełniają Internet, zmieniając się powoli w jeden czarny szum, którego po kilku postach na Facebooku ma dość nawet najbardziej zapalony działacz. Tymczasem ponad trzy tysiące kilometrów dalej też jest wiele krzyku, ale i coraz więcej ciszy, ale stąd jej nie słychać.
Wojna w Syrii nie jest “naszą” wojną. W zasadzie to wojna domowa, która pochłonęła już ponad 250 tysięcy ofiar. Jest wokół niej głośno również dlatego, że wiąże się ze zjawiskiem bardzo dla “naszego” zachodniego świata niewygodnym – tzw. kryzysem uchodźczym. Tym się przejmują nasi politycy, a nie tragedią, nieszczęściem, czy w końcu “zwykłym” ludzkim cierpieniem.
Wojna w Syrii trwa już niemal pięć lat. Niedawno w “Polityce” ukazał się bardzo ciekawy artykuł Łukasza Wójcika na ten temat, w którym stawia on tezę, że militarnie i politycznie należałoby pozostawić ten kraj samemu sobie, żeby wojna niejako się “wypaliła”. Chodzi o to, że w przypadku wojny domowej jej strony po jakimś czasie zaczynają odczuwać zmęczenie i tracą wiarę w zwycięstwo, w związku z czym są bardziej skłonne do zakończenia działań. Tu jednak, wiedziona podejrzanie dobrymi intencjami Turcja i Rosja zaangażowały się w konflikt, prowokując do tego również USA. Skoro więc są nowi gracze, jest nowa energia do walki i tylko cywile nie mogą liczyć (na razie?) na poprawę sytuacji.
Czemu o tym piszę? Temat kryzysu uchodźczego właściwie już tak głośno w mediach nie przebrzmiewa, a wojna się tli i co jakiś czas słychać tylko nowe informacje o bombardowaniach czy nieskutecznych zawieszeniach broni. Otóż dziś rano przeglądając Internet natknęłam się na takie oto zdjęcie:
Mówi się, że jedno zdjęcie znaczy więcej niż tysiąc słów. W tym przypadku tak właśnie jest i gdy tylko zobaczyłam je na FB, wiedziałam, że tym razem nie uda mi się przejść obojętnie. Zastanawiałam się, czy je tutaj zamieścić, bo jest jak dla mnie bardzo brutalne, choć dziwnie spokojne i niekrzykliwe. Nie mogę też nigdzie doszukać się jego autora. Znalazłam je na profilu FB Racjonalna Polska, więc może da się to ustalić. W takiej pozycji, jak to maleństwo na zdjęciu, najchętniej teraz śpi mój syn i ta symetryczność mocno na mnie oddziałuje. 
Kiedy dzieciom dzieje się krzywda, Polacy zazwyczaj krzyczą, płaczą i koniec końców starają się jakoś pomóc. Nie chodzi tu jednak tylko o emocje i psychologię. Chodzi o to, że są na świecie ludzie, którzy marzą o tym, żeby mieć nasze problemy – żeby spierać się z politykami w Internecie, a nie ginąć od ich bomb. Żeby wybierać swobodnie, czy pójdą do kościoła czy nie, nie bojąc się policji religijno-politycznej/ISIS czy innego dziadostwa. Chodzi o to, że – uwaga, banał! – w codziennym pędzie zapominamy, że są na świecie ludzie, dla których pęd jest tylko po to, żeby ratować życie i zdrowie.
Co można zrobić? Na szczęście jest kilka możliwości. Najprostszą jest wsparcie finansowe. Choć pojawiają się głosy, że nie wszystkie organizacje radzą sobie ze skuteczną pomocą, ja nadal polecam UNICEF. Opcji jest kilka – pomoc jednorazowa, stała, zostanie Regularnym Darczyńcą UNICEF czy choćby wspominane już przeze mnie Prezenty bez Pudła. Pomagać można również przez stronę UNHCR, czyli Agencji ONZ ds. Uchodźców, a jak ktoś lubi, to i poprzez Polski Czerwony Krzyż. Tradycyjnie można w tym zakresie liczyć również na Polską Akcję Humanitarną.
Zgodnie z tak zwaną arytmetyką współczucia, bardziej porusza nas śmierć jednego niż tysiąca, bo tego jednego widać wyraźniej i nie tak łatwo się pozbyć jego obrazu z pamięci. Stąd też zamieszczone przeze mnie zdjęcie – nie chcę epatować cierpieniem, a pokazać, że ludzie tacy jak my, jedynie pod inną szerokością geograficzną, potrzebują naszego krzyku, a nie ciszy. Nie chodzi o wysokość datków ani o to, czy tak naprawdę ktoś się o nie w ogóle pokusi. Chodzi o to, żeby zacząć myśleć i patrzeć dalej niż czubek własnego nosa. Świata nie zbawię, to jasne, ale jeżeli choć o jedno takie smutne zdjęcie będzie mniej, to już by było cudownie.
