Społeczeństwo

Mobbing okiem prawnika – suplement do wywiadu

Niedawno na Audrey Cafe pojawił się wywiad z dziewczyną, która doświadczyła mobbingu. Wywołał spore zainteresowanie, co bardzo mnie cieszy, bo dzięki temu problem jest nagłaśniany, a nie zamiatany pod dywan. Dziś wracam do tematu, a to za sprawą mojego…męża. Nie znacie go jeszcze, ale mąż mój jest adwokatem, a do tego pisał pracę magisterską na temat mobbingu, więc i w teorii, i w praktyce wie, o czym mówi. Zapraszam więc do przeczytania o tym, co prawnik ma do powiedzenia o mobbingu. Oddaję głos Grzegorzowi 🙂

Mobbing – co to jest?

Niejako w ramach suplementu do wywiadu można zauważyć, że w istocie zjawisko mobbingu nie jest takie odosobnione. Przyzwyczajeni jesteśmy oczywiście do oczekiwania, że takie zjawisko jak mobbing musi przybrać rażące kształty przejawiające się wprost w psychicznym, oczywistym nękaniu pracownika, które trwa przez bardzo długi czas, nierzadko latami, i musi kończyć się zapaścią zdrowotną pracownika. Tymczasem, w istocie zjawisko to jest zdecydowanie bardziej rozpowszechnione i najczęściej nie przybiera takich oczywistych kształtów. Często nawet pracownik poddany działaniom mobbera nie uświadamia sobie występowania w jego przypadku tego zjawiska. Dlatego też, w niektórych większych firmach stosowane zgłoszenia anonimowe mają istotne znaczenie dla osiągnięcia podstawowego celu, jakim jest przeciwdziałanie pojawieniu się lub pogłębieniu zjawiska przy pierwszych symptomach jego pojawienia się. Mówimy tu o większych firmach, korporacjach, ale w większości przypadków zjawiska te występują na szeroką skalę w urzędach, jak również mniejszych firmach, gdzie w zasadzie pozbawione jest to jakiejkolwiek kontroli. Trudno jest osobie zatrudnionej w małej firmie nie tylko przekonać kogoś o istnieniu mobbingu, ale też często osoba poddana mobbingowi sama nie jest w stanie sobie tego uświadomić. Nie jest pomocne również otoczenie, które wysyła najczęściej sygnały bagatelizujące problem i wskazujące na rzekomą słabość psychiczną pracownika, który nie potrafi poradzić sobie w wymagającym otoczeniu poprzez słowa: „on/ona taki/taka już jest”, „jest bardzo wymagający/wymagająca”, „taka praca”, „nie przesadzaj, zawsze znajdzie się jakiś dziwny szef/szefowa” itp. W swojej ponad 10-letniej praktyce prawniczej spotykam się często właśnie z takim podejściem.

Nawet przy sprawach niezwiązanych z mobbingiem (dotyczących najczęściej wypowiedzenia umowy o pracę, godzin nadliczbowych itp.) dopiero po rozmowie z danym pracownikiem można było wysnuć wnioski o tym, że de facto wobec tego człowieka były stosowane działania mobbingowe i często nie zdawał on sobie z tego sprawy, a nawet odrzucał takie wnioski. Mobbing nie tyle musi oznaczać osiągnięcie końcowego rezultatu,  jakim jest rozstrój zdrowia, utrata pracy itp. (i dlatego też często jest niezauważany), ale z reguły przejawia się w zaniżeniu poczucia własnej wartości i przydatności danego pracownika, co jednak jest istotnym skutkiem mobbingu. Może to się odbić zauważalnie na jego zdrowiu (jak w przypadku opisanym w wywiadzie), ale może to również pozostawać ślady wpierw niezauważone w początkowym okresie, które jednak mogą o sobie dać znać w przyszłości (chociażby z powodu długotrwałego stresu).

Mobbing – jakie działania są niezbędne

Niezbędne jest zatem, aby otoczenie pracownika przestało bagatelizować jakiekolwiek niepokojące sygnały o zjawisku mobbingu i otwarte było na rzeczywistą pomoc danej osobie, która najczęściej w pierwszej fazie zjawiska nie uświadamia sobie istoty problemu i tego, że rzeczywiście może tej pomocy potrzebować, tłumacząc sobie to specyfiką danej branży, komórki, zespołu, szefa lub wprost własną osobą i niespełnianiem pokładanych w niej nadziei lub oczekiwań. Z drugiej zaś strony, wszyscy pracownicy powinni bardziej krytycznie podchodzić do zjawiska mobbingu i być bardziej wyczuleni na chłodną analizę swojej sytuacji oraz weryfikować ewentualne zarzuty do efektów swojej pracy, to jest czy są one merytoryczne i konkretne (ale wówczas istotna jest również forma stawiania tych zarzutów, czyli sposób ich wyrażenia – chodzi o dobór słów, gestów, siły głosu itp. oraz okoliczności ich wyrażenia – czy na przykład na szerszym forum w celu ośmieszenia pracownika), czy też zasadzają się wyłącznie lub również na innych aspektach takich jak osoba pracownika (też kwestie czysto fizyczne jak np. przysłowiowa blondynka, kobieta, tusza, wzrost, również wiek, wykształcenie, pochodzenie, sposób bycia, poglądy , ale też jej sfera prywatna, rodzinna itp.) Nadto warto pamiętać, że nie zawsze mobber wybiera sobie jedną ofiarę (co wówczas jest łatwiejsze do wykazania), ale często podobne zachowania mobbingowe stosuje wobec szerszego grona podwładnych lub współpracowników (mobbing nie zawsze objawia się w relacjach szef-pracownik, może występować również wśród pracowników tego samego szczebla), co oczywiście jest trudniejsze do ujawnienia i uświadomienia.

Mobbing – co jest najważniejsze?

Najistotniejsze jednak jest to, aby każdy będący pracownikiem dał sobie prawo do bycia ofiarą i pomimo, że dzisiejszy „świat” nakazuje być silnym, walczącym, pewnym siebie, to w istocie w takim właśnie świecie czymś odważnym jest uświadomienie sobie bycia ofiarą oraz konieczność skorzystania z pomocy innych osób w celu poradzenia sobie z problemem. Tym bardziej takie wywiady, opisywane historie jak wyżej zasługują na upowszechnienie i podkreślenie, że niczym złym jest skorzystanie wówczas z pomocy innych osób, jakkolwiek by ona nie była potrzebna i takie historie nie mówią nic o osobie, która ich doświadczyła, poza tym, że w istocie wymagało to odwagi od tej osoby, by poradzić sobie z problemem. Dlatego tym bardziej zachęcam do lektury i empatii, albowiem z przejawami mobbingu możemy mieć do czynienia sami lub prawie na pewno miał lub będzie mieć do czynienia ktoś z naszego najbliższego otoczenia i warto by wiedział, że nie jest w tym sam i ma możliwość zwrócenia się o pomoc.

To tyle – dziękuję mojemu mężowi za wypowiedź 🙂 Teraz zadanie dla Was – znacie kogoś, komu ten artykuł może się przydać? Udostępnijcie go! A może macie jakieś pytania do prawnika? Piszcie w komentarzach lub na priv – postaramy się pomóc, jak tylko potrafimy!

Mobbing – co to jest? (wywiad)

Praca – przedmiot naszych ambicji, pasji, stresów i planów. Praca – nieodłączny element życia większości z nas. Co jednak, gdy praca staje się naszym przekleństwem?

Było raz piękne lato, które spędziłam w dzikiej, nieco mrocznej Szkocji. Właśnie otworzyły się dla nas granice Unii Europejskiej i można było wszystko. Jako studentka na dorobku postanowiłam dorobić trochę na „życie” i poznać od podszewki kulturę tego niesamowitego kraju. Nie wiedziałam jednak, że poznam też…nową formę przemocy psychicznej, jaką jest mobbing.

Mój szef był innej narodowości – ani Szkot, ani Polak – i okazał się niezłym rasistą, szowinistą i antyagistą. Żeby tego było mało, drażniło go też mówienie „mhm”, za co raz za razem zbierałam bury. W pracy było nerwowo, dynamicznie i bardzo emocjonalnie, ale to były tylko cztery miesiące. A co przeżywają osoby mające z mobbingiem do czynienia na co dzień?

Sprawa Stowarzyszenia „Wiosna” i jego szefa-księdza, organizatora wielkiej już teraz akcji „Szlachetna Paczka”, wybuchła niedawno – okazało się, że pod przykrywką szlachetnych pobudek dochodzi tam do mobbingu. Jednak gdy rozejrzymy się po swoich znajomych, okaże się, że ta forma przemocy psychicznej jest bardziej rozpowszechniona niż nam się wydaje. Jak to zjawisko wygląda od podszewki? Rozmawiam dziś z moją koleżanką Marysią, która zgodziła się opowiedzieć o swojej historii z mobbingiem w tle, rozgrywającej się w pewnej firmie informatycznej w Polsce.

Audrey Cafe: Na początku, Marysia, chciałam Ci bardzo podziękować za to, że zgodziłaś się na tę rozmowę. Wiem, że to niełatwe i doceniam Twoją odwagę. Opowiedz, proszę, od czego wszystko się zaczęło.

Marysia: Zaczęło się od docinków i przytyków ze strony szefa, które traktowałam jako zwykły przejaw dobrej atmosfery, luzu, braku dystansu, ale tak naprawdę, to dopiero post factum zauważyłam, z pomocą przyjaciółek, że od pewnego czasu jest mi w pracy źle i kompletnie „sflaczałam życiowo”.

AC: Jaki był mechanizm działania mobbingu w Twojej firmie?

M: Mechanizm był taki, że nie dostawałam konkretnych zadań do pracy, tylko ogólnie sformułowane cele, z których potem byłam rozliczana, wyszydzano publicznie moją pracę, obrażano mnie („tłumaczę Ci jak, krowie na rowie”, „Niemożliwe, że tylko tyle zrobiłaś w tydzień”). Dostawałyśmy także (takie traktowanie dotyczyło wszystkich w tym zespole) zadania idiotyczne albo spoza naszych kompetencji, np. polecenie poprawy  rocznego sprawozdania finansowego. Żadna z nas nie była księgową, nie do tego byłyśmy zatrudnione. Gdy koleżanka powiedziała, że tego nie zrobi, bo nie potrafi, to szef prychnął jej w twarz, że ma Google i każdy normalny pracownik cieszyłby się, że może zdobyć nowe doświadczenie w pracy.. Ja dostałam zadanie przetestowania kilku scenariuszy działania aplikacji, jednego z nich nie mogłam w ogóle ustawić, nie wychodziło mi za cholerę, miałam mdłości (chyba nawet poszłam zwymiotować w toalecie w firmie) na myśl, że miałabym się przed nim przyznać do porażki i znów słuchać obelg, w końcu nie miałam wyjścia. Usłyszałam: „O, myślałem, że wcześniej się zorientujesz, że dałem Ci specjalnie wadliwy scenariusz, który nie ma prawa zadziałać.” To takie konkretne przykłady, ale tam w ogóle kultura pracy była okropna. Szefem mojego szefa był właściciel, Hiszpan, który dostał firmę od rodziców i hołdował zasadzie, że nie po to przeniósł firmę do Polski, żeby kultywować zachodnią kulturę pracy… Byliśmy rozliczani ze spóźnień co do minuty, krzywo patrzono na korzystanie z kuchni, kawa/herbata, na jakieś rozmowy luźne. I to w zasadzie tylko w moim zespole, bo siedzący z nami w pokoju koledzy  innych zespołów legalnie czytali książki i rozmawiali, gdy akurat nie było nic pilnego do zrobienia.

