Feminizm

Trzy lekcje od Thelmy i Louise

Photo by Nagy Arnold on Unsplash

Kiedy “Thelma i Louise” królowały w kinie, miałam dziewięć lat. Za mało, żeby móc zobaczyć ten film, za dużo, żeby nie zacząć rozumieć, że coś w tym świecie jest nie tak. Moje przypuszczenia wkrótce miały się potwierdzić – kilka lat i spychania z listy startowej w konkursach matematycznych na rzecz chłopców później wiedziałam, że żyjemy w “men’s world”. Kiedy więc kilka dni temu znów natknęłam się na “Thelmę i Louise”, tym razem postanowiłam nadrobić zaległości. I dobrze, bo dawno żaden film mnie tak nie zainspirował. Choć fabuła może się wydawać nieco naciągana, jest w tym obrazie kilka rzeczy, na które warto zwrócić uwagę.

(więcej…)

Własny pokój

Wyobraź sobie ponurej urody kobietę w średnim wieku, siedzącą w czarnej sukni przy świeczce i piszącą coś na kartce papieru. Pokój, w którym siedzi jest ciemny i malutki, bo mieści właściwie tylko biurko, krzesło i niewielki regał, ale kobieta wydaje się być zadowolona, a wręcz natchniona. Popatrz jej przez ramię – kilka słów i już wiesz, że właśnie pisze jeden z najważniejszych esejów w dziejach feminizmu, a mimo to kiepsko skończy. Jednak teraz to nieważne, bo jest rok 1929, przy biurku siedzi Virginia Woolf, a spod jej pióra powstaje “Własny pokój”, jeden z najbardziej inspirujących tekstów, po który powinna moim zdaniem sięgnąć każda świadoma kobieta.

Własny pokój Virginii Woolf

Własny pokój u Virginii Woolf to zarazem metafora, ale i rzeczywista propozycja. W tym bardzo inteligentnym i ciekawie napisanym eseju główna teza mówi, że kobiety od zarania dziejów były traktowane jako gorsze, często ubezwłasnowolnione, długo bez prawa do posiadania własnych pieniędzy czy rzeczy materialnych, skazane na kojarzone małżeństwa i rodzenie dzieci do utraty tchu, dlatego też, aby to zmienić, muszą mieć swoje miejsce – oazę, w której mogą tworzyć, pracować, być sobą. Pokój, który mogą zamknąć od środka na klucz, aby życie rodzinne, społeczne i towarzyskie nie ingerowało w to, co robią, aby macierzyństwo nie przesłaniało całego świata, aby mogły się realizować. Woolf mówi też, że w końcu nadchodzi ku wewnętrznemu wyzwoleniu kobiet odpowiedni moment, w czym pomogła choćby I wojna światowa. Sprawiła, że mężczyzn w różnych zawodach zaczęło zwyczajnie brakować, a kobiety niejako naturalnie zajmowały ich miejsce. Wywalczyły sobie prawo głosu, wywalczyły sobie prawo posiadania, a teraz przyszedł czas na samorealizację – wybór własnej drogi, prawo podejmowania decyzji, nawet tak trudnych jak nienaturalna dotąd rezygnacja z macierzyństwa.

Esej Woolf jest czasem nazywany utopią feministyczną. Mówi o świecie, który dla kobiet stanie się przyjazny, jeżeli się odważą tego domagać. Pokazuje rzeczywistość wymagającą wysiłku, wyjścia poza schemat, ale potrafiącą to sowicie wynagrodzić. Czasem bowiem trzeba włożyć nieco pracy w to, żeby wygospodarować w domu pokój dla kobiety, choćby gabinecik, w którym zmieści się jedynie biurko i krzesło, ale warto, bo wtedy kobieta może się skonfrontować ze swoim życiem i zacząć tworzyć, jeżeli tylko tego chce.

Po co własny pokój?

Virginia Woolf mówi:

(…) Napoleon i Mussolini dlatego tak dobitnie upierają się przy niższości kobiet, bo gdyby nie odznaczały się one niższością, przestałyby ich “powiększać”. To częściowo wyjaśnia, dlaczego kobiety tak często są mężczyznom niezbędne. (…)

I jeszcze:

Wolność intelektualna zależy od rzeczy materialnych. Poezja zależy od wolności intelektualnej. A kobiety zawsze były ubogie.

(tłum. własne)

Nie, wcale nie chodzi tu o stereotypowe feministyczne przeciwstawienie sobie kobiet i mężczyzn, ani też o twierdzenie, że faceci są be, a kobietki super. O nie. Tu chodzi o coś więcej – tu chodzi o władzę i pieniądze, a więc atrybuty stereotypowo uważane za męskie. Stereotyp ten nie bierze się znikąd – dopiero w XX w. sytuacja kobiet na świecie zaczęła się poprawiać, jeżeli chodzi o prawo, administrację i edukację, ale niestety do równości NADAL nam DALEKO. Oczywiście, możemy pracować i zarabiać, a nawet wydawać, jak nam się podoba, ale nasze decydowanie o sobie dalej jest ograniczone, a stosunki społeczne często wręcz wymuszają silny podział płci. Dość wspomnieć choćby o trwającej walce o prawo do aborcji, o dostęp do środków antykoncepcyjnych, o edukację seksualną, a raczej jej brak, czy promowanie tradycyjnego modelu rodziny itp. itd. Zaczyna się wcześnie – najczęściej od przedszkola, gdzie dziewczynki ubrane od stóp do głów na różowo w prezencie otrzymują zabawkową kuchnię, a chłopcy klocki. Pewnie, że się to wszystko powoli zmienia, ale ciężko zmienić to, co najważniejsze – zawartość naszych polskich głów, które niestety zbyt rzadko myślą krytycznie i mają odwagę wyjść z głównego nurtu, aby zobaczyć, jak ciekawie może być na poboczu.

Na szczęście zmienia się kultura. Wokalistki zarabiają wielkie pieniądze, aktorki walczą o to, by otrzymywać równe gaże co aktorzy, a reżyserki są coraz częściej nagradzane prestiżowymi wyróżnieniami. Seriale – często pokazujące postacie kobiece jako główne – to również doskonałe miejsce do promowania kobiet silnych, mądrych, a co najważniejsze samodzielnych. Dla Virginii Woolf zapewne spełnieniem marzeń byłaby Carrie Breadshaw…

Kobieta ambitna, samodzielna, wyzwolona, inteligentna, zarabiająca na życie pisaniem i wydająca pieniądze według jedynie własnych potrzeb. Oto spotkanie idealne – Carrie jako “role model” wielu młodych dziewczyn staje się ucieleśnieniem feministycznego marzenia o niezależności i sile kobiet. Oczywiście byłoby to połączenie idealne, gdyby nie fakt, że większość rozterek Bradshaw wiązała się z mężczyznami i problemami sercowymi, zamiast z kwestiami ważnymi dla losów świata, a przynajmniej jego “piękniejszej” połowy, no ale nie można mieć wszystkiego…

Po co MI własny pokój?

Jako dziecko, nastolatka, studentka nigdy nie miałam własnego pokoju. Możliwości mieszkaniowe mojej rodziny były ograniczone i dopiero gdy się wyprowadziłam, mogłam decydować o tym, jak mieszkam. Niestety i nasze wspólne małżeńskie życie odbywało się głównie na małych przestrzeniach, aż do teraz. Tak, kupiliśmy mieszkanie i tak, wygospodarowałam tam dla siebie miejsce. Do tej pory jako freelancerka miewałam biuro, ale nigdy własne i nigdy (wiem, jak to brzmi) zamykane od środka! Wywalczyłam sobie wewnętrznie prawo do gabinetu, który choć przejściowy (nim dzieci urosną i zaczną potrzebować większej przestrzeni) i dość ciasny, jest własny. Co ciekawe, do tej pory rozkładałam się ze swoim miejscem pracy zazwyczaj w kuchni lub w salonie, czyli tradycyjnie jak dla kobiety 😉 Teraz mam swoje biurko, regał, a nawet stołek – czego można chcieć więcej? A po co mi to?

Najpierw myślałam, że po nic, ale potem coś się zmieniło. Po skończonej pracy mogłam nie sprzątać komputera, mogłam zamknąć drzwi, gdy dziecko głośno krzyczało, ale akurat nie mi było temu zaradzić, mogłam po prostu posiedzieć i pomyśleć patrząc w okno bez narażania się na natarczywe pytania trzylatka “mama, co robisz?”. Mała rzecz, ale wyzwalająca i dająca nadzieję, że w końcu uda mi się rozwinąć skrzydła twórcze i zawodowe. Muszę więc przyznać rację Virginii Woolf – jeżeli kobieta chce być twórcza, musi mieć własny pokój lub “kąt” w mieszkaniu i musi mieć możliwość zarabiania własnych pieniędzy, a co najważniejsze – ich wydawania bez tłumaczenia się komukolwiek. Sama kwestia pieniędzy w małżeństwie to temat na odrębny wpis, ale tutaj poprzestanę jedynie na własnym manifeście – kobieto, uniezależnij się w domu, a życie wszystkich kobiet stanie się odrobinę lepsze! Znajdź własne miejsce, w którym nikt nie będzie ci przeszkadzał, a sytuacja społeczna się poprawi! To naprawdę tak działa. Zresztą od czasów starożytnych wiadomo, że to, jak wygląda przestrzeń wokół nas, wpływa na to, jak żyjemy i kim jesteśmy. To dlatego najbardziej wyzwalająco działa WŁASNA przestrzeń – walczmy więc o nią i prowadźmy emancypację życia codziennego 🙂

Festiwal pogardy, albo o aborcji raz jeszcze

W naszym kraju zaczęła się kolejna odsłona wojny światopoglądowej – oto walka postu z karnawałem, czy jak kto woli walka o “zakaz dyskryminacji ze względu na niepełnosprawność (…) w zakresie prawa do życia”, czyli kolejna próba ograniczenia, czy wręcz zlikwidowania, prawa do aborcji. Nie ma tu żadnych świętości (poza opacznie pojętym życiem), bo cel uświęca środki, za to pojawia się wiele pomieszań pojęć, demagogii i pogardy. Skąd się to wszystko bierze? O co chodzi? A przede wszystkim skąd ta pogarda względem osób chcących decydować o własnym życiu? Te pytania zadaję sobie i ja.

