Lato tego roku było gorące i duszne. Oboje mieliśmy dużo pracy, zajmowaliśmy się swoimi sprawami. Niemal co dwa tygodnie jeździliśmy na wschodnie rubieże kraju, skąd wywodzi się mój wtedy-jeszcze-nie-mąż. Odwiedzaliśmy jego rodziców, pomagaliśmy i korzystaliśmy z darmowej garkuchni 😉 Takie słoiki na wyjeździe. Był piątek, planowaliśmy więc wieczorny wyjazd do G., a ja kończyłam jeszcze ostatnie zadania w pracy. Nagle zadzwonił telefon – to był on, mój wtedy-jeszcze-nie-mąż z hiobową wieścią, którą oznajmił stalowym głosem – u mamy wykryli guza.

Niewiele jest w życiu rozmów telefonicznych, które naprawdę mają znaczenie i zmieniają życie. Najczęściej rozmawiamy o niewiele znaczących pierdołach, między wierszami rzucając prawdziwe wyznania. Ta rozmowa zmieniła nasze życie, i kilku innych osób też. Zatem na zwykłym USG, wykonywanym jednak po długiej przerwie, zobaczono guza. Był duży, umiejscowił się w jajniku i wcale się nigdzie stamtąd nie wybierał. Pierwszy odruch – eee, to nie może być rak. Drugi odruch – doktor Google. Trzeci odruch – jedziemy tam z sercem w przełyku i rzucamy się w wir radzenia sobie z nową sytuacją. Szukanie znajomych lekarzy, pielęgniarek, załatwianie miejsca w szpitalu na dodatkowe badania, a w końcu konsultacje dotyczące ścieżki leczenia i mnóstwo logistyki. Diagnoza brzmiała – złośliwy nowotwór jajnika. Złośliwy również dlatego, że bardzo trudno wykrywalny. Najczęściej objawia się spuchniętym brzuchem i niezbyt nasilonymi dolegliwościami ze strony układu pokarmowego. Kto normalny (i laik) rozpozna po takich objawach, że coś się dzieje niedobrego, szczególnie, gdy kobieta jest nieco hm okrąglejsza? Wykrywany jest najczęściej późno właśnie dlatego, jak również z małego, łatwo usuwalnego powodu – braku rutynowego usg podczas wizyt u ginekologa oraz regularnych wizyt takowych w wykonaniu pań w wieku tzw. okołomenopauzalnym.

Mama mojego wtedy-jeszcze-nie-męża od chwili diagnozy przeszła długą i niełatwą drogę. Przez cały czas jej towarzyszyliśmy, co na pewno było dla niej źródłem siły. Droga ta przebiegała przez kilka operacji, sporo chemii, wiele leżenia w łóżku i walki z samą sobą, żeby się zmobilizować i wstać, mnóstwo zwątpienia, ale i ogromną wolę życia. Potem odbudowywanie życia, powrót do tzw. normalności, definiowanie siebie na nowo. Od chwili tej pamiętnej rozmowy telefonicznej minęło już ponad pięć lat, więc – fingers crossed – można powiedzieć, że nastał spokój. Każde badanie profilaktyczne jednak jest stresem i pewnie nim pozostanie.

Nie zawsze jest też tak jak w filmach i książkach – że choroba zmienia całe życie i sprawia, że człowiek przechodzi wewnętrzną metamorfozę, od tej pory stając się pozytywnym, spełniającym się aniołem. O nie, brutalna prawda jest taka, że człowiek najczęściej pozostaje sobą, ale o wiele bardziej doświadczonym i przy odrobinie szczęścia nieco pozytywniej nastawionym do życia. Wyobrażenia ludzi zdrowych o tym, co choroba potrafi zrobić z człowiekiem, kończą się na bramie szpitala. Często dzieje się tak, że dotychczasowi znajomi przestają dzwonić, a jedynie najwytrwalsi odwiedzają w szpitalu. Nierzadko też kobieta chora z powodu swojej „kobiecości” (jajniki, macica, piersi) wstydzi się diagnozy, bo jest to dla niej pewna degradacja, szczególnie gdy niezbędna jest operacja pozbywającą ją narządów stricte kobiecych.

Chora kobiecość

Znacie jakieś chore kobiety? Jeżeli nie, to szczerze Wam zazdroszczę. Wokół mnie są i dziewczyny, i panie, które teraz lub w jakimś niezbyt oddalonym momencie życia cierpiały/cierpią z powodu nowotworów lub stanów przedrakowych. Wszystkie jednak walczą i to heroicznie, mając w pamięci portrety swoich dzieci, czekających na nie w domu. Chorująca kobieta walczy podwójnie – walczy z chorobą i o to, by pozostać kobietą. Nasz świat bardzo ostro definiuje kobiecość, skupiając się najczęściej na warstwie fizycznej. Dlatego też tak trudno jest znieść brak włosów, utratę piersi czy wycięcie przydatków. Często są to jednak elementy konieczne do powrotu do zdrowia, a więc kobiety przechodzą przez to z podniesioną głową i wsparciem, bo bez niego niewiele z nich dałoby radę.

Kobieto, badaj się i żyj!

Dziś Dzień Dziecka. Piękne święto, które lubią chyba wszyscy. Jest to też dzień, którego nie dałoby się świętować, gdyby nie było kobiet 😉 W związku z tym chciałabym zaapelować do wszystkich kobiet, bez względu na wiek, poglądy, stan cywilny, pracę i pasję – BADAJ SIĘ I ŻYJ! Truizmem jest już powtarzane wszędzie hasło, że rak wcześnie wykryty jest uleczalny, ale to prawda! Często też wczesne wykrycie pozwala na bardziej oszczędzające leczenie, a co za tym idzie większy komfort życia. Czy tego chcemy, czy nie, nowotwory są już naszą chorobą cywilizacyjną, więc jeżeli cywilizacja ma przetrwać, kobiety muszą o siebie zadbać! Chodźmy do lekarzy, bądźmy namolne, róbmy badania profilaktyczne we własnym zakresie, dmuchajmy na zimne i zachęcajmy do tego swoje mamy/ciocie/babcie/siostry/koleżanki/córki.

Rak szyjki macicy, tak jak i rak jajnika, potrafi się rozwijać nawet pięć-dziesięć lat. To sporo czasu na wykonanie badań, prawda? Dlatego tak ważne jest, aby robić je regularnie, minimum raz w roku! Wymóc na lekarzu cytologię, USG piersi i „wnętrza”, morfologię krwi. Jeżeli chcemy, żeby nasze dzieci jak najdłużej były dziećmi (w zdrowym tego słowa znaczeniu ;)), bądźmy jak najdłużej ich mamami. Jeżeli nie chce nam się tego robić dla siebie – zróbmy dla innych. Zadbajmy o siebie, badajmy się i żyjmy jak najdłużej i najpełniej. Nikt za nas tego nie zrobi…

Wpis powstał w ramach akcji „Nie wstydzę się być kobietą”

Author

Write A Comment