Czego sobie i Państwu życzę.

Dlaczego klaps jest zły

W tym miejscu miała się znaleźć porażająca intelektualnie polemika z artykułem autorstwa pewnego filozofa polityki, który ukazał się w ostatnim dodatku “Plus Minus” do “Rzeczpospolitej”. Ukazał się i przeorał Internet, powodując bardzo zróżnicowane reakcje. Polemika znaleźć się miała, ale tego nie zrobi, gdyż świat wirtualny dał mi bolesną nauczkę pod tytułem “im dłużej zwlekasz, tym więcej dobrych artykułów na ten temat się ukaże i unieważni sens twojej pisaniny”. No więc właśnie. Artykuł “Klaps to obowiązek rodziców” wzbudził ogromne kontrowersje, których pokłosiem jest choćby świetny artykuł na stronie Tygodnika Powszechnego (tutaj).
W komentarzach po wielu mniejszych i większych postach i artykułach odnośnie tego wątpliwej wartości dzieła mylenia wniosków i przesłanek da się zauważyć dwie postawy: klaps to zło i “ja dostawałem w skórę i wyszedłem na ludzi”. Co ciekawe, ta druga postawa najczęściej występuje w rodzaju męskim. Ja jednak opowiem się za postawą numer jeden, wszem i wobec ogłaszając, iż klaps nie jest obowiązkiem rodziców, a za to jest samym złem. Tak, samym.
Dlaczego klaps jest zły? Bo jest. Bo stawia dziecko w pozycji przedmiotu, a nie podmiotu, o czym prosto i jasno mówi Marek Michalak – Rzecznik Praw Dziecka – choćby tutaj. Bo pozwala silniejszemu wykorzystać swoją siłę, aby coś wymóc na słabszym. Jednym słowem jest przemocą, ale schowaną pod przebraniem “niepanowania nad emocjami”, rzekomego kierowania się wyższym dobrem (jak go trzepnę po tyłku, to zapamięta, żeby nie bić dzieci łopatką), Nieważne, czy zdarzy się raz, dwa czy pięć, zawsze boli i niszczy zaufanie do rodzica.
Znam rodzinę, w której pojawiło się nowe dziecko, a “stare” zaczęło walczyć o uwagę w niezbyt sympatyczny sposób, o czym je informowano w postaci głośnych krzyków, wyzwisk i klapsów. Znam ludzi, którzy doświadczyli przemocy w domu i zdarzyło im się sprzedać klapsa swojemu dziecku niejako odruchowo. Znam rodzeństwo, które leje się równo, projektując na siebie to, jak traktują je rodzice. Znam dorosłych tak zranionych po trudnym dzieciństwie z przemocą w tle, że poprzysięgli sobie nigdy nie mieć dzieci. Problem cały czas jest, dotyka pokolenia po pokoleniu i nigdy nie znika sam.
Jak uczy filozofia kaizen, o której pisałam tutaj, duże problemy biorą się z pomijania małych sygnałów, że coś jest nie tak. W naszym świecie przemocy jest mnóstwo – w życiu społecznym, w polityce, mediach, rozrywce, używanym słownictwie. To się nie zmieni, dopóki nie zaczniemy zwracać na nią uwagi w życiu codziennym i u źródeł – czyli u samych siebie i w swoim otoczeniu – się jej pozbywać. Stąd między innymi wzięła się kampania Rzecznika Praw Dziecka “Reaguj na przemoc wobec dzieci. Masz prawo”. Niereagowanie na te najdrobniejsze sytuacje to tak naprawdę przyzwalanie na nie i nie ma tu żadnego wytłumaczenia. Reagowanie nie oznacza też wchodzenia z butami w czyjeś życie czy – uwaga – używania przemocy, żeby zatrzymać przemoc. Na stronie kampanii można znaleźć rzeczowe informacje na temat tego, jak mądrze reagować na przemoc, a także jak wychowywać bez używania siły. Ponadto jest tam też deklaracja o reagowaniu na wszelkie przejawy przemocy wobec dzieci – ja już podpisałam.