Prawo do życia

Problem prawa do aborcji jest osią konfliktu od bardzo dawna i chyba najstarsi górale już nie pamiętają, dlaczego budzi on takie kontrowersje. W czasach PRL-u aborcja w Polsce była legalna i wykonywana bardzo często, potem Kościół pomógł opozycji w pokonaniu komunistycznego aparatu władzy i w ramach wymiany “coś za coś” prawo do aborcji zostało bardzo mocno ograniczone, zyskując miano “kompromisu aborcyjnego”. Niestety kobiet nikt o zdanie nie pytał i choć brały udział w działaniach opozycyjnych na równi z mężczyznami, podczas podejmowania decyzji o tymże kompromisie ich głosu nikt słuchać nie chciał. Nagle prawo do życia znalazło się na ustach wszystkich…panów, którzy uwielbiają nim szafować, choć ostatecznie decyzja nie uderza w nich. Paradoks ten nie przestaje mnie dziwić, tak samo jak przekonanie o tym, że życie “bytu” nienarodzonego jest ważniejsze od tego, które już żyje. Pozostawiając kwestie bioetyczne (ogromnie ciekawe) na boku, można spytać, kto ma o tym decydować – grono mężczyzn w sukienkach i garniturach czy para (lub sama kobieta), której to dotyczy?

Oczywiście można powiedzieć, że dla społeczeństwa prawo do aborcji jest złe, bo działa przeciwko niemu. Ogranicza liczbę potencjalnych obywateli, pozwala członkom społeczeństwa na przedkładanie własnego dobra nad dobro ogółu. Może tak powiedzieć jednak tylko społeczeństwo, które gwarantuje pomoc w przypadku decyzji innej – czy jeżeli zdecyduję się urodzić dziecko chore lub niechciane i będzie ono potrzebować wsparcia, leczenia, zabezpieczenia na poziomie, jakiego bym sobie dla niego życzyła, państwo mi je zapewni? Być może w Szwecji, bo na pewno nie w Polsce i nie znam nikogo, kto z pełną odpowiedzialnością mógłby twierdzić inaczej.

Jesteś za aborcją?

Gdy chodzi o etykę, teoria sobie, a praktyka sobie. Można snuć koncepcje (bio)etyczne i robić eksperymenty myślowe, jednak gdy przyjdzie co do czego, człowiek pozostaje sam ze swoim wyborem i ponosi za niego pełną odpowiedzialność. Nie cierpię sformułowania “być za aborcją”, bo uważam je za krzywdzący skrót myślowy i oznakę braku racjonalnego myślenia. Aborcja sama w sobie jako zabieg medyczny nie podlega ocenie moralnej i nie można być za nią czy przeciw niej. To tak jakby uważać, że ludzie nie powinni dawać wyrywać sobie chorych zębów czy usuwać uszkodzonej śledziony. Aborcja to zabieg polegający na usunięciu płodu – tylko tyle i, jak się okazuje, aż tyle. Zdarza się, że ratuje życie kobiety, ale też zdarza się, że wynika z pobudek ocenianych przez opinię publiczną jako egoistyczne. Jak wielkie kontrowersje potrafi wzbudzić pokazuje słynna już sprawa Natalii Przybysz sprzed dwóch lat, gdy przyznała się w wywiadzie dla “Wysokich Obcasów” do poddania się zabiegowi aborcji, bo nie chciała trzeciego dziecka i mieszkanie miała za małe. Wylało się na nią wiadro pomyj, wszyscy wprost prześcigali się w ocenach moralnych jej decyzji. Dlaczego? Bo kobieta podejmująca samodzielnie taką decyzję jest postrzegana jako zagrożenie dla społeczeństwa, szczególnie w kraju nazywającym się katolickim. Jak mówi sama Przybysz:

To indywidualna sprawa i każda kobieta powinna móc zadecydować o tym sama – czy chce urodzić, czy nie. A to, jak do tego potem podchodzimy, czy to był problem, czy nie, to też nasza sprawa – jakie ceremonie będziemy chciały odprawiać, by sobie z tym poradzić. To nie sprawa mężczyzn w rządzie i w Kościele.

Nie jestem więc “za aborcją”, ale za prawem wyboru. Aborcja powinna moim zdaniem być dozwolona jako zabieg medyczny mający też konsekwencje etyczne dla osoby, która się mu poddaje, ale poza oceną społeczeństwa. Musimy zacząć traktować jednostkę w społeczeństwie jako zdolną do podejmowania decyzji o sobie, bo inaczej obudzimy się w dystopii, pozbawieni praw, za to obarczeni setkami obowiązków. Obywatel nie służy wyłącznie do płacenia podatków i utrzymywania aparatu władzy, ale to tenże aparat powinien służyć obywatelowi, aby ten na jego terytorium mógł się realizować i być szczęśliwy. Wiem, że to naiwna i utopijna wizja, ale czy to znaczy, że mam z niej rezygnować?

Festiwal pogardy

A jednak, mężczyźni w rządzie i w Kościele uwielbiają decydować o innych, samemu stojąc niejako ponad prawem. Władza daje ludziom poczucie, że nie muszą się liczyć z nikim, kogo postrzegają jako podległego, przez co czyni ich aroganckimi i pozbawia odpowiedzialności za słowa. Oczywiście nie dotyczy to osób o mocnym kręgosłupie moralnym i poczuciu odpowiedzialności społecznej, ale wydaje się, że nie ma ich za wiele w naszym Sejmie i klerze. Nie dalej jak wczoraj odbyło się posiedzenie sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, na którym dyskutowano m.in. o decyzji zmierzającej do dalszego ograniczenia prawa do aborcji w Polsce. Brały w nim udział również kobiety – polityczki, działaczki Strajku Kobiet i organizacji pozarządowych. Jak donosi portal OKO.press, zostały potraktowane obcesowo, bez szacunku (należnego nie kobietom, a ludziom w ogóle) i poniżająco. Przykłady?

  • poseł Janusz Sanocki zwracający się do obecnych na posiedzeniu kobiet: “Lubię was dziewczynki”
  • poseł Robert Winnicki: “Aborcjonistki są sojuszniczkami nieuporządkowanego życia seksualnego mężczyzn”
  • poseł Marek Jurek : “Co by było, gdyby kobieta odmówiła powinności macierzyńskiej”

Teksty, jakie z powodzeniem mogłyby paść w poprzednim stuleciu, a nie po akcji #metoo i nie w Sejmie, choć jak widać ryba rzeczywiście psuje się od głowy. Pogarda wobec kobiet przebijająca przez te wypowiedzi to objaw przekonania o absolutnej podległości i “gorszości” połowy społeczeństwa, oznaka braku szacunku i odejście od praktyki chrześcijańskiej, która nakazuje, by kochać bliźniego jak siebie samego. Tym samym oznacza podwójne standardy moralne i niszczy wiarygodność tych mężczyzn jako katolików. Czy oni się tym przejmują? A gdzie tam. Są przekonani o swojej absolutnej racji i misji, jaką ma być uczynienie Polski na powrót krajem w pełni katolickim, gdzie szanuje się każde życie, szczególnie to nienarodzone. Gorzej jednak sprawa wygląda z życiem narodzonym i tu pojawia się rola społeczeństwa – zacznijmy myśleć krytycznie, słuchać, a nie tylko słyszeć i puszczać mimo uszu i nie dopuszczajmy arogancji do władzy, bo w ten sposób wystawiamy sobie samym świadectwo. Czy kraj rządzony przez idiotów bez szacunku do drugiej osoby może coś znaczyć w cywilizowanym świecie?

Protesty, protesty

Kobiety nigdy nie poddają się bez walki i choć pojawia się już zmęczenie strajkami, protestami i demonstracjami, wydaje się, że nie można ich zaprzestać. Do czasu urodzenia drugiego malucha również brałam w nich udział, teraz jest nieco gorzej, ale zamierzam walczyć inaczej. Zamierzam szerzyć miłość do krytycznego myślenia i kwestionowania argumentów, z którymi już nikomu nie chce się dyskutować. Zamierzam wspierać inne kobiety w ich wyborach w imię solidarności, aby dać odpór męskiej chęci dominacji. Zamierzam pisać i namawiać za tymi działaniami, bo tylko w tym, w swoistej pracy u podstaw, otwieraniu umysłów postrzegam możliwość wyjścia z impasu, w jakim znalazła się kobieca część społeczeństwa. Bowiem jak można przeczytać w książce Lucy Ribchester “Sufrażystki”:

Problemu nigdy nie stanowią dewianci (…). Nie zapominaj o tym. Prawdziwie niebezpieczni są ludzie o zamkniętych umysłach.

 

Siła jest kobietą! Osiem silnych kobiet na ósmego marca

Oto nadszedł ten dzień, w którym słowo “kobieta” odmienia się przez wszystkie przypadki, czasy i liczby. Oto Dzień Kobiet, którego historię potrafią nawet podciągnąć pod starożytny Rzym, kiedy to na początku wiosny świętowano dzień ku czci macierzyństwa i płodności – czyli jakby nie było kobiet. U nas święto to wielu wiąże z tradycją peerelowską, a od kilku lat z manifami i roszczeniowymi feministkami – nie, żeby mi to przeszkadzało 😉 Ponieważ i mi ta wymowa Dnia Kobiet jest najbliższa, postanowiłam uczcić go na swój sposób, czyli pokazując Wam źródło mojej inspiracji, jeżeli chodzi o kobiecą siłę – oto osiem silnych kobiet, które podziwiam i szanuję (kolejność przypadkowa).

