Dawno, dawno temu była sobie kobieta i był sobie mężczyzna. Jako dzieci nie interesowali się sobą nawzajem, ale w końcu nadszedł “ten” moment i zaczęli patrzeć na siebie inaczej. On widział w niej kandydatkę na potencjalną matkę swoich potencjalnych dzieci, a ona – potencjalnego myśliwego, który dla niej i jej potencjalnych dzieci będzie zdobywał odpowiednio kaloryczne pożywienie. On był jej pierwszym i ostatnim, ona jego może nawet i pierwszą, ale na pewno nie ostatnią. Tak sobie żyli przez wieki, aż przyszło społeczeństwo i powiedziało: musimy mieć gwarancję, że wasze dzieci są wasze, więc weźcie ślub. Tak zrobili. Potem z kolei przyszła rewolucja seksualna i powiedziała: hej, już nie musicie być niewolnikami społeczeństwa. Idźcie, cieszcie się seksem, rozmnażajcie się i jakoś to będzie. I nic już nie było takie jak dawniej.
Rewolucja seksualna i towarzyszące jej zmiany społeczne (choćby wejście kobiet na rynek pracy począwszy od czasów II wojny światowej) sprawiły, że dawne zasady i normy, którymi społeczeństwo zwykło się kierować przestały obowiązywać. Kobiety mogły – przynajmniej w teorii – mieć wszystko. Pracować, wyjść za mąż, mieć dzieci, ale też cieszyć się seksem BEZ zobowiązań dzięki dostępności antykoncepcji i aborcji. Tak, w teorii rzeczywiście wyglądało to nieźle, ale niestety jedno się nie zmieniło – mentalność. Niezależnie od dokonanego przez siebie wyboru kobieta zawsze była oceniana – przez rodzinę, znajomych, pracodawców, a w końcu społeczeństwo. Pojawiające się na rynku jak grzyby po deszczu poradniki typu “Życie seksualne kobiet” radziły płci pięknej, aby odkrywała swoje ciało i cieszyła się seksem. Kościół i rodzina mówiły: szanuj się, czekaj do ślubu, nie chodź z każdym, bo wyjdziesz na dziwkę. W końcu jeżeli nikt już nie mógł dopilnować życia seksualnego kobiety, skąd mężczyzna miał wiedzieć, że jego dziecko jest jego? Ta ściśle biologicznie uwarunkowana męska potrzeba przyjęła nieprzyjemny kształt “strażników moralności”.
Do momentu rewolucji seksualnej seks był przedmiotem wymiany – weź ze mną ślub, w zamian masz gwarancję dostępu do mojego ciała, a daj mi za to bezpieczeństwo ekonomiczne i dach nad głową. Teraz, gdy seks może mieć każda z każdym, w przeróżnych konfiguracjach i stylach, ten wymiennik zniknął, a razem z nim zniknął wspólny grunt i związki “musiały” zacząć opierać się na miłości i przywiązaniu. A co, jeżeli kogoś interesuje inna droga?
źródło: profil FB Kobieta po 40-stce
Truizmem jest stwierdzenie, że mężczyzna, który lubi seks, to mężczyzna prawdziwy, normalny i pewny swojej wartości. A co z kobietą, która, o zgrozo, też go lubi? No cóż, w najłagodniejszej formie będzie to kobieta wyzwolona, w najbrutalniejszej – dziwka, która nie zna swojej wartości i nie potrafi się kontrolować. Fikcja? Niedawno oglądałam film dokumentalny o Jyoti Singh. Pamiętacie tę sprawę? W 2012 roku w Delhi, w godzinach wieczornych (wcale nie nocnych) dziewczyna i chłopak wracali z kina. Wsiedli do autobusu, w którym znajdowało się sześciu podpitych, znudzonych facetów. Wszyscy oni ochoczo przystąpili do zbiorowego gwałtu na dziewczynie, którą była Jyoti Singh właśnie, oraz do pobicia jej i jej kolegi. Jyoti zmarła wskutek odniesionych obrażeń, ale jej “sprawa” odbiła się szerokim echem i wywołała falę protestów przeciwko tzw. kulturze gwałtu. Sprawcy zostali skazani na karę śmierci (poza jednym nieletnim, który dostał trzy lata, więc już jest pewnie na wolności), planowano wprowadzenie zmian do prawa karnego zaostrzając kary wobec przestępców seksualnych (zmiany się ślimaczą, nie wiem, czy w końcu rzeczywiście je wprowadzono). Na mnie ogromne wrażenie zrobiły jednak wypowiedzi obrońców gwałcicieli, mówiące o tym, że “kobieta to delikatny kwiat, więc jak znajdzie się w rynsztoku (w domyśle zrezygnuje z tradycyjnej moralności), to nie może się spodziewać niczego dobrego”, albo że “kultura indyjska jest wielka, ale nie powinna zawierać kobiet (!)”. Skrajny myzoginizm, upatrywanie winy w kobiecie i insynuowanie, że “sama chciała”.