AC: Jak reagowali Twoi współpracownicy na takie zachowania szefa?

M: Reakcji dawnych pracowników firmy, z dłuższym stażem, nie było. Raz, po tym, jak przed świętami zostałam zmieszana z błotem, publicznie, koleżanka pracująca kilka lat w firmie poradziła mi, żebym nie brała tego do siebie, że Mariusz (z którym ona nie miała zależności służbowej) już taki jest i to nic osobistego. Trzymałyśmy się razem we trzy w zespole Mariusza, po każdej przykrej akcji spotykałyśmy się na pokrzepiającej herbacie i pisałyśmy do siebie na Messengerze (co oczywiście było surowo tępione, więc tylko z komórki).

AC: Kiedy poczułaś, że nie masz już siły?

M: Pamiętam, że w połowie stycznia dzwoniłam w drodze z pracy do mojej przyjaciółki z życzeniami w dniu jej urodzin i nie byłam w stanie wydusić słowa, musiałam się zatrzymać i ryczałam jej w słuchawkę, zamiast rozmawiać. Krótko później, już gdy zaczęłam szukać pracy, zdecydowałam, że wystąpię o udzielenie dwóch półgodzinnych przerw na karmienie. Wciąż karmiłam synka, ale nie korzystałam z tego przywileju, bo radziliśmy sobie dobrze bez tego, a wydawało mi się uczciwe (hahaha), że skoro zatrudniłam się w firmie już jako matka (po macierzyńskim zmieniłam pracę i zaczęłam pracować w nowej firmie), to nie ma powodu, żeby nowy pracodawca mi udzielał takich przerw. Ale właśnie w lutym doszłam do ściany, wiedziałam, że nie chcę mieć z nimi więcej wspólnego (nasza sytuacja finansowa nie pozwalała po prostu na rzucenie pracy) i że skorzystam ze skrócenia dnia pracy. Przyszłam w poniedziałek z przygotowanym pismem tylko po to, żeby dowiedzieć się, że Mariusza nie ma w pracy i nie mam komu pisma przedłożyć. Tak mnie to zbiło z tropu, że nie mogłam jeść, piłam tego dnia tylko słodką kawę, żeby nie zemdleć. Nie mogłam opanować drżenia rąk, a o skupieniu na pracy nie było mowy. W drodze do domu zadzwoniłam do bliskiej koleżanki, psychoterapeutki. Zamieniła ze mną dwa zdania i wysłała SMS-em nr do swojej znajomej psychiatry i obiecała, że po trzech dniach do mnie zadzwoni zapytać, czy byłam na wizycie.

AC: Wtedy postanowiłaś działać?

M: Tak. Poszłam na wizytę i dopiero wtedy, opowiadając tę historię lekarzowi, nieznającemu realiów pracy biurowej, informatycznej, odbiłam się w lustrze jej opinii, że przebywam w złym, krzywdzącym środowisku i że szkoda moich sił na zmianę tego stanu rzeczy. Że decyzja o zmianie pracy i odcięciu kontaktu z tym człowiekiem natychmiast jest w istocie troską o swoje zdrowie psychiczne. Początkowo byłam na dwutygodniowym zwolnieniu, bo czekałam na wynik jednej rekrutacji. Liczyłam, że jeśli uda mi się dostać tę pracę, to złożę wymówienie i w okresie wypowiedzenia będę mogła wrócić do pracy z Mariuszem, nie przejmując się już relacjami z nim i jego opiniami na mój temat.

W rekrutacji jednak nie przeszłam. Moja psychiatra wystawiła mi kolejne zwolnienie i zasugerowała pobyt na dziennym oddziale psychiatrycznym, żebym mogła przejść kompleksową psychoterapię i zająć się sobą.

To było sześć wyjątkowych, rozwojowych i bardzo świadomie przeżytych tygodni, które postawiły mnie na nogi, dały duży wgląd w siebie i wyposażyły w umiejętności radzenia sobie z kłopotami. Na zakończenie pobytu dostałam pracę marzeń w innej firmie i literalnie każdego dnia jestem wdzięczna, że trafiłam na palanta Mariusza, który stał się zapalnikiem takich dobrych zmian.

AC: Jak z perspektywy oceniasz tę sytuację? Co Ci dała, a co zabrała?

M: Doceniam to, co mam  Patrząc wstecz zauważyłam, że przez niemal rok bycia w tamtej firmie osuwałam się w depresję, to było bardzo dyskretne i dlatego tym bardziej groźne. Na przykład straciłam umiejętność przeżywania zróżnicowanych emocji. Byłam zazwyczaj smutna, zmęczona albo entuzjastycznie radosna. Terapia w szpitalu przywróciła mi odczuwanie w skali odcieni szarości, wiesz, jaka to radość? Pamiętam, że się popłakałam, jak sobie z tego zdałam sprawę, że przecież ja tak kiedyś miałam, tylko się to zaprószyło.

Na pewno będę pamiętać, żeby się szanować, żeby podejmować działania i protestować wcześnie, gdy tylko mnie coś niepokoi. Albo zmieniać otoczenie, jeśli ono nie rokuje do zmiany.

Jeszcze z dobrych rzeczy – krótko po moim pójściu na zwolnienie, firmę opuściło także kilka innych osób. Jedna z nich także skorzystała z pomocy psychoterapeutycznej. Jeszcze takie długofalowe konsekwencje, to zdjęcie odium wariactwa z leczenia psychiatrycznego i psychoterapii, nawet na moim gruncie rodzinnym. Myślę, że to dobre i ważne, bo może ośmielić kiedyś kogoś, kto bałby się sięgnąć po pomoc, której potrzebuje, ze względu na to „co ludzie powiedzą”.

AC: Co radziłabyś kobietom, które obecnie doświadczają mobbingu w swoim miejscu pracy?

M: Przede wszystkim trzeba znaleźć kogoś, kto będzie wsparciem w tej sytuacji. Najlepiej kogoś, kto nie jest w zależności służbowej z prześladowcą i jednocześnie na tyle dobrze zna organizację, że będzie umiał zaproponować konkretne strategie poradzenia sobie. W dużych firmach funkcjonują anonimowe skrzynki, w których można zgłaszać przypadki nadużyć. Zazwyczaj wtedy udaje się zmienić otoczenie korporacyjne, przenieść się dyskretnie do równoległego zespołu, zostać objętym wsparciem rozwojowym podczas gdy firma wyciąga niezależnie konsekwencje wobec sprawcy przemocy psychicznej. Jeśli kultura organizacyjna firmy rokuje, że takie zmiany i zaadresowanie problemu jest możliwe, to warto się o to postarać. Ograniczamy w ten sposób koszty zmian dla siebie samych. Możemy uporać się z mobbingiem, oszczędzając sobie stresu związanego z samą zmianą pracy.

Jeśli, jak w opisywanym przeze mnie przypadku, nie ma na to szans, trzeba po prostu chronić siebie i zmienić otoczenie radykalnie. Warto też przyjrzeć się swojemu stylowi funkcjonowania w relacjach i organizacjach, czy jestem raczej wspierającym współpracownikiem lub szefem czy może blisko mi do biurowej despotii, która jest dla innych obciążająca.

AC: Dziękuję za rozmowę 🙂

A czy Ty doświadczyłaś kiedyś mobbingu? Może chcesz o tym opowiedzieć? Anonimowość gwarantowana! Daj znać!

 

Matka Polka Przezroczysta

Niektóre z nas długo o tym marzą, a każdy miesiąc traktują jak nową szansę, nadzieję na powiększenie rodziny. Inne z kolei zdają się zachodzić w ciążę ot, tak, od niechcenia, a jeszcze inne witają tę informację jak najbardziej hiobową wieść w życiu. Tak czy inaczej, sporo z nas staje się matkami, a z racji narodowości, ustroju i sprzyjającego klimatu – Matkami Polkami. Tak, tak. Jest to zaiste zjawisko zasługujące na pisanie wielką literą, bo w naszym kraju posiadanie potomstwa staje się kwestią polityczną i społeczną zanim jeszcze stanie się faktem…

Matka Polka Przezroczysta

Matka Polska Jest przezroczysta wtedy, gdy bardzo chce się tą mamą stać, ale nie może i całą kurację hormonalną pokrywa z własnej kieszeni. NFZ jej nie widzi, choć tak chętnie powita ją na porodówce.

Matka Polka jest przezroczysta wtedy, gdy dotyka ją dramat poronienia i leży na jednej sali z tzw. “patologią ciąży”, a łyżeczkowaniu macicy towarzyszą krzyki rodzącej z sali porodowej obok.

Matka Polka jest przezroczysta wtedy, gdy z wielkim brzuchem stoi w tramwaju i z nadzieją patrzy na zwalniające się miejsce siedzące, do którego jednak wyprzedza ją pani pod sześćdziesiątkę, mająca raczej okres rozrodczy za sobą.  Jest też przezroczysta w kolejce do kasy przychodni czy apteki, chyba że jest “bezczelna” i samowolnie przepycha się do przodu.

Matka Polka jest przezroczysta wtedy, gdy przychodzi czas decydowania o sposobie wydania dziecka na świat – dodajmy, że decyzja ta jest iluzoryczna, bo i tak Matka Polka ma niewiele do powiedzenia. Cokolwiek chce, zostanie uznane za kaprys i poddane autorytarnej analizie zmęczonego lekarza na 17. dyżurze, który – w zależności od swoich poglądów i upodobań – podejmie decyzję o porodzie naturalnym, cięciu cesarskim czy pozostawieniu kobiety samej sobie “do wyjaśnienia”, bo “zobaczymy, jak się sprawy potoczą, a na wszelki wypadek proszę nic nie jeść”.

Matka Polka jest przezroczysta podczas porodu, jej ból jest tylko jednym z wielu, a jak ma odrobinę pecha, staje się “ciekawym przypadkiem”. Zawsze też może się dowiedzieć, że właśnie cudem uniknęła śmierci przy porodzie, więc niech się cieszy, że mają ją jak teraz pozszywać. Matka Polka rodząca z podmiotu staje się przedmiotem, a liczy się tylko to, by dziecko z niej wyszło, po czym staje się już tylko kawałkiem mięsa do zaszycia. No chyba, że ma znajomości i pieniądze – wtedy ma też szansę na ocalenie swojej podmiotowości.