1. Wanda Rutkiewicz

Wanda Rutkiewicz w Sokolikach w 1968 r. (fot. źródło: Barbara Rusowicz “Wszystko o Wandzie Rutkiewicz”, 1992)

Być może postać nieoczywista, ale dla mnie bardzo ważna – raz, że w swoim życiu miała duży epizod wrocławski, a dwa, że była himalaistką, co do czasów jej osiągnięć było raczej męską domeną. Wanda Rutkiewicz odkryła w sobie żyłkę do wspinania jako niespełna dwudziestolatka, a pierwsze szlify zdobywała w bardzo mi bliskich Rudawach Janowickich. Potem były Tatry, Alpy, no i Himalaje. Każda encyklopedia nam powie, że Rutkiewicz, z zawodu elektronik, była pierwszym Polakiem (!) na Mount Evereście (rok 1978) oraz pierwszym Polakiem (znów !) i pierwszą kobietą na K2. Nie każda encyklopedia poinformuje, że była orędowniczką wypraw kobiecych i zachęcała kobiety do wspinania się, do walki o swoje oraz do realizowania się w dziedzinach, które je fascynują. Była silna, samodzielna i miała tupet. To ona pierwsza pokazała Polkom, że niemożliwe nie istnieje i według tej dewizy żyła. Zginęła w górach, choć jej mama do końca swego życia w to nie wierzyła, uważając, że Wanda po prostu zniknęła i zaczęła nowe życie w innym miejscu. Mówiła:

“Gdyby najkrócej określić to, co właściwie wciąż ciągnie mnie w góry, to jest to – przyjemność. Przyjemność pojawia się wtedy, gdy nie myśli się jedynie o wejściu na wierzchołek, ale gdy np. idąc po lodowcu, człowiek zaśpiewa, zaśmieje się, czy zrobi komuś jakiś kawał. Jest też w górach tyle piękna i w tylu postaciach, że trudno to wyrazić. Jest to urlop od spraw codziennych i oddalenie się od nich, choć nie oznacza to ucieczki, a tylko potrzebny względem nich dystans.

Cytat za tatromaniak.pl

2. Malala Yousafzai

Malala Day, What is Malala Day, Malala Yousafzai, Who is Malala, Who is Malala Yousafzai, Taliban, United Nations, World news, Indian Express
Fot. indianexpress.com

Na początku była odwaga. Malala, dziś pakistańska działaczka na rzecz praw kobiet, a wtedy zaledwie jedenastoletnia dziewczynka, zaczęła pisać bloga dla BBC Urdu o życiu pod okupacją talibów, którzy m.in. nakazali zamknięcie prywatnych szkół dla dziewcząt. Wraz z nasilaniem się agresji talibów jej blog zaczął zdobywać coraz więcej czytelników, a ona stała się rozpoznawalna. Pewnego dnia, wracała wraz z innymi dziewczynkami z egzaminu, a autobus, którym jechały został ostrzelany przez zamachowców. Malala, trafiona kulą w głowę i szyję, znalazła się w stanie krytycznym w szpitalu, ale przeżyła, a całe to wydarzenie wykorzystała jako motywację do wzmożonych działań na rzecz praw kobiet, w tym prawa dziewczynek do edukacji. W roku 2014 została najmłodszą laureatką Pokojowej Nagrody Nobla, a podczas przemówienia na forum ONZ mówiła:

…koncentruję się na prawach kobiet i edukacji dziewcząt, ponieważ one cierpią najbardziej. Był czas, kiedy działaczki prosiły mężczyzn, by walczyli o ich prawa. Tym razem zrobimy to same. Nie mówię mężczyznom, by przestali mówić o prawach kobiet, a skupiam się na kobietach, by były niezależne w walce o siebie.

3. Antonina Żabińska

Podobny obraz
Fot. za sprawiedliwi.org.pl

O Antoninie Żabińskiej pisałam już na blogu tutaj, ale warto tę postać przywołać raz jeszcze. Żabińska i jej mąż – Jan – opiekowali się warszawskim zoo, gdy zastała ich wojna. Choć ogród i zwierzęta mocno ucierpiały, oni wykorzystali swoją pozycję i zamiast uciec, zostali i stworzyli swego rodzaju azyl dla Żydów, którym pomagali w ucieczce z warszawskiego getta, a potem udzielali schronienia w budynkach zoo. Historię tę zaadaptowało Hollywood w filmie “Azyl”, a Polacy niezbyt nawet ją znają. Antonina opiekowała się ukrywanymi Żydami, ryzykując życie swoje i swoich dzieci, w dużej mierze samodzielnie dbając o ich wikt i opierunek. Była dzielna, niezłomna i charyzmatyczna. Kochała ludzi i zwierzęta, a jej postać nadal stanowi ogromną inspirację.

4. Sheryl Sandberg

Fot. Facebook

Sheryl Sandberg to amerykańska specjalistka od technologii i biznesu, bliżej znana jako COO Facebooka, ale też feministka, matka i…miliarderka. W swojej drodze na szczyt kariery odkryła, że otacza ją niewiele kobiet, które odpowiadałyby za coś więcej niż tylko parzenie kawy czy odbieranie telefonów. Idąc po nitce do kłębka, zaczęła interesować się problemem nierówności płci w świecie technologii i biznesu i działać na rzecz zmiany tej sytuacji. Za sprawą jej książki “Włącz się do gry” (ang. Lean In) wokół tematu zrobił się pozytywny szum i powstała organizacja pod tą samą nazwą, która prężnie działa na rzecz poprawy sytuacji kobiet w biznesie. Wspiera m.in. powstawanie małych kręgów kobiet, których celem jest wzajemna pomoc w karierze i mentoring. Takich kół jest już 35 tysięcy w 160 krajach na całym świecie! Sandberg pokazuje, że w biznesie jest dużo miejsca dla kobiet, tylko one same muszą w to uwierzyć i nie bać się sięgać po więcej. O równouprawnieniu kobiet mówi tak:

Musimy poprawić to, z jakimi uprzedzeniami muszą sobie radzić kobiety. Nie powinieneś czuć się zobowiązany do wspierania danej osoby tylko dlatego, że jest kobietą, ale powinieneś wspierać ją, bo wierzysz w jej pomysły i umiejętności.

5. Maria Skłodowska-Curie

„Porywaczka mężów”, ateistka i specjalistka od róż i konfitur. Maria Skłodowska-Curie jakiej nie znacie

Tak, wiem, że wszyscy o niej słyszeli i że jest ikoną polskiego ruchu na rzecz praw kobiet. Mimo to myślę, że warto pamiętać o niej na co dzień, bo osiągnęła to, co w jej czasach było niemożliwe. Nie tylko wsławiła się jako polska noblistka, ale do tego jest jedną z czterech osób, które zdobyły Nagrodę Nobla więcej niż raz, była pierwszą profesorką na Sorbonie w czasach, gdy na terenie Królestwa Polskiego kobiety nie mogły nawet marzyć o studiowaniu, dwukrotnie poroniła wskutek promieniotwórczego działania radu, który odkryła, ale potem dane jej było zostać matką, była prekursorką badań nad leczeniem raka za pomocą promieniotwórczości i…kochała naukę. Jest jedyną kobietą, która spoczywa we francuskim Panteonie, a w naszych uszach niech brzmią jej słowa:

Trzeba mieć wytrwałość i wiarę w siebie. Trzeba wierzyć, że człowiek jest do czegoś zdolny i osiągnąć to za wszelką cenę.

6. Isadora Duncan

Postać nieoczywista, ale ważna dla sztuki i historii kobiet. Isadora Duncan to choreografka, tancerka, artystka, twórczyni tzw. tańca współczesnego, biseksualistka, ateistka i rewolucjonistka pierwszej połowy XX wieku. Jako młoda dziewczyna zrezygnowała z nauki w szkole jako “zbyt ograniczającej” i zaczęła zarabiać na życie, ucząc dzieci tańca. Pasji tańca była wierna do końca życia, ucząc innych i występując na wielu scenach całego świata. Przeciwstawiła się tradycyjnemu baletowi jako formie zbyt rygorystycznej, która nie służyła pięknu, a dyscyplinie, i zakładała swoje szkoły tańca współczesnego – tańca, którego podstawą jest wolność, naturalność i komunikowanie emocji. Zaadoptowała sześć dziewczynek, ratując je od skrajnej biedy, szkoliła kolejne instruktorki swojej metody i tworzyła, tańczyła i…korzystała z życia. Ułożyła nawet choreografię do polskiej pieśni patriotycznej “Warszawianka” (jej współczesne wykonanie można zobaczyć tutaj). Isadora łamała konwenanse, przeciwstawiała się stereotypom i ograniczającej formie. Była wolna, dzika i twórcza. Mawiała:

Najpiękniejszym dziedzictwem, jakie można dać dziecku, jest zezwolić mu, by szło własną drogą, wyłącznie o własnych siłach.

7. Joy Lofthouse i 163 inne dziewczyny

Znalezione obrazy dla zapytania joy lofthouse Fot. za http://www.independent.co.uk[/caption%5D

Ok, założę się, że o nich nie słyszeliście. Joy była jedną ze 164 pilotek ATA (Air Transport Auxiliary), czyli służby pomocniczej dla brytyjskiego RAF-u podczas II wojny światowej (wśród tzw. “ATA girls” były też Polki!). Gdy Joy dostała się do tej organizacji, nie potrafiła nawet prowadzić samochodu, ale już wkrótce pilotowała myśliwce Spitfire i bombowce. Do tego wtedy nie posiadały one tak bogatego wyposażenia do komunikacji radiowej i wymagały nie lada odwagi oraz umiejętności. Dość powiedzieć, że co szósta z “ATA girls” zginęła w akcji, zazwyczaj z powodu usterek technicznych samolotu, a nie swojego braku umiejętności. Niesamowite jest to, że w wieku 92 lat Joy ponownie wsiadła do Spitfire’a i była jego drugim pilotem! Relację z lotu można zobaczyć tutaj, a historię jej i całej organizacji przybliżyć każdemu, kto uważa, że kobiety to słaba płeć.