Przemoc wobec dzieci – nieważne, czy ma formę klapsa, szarpnięcia za rękę czy obrzucania wyzwiskami – bolała, boli i boleć będzie. Dziecko może mieć większą lub mniejszą na nią odporność, ale bez względu na to, co twierdzi teraz, w momencie jej doświadczenia cierpiało i nie potrafiąc jej zrozumieć, starało się ją zracjonalizować. Stąd te wszystkie szumne “ja dostawałem pasem i nic mi nie jest” czy “zakaz bicia dzieci to lewactwo”. Rodzic ma dziecko kochać, chronić i przygotowywać do samodzielnego życia, a nie wyładowywać na nim swoje emocje i frustracje. W końcu kształtujemy teraz przyszłe pokolenie, a jeżeli nic się nie zmieni, to jak ono będzie wyglądało?

Zapomniana wojna, albo o skutkach nieuważności

Rok 2016. Wrocław, poranne godziny szczytu. Jadę do biura na rowerze, przede mną dziewczyna wykonująca mniej więcej tę samą czynność, tylko że ze słuchawkami na uszach. Duży ruch, jedziemy wolno. Nagle ona wyciąga telefon i zaczyna pisać SMS-a, jednocześnie przejeżdżając przez ulicę. Nie widzi auta, kierowca cudem wyhamowuje ze strachem w oczach. Dziewczyna chowa telefon, jedzie dalej. Chwilę potem wyprzedza innych rowerzystów na “trzeciego”, prawie tratując idącą chodnikiem kobietę.
Rok 1992. W Europie trwa wojna, o której lepiej nie wiedzieć, żeby dobrze spać. I tak jest tyle problemów. Polska, kraj w końcu uwolniony spod panowania różnych zaborców, staje na nogi i uczy się siermiężnego kapitalizmu. Wszyscy są zajęci robieniem biznesów lub po prostu odnalezieniem się w nowej rzeczywistości. Tysiąc kilometrów dalej trwa wojna nazywana domową, ale czy nie podobnie myślimy teraz o konflikcie na Ukrainie? Oto wyobraźmy sobie kraj, który po II wojnie światowej nadal nie jest spokojny, a żądni większej władzy politycy podsycają konflikt. Pewnego dnia się zaczyna – oto jeden naród napada na drugi, choć mieszkają w jednym kraju, są sąsiadami, a często swoimi nauczycielami, klientami, chłopakami. 
Wojna trwa trzy lata. Podczas niej dochodzi do niepojętego – oto niemal 50 lat po największej wojnie XX wieku powstają cztery obozy koncentracyjne. W obozach więzi się głównie kobiety i dzieci, bo mężczyźni zazwyczaj już nie żyją. Nikt się z nimi nie pieści – do lasu i już kolejny masowy grób gotowy. Najwięcej ofiar jest wśród tak zwanych Boszniaków, czyli muzułmanów, którzy właściwie nie mają szans obrony. Cały konflikt miał tło etniczne – niespotykane od czasów II wojny światowej. Na porządku dziennym były gwałty – dzięki raportującemu o nich dla ONZ Tadeuszowi Mazowieckiemu uznano je w roku 1993 za zbrodnię wojenną.
Czemu o tym piszę? Trafiłam niedawno na niesamowity, wstrząsający reportaż Wojciecha Tochmana “Jakbyś kamień jadła”, który opowiada o okresie “po” wojnie i prowadzonych na terenach wojennych ekshumacjach licznych tam masowych grobów. Opowiada o kobietach i nielicznych mężczyznach, którzy to przetrwali i teraz szukają kości swoich bliskich, żeby zaznać choć trochę spokoju ducha. Wiem, że mam refleks szachisty, ale jakoś do tej pory nie trafiałam na książki Tochmana. Teraz nadrabiam, a z każdym kolejnym przeczytanym słowem otwierają mi się szeroko oczy.
Piszę o tym dlatego, że nie mogę zrozumieć. Nie bestialstwa, odhumanizowania ofiar, nienawiści itp. One od dawna niestety tkwią w istocie ludzkiej i wygląda na to, że od czasu do czasu udaje się je po prostu “ucywilizować”. Nie mogę zrozumieć, że nie minęło wtedy jeszcze 50 lat od największej wojny świata, a praktycznie w środku Europy powstają obozy koncentracyjne i… nic. Nic, a to przecież są już czasy rozwiniętej komunikacji, satelitów itd. Nie można powiedzieć, że reszta kontynentu nie wiedziała, nie orientowała się, zarobiona była. Gdy dziennikarze telewizji brytyjskiej cudem i sposobem pokazali światu, co się tam dzieje, odbył się “nacisk społeczny” i Serbowie obozy musieli zlikwidować, ale ani wojna, ani ludobójstwo się nie zakończyły. Wręcz zintensyfikowano tak zwany przemysł wojenny, a kulminacja nastąpiła w roku 1995 Srebrenicy, gdzie zamordowano osiem tysięcy muzułmanów. Wtedy też obudził się świat, że warto coś z tym zrobić. Czemu tak późno?