Matka Polka jest przezroczysta wtedy, gdy urodzi już dziecko, wyjdzie ze szpitala i zaczyna podróż przez blaski i cienie macierzyństwa, czyli – mówiąc potocznie – jest na urlopie macierzyńskim. Gdy pcha wózek z dzieckiem i próbuje otworzyć ciężkie drzwi do sklepu, gdy tuła się po galeriach handlowych, z nadzieją wypatrując towarzyszek niedoli i nieświadomie porównując się z nimi (ja się chociaż dzisiaj uczesałam, o, a ta ma nawet paznokcie zrobione). Gdy patrzy na przejeżdżające samochody i marzy, żeby wsiąść do któregoś z nich, trzasnąć drzwiami i zniknąć na chwilę. Gdy napisanie jednego mejla zajmuje jej pół godziny, bo co rusz niemowlak wzywa do karmienia, a i tak kończy się na chłeptaniu mleka z piersi podczas gdy jej właścicielka próbuje wcisnąć na klawiaturze Shift + a. W końcu wtedy, gdy z zazdrością spogląda na tatusiów prowadzących wózki i przywołuje w myślach statystyki, że sto razy więcej kobiet niż mężczyzn korzysta w Polsce z urlopu rodzicielskiego.

Matka Polka jest przezroczysta wtedy, gdy stoi na krawędzi i wie, że nieuchronnie zbliża się czas dokonania wyboru: praca, żłobek, niania, przedszkole, firma, rozwój… Teoretycznie opcji jest wiele, w praktyce każda wiąże się z małą żałobą, bo szybko rosnący smok z jednej strony przyciąga słodyczą i oddaniem, a z drugiej na widok pieluch mama doznaje swoistego ataku nerwicy.

Matka Polka jest przezroczysta wtedy, gdy próbuje powiedzieć partnerowi o swojej słodkiej, ale jednak frustracji, o dwuznaczności targających nią emocji, o jednoczesnej chęci walki i ucieczki z samą sobą i od siebie, od dziecka, domowych pieleszy, choć nie wiadomo dokąd. Przecież tak długo na nie czekała – jak to możliwe, że teraz ono jej “ciąży”? Jak to powiedzieć bez narażania się na łatkę “złej matki”?

Kiedy Matka Polka przestaje być przezroczysta?

Matka Polka przestaje być przezroczysta wtedy, gdy ma pieniądze i można ją namówić na kupno gazet i książek dla mam, tysiąca gadżetów do wczesnego macierzyństwa, które i tak nigdy się nie przydadzą, usług prywatnej położnej, rezerwację osobnej sali porodowej, stu suplementów i zabawek rzekomo wspierających rozwój dziecka*.

*niepotrzebne skreślić

Matka Polka przestaje być przezroczysta wtedy, gdy podejmuje kontrowersyjne decyzje – np. próbuje nakarmić dziecko w przestrzeni publicznej, pokazuje rozstępy lub używa pieluch wielorazowych. Przestaje też być przezroczysta wtedy, gdy można jej udzielić rad, strofować i niemalże ubezwłasnowolnić w zakresie decyzji dotyczących dziecka. Nie jest przezroczysta, gdy staje się MILF-em – sexy mamuśką, która i tak z tytułu wszystkich swoich zobowiązań nie będzie robić problemów “po”.

Matka Polka przestaje być przezroczysta, gdy okazuje się feministką i po kilku tygodniach spędzonych sam na sam z dzieckiem doznaje frustracji i zaczyna planować powrót do obowiązków zawodowych. Wtedy z dnia na dzień staje się po prostu wyrodną matką i sytuacja zmienia się o 180 stopni.

Odkąd kobiety pracują, macierzyństwo stało się kwestią polityczną, problemem społecznym. Nie dotyczy to tylko Polski oczywiście, ale u nas jest szczególnie widoczne. Od aborcji po adopcję, od zarodka do nastolatka – na każdym etapie matki są przezroczyste, a o ich losach decyduje ktoś inny – lekarz, ksiądz, polityk, urzędnik. Co można z tym zrobić? Poza wyborem mądrych ludzi na odpowiedzialne stanowiska nie dajmy się wpychać w przezroczystość. Słuchajmy swojej intuicji, dbajmy o siebie i o swoje dzieci tak jak chcemy, domagajmy się równości i partnerstwa. Już wiadomo, że nikt nam tego nie da, więc trzeba o to walczyć. Precz z przezroczystością! Niech żyją kolory!

Być jak Antonina

Nastał czas patriotów. Patriotów rozumianych jednak nieco na opak, głównie niewyżytych facetów ukrywających się w lesie, niemających nic do stracenia i przydających sobie bohaterstwa ukrywającego się pod hasłem “żołnierze wyklęci”. Czy ktoś pamięta jeszcze o prawdziwych bohaterach, a jeszcze lepiej – o bohaterkach? Spodziewam się odpowiedzi, więc przybywam z odsieczą, a konkretnie z postacią, którą – wstyd się przyznać – odkryłam dopiero w ten weekend, ale powaliła mnie na kolana. Poznajcie zatem Antoninę…

Fot. Culture.pl / fot. rep. Jerzy Dudek / Forum

Kim była Antonina i dlaczego warto to wiedzieć?

Bez zbędnego zanudzania: Antonina Żabińska to prawdziwa bohaterka. Nic dodać, nic ująć. Na czym polegało jej bohaterstwo? Na heroizmie wynikającym z tzw. “zwykłej ludzkiej przyzwoitości”, o którą teraz tak trudno. A konkrety?

Antonina Żabińska to żona Jana, dyrektora warszawskiego ZOO przed, w trakcie i po II wojnie światowej. Kobieta wykształcona, matka, pisarka, oddana opiekunka zwierząt, kochająca wszystkie żywe istoty i mająca z nimi świetny kontakt. Mimo ogromnego ryzyka zdecydowała się – wraz z mężem – pomóc Żydom, osadzonym w czasie wojny w warszawskim getcie. On podstępem i sprytem sprowadzał uciekinierów do willi, w której rodzina Żabińskich mieszkała na terenie zoo, a ona się nimi opiekowała, pilnowała, by Niemcy stacjonujący na terenie tego samego zoo nigdy nie wpadli na ich ślad i pomagała im w dalszej ucieczce. Jednocześnie opiekowała się nielicznymi już zwierzętami, które ostały się w zoo po bombardowaniach i dzikich harcach hitlerowców, oraz swoimi dziećmi i mężem. Ogarniała wszystko, ryzykując życie swoje i syna, wierząc, że “tak trzeba”. W sumie uratowała – bagatela – ok. 300 osób!

Jej postać odkryłam dzięki filmowi “Azyl” (ang. The Zookeper’s Wife), który premierę miał wiosną tego roku. Wiem, że późno trafiłam na całą tę historię, ale nie oszukujmy się – nie towarzyszył jej tak wielki rozgłos, jak żołnierzom “zaklętym” czy innym Schindlerom. Tak czy inaczej, film na pewno wart obejrzenia, szczególnie jak ktoś nie ma co zrobić z zapasem chusteczek higienicznych 😉 Ciekawe, że zrobili go Amerykanie na podstawie książki napisanej przez…Amerykankę, a Polacy nawet nie wybrali się tłumnie do kin. Ot, kolejny wyciskacz łez, z tym że na faktach bardzo autentycznych 😉 Antoninę gra przepiękna Jessica Chastain, która – co znamienne – przy okazji promocji filmu w Warszawie 8 marca wzięła udział w manifestacji związanej z prawami kobiet. Przypadek? 😉

Fot. Wydawnictwo Literackie

Być jak Antonina

Po wojnie i odbudowaniu wraz z mężem zoo, a następnie po wydaleniu z niego przez władze komunistyczne Antonina zajęła się pisaniem książek o zwierzętach i swoich przeżyciach podczas okupacji. Zapewne jednak wiele jej nazwisko nikomu nie mówi, dlatego warto o niej przypomnieć.

Wyobraźcie sobie, że jesteście mamą i żoną, mieszkacie na terenie swojej pracy i odpowiadacie za mnóstwo różnych zwierząt. Zdobywacie wiedzę na ich temat, nawiązujecie kontakty z innymi ogrodami zoologicznymi i bardzo to wszystko kochacie. Nagle przychodzi czas próby – Wasza przyjaciółka wraz z miłością swojego życia dostaje się do getta, Niemcy bombardują Wasze miejsce pracy, a resztę zwierząt dobijają, jeden z ich lokalnych dowódców – naczelny zoolog III Rzeszy – daje Wam do zrozumienia, że mu się podobacie, a od niego zależy Wasz dalszy los. Uciekacie?

Antonina nie uciekła. Wraz z mężem przekształciła zoo w farmę świń i pod przykrywką hodowli tych zwierzaków dla Niemców, ukrywała przemycanych przez Jana Żydów z getta. Jedni mieszkali tam aż do czasu ewakuacji po przegranym Powstaniu Warszawskim, inni szli dalej po kilku dniach, ale każdy z nich dostawał poczucie bezpieczeństwa, dach nad głową, jedzenie i jako taki komfort psychiczny. Przez większą część dnia Antonina pracowała z synem na farmie i opiekowała się resztką pozostałych zwierząt, a wieczorami, gdy ukrywający się Żydzi wychodzili z piwnicy, siedziała z nimi, przygotowywała dla nich jedzenie i umilała czas, grając na fortepianie. W tak zwanym międzyczasie zdążyła też urodzić córkę, która tak o niej mówiła:

Miała siłę taranu, który parł do przodu; jeżeli było coś do zrobienia, to nie było zmiłuj. (…) Była bardzo silna osobą, nie stwarzając takiego wrażenia, (…) ona tą swoją naiwnością pozorną mnóstwo rzeczy wygrywała, ona umiała ją sprzedawać

Bohaterką być

Trudno jest być bohaterką, a już szczególnie trudno jest się silić na heroizm, gdy ma się dzieci i życie do stracenia. Antonina wierzyła w dobro, humanitaryzm, równość wszystkich istot i w to, że nie warto szukać poklasku, a tylko robić to, co uważa się za słuszne. To wartości, które bliskie są też mnie, dlatego tak bardzo doceniam to, co zrobiła. Myślę, że czyny jej i jej męża są o wiele bardziej warte przypomnienia niż pół żołnierza wyklętego, choć to pewnie nie przysporzy mi przyjaciół 😉 Antonina – kobieta, której życie zawdzięcza wiele osób, Sprawiedliwa wśród Narodów Świata, pośmiertnie odznaczona Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski – nie dała się powalić wichrom wojny i odważnie walczyła o swój obraz świata. Naiwnie, pozornie niewinnie, ale skutecznie – oto światełko w mrokach dziejów.