8. Audrey Hepburn

No wiem, że dobrze znacie jej postać i właściwie to się robi trochę nudne, ale w tym dniu nie mogło jej zabraknąć. Audrey była silna jako dziecko i jako dorosła kobieta. Przetrwała głód i trudne warunki hitlerowskiej okupacji podczas II wojny światowej, przetrwała konieczność rezygnacji ze swojej pasji, jaką był balet, a także dwa rozwody, mężowskie zdrady, poronienia i walkę o swoje równouprawnienie podczas realizacji filmów. Działała charytatywnie, wspierając UNICEF i jeżdżąc do Afryki, co nie było wtedy popularnym zajęciem wśród tzw. celebrytów. Kochała swoich synów, kochała ludzi w ogóle i dbała o innych często bardziej niż o siebie. Skutkiem tego było zignorowanie swoich problemów zdrowotnych, przez co pokonał ją rak, ale za to w świecie kultury pozostała nieśmiertelna. Jej wizerunek powielany jest na mnóstwo sposobów, ale o jej sile i charyzmie już tak często się nie mówi. Pozostała jedną z najbardziej uwielbianych aktorek na świecie, a dla mnie jest nadal źródłem inspiracji i siły do działania. Mówiła:

Piękno kobiety nie przejawia się w ubraniach, które nosi, w jej figurze lub sposobie w jaki układa włosy. Piękno kobiety musi być widoczne w oczach, ponieważ są one drzwiami do jej serca – miejsca, gdzie mieszka miłość.

Oto koniec mojej listy ośmiu silnych kobiet na ósmego marca. Każda z nas może tam kogoś dopisać, a najlepiej siebie. Nasza siła i intuicja to elementy, dzięki którym możemy osiągnąć wszystko, co zechcemy. Nawet równouprawnienie w praktyce, czego sobie i Wam życzę 🙂

PS. Podoba Ci się ten wpis? Uważasz, że jest wartościowy? Podziel się nim, a będzie mi bardzo miło. Siła jest kobietą!

Cztery pułapki kobiecej siły

Dawno, dawno temu była sobie piękna księżniczka. Siedziała  w równie pięknym księstwie i z upodobaniem czesała swoje piękne włosy, z rozmarzeniem spoglądając w stronę wjazdu do zamku, wyczekując na pięknego księcia. Gdy ten w końcu się pojawił, okazał się piękny, ale i…słaby, tak jak i ona, gdyż nikt nigdy w księstwie nie oczekiwał od nich niczego innego niż piękna, elegancji i dobrych manier.

W nieodległej wiosce mieszkała nieco mniej urodziwa dziewczyna, za to zupełnie niemająca czasu na czesanie włosów. Od małego była wdrażana we wszystkie prace domowe, w tym opiekę nad rodzeństwem, dbanie o gospodarstwo itp. Nie siedziała na ganku wypatrując księcia z bajki, ale  w końcu z domu odeszła, aby odkrywać nowe drogi. Mama zawsze jej mówiła: życie jest okrutne, a ty musisz być silna. I była. Silna i samotna…

To oczywiście mocno krzywdzący stereotyp, że kobieta może być albo piękna i słaba, albo silna i brzydka. Niejednokrotnie zderza się z nim większość z nas deklarujących się jako feministki – oto nasza siła wypływająca z wewnętrznego przekonania o swojej wartości i możliwościach staje się wadą, słabością, która wrzuca nas w jądro samotności i społecznego odrzucenia. “Radź sobie sama” – to najsłabsze ze stwierdzeń, jakie można usłyszeć, wsłuchując się w siebie. Dlaczego kobieca siła staje się jednocześnie słabością?

Idziemy przez świat, stykając się z różnymi ludźmi, sytuacjami, wymaganiami. Najpierw uczy się nas samodzielności – jako dzieci mamy się same umieć bawić, zasypiać, przejść pozytywnie trening czystości i, broń Boże, nie wpadać w histerię, gdy coś się nie uda. Siła i samodzielność – tego się od nas oczekuje. Potem idziemy do szkoły, gdzie wrzuca się nas w wir oczekiwań ze strony nauczycieli, ale i rówieśników. Dziewczynka ma być miła, zadbana, skromna, pilna, ale i wygadana, wysportowana, szczupła i potulna. W końcu wychodzimy ze szkolnego świata i wpadamy w rzeczywistość uniwersytetów/relacji damsko-męskich (zazwyczaj)/pracy, gdzie oczekiwania mieszają się ze sobą, owocując niezłym społecznym zawrotem głowy. Mamy więc być w związku, ale i umieć sobie radzić same, robić karierę, ale nie za bardzo, odnosić sukcesy na uczelni, ale nie domagać się stypendiów czy innych przywilejów, gdyż wcześniej i później i tak z nich zrezygnujemy na rzecz wychowywania dzieci (to samo w pracy). Nasza siła jest mile widziana, gdy ułatwia życie innym, a staje się obiektem drwin i niechęci, gdy zostajemy same.

Cztery pułapki kobiecej siły

Jestem silna. Zawsze tak było, choć jednocześnie doświadcza(ła)m efektów ubocznych tego faktu. Jako rasowa introwertyczka dusiłam to jednak w sobie. Moi rodzice, znajomi, przyjaciele wiedzieli, że umiem wiele znieść, więc niezbyt się ze mną cackali. Problem pojawiał się wtedy, gdy potrzebowałam pomocy – nagle wokół mnie robiło się pusto i moja siła stawała się samospełniającą się przepowiednią. Byłam – jestem – w większości sytuacji zdana na samą siebie, co daje mi pewność i poczucie kontroli. Nie zapominam jednak, że kobieca siła niesie ze sobą kilka pułapek…

1. Jestem silna, więc nie potrzebuję pomocy

Otóż nie – czasem każdy potrzebuje pomocy, niezależnie od płci, wieku, przekonań i stanu majątkowego. Sztuką jest mieć wokół siebie na tyle otwartych i czujnych ludzi, aby to dostrzegli nawet wtedy, gdy my tego nie widzimy. Potrzeba pomocy może się przejawiać w wielu postaciach – czasem chodzi o zwykły SMS pytający, jak się czujemy, czasem o przytulenie czy wyręczenie w drobnej rzeczy, a czasem o wspólne pomilczenie. Najczęściej w taką pułapkę wpadają partnerzy silnych kobiet – wiedząc, że mają silne partnerki, żyją sami sobie, niezbyt poświęcając im czas i uwagę, bo “ona sobie poradzi”. Tymczasem chyba każda z nas ma czasem chwile słabości, gdy chce się ryczeć i rzucić wszystko w diabły. Prawdziwie silny, mądry i czuły partner jest wtedy nie do przecenienia.

2. Jestem silna, więc uratuję cały świat, nie zważając na siebie

W tę pułapkę zdarzyło mi się wpaść wiele razy. To częsta przypadłość “prawdziwych” wolontariuszek, działaczek i kobiet czynu. Ignorowanie własnych potrzeb, marzeń, choćby tych w zakresie drobnych przyjemności, bo ktoś mnie potrzebuje, muszę działać, trzeba biec do przodu. Tymczasem często okazuje się, że ciągle robiąc coś dla innych w końcu wyczerpuje się zasoby, dzięki którym ma się do tego siłę. Pojawia się wypalenie, frustracja i słynne “i co ja z tego mam?”, które wybitnie kłóci się z ideą dobroczynności. Jeżeli czegoś się nauczyłam, angażując się społecznie na różne sposoby, to tego, że nie można być zawsze dla innych, nie będąc najpierw dla siebie. Prawdziwą siłą tutaj jest wsłuchanie się w siebie na każdym kroku i działanie w zgodzie ze sobą. Czasem trzeba na chwilę przystopować, coś przemyśleć, czy po prostu zrobić sobie długą kąpiel w pachnącej pianie, aby nazajutrz móc dalej zbawiać świat.

3. Jestem silna, więc jakoś przełknę tę zimną kawę

To z kolei bardzo częsta przypadłość kobiet pracujących, co to żadnej pracy się nie boją, oraz…mam. Ileż to memów, komiksów i opowieści ma tę słynną zimną kawę w tle – jakby kobieta nie mogła po prostu usiąść i napić się ciepłej tak jak lubi, tylko najpierw musiała obsłużyć cały świat. Kobiety-męczenniczki, służące, szczycące się tym, jak mało mają chwil dla siebie i jaką wielką odpowiedzialność biorą, a potem z przymrużeniem oka narzekające na niemożność odpoczynku, brak czasu, padanie na “zbity pysk” i zbytnie obciążenie pracą. Oto pułapka, której też niestety nie udało mi się uniknąć, ale się uczę. Nowym przejawem siły w tym kontekście jest umiejętność odmawiania, brania na siebie tylko tyle, ile rzeczywiście się chce, z pełną odpowiedzialnością za konsekwencje. W przypadku macierzyństwa, gdzie naprawdę ciężko jest o negocjacje z szefem, warto od początku uczyć tego siebie, dzieci i otoczenie – jestem dorosłą kobietą, jeżeli twój świat nie wali ci się na głowę, a zawartość pieluszki nie wylewa się na dywan, możesz chwilę poczekać ze swoimi potrzebami, aż zaspokoję moje. Inaczej pojawia się frustracja, złość i słynne już gderanie, a to silnej kobiecie nie przystoi 😉

4. Jestem silna, więc moje samopoczucie zależy tylko ode mnie

To pułapka najnowsza, w którą również zdarzało mi się wpadać. Pułapka będąca owocem mody na coaching i zawołanie “jesteś tym, kim myślisz, że jesteś”, “możesz wszystko” itp. Jasne, że siła oznacza wiarę w swoje możliwości i przekonanie o tym, że należy nam się wszystko, co najlepsze. Czasem jednak świat robi nam psikusa i zdaje się działać zupełnie przeciwnie. Nagle okazuje się, że idziemy złą drogą, ludzie, którzy nam towarzyszyli teraz zawiedli, a partner patrzy na nas z nadzieją, że same znajdziemy wyjście z sytuacji. Wtedy dochodzą do głosu negatywne emocje, które nigdy nie pojawiają się ot tak po prostu, ale zawsze mają jakieś głębsze podłoże. Upychane gdzieś na dnie małe frustracje, zawody, rozżalenia, westchnienia zmęczenia w końcu znajdują ujście i zazwyczaj ma ono formę wybuchu. Jesteśmy silne, więc oczekuje się od nas, że zawsze takie będziemy, często na tym budując. Nie zawsze można być pozytywnym, nie trzeba się ciągle uśmiechać, aby świat mógł odetchnąć z ulgą, że nie osłabłyśmy. Czasem życie przytłacza, robi przykre niespodzianki i daje prztyczka w nos. Trzeba to wziąć na klatę, ale nie zawsze da się to zrobić od razu. Może trzeba chwilę popłakać? Wyżyć się? Pochodzić kilka dni z nosem na kwintę, żeby potem odzyskać swoje poczucie siły. Cokolwiek to jest, warto to zrobić, aby raz za razem odnajdywać swoją siłę, ale nie dlatego, żeby inni czuli się lepiej, pewniej, ale abyśmy to my się tak poczuły.