Gdy zaczynała się wojna w Bośni i Hercegowinie, miałam dziesięć lat. Moim największym marzeniem był balet, a problemem brak kolorowych legginsów. Zazwyczaj w tym wieku dzieci mają podobne problemy. Co robili wtedy Polacy? Nasze rodziny? Czy widzieli materiały o Bośni i Hercegowinie w telewizji? Czy przełączali na coś innego? Czy rozmawiali o tym? Czy mam prawo wymagać od narodu doświadczonego różnymi konfliktami, w tym wewnętrznymi, żeby jeszcze angażował się w sprawy innych narodów? 
Czy tej wojnie można było zapobiec? Pewnie nie. Czy można ją było zakończyć wcześniej? Pewnie tak. Czy na świecie toczą się teraz podobne wojny? Niestety tak i moją rolą jest nie zamykać na to oczu, nawet jeśli to boli.
Nieuważność często się mści – człowiek zapomina, zajmuje się czymś innym, rozprasza się, wpada pod samochód. Uważność z kolei często boli. W tym przypadku jednak, co nas nie zabije, to nas wzmocni, bo z czego innego, jak nie z nieuważności (często świadomej) bierze się obojętność? Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal, ale teraz – przy tak rozwiniętych technologiach – coraz rzadziej można tak powiedzieć…
Uwaga!

O tym, dlaczego nie wzięłabym udziału w Powstaniu Warszawskim

Kadr z filmu “Robota Wawerska”, źródło: http://www.info-pc.home.pl
Jest ósmy dzień sierpnia. 74 lata temu o tej porze w Warszawie toczyły się walki – młodzi, rozpaleni entuzjazmem laicy kontra doświadczeni żołnierze o nieporównywalnie większym uzbrojeniu. Ciężkie walki toczyły się na Ochocie, Stare Miasto było bombardowane, a Niemcy nacierali na Ratusz, używając w charakterze żywych tarcz kobiet z dziećmi.
Obejrzałam wczoraj film Jana Komasy “Miasto 44”. Długo mi to zabrało, film nie jest taki nowy, to prawda, ale z uwagi na jego duży realizm, nie miałam odwagi zrobić tego wcześniej. Samemu obrazowi mam niestety trochę do zarzucenia – głównie ukłon w stronę popkultury i efekciarstwo – ale nie można mu odebrać tego, że robi wrażenie. Wprawił mnie w nastrój, którym dla zachowania jako takiego zdrowia psychicznego postanowiłam się podzielić. Otóż doszłam do wniosku, że nie wzięłabym udziału w Powstaniu Warszawskim, gdyby przyszło mi taką decyzję podejmować. Niełatwo się do tego przyznać, szczególnie biorąc pod uwagę ogromną pseudopopularność znaku Polski Walczącej, zbanalizowanego do granic możliwości (iluż dużych chłopców już widziałam z Kotwicą Państwa Podziemnego dumnie prężącą się na umięśnionej łydce…), czy sporej niechęci do tekstów Marii Peszek, która w utworze “Sorry, Polsko” śpiewa, że “Gdyby była wojna, (…) Nie oddałabym ci Polsko, ani jednej kropli krwi”, ale tak właśnie jest.
W Polsce wiele się mówi na temat Powstania Warszawskiego, choć niestety rzadko kiedy są to dyskusje merytoryczne. Politycy starają się ogrzać w świetle jupiterów skierowanych na starych, często schorowanych weteranów Powstania. Jak odgarnąć na bok tę śmietankę polityki, w każdej rozmowie, artykule czy filmie można dostrzec przebijający się wniosek o braku wystarczających podstaw do podjęcia decyzji przez kierownictwo Armii Krajowej o rozpoczęciu walk. Krótko mówiąc – liczono na to, że jak Polacy ruszą do boju, przyjdzie Armia Czerwona i im pomoże, choć jednocześnie politycznie chciano pokazać Związkowi Radzieckiemu, że umiemy sami wywalczyć sobie wolność. Czyli liczyliśmy na pomoc, ale żeby zachować twarz, nasi dowódcy wcale jej nie chcieli. Nie jestem historykiem ani politologiem, ale znając się co nieco na tematyce przywództwa czy liderowania wiem, że nikt rozsądny, a odpowiedzialny za innych, nie podejmuje ważnych decyzji, zakładając, że “będzie dobrze”, w ogóle nie wspominając o sytuacjach, gdy chodzi o życie ludzkie. Nie będę się też wdawać tu w rozważania nad (bez)sensem Powstania, ale chcę się przyjrzeć tematowi z punktu widzenia obecnego “cywila”. O co chodzi?