Ps. Jeżeli zainteresowała Was ta historia, obejrzyjcie sobie film “Azyl” w reżyserii Niki Caro lub sięgnijcie po książkę Diane Ackerman pod tym samym tytułem. A jeżeli znacie jakieś inne wybitne, ale zapomniane kobiety z polskiej historii – dajcie znać, może znów się czegoś dowiem?

Seksizm w pracy, czyli kto rządzi światem

Spódnica maxi – ponuro i babciowato, spódnica mini – wyzywająco, spódnica midi – staromodna i niekorzystna. Golf – znów babciowato, mały dekolt – mało kobieco, duży dekolt – zbyt seksownie. Buty płaskie – chłopaczara, buty na słupku – zupełny brak seksapilu, szpilki – zbyt wyzywająco. Znacie to? No właśnie, a od tego się dopiero zaczyna. Patrzenie na kobietę przez pryzmat wyglądu to niestety nadal standard i, co gorsza, robią to obie płcie. Tak, tak, “jak cię widzą, tak cię piszą”, a co więcej osądzają i wyciągają pochopne wnioski, zaczynając od traktowania w dany sposób, a kończąc na próbie “dobrania się”, bo przecież “wyglądała na chętną”. Ale dziś o innym aspekcie patrzenia na kobietę przez pryzmat płci – o aspekcie tym bardziej irytującym, bo związanym z dziedziną życia realizowaną przez obie płci wspólnie, czyli o seksizmie w pracy.

Kto rządzi światem? Cóż, mimo tego, co śpiewa Beyonce tu, nadal są to mężczyźni. Hola, hola, zakrzyknie ktoś, ale przecież kobiet jest coraz więcej na widocznych stanowiskach, podejmują większość decyzji o budżetach domowych i coraz częściej (przynajmniej w Polsce) zakładają swoje firmy. No to skoro jest tak dobrze, to czemu jest tak źle?

Młoda pani doktor pracująca w dużym szpitalu, która po wzięciu jednego dnia urlopu na żądanie słyszy od przełożonego, że macica i tak zawsze będzie ją ograniczać. Wzięta menedżerka w oddziale międzynarodowej korporacji, która została wzięta pod uwagę przy ścieżce awansu dopiero gdy już wszyscy koledzy poszli w górę. Ambitna artystka współpracująca przy dużym projekcie, w którym mężczyźni zwracają się do niej nie inaczej niż przez zdrobnienia. Doświadczona urzędniczka szykanowana przez szefa i oskarżana o to, że “menopauza pada jej na mózg”. Odosobnione przypadki? Niestety, to jedynie czubek góry lodowej, która przechodzi przez niemal wszystkie placówki edukacyjne, opiekuńcze, firmy, organizacje, kończąc na sejmie i sądach.

Kiedy studiowałam filozofię, miałam wątpliwą przyjemność chodzenia na zajęcia do bardzo starego profesora, którego największą mądrością było rzucane głośno i wyraźnie “po co tu tyle kobiet, skoro i tak nie nadają się na studia”. Gdy byłam aktywna w strukturach ZHP, miewałam przełożonych (nie sensu stricte, ale wiele od nich zależało), którzy rzadko kiedy traktowali mnie i inne dziewczyny pełniące istotne funkcje poważnie, zamiast tego (dosłownie) głaszcząc po głowie, zdrabniając imiona i domagając się załatwienia formalności i innych istotnych spraw przez naszych kolegów, a nie przez nas. Kiedy prowadziłam organizację pozarządową i zdarzało mi się chodzić na szkolenia różnego typu, uwagi pod tytułem “a teraz coś dla pań, czyli przerwa kawowa” itp. były na porządku dziennym. Dlaczego?

Czym jest seksizm?

Żeby nie było niedomówień, według Wikipedii:

[W] podstawowym znaczeniu, »seksizm« oznacza nieuczciwą dyskryminację z powodu płci”[4], „w bardziej precyzyjnym i konkretnym znaczeniu (…) »seksizm« odnosi się do historycznej i globalnie powszechnej formy dyskryminacji kobiet.

W polskim prawie pracy pojęcia seksizmu nie ma, ale za to jest dyskryminacja ze względu na płeć, czyli traktowanie kogoś inaczej (czytaj: gorzej) tylko dlatego, że jest kobietą (lub mężczyzną, tak, wiem, ale ten problem akurat jest tak rzadki, że nie będę o nim tutaj pisać).

Na początku jest słowo. Język, szczególnie polski, daje wiele możliwości zdrabniania kobiecych imion przez mężczyzn. Wiele razy zdarzało mi się słyszeć w sytuacji służbowej “pani Agatko” i zawsze mnie to szokowało. Wielokrotnie reagowałam na takie zwroty informując, że mam na imię Agata, co z kolei było odbierane jako…foch. No tak, bo przecież o ile przyjemniej byłoby robić z firmy przedszkole i wołać do siebie zdrobniale… A dlaczego jest to takie irytujące? Bo każda z nas chce być traktowana profesjonalnie. Czy wyobrażamy sobie wołanie do szefa “panie Krzysiu”? Wątpię, a więc to działa w dwie strony.

Potem są żarty (zazwyczaj głupie) i komplementy nie na miejscu. Żarty zazwyczaj seksistowskie właśnie, czyli oparte na stereotypach płci. Tutaj kobiety są w pułapce – jeżeli zareagują oburzeniem, będą traktowane stereotypowo, czyli jako emocjonalnie niestabilne, bez dystansu i “sztywne”. Jeżeli będą się śmiać razem z kolegami, choć w ogóle ich to nie śmieszy, sprzeniewierzą się sobie samym. Wybór jest trudny, ale jego brak niestety nic nie zmienia. Tak samo jak brak zdecydowanej reakcji na komplementy, które są zupełnie nie na miejscu. Nie tak dawno jedna z moich koleżanek awansowała na wyższe stanowisko i przy poznawaniu nowego zespołu usłyszała, że nie spodziewali się tak młodej i ładnej dziewczyny. Miłe? Poniekąd tak, ale czy powiedzieliby to samo mężczyźnie? Raczej wątpliwe, nie mówiąc o tym, że ocenianie kogoś według płci i wieku, a nie kompetencji to dyskryminacja sama w sobie.

Potem następuje już “tylko” dyskryminacja niewerbalna. Powszechne różnice w wysokości płac dotyczące większości zawodów i stanowisk (całkiem niedawno pojawił się artykuł o buncie polskich aktorek, które mają dość zarabiania mniej niż ich koledzy-aktorzy w tych samych produkcjach), “szklany sufit”, podział na zawody tradycyjnie kobiece i męskie, przydzielanie mniej lub bardziej prestiżowych zadań, no i to, co boli chyba najbardziej: szykanowanie i molestowanie. Tak, to już skrajność, ale niestety wcale nie taka rzadka. Jeżeli chodzi o szykanowanie, to problem dotyczy obu płci, które traktują kobietę, np. nowo zatrudnioną koleżankę, jak kozła ofiarnego. Wyśmiewanie się, podkradanie jedzenia, donoszenie do szefa itp. itd. Mobbing po prostu. Trąci gimnazjum? Niestety, dorosły nie zawsze oznacza dojrzały, a w tym przypadku nadal człowiek człowiekowi wilkiem. Z kolei molestowanie seksualne to temat trudniejszy, ponieważ w świetle prawa wymaga od kobiety wyrażenia sprzeciwu. Nie musi to być sprzeciw werbalny, ale jakikolwiek, wyrażony choćby ucieczką z płaczem czy głośnym trzaśnięciem drzwi z sali, w której miał miejsce. Zgłoszony podlega karze, ale pod jednym warunkiem – że zostanie udowodniony. I tu jest właśnie pies pogrzebany…

Kto rządzi światem i dlaczego mężczyźni?

Prawda jest taka, że przemoc – jakakolwiek, również seksizm, który jest formą wykorzystania pozycji przez jedną grupę względem innej – karmi się milczeniem. Jeżeli kobieta zbierze się na odwagę i postara się sprawę zgłosić, niekoniecznie od razu do sądu, ale choćby do tzw. szefa wszystkich szefów w firmie, musi umieć udowodnić swoje zarzuty. Do tego potrzebuje dowodów lub świadków, których zazwyczaj nie znajduje. I właśnie tu jest problem. Strach, niechęć do mieszania się, brak tzw. odwagi cywilnej… Wszystko to sprawia, że zazwyczaj kobieta zostaje sama na placu boju i jeżeli nie znajdzie innych ofiar, które będą jej towarzyszyć, ma marne szanse na pozytywne rozstrzygnięcie.

Co robić?

Patrząc na doświadczenia swoje i swoich koleżanek w kwestii seksizmu, dostrzegam problem nie tylko w mężczyznach, którzy najczęściej (o zgrozo) z mlekiem matki wyssali takie podejście do kobiet, ale i w nas – kobietach. W szkole, na studiach, stażach, a potem w pracy – na każdym kroku spotykamy się ze stereotypami, a niewiele z nas ma odwagę lub chęć protestować. Najczęściej przełykamy daną sytuację niczym gorzką pigułkę, w milczeniu odchodzimy z pracy albo w inny sposób zagłuszamy problem, niczego nie zmieniając. Mężczyźni (lub kobiety) nas dyskryminują, a my się po prostu dajemy. Wolimy mieć spokój niż walczyć i dopóki to się nie zmieni, nic się nie zmieni.

My, kobiety, wpadamy też często w pułapkę bycia miłą. Tak bardzo chcemy, żeby nas akceptowano i lubiano, że nie walczymy już o szacunek do siebie. Milczeniem zbywamy głupie żarty, uśmiechamy się nieszczerze słysząc komplement o pięknych nogach od szefa albo same wysuwamy się na margines, rezygnując z pracy w ciąży mimo dobrego samopoczucia, “bo i tak do tego dojdzie”. Siła jest w nas i w naszej odwadze reakcji. Jeżeli wszystkie będziemy chować głowę w piasek, świat wcale się nie będzie zmieniał tak, jakbyśmy tego chciały, bo któż miałby to robić za nas? Najczęściej to my mamy moc sprawczą, więc chciejmy o tym pamiętać. Bez tego fraza “who run the world? Girls!” zamiast oddawać rzeczywistość, będzie tylko nośnym refrenem śpiewanym przez uprzywilejowaną, bogatą piosenkarkę pop, którą na to stać.

 

 

Głód – i co dalej?

Jedną z opowieści mojej babci, której nigdy nie zapomnę, jest ta o głodzie. Babcia była wtedy młodą dziewczyną i przebywała w niemieckim obozie pracy pod Łodzią. Był to folwark, na którym więziono nastolatki po to, by pracowały na roli i zapewniały żywność dla macierzystego obozu pracy w Łodzi. Same nie dostawały wiele do jedzenia, ot tyle, żeby przeżyć. Pracowały więc ciężko za talerz marnej, wodnistej zupy z brukwi i nie potrafiły myśleć o czymś więcej niż tylko o tym, aby coś zjeść. Pewnego dnia moja babcia i kilka jej koleżanek wypatrzyły z pola dziką jabłoń, która akurat obrodziła w owoce. Namówiły się więc i postanowiły wybrać się tam, aby nazbierać jabłek dla wszystkich dziewczyn z obozu. Wiedziały, że gdy Niemcy je złapią, zostaną mocno zbite, więc napchały w spodnie poduszek, żeby mniej bolało. Wypad się udał – nazbierały jabłek i zdołały je ukryć tak, żeby je potem rozdać, ale zapłaciły za to bólem i śladami pobicia.