Bycie silną to przywilej i coś, czego można się nauczyć. Na pewno warto, gdyż czasy, w których żyjemy są zazwyczaj dość ciężkie i aby nie dać im się przygnieść, trzeba umieć walczyć o siebie, swoje prawa i dobro, a czasem też i o innych. Bycie silną sprawia, że inni zwracają się do nas ze swoimi słabościami, dzięki czemu siłę można mnożyć. Bycie silną oznacza też świadomość czterech pułapek kobiecej siły i uczenie się niewpadania w nie. To jak, damy radę? 🙂

Jak wygląda feministka?

Znów to samo. Idę do kiosku, patrzę na nadreprezentację pism kobiecych i myślę sobie “nie dam im zarobić”, aż mój wzrok pada na wyrazistą okładkę jednego z miesięczników, obiecującego, że cały numer został przygotowany przez kobiety o kobietach dla kobiet. Że niby #poweredbywoman, co dla mnie jednoznacznie kojarzy się z wymiarem feministycznym, czyli miód na moje serce. No dobra, to dam im szansę. I co? Ano znów to samo, tylko tym razem z pytaniem, które mnie dobija:

 

Umówmy się – jest popkultura i kultura wysoka, jest filozofia i popfilozofia, a więc jest feminizm i popfeminizm, o którym pisałam choćby tutaj. Wiem już, że wiele się nie można po nim spodziewać, ale tym razem było nieco inaczej – jeżeli wpływowy międzynarodowy magazyn dla kobiet przekonuje mnie na okładce, że nie jesteśmy słabszą płcią, a ciuchy mają manifestować osobowość, no to oczekiwania rosną, prawda? Niestety, otrzeźwienie przychodzi już w tzw. wstępniaku, w którym PANI redaktor naczelna “Glamour” – bo o to pismo chodzi – opowiada najpierw, jak to była na gali, na której wszyscy ją komplementowali za piękny wygląd, z czego się cieszyła, ale potem do niej dotarło, że gdyby była facetem, to nikt by się raczej do jej wyglądu nie odnosił. Zastanawia się, dlaczego komplementy mają płeć, co jak dla mnie jest w 100% pytaniem, które zadaje feministka. Tymczasem jakież było moje zdziwienie, gdy przeczytałam dalej:

Wielokrotnie słyszę od młodych dziewczyn (…),  że kobiecość to atrakcyjny wygląd i myślę, że czas zastanowić się, na czym polega nasze piękno? Czy na pewno na perfekcyjnie wyretuszowanych brwiach? Czy raczej na wewnętrznej sile, empatii, odwadze i konsekwencji (…)? Nie czuję się feministką. Jestem kobietą i jestem z tego dumna. Nie chcę walczyć z facetami ich narzędziami.

Cóż, nie wiem, czy pani naczelna rozumie, co pisze, ale dla informacji jej i wszystkich, którzy mają wątpliwości:

  1. Feminizm nie polega na walce z mężczyznami.
  2. Feminizm to przekonanie, że kobieta i mężczyzna są sobie równi, mają równe prawa i zasługują na szacunek oraz godne – równe – traktowanie.
  3. Feminizm to również bycie dumną z tego, że jest się kobietą.
  4. Stwierdzenie, że ktoś nie czuje się feministką, ale jest dumny z bycia kobietą to w świetle tych punktów wewnętrzna sprzeczność.

Nie wiem, skąd ta potrzeba/skłonność do demonizowania feminizmu, ale to się powoli robi nudne. Mimo to za każdym razem czuję nieodpartą potrzebę polemiki z takim jego postrzeganiem, więc i tu nie mogłam się powstrzymać 🙂 Zresztą po wstępniaku jest już nieco lepiej – jest i Martyna Wojciechowska ze swoją siłą, wolnością i determinacją, jest i historia wolontariuszki opiekującej się (a jakże) dziećmi w Indiach, są i przekazy od mamy do córki. Co więcej – jest nawet o podziale obowiązków w związku i raport o kobietach, a w nim o seksizmie, ciałopozytywności i kobiecych idolkach. Apetyt wzrósł już do granic możliwości. Wystarczy, by na koniec przedstawić piękne zdjęcia pod hasłem “Jak wygląda feministka?”. No właśnie… Kiedyś było wiadomo, że powinna wyglądać tak:

Czyli po męsku. Tak powstał stereotyp, z którym teraz i legion Wonder Woman nie byłby w stanie wygrać. A zatem kochane “Glamour” informuje, że w tym sezonie projektanci ubrali feministki w “męski look”. A jakże. Brawa, aplauz, teza o babochłopach i niegoleniu pach sama się potwierdza, kurtyna. Ręce opadają. Droga feministko, masz się zatem ubierać w obszerne i idiotycznie drogie rzeczy, przypominające raczej kilka przypadkowo zszytych szmatek niż w cokolwiek, co lubisz, żeby wpasować się w schemat. Do tego nie zapomnij o dziwnych, rozczochranych lub nadmiernie przylizanych włosach i agresywnym makijażu lub jego całkowitym braku – przecież nie chcesz, żeby ktoś pomyślał, że dbanie o siebie i wyglądanie “stylowo” jest dla ciebie jakkolwiek istotne.

Artykuł ilustrowany jest zdjęciami atrakcyjnych kobiet deklarujących się jako feministki – nie modelek, ale artystek, projektantek itp. Wszystkie one dały się ubrać w naprawdę dziwaczne ciuchy, aby w pięciu linijkach opowiadać, czym jest dla nich kobiecość – nie feminizm wprost. Przekaz? Być może feminizm nie jest taki zły, ale wiadomo, że najważniejsza jest duma z bycia kobietą, bez agresji i radykalizmu, fajne (czytaj drogie) ciuchy i ogólne poczucie “glamour”.

W tym samym numerze Martyna Wojciechowska mówi:

Nie utożsamiam się z agresywnym feminizmem. Nie jestem za tym, żebyśmy domagały się swoich praw, używając języka mężczyzn: aroganckiego i pełnego siły. Nie jest nam potrzebny, bo mamy wiele wspaniałych cech, z których powinniśmy korzystać: empatię, miękkość, umiejętność prowadzenia dialogów (…)

Znów przekaz jest jednoznaczny: nie krzycz, nie domagaj się, nie oburzaj się, tylko miękko zaoponuj, gdy ktoś łamie Twoje prawa czy Cię obraża, wykaż się empatią, a nie złością. Ech…

Jak wygląda feministka?

Tak jak ja, Ty, nasze koleżanki. Czasem wyróżnia się z tłumu, a czasem w nim znika. Lubi róż albo go nienawidzi, ukrywa się w czerni albo w niej odsłania, maluje się lub nie, chodzi do fryzjera lub tego nie cierpi. Jest człowiekiem, kobietą, może matką, a może nie, ma chłopaka/dziewczynę/męża/partnera, kredyt/pracę/marzenia/pasję/plany/cele. Czasem choruje, a czasem ubiera leginsy i idzie poćwiczyć. Ma konto na FB, gdzie wkurza się na dyskryminację kobiet lub gardzi mediami społecznościowymi i działa gdzieś indziej. Jednym słowem – jest normalna, a jednak wszyscy chcą jej przypisać różne cechy aktualnie pasujące do wizerunku, który zostaje jej narzucony. Nie dajmy się propagandzie – nie dajmy sobie wmówić, że feministka to “coś” obrzydliwego, wstydliwego, podrzędnego. Bądźmy z siebie dumne, bo wyróżnia nas jedno – mamy odwagę sprzeciwiać się nierównemu traktowaniu i zabierać głos tam, gdzie inne dziewczyny typu glamour milkną i wbijają wzrok w podłogę. Zdobywajmy się częściej na odwagę i walczmy o siebie!

Trzy grzechy główne kobiet

#METOO to akcja, która obiegła sporą część świata i przeorała również polskie media społecznościowe, pokazując skalę problemu przemocy seksualnej wobec kobiet. Nieważne, czy chodziło o tzw. niemoralne propozycje, “macanie”, przyciskanie do ściany czy gwałt – ważne, że mój FB zaroił się od tematycznych wpisów koleżanek, znajomych i znajomych znajomych, często silnych, przebojowych. Zakładam, że wszystkie historie, które się ukrywają pod tymi wpisami są prawdziwe, co zdaje się mocno niepokojące. Oznacza, że żyjemy w świecie, w którym ogromna liczba kobiet doznała jakiejś formy molestowania seksualnego. Hollywoodzka afera z Harveyem Weinsteinem w roli głównej pokazuje, że to się dzieje niezależnie od stopnia zamożności czy pozycji kobiet. Dziwi mnie natomiast czas, jaki był im potrzebny do opowiedzenia tej historii – w wielu przypadkach minęło sporo lat. To doprowadziło mnie do wniosku, że z nami, kobietami, też coś jest nie tak…

Wiktymizacja ofiary? Nie!

Psychologia zna pojęcie wiktymizacji ofiary, a nasze polskie społeczeństwo uprawia ten proceder w praktyce. O co chodzi? O te wszystkie komentarze typu “po co ubierała się w mini”, “trzeba było nie łazić po nocy samej”, “jak by suka nie dała, to by pies nie wziął” itp. Jednym słowem – ofiara przestępstwa/przemocy, najczęściej o charakterze seksualnym, jest obwiniana o to, że prowokowała, nie zachowała ostrożności itd. Jest to rzecz według mnie obrzydliwa, bo wychodzę z założenia, że każda kobieta ma prawo ubierać się i chodzić jak i gdzie chce bez obawy, że ktoś zechce to niecnie wykorzystać. Niestety, realia są takie, że gdy dojdzie do przestępstwa, a kobieta ma zeznawać w sprawie, zawsze wyciąga się temat tego, jak wyglądała, czy nie dawała dwuznacznych sygnałów itp.