Przez dość wiele lat byłam harcerką. Czasem nadal się nią czuję, stąd pewnie sformułowanie, że harcerzem jest się całe życie. W harcerstwie, a przynajmniej w organizacji, w której ja byłam, panuje niesamowity kult Powstania Warszawskiego, Akcji pod Arsenałem i niepodważalnego bohaterstwa osób biorących udział w tych wydarzeniach, jak i we wszystkich pozostałych działaniach Polski Podziemnej. Jasne, brali w nim udział moi i moich harcerzy rówieśnicy, robili niesamowite rzeczy, nie mając w ogóle wsparcia ani środków i przy tym byli hardzi. Nigdy mnie to jakoś nie mierziło – brałam udział w grach terenowych, miejskich na ten temat, ba, nawet inscenizacjach. Jako że opiekowałam się dziećmi w wieku podstawówkowym, często uderzały mnie ich słowa, gdy – będąc pod wrażeniem kolejnej, dość wiernie oddającej realia Powstania gry terenowej – na koniec dnia mówiły o tym, że gdyby teraz była wojna, to one też by do niej poszły, Patrząc zresztą realistycznie, pewnie w jakiś sposób i oni, i my bylibyśmy wtedy zmobilizowani, ale od tego czasu oblicze wojny się zmieniło (czytaj: odhumanizowało, o ile to w ogóle możliwe) i raczej nie byłoby już takiej konieczności. Mimo to jednak te dzieciaki, pochodzące zazwyczaj z trudnych, niezbyt bogatych domów, będąc pod wpływem emocji deklarowały chęć udziału w działaniach wojennych! Na pierwszy rzut oka można to nazwać sukcesem polityki patriotycznej, ale jak się bliżej przyjrzeć, można niestety dostrzec brak myślenia krytycznego i niezależności w podejmowaniu decyzji. U dzieci to zresztą norma, ale zajęcia dla nich prowadzili przecież głównie dorośli, którzy świadomie kształtowali znak równości pomiędzy pójściem z tłumem w imię patriotyzmu a prawością człowieka.
Małe zdjęcie Małego Powstańca
Żeby było jasne – doceniam bohaterstwo Powstańców, ich odwagę i poświęcenie. Wkurza mnie jednak to, że decyzje podejmowali ludzie niemający do tego kompetencji, w ten sposób ważąc o czyimś życiu i śmierci. Mając dziecko i patrząc na dzieci cierpiące podczas innych konfliktów zbrojnych toczących się teraz na świecie wiem, że mimo ogromnej chęci włączenia się w walkę powstańczą, nie zrobiłabym tego, kierując się rozsądkiem i dbałością o dziecko. Czy to działanie egoistyczne? Pewnie wielu powie, że tak, ale moim zdaniem byłby to mądry egoizm, wynikający z miłości do życia i rodziny. Odwieczne pytanie, co jest ważniejsze – rodzina czy ojczyzna, w Polsce wałkowany przez legiony uczniów ściągających od siebie wypracowania na ten temat – obecnie niesie dla mnie inną odpowiedź niż jeszcze 10 lat temu. A czemu o tym piszę? Bo nawet w trudnych, bogoojczyźnianych tematach powinno się mieć własne zdanie i nie bać się go wypowiadać głośno. Bo każdy, kto myśli inaczej niż mainstream, musi mieć odwagę, by o tym powiedzieć. Bo gdy się nadal rozmawia o wydarzeniach z historii, szczególnie najnowszej, one mają znaczenie i oddaje im się tak ceniony przez niektórych hołd. Bo w naszym kraju od słuchania, co się powinno myśleć są według wielu dzieci, ale dorośli akurat powinni zacząć myśleć po swojemu.
Audrey Hepburn, pytana o swoje doświadczenie jako Ambasadorka UNICEF-u powiedziała, że:
“Opieka nad dziećmi nie ma nic wspólnego z polityką. Być może z czasem, zamiast upolitycznienia pomocy humanitarnej, nastanie epoka ucywilizowania polityki”.
Czego sobie i Państwu życzę.