Czy znamy taki głód, który każe kraść?

“Głód” Martina Caparrosa – książka, która wiele zmienia

Nie tak znowu dawno temu obowiązywał podział na trzy światy – Zachód był światem pierwszym, Polska i pozostałe republiki radzieckie – drugim, a cała reszta – trzecim. Trzeci Świat szybko stał się synonimem biedy, chorób, wojen domowych i nagromadzenia najróżniejszych ludzkich nieszczęść. Nazwy dawno się zdezaktualizowały, ale czy podział?

Zastanawia się nad tym Martin Caparros, argentyński dziennikarz, w książce pod wymownym tytułem “Głód”, która doczekała się mnóstwa pozytywnych recenzji i zapisów wstrząsu, jaki wywołała w czytelnikach. Jest to bardzo obszerny reportaż-zapis podróży autora po krainach głodu. Odwiedza Afrykę, Indie, Bangladesz, Argentynę, USA i Madagaskar – wszędzie tam znajduje ludzi głodnych, biednych, nie potrafiących myśleć o niczym innym. Pokazuje nam ich świat – dla nas wciąż Trzeci – i pyta, jak możemy pozwalać na to, by w XXI wieku ludzie nadal umierali z głodu. Niestety, odpowiedzi brak.

Caparros pokazuje, że głód to w dużej mierze problem genderowy – najbardziej cierpią dzieci i ich matki, mężczyźni zdają się sobie jakoś radzić. W wielu rodzinach dotkniętych poważnym niedożywieniem kobiety muszą wybierać, kto zje najpierw i najwięcej. Małe dzieci raczej rzadko wygrywają tę swoistą rosyjską ruletkę. Dość powiedzieć, że według obliczeń Caparrosa co pięć sekund z powodu niedożywienia umiera jedno dziecko.

Jaki Bóg na to pozwala?

Bardzo smutne jest też to, że – jak zauważa autor – wszystkich jego bohaterów cierpiących z powodu głodu łączy wiara w Boga. Czemu smutne? Cóż, po pierwsze, jak okrutny musi być Bóg, który niczemu niewinne dzieci skazuje na powolną, straszliwą śmierć? Po drugie, mam wrażenie, że wiara tutaj jest rodzajem zasłony dymnej, mydleniem oczu naiwnym wiernym, którzy żyją w straszliwych warunkach przekonani, że w niebie czeka na nich za to nagroda. Nie będę dyskutować na temat wiary w Boga, bo to temat-rwąca rzeka, ale czy nie jest to po prostu wymówka?

Północ i Południe

Swego czasu zajmowałam się edukacją rozwojową, czyli prowadziłam wiele warsztatów dla dzieci i młodzieży na takie “lewackie” tematy jak prawa człowieka, Fair Trade czy globalizacja. W tej tematyce nie używa się już określenia Trzeci Świat – zastąpiły go kraje Południa, bo tak właśnie podzielił się teraz świat – na bogatą Północ i biedne Południe. NGO-sy, które tymi tematami się zajmują, starają się przestrzegać dokumentu pt. “Kodeks w sprawie obrazów i wiadomości dotyczących krajów Południa” (dla chętnych więcej tutaj). Chodzi w nim głównie o to, aby nie publikować obrazów “ludzi Południa” bez ich zgody i świadomości. Mówiąc wprost – żeby nie szafować zdjęciami wychudzonych dzieci o wzdętych brzuszkach i wielkich oczach, aby wywołać współczucie i zmotywować do datków. Dlaczego?

Ano dlatego, że niestety datki te nie zawsze idą na cele, na które są zbierane. Wszyscy zapewne spotkaliśmy się z akcjami np. UNICEF-u (ba, sama wielokrotnie je wspierałam) czy widzieliśmy amerykańskich celebrytów szczerze przejętych losem np. głodujących w obozach dla uchodźców w Afryce i mówiących o milionach monet, jakie przeznaczą na ich ratowanie. Czy to źle? Nie, pewnie, że coś to zawsze lepiej niż nic, ale niestety wielkie organizacje i wielkie akcje mają to do siebie, że mają też wielką biurokrację, która pochłania wielkie pieniądze. Skąd więc brać pewność, że nasze 10 zł idzie na głodującego malucha, a nie kawę dla szefa?

Caparros nie daje łatwych odpowiedzi. Nie zamieszcza list 10 sposobów pomocy krajom Południa. Po pierwsze dlatego, że problem jest systemowy, a co za tym idzie – nieogarnialny dla “zwykłego” obywatela. Otóż w grę wchodzą mechanizmy ekonomiczno-polityczne, a wielkie podmioty, takie jako FAO czy ONZ, choć mają narzędzia pomocowe, mają też interesy i ich członkowie również, stąd bierze się wiele głupot. Jak inaczej nazwać fakt, że swego czasu zgodzono się na pomoc żywnościową dla niektórych krajów Afryki pod warunkiem, że nie będą one dotować swoich rolników? Rolnicy w Europie czy Stanach Zjednoczonych otrzymują dotacje, bo produkcja rolna często się “nie opłaca”, a rolnik afrykański znikąd pomocy się nie doczeka. Państwo jest słabe, organizacje międzynarodowe reagują, gdy jest klęska głodu (a nie “zwykły” głód), a jeszcze mogą przyjść i zabrać ziemię, bo brak do niej papierów (ziemię często się dziedziczy, a jakoś tak dokumentów zazwyczaj brak, bo nikt ich kiedyś w Afryce nie wystawiał w tych sprawach). Ziemię często za darmo wydzierżawiają też zagraniczne korporacje (np. na Madagaskarze), aby prowadzić na niej swoje uprawy lub produkcję, a w zamian mają zbudować w wiosce np. szkołę czy przychodnię. No właśnie, mają… Często się z tego nie wywiązują, więc mieszkańcy wioski tracą i ziemię, i nadzieję.

Co dalej?

“Głód” Caparrosa porusza, irytuje, zasmuca i frustruje. Nie daje żadnych łatwych odpowiedzi, a za to opowiada o problemach i mechanizmach, które obecnie wydają się właściwie niezmienialne. Mówi o tym, że na Ziemi jest dość jedzenia dla nas wszystkich, tylko podział jest nierówny. W samej tylko Polsce w ciągu roku marnuje się 9 milionów ton żywności, na świecie – 1,3 miliarda ton. Jednocześnie szacuje się, że 800 milionów ludzi głoduje, więc rachunek jest prosty. Gdyby głodujący dostawali to, co reszta marnuje – problem by się “rozwiązał”, ale to nie takie łatwe.

Autor książki wskazuje, że rozwiązania muszą być lokalne, a nie pisane z pozycji Waszyngtonu czy Brukseli. Muszą uwzględniać lokalne warunki klimatyczne, polityczne itp., a nade wszystko szanować ludzi, dla których są tworzone. Nie traktować ich z zachodnią, kolonialną wyższością. Czy to się uda? Trzeba wzmocnić kobiety – zarówno fizycznie, aby mogły rodzić zdrowe dzieci i karmić je piersią, jak i społecznie – aby mogły stanowić o sobie i z godnością zapewnić rodzinie byt. Trzeba wspierać drobnych rolników, aby mniejszym nakładem sił uzyskiwali większe plony i umieli je zabezpieczyć np. na czas suszy. Trzeba mieć oczy i uszy otwarte na wszelkie nierówności, rasizm, dyskryminację, bo efekt śnieżnej kuli nie każe długo czekać na ich negatywne efekty. Trzeba o tym mówić, trzeba wybierać mądrych polityków, w końcu – trzeba mieć ideały. Trzeba…

Nadzieja?

Caparros wystrzega się nadziei, wydaje się nawet zły na siebie, że w ogóle zaczął ten temat. A ja go podziwiam i bardzo mu dziękuję, bo sprawił, że znów wyszłam ze swojego kręgu problemów i zaczęłam patrzeć dalej, głębiej, szerzej. Pewnie, że można narzekać, marudzić albo po prostu nic nie robić, bo “i tak nic nie zmienię”, “ode mnie nic nie zależy” itp. Jednak wpływ mamy na wiele spraw – na to, co i gdzie kupujemy, co jemy i co robimy z odpad(k)ami, na kogo głosujemy, o czym rozmawiamy, co klikamy w necie… Na koniec posłużę się jeszcze słowami autora, bo ujął to idealnie:

Wyobraźmy więc sobie, jak mógłby wyglądać świat, który nie wywoływałby w nas zażenowania, poczucia winy, zniechęcenia – i zacznijmy myśleć nad tym, jak go odnaleźć.

Jest to krótkie stwierdzenie – może się jednak przekładać na lata, dekady starań, błędy i klęski, i kto wie, co jeszcze.

Krótkie stwierdzenie, historia czyjegoś życia

i życia wielu ludzi.

Obrót dziejów.

Kochać za bardzo, czyli uzależnienie od miłości

Kiedy piszę te słowa, przez media przetacza się wszem i wobec “Piasecki Gate”, czyli bardzo smutna historia rodziny, w której pan bił panią, a pani to po kilku latach upubliczniła i zrobił się dym. Najsmutniejsze w tej historii jest to, że nie jest wyjątkiem, a także, że stanowi niezłe pole popisu dla hejterów wszelkiej maści, spieszących z mądrościami typu “jak się kobiety nie bije, to jej wątroba gnije” i tak dalej. W Polsce kobietę stawia się na piedestale w Dzień Kobiet i w Dzień Matki, a w pozostałe – gwałtu, rety. Tym razem nie o tym jednak chciałam, a o tym, dlaczego sprawa przemocy domowej w wydaniu rodziny Piaseckich ujrzała światło dzienne po kilku latach, a w wielu innych rodzinach w ogóle nie zostanie ujawniona. Jednym z czynników jest oczywiście strach, wstyd i poczucie osaczenia oraz niemocy, ale jest jeszcze coś, co w mniejszym lub większym stopniu jest obecne w wielu związkach, które znam i o których czytam – to syndrom kochania za bardzo.

Bo to zła kobieta była

Pani Karolina – żona niesławnego już byłego radnego PiS – wydostała się w końcu z domu pełnego przemocy, zabierając z niego córki. Jednak wszystko ciągnęło się przez lata, zostawiając trwały ślad w psychice dzieci, czego już nikt nie zmieni. Na stronie programu “Uwaga TVN” znajduję takie słowa tej pani:

Był taki moment w 2013 roku, że mój mąż użył siły wobec mojej mamy, na oczach dzieci. Stwierdziłam, że nie można na to pozwolić. Wyprowadziłam się na krótki moment do rodziców. Kiedy maż zniszczył samochody moich rodziców, popisał je sprayem, założyłam niebieską kartę. On nalegał bym ją zamknęła. Przed zespołem psychologów zachowywał się tak, żeby wszyscy widzieli, że jest idealnym mężem. I niebieska karta została zamknięta. Ja się zgodziłam na to, bo też chciałam walczyć o to, by mieć pełną rodzinę.