Absolutnie nie o wiktymizację ofiar chodzi mi w tym wpisie, a o coś zupełnie innego, czyli o…

Trzy grzechy główne kobiet

Definicji grzechu jest wiele. Choć nie chodzi tu o kontekst religijny, najbardziej odpowiednią znalazłam na stronie…spowiedz.pl (tak, istnieje i wygląda na to, że ma się świetnie). Otóż tam określa się go jako “wykroczenie przeciwko rozumowi, prawdzie, (…) sumieniu” i o to mi chodzi w tym wpisie – o to jak my, kobiety, potrafimy same popsuć swoją pozycję, sytuację, wizerunek, relacje, przez sprzeniewierzanie się sobie, swojej płci i przekonaniom. No to spróbujmy.

Grzech nr 1

Brak solidarności

Tak, wiem, że nie każda kobieta musi być feministką, ale co mnie ogromnie zadziwia, to to, że tak rzadko kobiety się wspierają, popierają, po prostu solidaryzują się ze sobą. Przykłady? Ot choćby wracałam niedawno z pracy, a że mam już widoczny brzuch (7. mc), a w tramwaju tłok, ja obładowana torbą i plecakiem, to się rozglądam, czy ktoś mi ustąpi miejsca. Gros siedzących tym razem to młode dziewczyny wracające z liceum oraz kobiety ok. 50-tki. Jedna z nich tak się starała mnie nie zauważyć, że aż zaczęła udawać, że śpi! No cóż… Inna sytuacja – koleżanka zaczyna pracę w nowej firmie, stara się, jest punktualna itp. Co robią nowe koleżanki? Otóż zbierają się w pokoju socjalnym na “ploty”, a gdy tylko ona wchodzi do pomieszczenia, milkną i patrzą znacząco. Banał? Pewnie, ale tylko dlatego, że dobrze znany co najmniej od czasów liceum.

My, kobiety, często nie lubimy się wspierać, walczyć o siebie nawzajem, bo wciąż postrzegamy się jako rywalki, choć nie wiadomo, do czego. W sytuacjach skrajnie negatywnych nie potrafimy wesprzeć swoich matek/córek/sióstr/przyjaciółek w walce z przemocą, której doznają, przez co liczba użytych hasztagów #metoo niebezpiecznie rośnie…

Grzech nr 2

Niedocenianie siebie

Drugie ciekawe zjawisko znane jest w psychologii jako “syndrom oszusta”. Chodzi tu o poczucie posiadania zbyt niskich kompetencji, aby coś osiągnąć, a w związku z tym przekonanie, że skoro ktoś nas docenia, to nie dostrzega prawdy, czyli tego, że tak naprawdę się nie nadajemy, nie jesteśmy kompetentne itp. Najczęściej dotyczy to kobiet, gdyż my na pewnym etapie rozwoju przestajemy w siebie wierzyć lub nie chcemy się do tej wiary w siebie przyznać, uważając, że w jakiś sposób uczyni nas to nieatrakcyjnymi lub, co gorsza, przyniesie nam kłopoty.

Mówi się, że mężczyźni boją się silnych kobiet, z tego więc powodu duża część z nas…udaje, że jest słabsza niż w rzeczywistości. To samo dotyczy pensji, awansów, planów zawodowych, a nawet ambitnych marzeń. Często boimy się przyznać nawet przed sobą, że jesteśmy w czymś dobre i nam się należy, gdyż społeczeństwo może nas od razu wyrzucić na margines.

Od 10 lat pracuję jako tłumaczka-freelancerka i dobrze wiem, jak trudno jest czasem walczyć o swoje, szczególnie kobiecie. Paradoks jest taki, że większość osób pracujących w działach HR czy współpracy z dostawcami to kobiety, czyli powinny być przychylniejsze dla współpracowniczek. Niestety, to wcale tak nie działa. Nawet przy pracy zdalnej płeć miewa znaczenie i to negatywne. Kilka dobrych lat trwało, abym nabrała przekonania, że jestem dość dobra w moim zawodzie, aby poprosić o podwyższenie stawki. Poprosiłam oczywiście kobietę i mój wniosek został przyjęty do rozpatrzenia, po czym postraszono mnie, że jeżeli zwiększą mi stawkę, to zabiorą większość zleceń (co by mi za dobrze nie było), a następnie wzięto na przeczekanie. Nie poddałam się, a efekt jest taki, że stawkę mam wyższą, a zlecenia większe i bardziej prestiżowe. Potrzeba było jedynie odwagi i poczucia, że jest się dobrą w tym, co się robi.

Niestety mało kobiet decyduje się na walkę o siebie w sferze zawodowej, narzekając na szklany sufit, brak możliwości i elastyczności. A gdyby więcej kobiet z tej samej firmy zaczęło się wspierać? A gdyby się odważyły ominąć nieprzychylnego szefa i pójść dalej? A gdyby po prostu odważyły się walczyć o swoje? Chowanie głowy w piasek nie może przecież wiecznie trwać, a co gorsza, nie spowoduje ŻADNYCH zmian na lepsze…

Grzech nr 3

Brak odwagi (cywilnej)

W życiu kobiety przychodzi wiele trudnych sytuacji, o których mężczyźni nie mają pojęcia. Od początku jesteśmy na z góry straconej pozycji, bo zawsze stajemy przed kwestią dzieci/brak dzieci, praca/dom, kariera/rodzina itp. Nie oszukujmy się, mężczyznom jest łatwiej, bo obciążenia, które w związku z tymi wyborami ponoszą, są zupełnie inne. Wychodząc od najprostszej różnicy biologicznej – faktu możliwości rodzenia dzieci – a na stereotypach społecznych kończąc, kobiety mają przerąbane. Jednak nie musiałoby tak być, gdybyśmy same sobie tego nie robiły. Jakże często się zdarza, że gdy pojawia się informacja o takiej czy innej matce oddającej dziecko czy używającej przemocy czy w inny sposób wyraźnie odbiegającej od stereotypu Matki Polki, najwięcej negatywnych rzeczy do powiedzenia mają na jej temat…kobiety. To my jesteśmy naszymi największymi krytykami, a co gorsza, często robimy to anonimowo, za plecami, szeptem, żeby uniknąć konfrontacji.

Odwaga cywilna jest szczególnym rodzajem odwagi. Jest to postawa, która polega na występowaniu w obronie swoich racji, nawet jeżeli wiąże się to z wysokimi sankcjami i kosztami społecznymi. Jej podstawowym elementem jest występowanie pod swoim imieniem i nazwiskiem, czyli podpisywanie się pod swoimi własnymi wypowiedziami. Odwaga jest również przyznaniem się do błędu, postępowaniem zgodnie ze swoim sumieniem i głoszeniem swoich poglądów.

Wikipedia.pl

Często w życiu zawodowym i społecznym spotykam się z sytuacjami, w których kobiety boją się odezwać w swojej obronie, w obronie koleżanek czy kogoś innego, żeby nie narazić się na ostracyzm społeczny lub po prostu opinię walniętej feministki (wychodzi w sumie na to samo). Tak bardzo zależy im na opinii innych, że wolą sprzeniewierzyć swoje poglądy, przekonania, na rzecz akceptacji. Niby tego uczy nas społeczeństwo od małego – konformizmu, wygody, oportunizmu, ale po cóż nam dorastanie, jak nie po to, żeby nauczyć się czegoś odwrotnego? Fenomenem pod tym względem okazał się choćby Czarny Protest, który jednak był o tyle łatwiejszy, że dawał pewną anonimowość. Osoby, które na nim się pojawiły rzadko kiedy wykazują się odwagą cywilną w “towarzystwie”, broniąc swoich nie do końca popularnych racji. Tu dostrzegam problem, bo nasze społeczeństwo kształtujemy swoją postawą codziennie, a nie tylko na wielkich zrywach. O ile łatwiej jest zacisnąć zęby i ponarzekać w zaciszu domowym, niż zabrać głos publicznie, iść na wybory czy wykonać inny gest? O wiele, ale skoro my, kobiety, tak wiele potrafimy znieść, to może nadszedł w końcu czas, żebyśmy przestały “musieć coś znosić”, a zaczęły walczyć o siebie, swoje córki i koleżanki, żeby to społeczeństwo uwzględniło naszą połowę?

A gdzie Twoja solidarność?

Tak można zapytać. I słusznie. Patrzę na feminizm, na siebie, na społeczeństwo dość krytycznie, dzięki czemu mogę czasem wytknąć i sobie kilka rzeczy. Nie uważam, żeby ślepe popieranie kogoś “bo jest kobietą” było w porządku, ale nie widzę też powodu, dla którego w końcu nie miałybyśmy się wziąć za zmienianie społeczeństwa, skoro tak wiele nam w nim nie pasuje. W tym tygodniu w Nowej Zelandii wybrano nowego premiera, a właściwie premierkę – to 37-letnia bezdzietna panna, w dodatku atrakcyjna, mądra i…feministka. Na jednym z feministycznych profili na FB pod wpisem na ten temat pojawiły się komentarze typu “ale im dobrze”, “u nas to niemożliwe” itp. Zgadzam się, ale tylko dlatego, że same kopiemy pod sobą dołki. Może w końcu nadszedł czas, żeby się wyspowiadać samym sobie i wziąć się do roboty, żebyśmy i my mogły być dumne z naszego kraju pod tym względem?

Piękna twarz feminizmu

Czy feminizm ma twarz? A czy powinien ją mieć? Czy ta twarz może mieć zmarszczki, czy też lepiej, żeby była piękna, młoda i jednoznacznie dobrze się kojarzyła? Czy przekonanie o równości kobiet i mężczyzn to pogląd, który bez odpowiedniej promocji w mediach się “nie sprzeda”? Dlaczego nadal jest tak kontrowersyjny?

Te i inne pytania pojawiły się w mojej głowie dość tłumnie, gdy w kiosku zobaczyłam najnowszy numer “Elle” z hasłem “Piękna twarz feminizmu”. Nie mogłam go nie kupić, co stanowi zwycięstwo marketingowców, ale niech im będzie – następnym razem ja będę górą! Z mojej transakcji wynikł jednak tylko późniejszy wkurz, o którym poniżej.

“Elle” jako podstawka pod kawę – niestety!