O patriotyzmie lokalnym słów kilka

Photo by Aleksander Szczygieł
Wrocław. Oto moje miasto – pełne sprzeczności, uroku, zgiełku i korków. Znajdziesz tu zarówno smog, jak i piękne parki, zapchane do granic możliwości szerokie ulice, jak i urokliwe zaułki, zabieganych, zapracowanych dorosłych, jak i roześmiane dzieci pozujące do zdjęć z jednym z symboli miasta – skrzatem. Kiedyś spędzanie wakacji w mieście było dla mnie synonimem nudy, monotonii i najgorszego nieszczęścia, jakie może spotkać dziecko. Teraz, gdy sama mam dziecko, widzę, że wakacje w mieście (choć nie dobrowolnie wybrane, a niejako przymusowe) to jednak może być niesamowita frajda, szczególnie w TAKIM mieście.
Takim, czyli jakim? Co takiego jest w tym mieście, że warto o nim napisać? Teraz nietrudno je lubić, bo jak pewnie większość z Was wie, Wrocław jest Europejską Stolicą Kultury i w związku z tym faktem dzieje się tu wiele, choć nie zawsze na temat. Natchnienie do napisania tego postu spłynęło na mnie, gdy w zeszłym tygodniu pokonywałam w upalnym słońcu na rowerze drogę praca-dom, mijając wiele roześmianych młodych osób, goszczących tu w ramach Światowych Dni Młodzieży. Wyprzedzającym mnie kierowcom niezbyt się spieszyło, podobnie jak mi. Wiatr we włosach, piękne budynki dookoła i poczucie, że wszystko się może zdarzyć (na rowerze to nie zawsze dobrze :p) napełniły mnie pozytywnymi emocjami.

Źródło: bikepretty.com
No, ale miało być o mieście. Otóż Wrocław jest niesamowity i wyjątkowy i nie piszę tego wcale po to, żeby się nim wyłącznie chwalić, ani też nikt mi za to nie płaci. The Guardian wyróżnił je jako jedno z 10 miast w Europie, które warto odwiedzić w roku 2016, zaraz obok Marsylii czy Girony. Wybór ten oparto głównie na bogatej ofercie kulturalnej, począwszy od teatrów alternatywnych, po festiwal T-Mobile Nowe Horyzonty czy megawidowisko operowe “Zarzuela”. Nie samą kulturą jednak człowiek żyje. Co jeszcze można tu znaleźć?

Photo by Aleksander Szczygieł

Jak w każdym starym mieście o bogatej historii – zabytki, piękną zabudowę Rynku, mnóstwo kościołów, stare, duże parki, wielu studentów i dobre uczelnie, mądrych ludzi, powoli odrestaurowywane kamienice, piękną operę, kilka pałaców, niezliczone mosty, kładki, rzeki i rzeczki, pamiętający XIX wiek, ale na szczęście odremontowany dworzec. A także spory polityczne, korki, smog, niekończące się remonty, brud, smród i ubóstwo, żebraków, powydziwiane osiedla itp. Wszystko to jednak w dziwny sposób do siebie pasuje i tworzy niepowtarzalną całość. Miasto cały czas się rozwija, również gospodarczo, powoli zagarniając do siebie okoliczne miejscowości i tworząc Aglomerację Wrocławską. Niegdyś zaniedbane z powodu ciągłego zagrożenia jego oderwaniem od macierzy przez Niemcy, teraz zadziwia dynamiką i energią mieszkańców. Właśnie energia jest moim zdaniem sekretem sukcesu.
Kilka lat temu wraz z koleżanką bardzo chciałam się włączyć w tę energię i stworzyć coś sensownego, co pomoże uratować świat od zagłady. Wymyśliłyśmy więc stowarzyszenie, które, dzielnie przebrnąwszy przez biurokrację, założyłyśmy, obierając sobie za cel edukację społeczną, i prowadziłyśmy dobre cztery lata. W tym czasie miałyśmy szansę poznać mieszkańców od tak zwanej podszewki. Dowiedziałyśmy się, że młodzież ma świetne pomysły, ale często nikt jej nie słucha, że dzieciaki ze świetlic środowiskowych są mocno zaniedbane wcale nie z powodu biedy, ale tego, że ich rodzice nie chcą o nie dbać, że układy i znajomości rządzą niemal w każdym urzędzie, że pieniądze dla NGO trzeba sobie niejako “wychodzić”, wreszcie że im ktoś bogatszy, tym mniej mu się chce. Dowiedziałyśmy się też, że jest wielu pozytywnie zakręconych ludzi zainteresowanych wymianą myśli i samorozwojem, że czasem wystarczy chcieć i wykazać się determinacją, a pieniądze same się znajdują, no i że we Wrocławiu jest wiele problemów, których na pierwszy rzut oka nie widać.