Co z tego wynika? Jej bliscy wiedzieli, co się dzieje, a pani chciała walczyć o pełną rodzinę, nawet jeżeli oznaczało to życie z agresywnym despotą pod jednym dachem! Działanie wbrew logice, wbrew zdrowemu rozsądkowi, ale zgodnie z oczekiwaniami społecznymi i wewnętrzną chęcią zachowania spójności, czyli skoro raz zdecydowałam, że chcę z nim spędzić życie, to nie mogę teraz pokazać, ze to była zła decyzja i muszę wytrwać choćby nie wiem co.

Niestety takich osób – głównie kobiet – jest całe dzikie mnóstwo. One kochają za bardzo, a co to znaczy?

Kochać za bardzo…czyli jak?

Wyobraźmy sobie dziecko dorastające w domu, w którym wciąż jest niespokojnie. Rodzina może być dysfunkcyjna z wielu powodów. A to alkohol lub inne nałogi, nieobecny któryś z rodziców, przemoc (nie tylko fizyczna, ale też psychiczna, ekonomiczna, werbalna…) – każda sytuacja, w której potrzeby emocjonalne dziecka nie są zaspokajane. Nie czuje się bezpiecznie, nie czuje się kochane takie, jakie jest, podlega ciągłej ocenie i rygorowi, kombinuje, jak nie podpaść, żeby nie doznać srogiej kary. Wciela się w różne role, gra, jest w nieustannym stresie, a potem idzie w świat i wtedy zaczynają się kłopoty…

 Kochać za bardzo to być w związku, w którym nie jest się szczęśliwym, spełnionym, bezpiecznym, pewnym, ale być w związku, w którym cierpienie, gry, przerzucanie się winą i chorobliwa zazdrość są na porządku dziennym. Kochać za bardzo to pozostawać z kimś, kto nie daje nam nic dobrego, nie docenia nas, nie dzieli się z nami swoim życiem, ale krytykuje, manipuluje i wyśmiewa. To także bycie w związku z kimś, kto używa wobec nas jakiejkolwiek przemocy, a my się na to godzimy, żeby tylko z kimś być/bo co ludzie powiedzą/bo tyle lat z nim byłam, więc jak odejdę, to będzie oznaczać porażkę/bo nikt inny mnie nie będzie chciał itp. itd. To również bycie w związku z kimś, dla kogo nie jest się jedyną partnerką, nie tylko w znaczeniu “kochanki”, ale także w kontekście pracoholizmu czy patologicznego uwielbienia dla własnej pasji. Kochać za bardzo to ciągle iść na kompromisy w nadziei, że pewnego dnia partner to doceni i w końcu zacznie nas traktować jak księżniczkę. Jednym słowem kochać za bardzo to być z kimś, kto pod pewnym względem jest niedostępny (z powodów formalnych, emocjonalnych itp.) z nadzieją, że któregoś dnia dzięki naszym wysiłkom, miłości i wytrwałości to się zmieni.

Uzależnienie od miłości

W kochaniu za bardzo najważniejsza jest miłość. Działa jak haj, a bez niej życie jest puste. Uzależnienie od miłości to poczucie wewnętrznego przymusu do jej odczuwania i “praktykowania”. Na co dzień przejawia się choćby w przekonaniu, że kobieta bez mężczyzny usycha, czy że naprawdę w pełni żyje się dopiero “z kimś”, a nie samemu. Tymczasem prawda jest taka, że tylko osoba “pełna”, bez niedoborów miłości i podziwu, może wejść w prawdziwy, dobry związek (dobry = nie toksyczny, twórczy, a nie niszczący). Jeżeli więc tego dopełnienia szuka się wciąż na zewnątrz, wpada się w błędne koło i traci z oczu to, co najważniejsze, czyli…siebie.

Skąd ja to wszystko wiem? Choć nie jestem psychologiem, temat odkryłam i dogłębnie (w teorii i praktyce) zbadałam sama kilka lat temu. Wszystko zaczęło się od książki Robin Norwood “Kobiety, które kochają za bardzo”, którą z czystym sumieniem polecam każdej osobie podejrzewającej, że problem jej dotyczy. Autorką jest psychoterapeutka z ogromnym doświadczeniem, która na podstawie historii i przeżyć swoich pacjentów i pacjentek opracowała pełny program terapeutyczny w tym zakresie.

No dobrze, dość teorii – najpierw byłaś sceptyczna, a teraz zastanawiasz się, czy to może dotyczyć również ciebie? Sprawdźmy.

Szachy, Miłość, Historia

 Kochasz za bardzo, jeżeli:

  1. Poświęcasz się – dla dobra dzieci, swojego, związku, rodziny, kariery itp. itd. Starając się zmienić partnera, czekasz, aż stanie się dobry i kochający, zrzucając winę na jego stresującą pracę, nieszczęśliwe dzieciństwo itp. Czyjeś dobro jest zawsze ważniejsze niż twoje, a dla swojego partnera jesteś matką/opiekunką/terapeutką/coachem/menedżerką itd.
  2. Masz poczucie winy – nie czujesz się dość dobra, by zasłużyć na jego pełną miłość. Nie jesteś dość atrakcyjna, zdolna, pracowita itp., aby on chciał być dla ciebie takim partnerem, o jakim marzysz. Ciągle coś jest z tobą nie tak, a przynajmniej tak czujesz.
  3. Twoje zachowanie w związku cechuje obsesja, kontrola i lęk przed odrzuceniem – może to znasz – zakreślanie fragmentów w książce, które mu pomogą, niekończące się rozmowy z przyjaciółką o tym, dlaczego on zrobił tak, a nie inaczej, albo myślenie o tym, czego on potrzebuje. Robienie mu prezentów-niespodzianek, w proporcjach stawiających cię na straconej pozycji. Dbanie o jego dobry nastrój, nawet kosztem swojego. Słowem – traktowanie go jako pana i władcy, a jednocześnie nieporadnego chłopczyka, którym trzeba pokierować.
  4. Boisz się bliskości, a z drugiej strony samotności.
  5. Zatracasz się – nie potrafisz wyjść ze związku, który nic dobrego ci nie daje, nie chcesz być sama i żyjesz nadzieją, że może wszystko się jakoś ułoży. Boisz się przemocy, ale nie widzisz drogi wyjścia. Cierpisz, ale nic z tym nie robisz. Stawiasz siebie na szarym końcu łańcucha pokarmowego – nie walczysz o swoje szczęście, bo uważasz, że wszystko stracone i nie ma co marzyć o dobrym życiu.

Oczywiście pomiędzy tymi zachowaniami i odczuciami jest też pełna gama szarości, ale jak się temu przyjrzeć, to naprawdę można znaleźć wiele przykładów wokół siebie, a może i w sobie? Zjawisko to jest tak częste, bo utrwalają go normy społeczne, a także tzw. teksty kultury. Ot choćby taka “Piękna i Bestia” – on ją więzi, jest okropny, a ona doszukuje się w nim piękna i marzy o tym, by go zmienić. W końcu jej się udaje, ale w prawdziwym życiu najczęściej bestia pozostaje bestią, chyba że sama zaczyna pragnąć transformacji.

Jak sobie pomóc?

Tym razem nie będzie dobrych rad. Pierwszy krok jest taki jak przy każdym uzależnieniu – trzeba sobie uświadomić, że ma się problem i chcieć to zmienić. Bez tego żadne działanie nie przyniesie skutku. A potem warto skorzystać z pomocy specjalistów, ale spokojnie, nie trzeba się od razu kłaść na kozetce i wypominać, jak to matka się nie uśmiechnęła na powitanie. Zainteresowanych odsyłam do wspomnianej już książki Robin Norwood, a także na portal Fundacji Kobiece Serca – to organizacja, która powstała specjalnie z myślą o pomocy w uzależnieniu od miłości, a na swojej stronie i blogu zamieszcza mnóstwo przydatnych tekstów, ćwiczeń i rad. Można tam też znaleźć test kochania za bardzo i przekonać się, czy obiektywnie również mamy problem.

Śmiem twierdzić, że gdyby pani Piasecka uświadomiła sobie, że ma problem z uzależnieniem od bycia w związku z agresywnym mężem, szybciej by zakończyła całą tę tragedię. Pamiętajmy, że nigdy nie jest za późno na zmiany i na zadbanie o siebie! A w związku warto być z partnerem/partnerką, a nie klientem czekającym na metamorfozę.

Ps.1 Pisząc ten post, poza wyżej wymienionymi źródłami korzystałam ze strony kingasluzynska.pl, na której również można znaleźć rzetelny artykuł o kochaniu za bardzo.

Ps.2 Wszelkie odniesienia w niniejszym poście do płci należy traktować umownie – problem dotyczy kobiet i mężczyzn w różnych konfiguracjach, co trzeba mieć na uwadze.

Książki dla Gwinei, czyli książkoholicy dzieciom

Chcesz poczuć się lepiej? Pomóż!

Święta, święta i po świętach. A po świętach brzydko, zimno i jakoś tak pusto. Chcesz poprawić sobie nastrój? To pozwól, że opowiem Ci o pewnym kraju. Znajduje się w Afryce, czyli jak dla przeciętnego Europejczyka – w Trzecim Świecie. Zamieszkują go różne grupy etniczne, posługujące się najróżniejszymi języki, dlatego wprowadzono tu język francuski jako urzędowy. Gwinea jest bogata w surowce, ale wskutek nieracjonalnej polityki korzystają z niego wszyscy inni, tylko nie ona. Znajdziesz tu złoto, diamenty, boksyt i inne cenne surowce, wydobywane przez zagraniczne firmy, z których przeciętny Gwinejczyk nie ma nic lub w najlepszym wypadku – niewiele. A, czy wspominałam, że w latach 2014-2016 kraj ten targany był epidemią Eboli? To właśnie tu znaleziono tzw. pacjenta “zero”, czyli malutkiego chłopca, od którego ponoć zaczął się ten dramat. Wciąż najczęstszym powodem zgonów małych dzieci tutaj jest malaria, której można zapobiegać i którą można leczyć. Trzeba jednak wiedzieć jak, a ciężko to zrobić, gdy nie umie się czytać i porozumiewać po francusku.

źródło: arttransparent.org

I co w związku z tym?