Piękna twarz feminizmu

Tą piękną twarzą okazała się Emma Watson – znana brytyjska aktorka, która w zeszłym roku rozpoczęła działania na rzecz równości kobiet. Współpracuje z ONZ, jest medialna, znana, młoda i piękna – ideał po prostu. Nic jej nie ujmując, z artykułu na jej temat wynikało, że owszem, jest całą sobą za feminizmem, ale właściwie się na nim nie zna i za ekspertkę uchodzić nie może. Dodatkowo zależy jej na tym, żeby treści feministyczne przekazywać również za pomocą dowcipu i domysłów, gdyż ważne jest, żeby zachować dystans. No ok. Nie jestem żadną “piczką zasadniczką”, ale jednak jak się współpracuje z ONZ-em i promuje kampanię za równością płac, to warto by było jednak uchodzić za ekspertkę i traktować to poważnie. Dlaczego? Dlatego że temat nadal jest kontrowersyjny i wszelki towarzyszący mu chichot, “żeby zachować dystans”, działa na jego niekorzyść.

To jednak nie wszystko. Dotarłam do końca artykułu, gdzie czaiła się bomba. Oto ona:

No, to mnie dobiło. Co ma piernik do wiatraka? O co chodzi? Dlaczego przy okazji feminizmu trzeba mówić o miłości, żeby się kojarzył z czymś miłym – czemu nie może być po prostu sobą? A może autorka artykułu chciała pokazać, że nie trzeba się bać, że “Elle” zaraz wezwie na barykady, bo tak naprawdę my tu sobie plum-plum o feminizmie, a przecież liczy się miłość?

Nie oczekuję oczywiście cudów od mainstreamowego, podobno luksusowego magazynu dla kobiet, ale z racji swojej poczytności odpowiedzialność za treść takich dziennikarek powinna jednak być duża. Tymczasem w tym artykule chodzi o to, żeby pokazać romans znanej aktorki z feminizmem, czyli mówić o czymś ważnym i poważnym, ale broń Boże bez zadęcia i z dystansem, jednocześnie w ten sposób negując istotność tych kwestii. Razi mnie to bardzo, bo zaprzepaszcza wszystko, co uda się osiągnąć feministkom. Jaki może być odbiór takiej treści? A zatem równość płci jest ważna, ale miłość i rodzina są ważniejsze, więc nie mówmy o tym zbyt głośno, by nie zaprzepaścić swoich szans w tym zakresie?

Feminizm jest sexy?

Na początku roku popełniłam wpis o tym, że feminizm jest sexy i zdaje się, że od tego zaczęły się problemy. Wszędzie dookoła słychać o “girl power” i o tym, że siła jest kobietą. Bardzo często jednak okazuje się, że są to hasła służące sprzedaży. Kobiety, którym aktywizm społeczny jest obcy na co dzień, mogą sobie kupić koszulkę za ok. 300 zł z odpowiednim pop-feministycznym hasłem. Inne mogą nabyć krem, za pomocą którego ich twarz nabierze jędrności i gładkości oraz nada właścicielkom “girl power”. Za pomocą haseł prokobiecych sprzedaje się też muzyka, a reklamy perfum czy nawet podpasek podkreślają naszą siłę i wyjątkowość, żeby nas podejść i podkupić.

Przepaść pomiędzy rzeczywistym działaniem feministycznym a jego wizerunkiem marketingowym jest ogromna. Współczesne kobiety mają ogromną siłę nabywczą, a marketingowcy o tym wiedzą i bezwzględnie to wykorzystują. Czy nasza podatność na takie akcje wynika z tego, że chcemy się czuć silne, równe i niezależne, czy też z tego, że takie się rzeczywiście czujemy? Czy tak zwany aktywizm prokobiecy po prostu nie umie się sprzedać i znajdują się specjaliści, którzy z tego korzystają?

Być może prawda jest taka, że w dzisiejszych czasach feminizm, aby osiągnąć swój cel, musi być choć trochę sexy. Musi przestać się kojarzyć z nieogolonymi pachami i zaciętym wyrazem twarzy, a zamiast tego przybrać łagodną i uśmiechniętą buzię Emmy Watson. Kiedy kilka lat temu brałam czynny udział w przygotowaniach do wrocławskiej manify, nie czułam się radykałką, ale miałam poczucie, że wszyscy poza mną w tym gronie tacy są. To były feministki-wojowniczki, bez makijażu, uśmiechu i z bluzgiem na ustach. Ja wolałam dyskutować i działać “u podstaw” – one krzyczeć na ulicy. Choć czasem bez krzyczenia na ulicy się nie da, działalność na co dzień i nasz wizerunek przy tym są ważne. Teraz modne jest kreowanie marki osobistej i obawiam się, że feminizmu to też dotyczy.

Dalej w tym samym numerze “Elle” można znaleźć podsumowanie ankiety przeprowadzonej przez magazyn wśród czytelniczek na całym świecie. Pytano je m. in. o poczucie szczęścia i życie w danym kraju. Okazało się, że my Polki nasze szczęście deklaratywnie widzimy w rodzinie, ale 50% z nas wolałoby być mężczyzną!  Do tego 77% ankietowanych Polek niepokoi się o swoją przyszłość w kraju! Czy w obliczu takich danych feminizm powinien mieć nadal piękną twarz?

Kto się boi feminizmu?

Żyjemy w kraju wielkich możliwości. Mimo zmian na scenie politycznej nadal tak twierdzę, bo święcie wierzę, że nie damy się “zgnoić” i my kobiety nauczymy się walczyć o swoje. Być może feminizm powinien mieć piękną twarz, żeby nikt się go nie bał, ale jeszcze całkiem jej nie ma, więc wywołuje strach. Co by to było, gdyby każda kobieta uwierzyła, że jest równa mężczyźnie i może w 100% o sobie decydować? Ani chybi rewolucja społeczna i to jest właśnie przerażające dla wielu. Tak naprawdę nie jest ważne, czy nasz feminizm będzie miał piękną twarz, czy pooraną zmarszczkami, czy ponaciąganą przez chirurga plastycznego – ważne, żeby miał twarz i żebyśmy my kobiety się go nie bały. Nikt za nas rewolucji nie zrobi…

5 najbardziej wpływowych kobiet w Polsce – subiektywny ranking

Oto jest! Nastał ten dzień, w którym ideologia ściera się z marketingiem, a ciężki glan z delikatnym trzewikiem na obcasie. Oto marzenie specjalistów od sprzedaży i koszmar polityków u władzy – Dzień Kobiet. Część z nas dołączy dziś do Międzynarodowego Strajku Kobiet, część poprzestanie na westchnieniu irytacji, gdy usłyszy kolejny raz te same życzenia lub slogan reklamowy, a jeszcze inna część uśmiechnie się na widok zmęczonego tulipana w celofanie. A ja? Zapraszam na pierwszy ranking Audrey Cafe…

Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, żeby przełamać konwencję. Rankingi są bardzo męskie, a gdy ktoś zapyta o pięciu najbardziej wpływowych Polaków, propozycje sypią się jak z rękawa. Co do kobiet, jest gorzej. Niby są, ale właściwie to ich nie ma. Poza polityką ciężko znaleźć postacie kobiece o wpływie – powiedzmy – prawdziwym, a nie marketingowym. Kiedy zaczęłam na ten temat dyskusję na moim profilu na FB, okazało się, że jest kłopot z tym, co jest promocją, a co prawdziwym wpływem. Jaką więc opcję przyjęłam?

O subiektywności rankingu

Otóż założyłam, że wpływ oznacza realne działania na rzecz zmiany zastanej sytuacji. Dotyczy to wszystkich sfer życia – polityki, kultury, społeczeństwa, prawa. Nie chodzi o umiejętność robienia wokół siebie szumu i napędzania sprzedaży danym markom, ale o potrzebę zaangażowania i tak wyświechtanego już zmieniania świata na lepsze. Ranking więc jest jak najbardziej subiektywny i odnosi się do Polski teraźniejszej, zaplątanej w dziwaczną rzeczywistość i próbującej poradzić sobie ze zmianami na świecie.

Zaczynamy odliczanie?

 5. Monika OlejnikDziennikarka. Propozycja uwzględnienia jej w rankingu najpierw mnie zaskoczyła, a potem zastanowiła. W mediach tak zwanych bulwarowych pojawia się głównie z powodu swojego uwielbienia do drogich butów i ekscentrycznych czasem ubrań, ale w mediach tak zwanych opiniotwórczych nie ma drugiej takiej. Jest silna, wyrazista, odważna, choć jednocześnie nie boi się okazywać emocji. Głośno mówi, co myśli, domaga się szacunku i wspiera walkę kobiet o należne prawa. Kobieta-rakieta, niebanalna i wciąż mówiąca silnym głosem o tym, co w polityce i politykach trzeba zmienić.

4. Beata Szydło

Kobieta-zagadka, kobieta-cień władcy, kobieta-marionetka, kobieta-premier. Wszystkie te określenia są odpowiednie i żadne nie jest zgodne z prawdą. Kobieta-paradoks jednym słowem. Premier jednego z największych krajów Unii Europejskiej, zdająca się działać niesamodzielnie, choć czasem odważnie. Wykazała się talentem w obszarze marketingu politycznego podczas kampanii prezydenckiej, a w “nagrodę” wysforowano ją na premiera. Nazywana “Kaczyńskim w spódnicy” odnajduje się na swoim stanowisku, choć niektórzy wróżą, że już niedługo. “Wprost” wybrało ją właśnie najbardziej wpływową Polką, a co ona mówi o byciu kobietą?

To, iż stoję na czele rządu, a w samym rządzie pracuje wiele kobiet, jest dowodem na to, że kobiety w naszym kraju mogą odgrywać istotną rolę, nawet w takiej dziedzinie, jaką jest polityka – wydawałoby się – zdominowana przez mężczyzn.