Choć miasto to ma bogatą historię i tradycję “multikulti” (to teraz nie najładniejsze słowo, więc trzeba uważać), to nadal jest tu sporo osób przejawiających postawy bliskie rasizmowi, antysemityzmowi, a nawet faszyzmowi. Choć mamy tu dwie synagogi, a gmina żydowska zrzesza jedynie ok. 300 osób, wciąż na murach znaleźć można wymowne “Jude raus” lub swastyki. Co więcej, to tu spalono niesłynną kukłę Żyda (info choćby tu). Mimo że przyjeżdża do nas wielu turystów z zagranicy, a co roku uczelnie wypełniają się studentami z obcych krajów, nie zmieniło to postawy wielu zwolenników hasła “Polska dla Polaków”. W takich chwilach bardzo mi wstyd za moje miasto, choć wiem, że przecież bardzo się stara, tylko nie zawsze mu wychodzi. 
Photo by Aleksander Szczygieł
Patriotyzm jest teraz modny – można nawet wypić patriotyczny napój energetyczny, choć akurat ta inicjatywa mnie mierzi. Jednak teraz, gdy spory polityczne przybierają na sile, rządząca “elita” ucieka się do obrzydliwych słów i gestów, nie potrafię się zdobyć na patriotyzm ogólnokrajowy. Wolę od niego ten lokalny, który łatwiej praktykować na każdym kroku. Jak? Ano banalnie – sprzątanie po psie, sprzątanie po sobie, angażowanie się w sprawy miasta, rezygnacja z pasywności, gdy coś mnie irytuje lub wiem, że łatwo można to zmienić, interesowanie się lokalną kulturą i uczestniczenie w niej. Wszystko to jest istotne nie tylko dla mojego miasta, które bez tego pewnie by przeżyło, ale dla jakości mojego życia w nim, co ma większe znaczenie.
Wiem, że w Polsce jest wiele pięknych miast, miasteczek i wsi. Ba, podejrzewam, że są nawet ładniejsze niż Wrocław. Jak na razie jednak nie zamieniłabym go na żadne inne, nawet biorąc pod uwagę, że do najbliższego parku mam 30 min. spacerem. Moje dziecko uwielbia tramwaje, gwar Rynku i wszechobecne zwierzęta (zoo!). Ja kocham dojazdy do pracy w Rynku na rowerze, to, że zawsze można znaleźć ciekawy sposób spędzania czasu i realizować przeróżne pasje. Mogę potwierdzić, że zgodnie ze znanym sloganem promocyjnym miasta, Wrocław to prawdziwe miejsce spotkań. I tylko do morza daleko…
Photo by Aleksander Szczygieł
Ps. Wszystkie zdjęcia (poza Audrey oczywiście ;p) przedstawiają Wrocław, a ich autorem jest mój brat 🙂

Je suis Paris/Nice/Dhaka/Istanbul/Baghdad/Medina, mais je ne suis pas un terrorist

Źle się dzieje w naszym świecie. W świecie bogatego, przeważnie najedzonego, zdrowego, zapracowanego Zachodu, który biegnie do przodu i co jakiś czas dostaje prztyczka w nos w postaci ataku agresji. Kuli się wtedy z bólu, płacze nawet nieco teatralnie, ukradkiem spoglądając po twarzach zgromadzonych obserwatorów, czy jego tragedia jest odpowiednio dowartościowana. Od strony Wschodu słychać jeszcze głośniejsze krzyki, ale są tak częste, że właściwie już nikt nie zwraca na nie uwagi. Wszyscy skupiają się na Zachodzie, bo przecież do tej pory siedział cicho i grzecznie sobie pracował nad dobrobytem, aż tu nagle ktoś siłą wtargnął do jego piaskownicy, zburzył zamek z piasku, zabrał zabawki i uciekł. Może odrobinę przesadzam, a na pewno nie dezawuuję tragedii ofiar wszystkich dotychczasowych zamachów terrorystycznych, ale czy w tym szaleństwie jest jeszcze jakaś metoda?
Dla mediów czy tak zwanej opinii publicznej terrorystą jest każdy o ciemniejszej karnacji lub odpowiednio tajemniczym ubraniu. Jest nim też każda osoba dokonująca czynu wykraczającego poza normalne zasady życia społecznego.- napaści, morderstwa, porwania. Jednocześnie w USA nastąpiła seria zdarzeń o podłożu rasowym jak się twierdzi – oto “czarni” atakują “białych”, a właściwie “niebieskich”, bo głównie o policjantów chodzi. Całkiem przypadkiem giną też “czarne” kobiety z rąk tych “niebieskich”, ale czy płacz ich rodzin ktoś słyszy? W naszym pięknym kraju natomiast, jak dotąd szczęśliwie niedoświadczonym bezpośrednim aktem terrorystycznym, politycy prawicy śmigają jak delfiny na falach niepokoju społecznego, przekrzykując się na argumenty o niebezpieczeństwie multikulti i lekce sobie ważąc wszelkie zasady poprawności politycznej (jako te, które pośrednio przyczyniły się do obecnych problemów społeczno-politycznych).