Indie to kultura poniekąd egzotyczna. Czy u nas jest lepiej? Chciałoby się zakrzyknąć, że tak, ale lepiej cicho szepnąć, że nie. Przykłady? Choćby niedawna wypowiedź posła Kukiza: “Trzeba było zdawać sobie sprawę, komu się dawało to ciało i kiedy się dawało, i jak się dawało, to ciało”. Oburzające? Proszę dalej. Równie niedawno przez polskie internety przebiegły kłusem, oburzając wszystkich po drodze, najbardziej żenujące teksty ginekologów, jakie kobiety słyszały podczas wizyt. Gdyby nie były prawdziwe, byłyby po prostu obleśne, a są przerażające. Choćby “Na panią wystarczy popatrzeć, żeby stwierdzić, że jest pani wysokoestrogenna”, “No tak, seks to umie uprawiać, ale piersi badać już nie” czy “Widać, że chłopak jest, taka pani zadbana tutaj”. Więcej można znaleźć np. tutaj. Do tego dochodzi niezdrowa ciekawość “opinii społecznej” i przywiązanie do stereotypu kobiety cnotliwej, skupionej na domu i obowiązkach, a nie gorącej, rozbudzonej, świadomej swoich potrzeb. Nie jest łatwo. Co z tym można zrobić?

Choćby nie wiem, jak bardzo niektórzy chcieli, czasu ani zmian społecznych nie da się cofnąć. Nie da się podporządkować kobiet władzy o charakterze patriarchalnym, nie da się ich wszystkich zagonić do rodzenia dzieci i zmywania garów. Tym bardziej nikt nie zakaże kobietom uprawiania seksu, niezależnie od jego motywów. Chciałoby się powiedzieć “poradźcie sobie z tym, obrzydliwi mizogini” i to właściwie wszystko, co można zrobić. Oprócz tego dobierać sobie znajomych tak, żeby mieć wokół siebie ludzi mądrych, otwartych i wolnych, bez zapędów do ograniczania wolności innych. Dobrze jest też pamiętać o swojej motywacji, żeby przypadkiem nie wylać dziecka z kąpielą. Jeżeli ktoś nie chce, nie musi się wykazywać podbojami łóżkowymi, żeby coś udowodnić. Jeżeli chce poczekać na kogoś, do kogo poczuje coś istotnego – to dobrze. Jeżeli świadomie będzie szła z kimś na jedną noc – też dobrze, byle bezpiecznie i odpowiedzialnie.
 
Cnotka czy dziwka – ten podział sam powoli się anuluje, jeżeli kobiety będą po prostu sobą i będą podejmować świadomie wybory we wszystkich sferach swojego życia. Nikt, poza nami samymi, nie ma prawa do oceniania nas, a jeżeli już to robi – to jego broszka. Kobietom też zdarza się często obgadywać koleżanki i rzucać wtedy epitetami typu “puszczalska”, “napalona” itp., więc wina zdaje się być po obu stronach. Zatem do roboty – korzystajmy z wolności i dajmy ją innym, bo inaczej ktoś przyjdzie i zechce nam ją zabrać…
Please follow and like us:
Audrey Girl