I z okazji dzisiejszego święta politycznie nie będę brnąć dalej 🙂

3. Krystyna Janda

źródło: culture.pl

Aktorka, dyrektorka prywatnego teatru, przedsiębiorczyni, działaczka, feministka. Kobieta-legenda, sławna, wyrazista, po przejściach. Kiedy w październiku zeszłego roku rzuciła pomysł ogólnopolskiego strajku kobiet, wzorowanego na strajku Islandek z roku 1975 (wtedy 90% kobiet przez jeden dzień powstrzymało się od pracy zawodowej i domowej), poszły za nią tysiące Polek. Tak zwany czarny protest okazał się wielkim sukcesem i przedsięwzięciem, które zaistniało we wszystkich mediach i dzięki temu udało się powstrzymać wprowadzenie bardzo restrykcyjnej ustawy antyaborcyjnej. Taką samą inicjatywę Krystyna Janda podjęła teraz, namawiając Polki do udziału w Międzynarodowym Strajku Kobiet, który odbędzie się dziś. Jaki będzie odzew? Zobaczymy. Już tyle wystarczy, żeby uznać jej wpływ na sytuację w Polsce.

2. Małgorzata Gersdorf

Profesor nauk prawnych, pierwszy prezes Sądu Najwyższego (forma tak męska, że aż boli), sędzia. Od jakiegoś czasu pod politycznym ostrzałem, gdyż zapowiedziała obronę prawa przed zakusami polityków. Kobieta silna, niezależna, niepodatna na wpływy. Specjalistka w swojej dziedzinie, odważnie wypowiadająca się na temat obecnej sytuacji w Polsce, autorytet. Pewnie mało znana tak zwanemu ogółowi, ale jako najwyższy rangą sędzia w Polsce ma ogromny wpływ na to, co się dzieje – i będzie się działo – w naszym pięknym kraju.

1. Ty

No wiem, może nieco tani chwyt, ale to prawda. Zbyt często Polki rezygnują z wpływania na świat wokół siebie, zamykając się tylko w swoich światach. Tymczasem od naszych decyzji zależy bardzo wiele. Począwszy od tego, jak traktujemy same siebie (czy zważamy na swoje potrzeby, słuchamy intuicji, czy też “poświęcamy się” dla innych), przez odnoszenie się do innych kobiet (szacunek, wsparcie, pomoc, krytykanctwo, lekceważenie itp.), sposób wychowywania dzieci, wybór drogi życiowej, po tak banalne czynności jak zakupy spożywcze (wybór ma znaczenie) czy sposób odżywiania i spędzania wolnego czasu. Wszystko ma znaczenie. Czasem musimy też zdobywać się na odwagę i nauczyć się mówienia głośno o swoich potrzebach. Nie każda z nas musi być feministką, ale warto, żeby każda dbała o siebie jako kobietę. Kobiecość ma wiele różnych obliczy, a każde z nich może mieć wpływ na otaczający świat.

Wszystkiego najlepszego wszystkim Kobietom!

Feminizm jest sexy!

Mam kolegę, który ma kolegę, a ten z kolei – to zaskakujące – również ma kolegę. Ten kolega z kolei ma żonę. Żona ma bardzo odpowiedzialną i trudną pracę, która bardzo ją absorbuje. Mimo to na niej spoczywają wszystkie obowiązki domowe, plus zakupy i “oporządzanie” dziecka. On też ma pracę, również odpowiedzialną i absorbującą, niemniej jednak ani przez chwilę nie rozważali innego podziału obowiązków. W związku z tym ona po pracy biegnie do domu na drugi etat, a on wraca wieczorem, żeby ominąć popołudniowe korki i rutynę domowego życia. Oboje zdają się sprawiać wrażenie, jakby im to odpowiadało – tak było u nich w domach, tak jest dookoła nich. Niezależnie od tego, kto i jaką ma pracę, to kobieta dba o nieśmiertelne ognisko domowe, podczas gdy on znosi kolejne “mamuty”, niezbyt sobie przy tym brudząc ręce. Takich rodzin, związków jest dużo, dużo więcej. Wszelkie próby negocjacji w tym zakresie spełzają na niczym, więc kobiety zdają się akceptować tę sytuację.
 
Ogólny przekaz jest taki, że feministki to silne kobiety, które potrafią o siebie walczyć. To odstrasza wiele kobiet, ale też i mężczyzn, co z kolei odstrasza jeszcze więcej kobiet 😉 Wiem, co mówię, bo nieraz z powodu moich poglądów stałam się unikanym obiektem towarzyskim – kobiety obawiały się tego, co o nich pomyślę, a większość mężczyzn, że uprawiając “small talk” narażę ich męskość na szwank. Tymczasem wydaje mi się, że feminizm i stojąca za nią siła, odwaga do wyrażania siebie i swoich poglądów – że to jest właśnie atrakcyjne. Silny mężczyzna, który nie boi się kompromisów, pokocha i będzie szanował silną kobietę, pozbywając się tym samym obciążającego go stereotypu “opiekuna” i “dostarczyciela mamutów”. Czy jestem odosobniona w poglądzie, że feminizm jest sexy?
źródło: http://bit.ly/2hFw4pC Wydawnictwo Krytyka Polityczna
Na szczęście nie, o czym przypomniała mi książka, którą ostatnio dopadłam i przeczytałam jednym tchem – to nomen omen “Feminizm jest sexy” autorstwa dwóch amerykańskich dziennikarek, Jennifer Keishin Armstrong i Heather Wood Rudulph. Publikacja ta jest bardzo daleka od naukowych studiów nad feminizmem, za to wciąga i inspiruje, nawet starą wyjadaczkę w tym temacie, za jaką się uważam 🙂 Jako że połknęłam ją w całości, teraz “powypluwam” ją dla Was w kawałkach, bo moim zdaniem warto się z nią – z jej przesłaniem – zapoznać.
Książka ma formę przewodnika po życiu zwyczajnej dziewczyny, która zderza się z różnymi problemami, ale też musi się w coś ubrać, coś zjeść i gdzieś iść do pracy. Autorki prowadzą nas przez nie (choć ku mojemu ubolewaniu pomijają temat macierzyństwa) i wskazują elementy, które mogą stać się przedmiotem działania, decyzji, świadomego wyboru. Zaczynają od ciała – operacji plastycznych, diet, mody i kosmetyków. Potem idą dalej – mówią o tym, jak często my kobiety oceniamy siebie nawzajem, nasze życie seksualne, wygląd, styl, co bardzo utrudnia prawdziwe “siostrzeństwo” i poprawę ogólnej sytuacji kobiet. Dotykają bardzo życiowych tematów, w tym feminizmu w sypialni – wskazują, jak wiele mamy do powiedzenia w swojej sprawie. Propagują seks świadomy, poszukiwanie tego, co sprawia nam przyjemność, a nie patrzenia na “te sprawy” tylko pod kątem satysfakcji partnera.
Jednym z najciekawszych tematów, które panie poruszają, jest kobieca przyjaźń i solidarność, a raczej ich brak, o którym również pisałam. Czasem udaje się coś zmienić, co pokazuje choćby przykład czarnego protestu, ale najczęściej jest to niestety zmiana ogólna, chwilowa, bo gdy kobiety wracają z protestu, wchodzą do kawiarni, patrzą na siebie i widzą, że ta ma za krótką spódnicę, tej wystają wałki tłuszczu, a tej nie chciało się malować. Oceniamy siebie pod kątem kanonów, które wyznaczyły słynne już media, ale też my same je uwewnętrzniłyśmy – czemu po prostu nie możemy wejść do kawiarni i zamówić kawy, jak choćby taki facet, który ma gdzieś, czy inni faceci są w brązowej czy granatowej kurtce? Po co tracić tyle energii, gdy “sprawa kobieca” wciąż jej wymaga?
Podstawowy wniosek płynący z tej książki jest taki, że jeżeli jesteś dziewczyną/kobietą/mężczyzną w związku z kobietą, w każdym obszarze życia masz możliwość działania na rzecz feminizmu i siebie samej/niej. Czasem chodzi o bardzo proste rzeczy, jak kupowanie kosmetyków firm etycznych i wspierających/zatrudniających kobiety, a czasem o bardziej skomplikowane, jak aktywizm czy pomoc ofiarom przemocy domowej.
Dla mnie najcenniejszym elementem tej książki – poza samą tezą, że feminizm jest sexy – są praktyczne wskazówki, jak działać w każdej opisanej sferze na rzecz kobiet i jak dokonywać świadomych wyborów. Czasem bowiem wpada się w pułapkę taką, że wydaje się nam, że wielkie sprawy wymagają wielkich czynów, a tymczasem najwięcej można zrobić w sferze życia codziennego – wybierając ubrania, dbając o siebie, swoje ciało, spotykając się z koleżankami i wspierając je w ich planach, negocjując odpowiadający nam podział obowiązków z partnerem, czy inwestując w siebie, swój rozwój. “Feminizm jest sexy” to przewodnik, który na każdym kroku stara się argumentować tytułową tezę i moim zdaniem robi to w sposób udany. Choć już po sezonie prezentowym, uważam, że każda kobieta powinna go znaleźć pod choinką.
 
Bycie sexy jest fajne i przyjemne. Bycie feministką, która jest sexy jest jeszcze fajniejsze i przyjemniejsze, i choć w tym zdaniu zawiera się ocena, nie chcę powiedzieć, że nie-feministki są be i fuj. Po prostu być może nie mają potrzeby akcentowania swojej roli lub podejmują świadomy wybór, by pozostać bierną, czy też powstrzymują je inne względy. Ja mogę Was tylko namawiać – dziewczyny, feministki naprawdę mogą golić pachy, chodzić w staniku lub bez i malować paznokcie. Mogą chodzić na zakupy i lubić to, mogą gadać o serialach, ale następnego dnia nie bać się postawić, gdy okaże się, że nie są równo traktowane w pracy. Mogą malować usta, ale wybrać szminkę od firmy, która ich nie truje i dba o kobiety, jak również mogą się doskonale bawić w męskim towarzystwie. Feministka to kobieta, która jest tego świadoma, decyduje o sobie i nie chce, by ktokolwiek kiedykolwiek robił to za nią.
Podobno nasz polski minister zdrowia nosi się z zamiarem wprowadzenia rejestru wszystkich ciąż – żywych, martwych i poronionych. Stąd już tylko o krok od podpasek na receptę i policji obyczajowej. Jeżeli nie chcemy, by ktoś za nas decydował w tak ważnych sprawach, zacznijmy od małych rzeczy, a poczujemy się silniejsze i odważniejsze. To nasze życie, a może nawet i to będzie nasz rok? Feminizm jest sexy!