Znamienne jest to, z jakim upodobaniem politycy wypowiadający się na temat aktów agresji robią to w sposób agresywny właśnie. Ciekawe jest też to, że dostrzegają źdźbło w oku przeciwnika, a w swoim belki nie tylko nie widzą, ale nawet odmawiają faktu posiadania oka. Polacy wyjeżdżają z kraju na potęgę, zasilając kapitał ludzki głównie w Niemczech i Wielkiej Brytanii, ale to przecież nie jest tak groźne zjawisko, jak podróże “ciapatych” po Europie w celu wybrania najbogatszego kraju goszczącego, wgryzienia się w jego socjal i wykorzystywanie biednych “białych”, pracujących od rana do nocy na kawałek chleba z masłem.
No dobrze, to politycy, a ja trochę przesadzam. O co mi więc chodzi? O to:
Jak powtarzają mi moi bliscy, zawsze byłam naiwna. Obawiam się, że tak mi zostało. W życiu swoim jeszcze nie aż tak długim wielokrotnie doświadczyłam przemocy i wiem, że w zależności od bieżącej siły ofiary oraz od jej konstrukcji psychicznej może na nią zareagować jak każde porządne zwierzę – walką albo ucieczką. Tak samo dzieje się w życiu społecznym. Grupy, które w jakiś sposób ucierpiały wskutek bezkompromisowego dążenia innych grup do globalnej dominacji i swojego dobrobytu czasem chowają głowę w piasek, licząc na odszkodowania i inne jałmużny, a inne nie wytrzymują i zaczynają walkę. Niestety, najczęściej jest to walka podjazdowa z zastosowaniem metod terrorystycznych. Każda przyczyna ma swój skutek. Z tej idei wzięła się koncepcja Porozumienia bez przemocy, z którą zainteresowani mogą zapoznać się we własnym zakresie. Nie chcę nikogo indoktrynować, ale w skali mikro chyba wiem, co zrobić 🙂
Byłam niedawno z moim maluchem w piaskownicy. Inne dziecko bardzo chciało przechwycić nasze wiaderko do piasku, a jak wiadomo w świecie dziecięcym jest to czyn równy próbom atomowym przeprowadzanym przez Koreę Północną. Mama tego chłopca w końcu zareagowała, podchodząc do niego i mówiąc: “Nie zachowuj się jak terrorysta!”. Wtedy dotarło do mnie, że w tym właśnie leży tajemnica pokoju. Terroryzm nasz codzienny przybiera różne formy – to “strzelanie focha” w celu uzyskania potrzebnej nam reakcji, krzyczenie na dziecko, żeby się pospieszyło, nie wspominając o klapsach, opryskliwe traktowanie klientów/sprzedawców/współpracowników/meneli, popularne dziś hejtowanie, czy pospolity szantaż emocjonalny. W skrócie wszelkie siłowe działanie w celu wymuszenia odpowiedniej reakcji. Terroryzm = agresja. Odpowiedź na to może być tylko rodem ze świata Troskliwych Misiów..
Miłość. Na świecie nigdy nie będzie równości, wolności dla każdego czy idealnego pokoju. Aż tak naiwna to nawet ja nie jestem. Wystarczy jednak, że tak po hippisowsku, a jednocześnie chrześcijańsko-muzułmańsko-buddyjsku będziemy się nawzajem szanować.
Podejmuję więc wyzwanie i mówię “Je ne suis pas un terroriste”. Łamaną francuszczyzną oświadczam, że rezygnuję ze wszelkich form przemocy i podążam wolnym krokiem w stronę chodzenia po wodzie i mnożenia chleba. A tak serio – moim zdaniem im więcej uwagi i wysiłku poświęcimy temu, aby nasze wypowiedzi nie były agresywne, ale konstruktywnie krytyczne, aby druga osoba poczuła się wysłuchana, a nie zaszczuta, aby nasze dzieci beztrosko cieszyły się życiem, zamiast non stop stawiać czoła wygórowanym wymaganiom rodziców, tym większe mamy szanse na braterstwo.
A to już dużo.