Pod koniec kwietnia moje piękne miasto Wrocław – jako Światowa Stolica Książki – przekaże ten tytuł stolicy Gwinei właśnie, czyli miastu Konakry. Wybór zupełnie nieoczywisty, ale z bardzo prostej przyczyny – to szansa dla całego kraju, by podźwignąć się z traumy epidemii gorączki krwotocznej i wrócić do tak zwanego “normalnego” życia, a najlepiej to zrobić, dając szansę dzieciom. Jak pewnie się domyślacie, Gwinea to kraju ubogi, w którym wydatki rodzin na edukację przegrywają z wydatkami na jedzenie oraz zapewnieniem sobie czystej wody do picia. Choć edukacja jest bezpłatna, odbywa się przy użyciu podręczników płatnych oraz w języku francuskim – oto dwie bariery, które większości rodzin ciężko jest pokonać. Mając do wyboru posiłek dla rodziny a elementarz – nietrudno się domyślić, co wybiorą.

Decyzja o przyznaniu Konakry tytułu Światowej Stolicy Książki UNESCO była spowodowana i tym faktem, o czym informowała sekretarz generalna UNESCO Irina Bokova, mówiąc o próbie symbolicznego zdjęcia z Gwinei „klątwy eboli”.

ze strony projektu Fundacji Art Transparent

Dlaczego książki, a nie żywność?

Wierzcie lub nie, ale na świecie jest mnóstwo organizacji pomagających krajom afrykańskim. Inna sprawa, że bardzo często pomoc ta jest nieefektywna i niedopasowana do rzeczywistych potrzeb. Niemniej jednak, jest wiele podmiotów, także w Gwinei, które pomagają. Nic się jednak nie zmieni, jeżeli nie zainwestuje się w dzieci, a dla nich jedyną szansą na lepsze życie jest edukacja. Tylko mając dostęp do szkoły i nauki języka urzędowego kraju dzieciaki mogą realnie myśleć o zaprzestaniu żebrania, rezygnacji z kariery kieszonkowca czy pełnoetatowej pracy pomocnika mamy w utrzymaniu rodziny przy życiu. Tylko edukacja daje dzieciom szansę na marzenie o jakiejkolwiek sensownej karierze zawodowej, czy po prostu uczciwej pracy. Przecież każdy, kto jest rodzicem wie to na pewno – chcemy, żeby nasze dzieci się uczyły i miały wspaniałą przyszłość. Czyż nie tego samego chcą rodzice dzieci w Gwinei?

źródło: arttransparent.org

Co to za akcja?

Akcja, do udziału w której gorąco zachęcam, to projekt Książki dla Gwinei realizowany przez miasto Wrocław, przy wsparciu Fundacji Art Transparent. Jej głównym celem jest zakup stu tysięcy elementarzy dla gwinejskich dzieci i przekazanie ich wraz z tytułem Światowej Stolicy Książki dla stolicy tego kraju, Konakry. Książki trafią do tamtejszego Ministerstwa Edukacji, czyli zostaną rozdane w sposób systemowy. A konkrety?

źródło grafik: arttransparent.org

Co trzeba zrobić?

Liczby mówią same za siebie – jeden podręcznik to koszt 5 zł, a wystarczy dla pięciu uczniów, więc to mądrze wydany pieniądz. Do tego elementarze będą przekazywane kolejnym rocznikom uczniów, czyli jest to inwestycja długoterminowa. W dodatku w książce znajdzie się tłumaczenie kilku polskich wierszy –  a więc wątek patriotyczny dla spragnionych takowego. Wrocław chce na akcję Książki dla Gwinei zebrać 500 tysięcy złotych, czyli kupi za to sto tysięcy książek! Dzięki temu 500 tysięcy uczniów będzie mogło nauczyć się trudnej sztuki czytania i pisania i dzięki temu poprawić swój los!

Chcesz pomóc? Świetnie! Nie masz dużo kasy? Nieważne! Liczy się każda złotówka i każda złotówka przyniesie wymierną korzyść. Jak to zrobić? Tu trzeba się trochę pomęczyć, ale chyba dasz radę – trzeba zrobić przelew na poniższe dane:

Fundacja Art Transparent
ul. Czereśniowa 10, 55-140 Żmigród
NIP 915-170-51-92
KRS 0000247340

Alior Bank
Konto: 24 2490 0005 0000 4600 2802 1548

z dopiskiem “Darowizna na akcję Książki dla Gwinei”

Można też wejść tutaj i wykonać bezpośrednią transakcję. Powinno szybko pójść, prawda? Z kolei tutaj znajdziecie jeszcze więcej informacji o całym projekcie i jego organizatorze.

 Dlaczego biorę udział w akcji?

Powód sentymentalny – jestem mamą i ciężko mi myśleć o cierpieniu jakichkolwiek dzieci na świecie. Chcę, żeby mój synek miał wspaniałą przyszłość, ale chcę też, by inne dzieci również miały taką szansę. Skoro sama widzę wartość edukacji i mam wolne 5 zł – chcę pomóc, by dzieciaki nawet w bardzo odległym kraju miały szansę.

Powód egoistyczno-ekonomiczny – smutna prawda jest taka, że im więcej zła dzieje się w tak zwanym Trzecim Świecie – czy też politycznie poprawniej w krajach globalnego Południa – tym więcej ludzi stamtąd ucieka. Tym więcej też jest przestępczości, frustracji i wykorzystywania słabszych. Nie chcę, żeby tak było. Wiem również, że im większy i lepszy dostęp do edukacji, tym wyższe poczucie wartości jej uczestników i lepszy nastrój w całym kraju. Wszystko przekłada się na ogólną sytuację społeczno-polityczną, a tym samym dokłada cegiełkę do sytuacji na świecie. Jednym słowem, chcesz zmienić świat – kup podręcznik!

Powód, który zrozumieją książkoholicy – czytanie książek to czyyyysta przyjemność, poszerzanie horyzontów i świetny sposób na relaks. Warto, żeby robiło to jak najwięcej ludzi na świecie, także w dalekiej Gwinei. W tym celu trzeba się nauczyć czytać, a jak wiadomo, służy do tego elementarz. Pomóż więc innym obywatelom świata w poznaniu tej cudownej rozrywki i dołóż się do zakupu podręczników!

Gorąco zapraszam do wzięcia udziału w akcji Książki dla Gwinei i proszę o dorzucenie nawet skromnej kwoty. Razem możemy naprawdę wiele!

Terroryzm nasz codzienny

Zamach bombowy w petersburskim metrze, atak chemiczny w Syrii, klęska głodu w Sudanie Południowym spowodowana m.in. przedłużającą się wojną domową – a to tylko niecały tydzień. Patrząc na te wydarzenia można odnieść wrażenie, że nasz świat pełen jest agresji, nienawiści i nie zmierza do niczego dobrego. Ktoś może stwierdzić, że przecież zawsze tak było – nie ma w ludzkiej historii roku bez tragedii, dramatu, bezsensownej przemocy i strachu. Dlaczego tak się dzieje?

Źródło: theatlantic.com, autor: Jonathan Bachman / Reuters

Po co pisać o terroryzmie?

Nieszczęścia tego świata nie są wdzięcznym tematem dla blogerki. Łatwo można popaść w patos albo banał, a w najgorszym razie po prostu zostać absolutnie zignorowanym. Nasze życie jest szybkie, brutalne i ważne, więc często nie mamy już czasu ani energii zajmować się tymi, którym jest pod jakimś względem gorzej. Ignorujemy informacje, przymykamy oko na smutne obrazki i idziemy dalej gotować obiad z użyciem wszystkich superfoods tego świata. Cóż, nie ma się co obrażać na rzeczywistość, ale może warto sobie przypomnieć, że mamy na nią wpływ?

“Żony Hollywood” a sprawa polska

Nie wiem, czy kiedyś widzieliście ten pożal się Boże reality show. Przyznam, że czasem w ramach tzw. guilty pleasure włączam go późnym wieczorem i zanurzam się w paradoksalnie zupełnie nierealnym świecie. Tak było również w ostatni poniedziałek, kiedy to jednak za sprawą tego programu doznałam olśnienia.

Było o świętowaniu Dnia Niepodległości w USA. Wiadomo – fajerwerki, parady i pikniki. Było też coś jeszcze, coś wyjątkowego, czego jak teraz myślę w Polsce baaardzo brak. Otóż jeden z bohaterów pracuje dla NASA i w ramach swoich zadań pracował nad sondą Juno, która 4 lipca miała wejść na orbitę Jowisza. Świętowanie tego faktu wpleciono w świętowanie Dnia Niepodległości, co zrobiło spore wrażenie. Wszystko odbywało się na stadionie, ludzie się strasznie ekscytowali i cieszyli, podkreślając, że są bardzo dumni ze swojego kraju i jego obywateli. To był niesamowity moment – tysiące Amerykanów z radością odliczających sekundy do wejścia jednej małej sondy w orbitę jednej dużej planety.

No wiem, banał, montaż i hurra optymizm właściwy tej części świata. Pomyślałam jednak przy tej okazji o naszym pięknym kraju i doszłam do smutnego wniosku, że poza WOŚP-em i sporadycznymi sukcesami polskich sportowców nie potrafimy wspólnie świętować i cieszyć się. To, że jednoczymy się w obliczu nieszczęść i tragedii, to wiadomo, ale dlaczego zwykła codzienność jest dla nas tak trudna?

Ryba psuje się od głowy

Będzie politycznie – ryba psuje się od głowy, a społeczeństwo od władzy. Można oczywiście bardzo długo się spierać, co z czego wynika, ale prawda jest taka, że rządzący nami Polacy wciąż kierują się zasadą “dziel i rządź”, która do niczego dobrego nie prowadzi. Rodzi się cała masa podziałów, sięgających niemal każdej sfery życia – z kim się całujesz, czy i jak chcesz mieć dziecko, kim chcesz być w przyszłości, jak spędzasz czas. Brak jest jakiegokolwiek pozytywnego przesłania, bo nawet tak obiektywnie dobra rzecz, jak Polak na czele jednej z najważniejszych instytucji UE czy wspieranie rozwoju gospodarczego i przedsiębiorczości stają się polityczne i jako takie podlegają ostrej krytyce z jednej lub drugiej strony. Co gorsza, gdy komuś świetnie się wiedzie, jest z gruntu podejrzany i trzeba go na wszystkie strony prześwietlić, czy aby nie kradnie.

Czy inaczej jest choćby w szkole lub na studiach? Czy potrafimy wspierać rozwój innych ludzi? A może sukces jednego musi oznaczać porażkę drugiego? Daleko mi do amerykańskiego “don’t worry be happy” czy “keep smiling”, ale potrafię pochwalić i podziwiać, nie czując się przez to gorzej. Czy to tylko kwestia poczucia wartości, czy też chodzi o administracyjny ustrój ogólnego dołowania?

Terroryzm nasz codzienny

Otóż prawda jest taka, że każdy z nas potrafi być terrorystą. Każdy z nas chciałby czasem tupnąć nogą, żeby inni go posłuchali i zrobili tak, jak chce. Kiedy małemu dziecku czegoś się odmówi, wystarczy tylko obserwować przedstawienie, jakie odbędzie się z tej okazji. Płacz, krzyk, bunt, złość – to tylko część “środków wyrazu”. W takiej sytuacji często patrzę na moje dziecko z miłością i współczuciem, bo wiem, że moja mądra reakcja może ułatwić mu potem dorosłe życie. To trudne – nie dać się złości. Jak wszystko, wymaga ćwiczeń.

Załóżmy jednak, że to małe dziecko nie zostało w ogóle wysłuchane. Po złości została więc frustracja. Dziecko rośnie, idzie w końcu do szkoły, gdzie uczy się, że złość i agresja są niemile widziane, nawet jeżeli w ręku nauczyciela stanowią skuteczne narzędzie. Ponieważ jednak nie da się zupełnie wyrugować negatywnych emocji, a trzeba umieć sobie z nimi radzić, dziecko idzie w świat bez tej umiejętności i co jakiś czas po prostu wybucha. Gdy staje się nastolatkiem, wdaje się w bójki, bluzga, jest na “nie” i nie umie współpracować. Potem wchodzi w świat dorosły i tam ma ogrom możliwości. Może parać się hejtem w internecie, wyznawać skrajnie rasistowskie lub homofobiczne poglądy (wiadomo, im słabszy wróg, tym lepiej), obgadywać kolegów z pracy czy po prostu obrażać kogoś co jakiś czas. Skrajna droga? Pewnie, ale takich ludzi jest mnóstwo i mam wrażenie, że w dzisiejszej Polsce bycie miłym, uprzejmym czy pozytywnie nastawionym jest tak samo odbierane, jak bycie transwestytą (bez urazy!) czy wyznawcą Latającego Potwora Spaghetti.

Co robić?

Duży terroryzm bierze się z małego terroryzmu. Agresja zbrojna bierze się z lat zaniedbań, żalów i frustracji. Przemoc jest wszędzie – w domu, przedszkolu, szkole, sklepie, pracy, sejmie… Co z tego wynika? Ano jedna pozytywna rzecz – jeżeli jest wszędzie, to i na każdym kroku można się jej przeciwstawić. Teraz będzie jak na rekolekcjach 🙂 Otóż wystarczy samemu powstrzymać się od przemocy i reagować, gdy się ją widzi. Proste i trudne zarazem, bo ryzykowne. Cóż, każdy ma własne sumienie. Jeżeli jednak przerażają nas wielkie czyny, możemy zacząć od drobnych. Uśmiech do ekspedientki w sklepie, przytrzymanie drzwi starszej pani czy wysłuchanie po raz setny ulubionej piosenki dziecka zamiast wyłączania płyty. Do tego świadomy wybór przyswajanych treści i komunikatów, jakie wydajemy swoim zachowaniem. Odrobina inteligencji emocjonalnej przy minimalnym stopniu uważności pomoże wyrugować z naszego życia przemoc. A co ze społeczeństwem?

Społeczeństwo to w końcu zbiór jednostek, istnieje więc nadzieja, że gdy więcej ludzi zmieni swoje podejście do innych i sposób ich traktowania, będzie lepiej. Można się angażować w działania sensownych organizacji, można chodzić na pokojowe demonstracje czy podpisywać petycje. Można w końcu głosować na ludzi, którzy zamiast krzyczeć mówią, i to z sensem.

W utopię nie wierzę, ale lepszy świat? Może jest na wyciągnięcie ręki?

Dwie twarze Aleppo

Dawno, dawno temu, za lasami, za górami, za wieloma obcymi krajami było sobie miasto. Miasto to było ogromne, mieszkało w nim wielu ludzi o różnych religiach i przekonaniach. Pewnego dnia w kraju, w którym znajdowało się to miasto, wybuchła wojna zwana domową. Początkowo wydawałoby się, że miasta ona nie dotknie, ale po jakimś czasie stało się inaczej. Sytuacja zrobiła się jednak nieco dziwna, bo miasto właściwie podzieliło się na pół – jedna połowa była za władcą, który chciał przywołać lud do porządku, a druga połowa to był ten lud, który jakoś nie chciał się dać do porządku przywołać. Jak to często się dzieje w takich razach, zginęło wielu ludzi po obu stronach (choć po stronie ludu więcej), a sporo z nich to były kobiety i dzieci, które z żadną wojną nie miały nic wspólnego. W końcu po kilku latach walk władca zdecydował się zakończyć batalię o miasto, co my znamy pod hasłem “bitwa o Aleppo“. Ale bez obaw – ja nie ciągle o tym samym, a tym razem o czymś innym 🙂
 Tym razem będzie o tym, że dzieją się na świecie dziwne rzeczy, które ciężko ogarnąć rozumem. Nastał teraz czas świąteczny, kiedy to słowa “rodzina” i “magia” odmienia się przez wszystkie przypadki, a pięknie wystrojone choinki wnoszą namiastkę hygge pod polskie strzechy. Jest jednak miejsce na ziemi, które jeszcze chwilę temu było na ustach niemal całego świata – Aleppo. Nie zanudzając nikogo – chodzi o to, że w Aleppo też są święta i połowa miasta kilka dni temu celebrowała zapalenie światełek na ogromnej choince stojącej na jednym z wielu zachowanych tam placów. W tym czasie kończyła się ewakuacja cywilów i rebeliantów z pokonanej przez prezydenta Asada drugiej połowy miasta. Ludzie ci cierpieli głód i pragnienie, często z braku dostępu do lekarzy i szpitali mieli nieopatrzone rany, byli zziębnięci. Jednocześnie ich rodacy z ulicy z naprzeciwka szykowali choinki, kupowali prezenty i żyli (prawie) normalnie. Informacja ta dotarła do mnie wczoraj i prawdę mówiąc zbiła mnie z pantałyku. Oto ja, przejęta Polka, pisząca na ten temat w swoim skromnym zakresie, wpłacająca datki na PAH i UNICEF, tyle kilometrów dalej mam wyrzuty sumienia, że nic więcej nie mogę zrobić, podczas gdy tam połowa miasta przygotowuje się do świąt!
 
Jak zwykle zamiast krytykować kogokolwiek wolę postarać się go zrozumieć… i nie mogę. Ludzi na świecie jest mnóstwo, może nawet za dużo. Różnimy się niemal wszystkim – płcią, wyznaniem, orientacją, poglądami, statusem społecznym, językiem, historią itp. Łączy nas jedno – przynależność do rodzaju ludzkiego. Czemu więc jesteśmy w stanie tak dalece się zapamiętać w religii, uwielbieniu dla przywódcy czy polityce, że zapominamy o drugim człowieku? Jak to możliwe, że wielokrotnie krytykowani za bezczynność i niefrasobliwość “ludzie Zachodu” bardziej się angażują w pomoc Syryjczykom ze zniszczonej, zbombardowanej i zrównanej z ziemią połowy Aleppo, niż mieszkańcy tej niezniszczonej, niezbombardowanej i niezrównanej z ziemią drugiej połowy Aleppo?
 
Po trosze staram się to zrozumieć – są przeciwni rebeliantom, którzy też ich atakują, zabijają ich dzieci (choć skala jest nieporównywalna), więc odwrócili się od tych, którzy mieszkają na ich terenach. Choć to nadal to samo miasto, ci ludzie stracili w ich oczach człowieczeństwo, bo jego dostrzeżenie zagrażałoby życiu, zdrowiu i spokojowi ducha tej uprzywilejowanej połowy. Co więcej, święta by się raczej nie udały.
Wszystko to zgrało mi się dziwnie z obejrzeniem przejmującego thrillera “Kolonia”, który opowiada o miejscu zupełnie mi wcześniej nieznanym – o Colonii Dignidad, osadzie niemieckich imigrantów w Chile, w której niepodzielną władzę dzierżył były członek Hitlerjugend. Mieszkańcy Colonii stanowili pewnego rodzaju sektę, poddani byli niesamowitemu rygorowi, segregacji płciowej i wykonywali ciężkie prace rolne. Ich przywódca wykorzystywał swoją rolę m.in. przyznając sobie prawo do wykorzystywania seksualnego małych chłopców. Co więcej, w podziemiach osady torturowano i przesłuchiwano więźniów politycznych za czasów Pinocheta, jak również prowadzono eksperymenty medyczne i produkowano nielegalną broń. Wszystko za wiedzą i cichą aprobatą ambasady Niemiec w Chile. Zupełnie nieprawdopodobna sytuacja, znów pod hasłem “ludzie ludziom zgotowali ten los”. Wszystko to działo się w latach 60-70-tych XX wieku, ale dopiero w tym roku poinformowano, że zastępca tego przywódcy sekty nadal żyje w Niemczech i choć zasądzono mu wyrok więzienia, cieszy się wolnością.
 
Film trzyma w napięciu, przeraża i obrzydza, tym bardziej, że oparty na faktach. Po jego obejrzeniu zaczęłam się zastanawiać, jak to wszystko jest możliwe. Sekty, tolerowanie przemocy w imię dziwnie pojętego dobra danej grupy, nienawiść do członków tej czy innej mniejszości, odbieranie człowieczeństwa przeciwnikom politycznym/religijnym – to się dzieje cały czas, mimo niesamowitego rozwoju technologicznego i naszego przylepienia do smartfonów/tabletów/laptopów nadal pozwalamy na krzywdę jednych w imię drugich.
 
Myślałam, myślałam i wymyśliłam, że cały czas chodzi o władzę. O to, że większość społeczeństwa oddaje symboliczną władzę nad sobą danej grupie. O to, że każda jednostka, każdy z nas ma wybór, czy stanowi sam o sobie, czy pozwala innym na decydowanie o tym, co ma myśleć i jak spędzać wolny czas. Nawet w sytuacji granicznej – gdy chodzi o zdrowie/życie/dobrostan/przyszłość/teraźniejszość – cały czas każdy ma wybór. Wydaje mi się, że o tym zapominamy na rzecz lenistwa umysłowego – nie mam siły podejmować decyzji, niech ktoś zrobi to za mnie. Stąd już tylko krok do poddania się komuś. Tak się dzieje w małżeństwie, grupie znajomych, nie wspominając o polityce i kościele.

Nadeszły święta, większość z nas spotyka się przy stole, życzy sobie (oficjalnie) jak najlepiej i stara się pokazywać siebie w dobrym świetle. Nie wiem, czy jest szansa, że życzenia związane ze spokojem i pokojem kiedyś będą mogły się spełnić, ale wiem, że odkryłam swoją własną Amerykę. Wiem, że nie można pozwolić, by ktoś za nas decydował w sposób, który nam się nie podoba. Wiem, że nie można pozwolić, by czyjeś poglądy przysłaniały jego człowieczeństwo. Ten, który nas obraża, który nas atakuje, to nadal człowiek. To pewnie naiwność, ale tego właśnie sobie i Wam wszystkim życzę – żebyśmy nigdy nie zapominali, że wszyscy jesteśmy ludźmi.
 
Howgh!